Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Louis Armstrong. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Louis Armstrong. Pokaż wszystkie posty

12 sierpnia 2021

Louis Armstrong – Louis Armstrong Plays W. C. Handy

Zacznę może od odrobiny kontrowersji. Otóż często spotykam się z tezą, że Louis Armstrong to największa postać jazzu wszechczasów. Takie stwierdzenie pada głównie z ust tych, którzy wiedzą, że jazz istnieje, ale z pewnością nie w ich własnych domach. Krótko mówiąc coś tam słyszeli, ale dokładnie nie wiedzą co, a z pewnością nie była to muzyka, a jeśli nawet to może znają Louisa Armstronga z „Hello Dolly” i „What A Wonderfull World”, a może nawet w odwrotnej kolejności.


Zajrzyjmy zatem do kultury popularnej, albo spróbujmy zrobić sondę uliczną niekoniecznie tam, gdzie akurat ludzie wychodzą z klubu jazzowego. Zapytajmy jakich znają muzyków jazzowych, nie tych polskich, którzy występują na letnich festiwalach, ale znanych, światowych.
Duke Ellington, Miles Davis, Ella Fitzgerald, Glenn Miller, może wśród młodszych Jaco Pastorius? Oczywiście w tym gronie jest Louis Armstrong, muzyk, który swoich najważniejszych i dla wielu, w tym również dla mnie, najlepszych nagrań dokonał w połowie lat dwudziestych, a później jedynie był imitatorem swojej własnej świetności.

No może trochę przesadziłem, ale w sumie to niewiele i jestem gotowy bronić tak radykalnego stwierdzenia na ubitej ziemi. Jeśli trafiłbym na wytrawnego przeciwnika, z pewnością takowy użyłby jako argumentów przede wszystkim wspólnych nagrań Louisa Armstronga i Elli Fitzgerald oraz albumu „Louis Armstrong Plays W. C. Handy”. Z tymi argumentami trudno byłoby mi polemizować. To bardzo dobre nagrania. Duety z Ellą Fitzgerald Armstrong nagrał w połowie lat pięćdziesiątych, a album poświęcony postaci W. C. Handy’ego zarejestrowany został w 1954 roku.

W. C. Handy, czyli William Christopher Handy był trębaczem starszym od Armstronga o pokolenie, urodził się w 1873 roku i przez niektórych nazywany jest ojcem nowoczesnego bluesa, przez innych mistrzem wykorzystania cudzych melodii, w szczególności tych o nieznanym pochodzeniu. To on napisał, jak twierdzą zwolennicy jego talentu, lub zapisał i wydał, jak twierdzą przeciwnicy, takie bluesowe standardy jak „St. Louis Blues”, „Beale Street Blues”, „Memphis Blues” i „Loveless Love”, zwaną też „Careless Love”. „St. Louis Blues” W. C. Handy wydał w 1914 roku i nagrał w 1922 roku na kilka lat przed pierwszym wykonaniem tej kompozycji przez Louisa Armstroga.

Dla Armstronga W. C. Handy był jednym z idoli, nie tylko grał na trąbce, ale również śpiewał i osiągnął spory sukces finansowy, głównie za sprawą nutowych wydań swoich kompozycji. Sam Armstrong po raz pierwszy nagrał „St. Louis Blues” z Bessie Smith w 1925 roku.

Kiedy Armstrong zabierał się za realizację projektu poświęconego muzyce Handy’ego, wielu muzyków młodego pokolenia, grających modny wtedy bebop uważało go już za niemal obiekt muzealny. Z ich perspektywy był może muzykiem zapełniającym największe sale, ale z pewnością również kimś, kto został w swoim świecie sprzed 30 lat i w dodatku wolał śpiewać i zabawiać ludzi, a nie grać na trąbce. Niewielu wiedziało, że to był jedynie w części świadomy wybór, bowiem postępujące problemy z wargami sprawiały, że Armstrong musiał oszczędnie sięgać po trąbkę.

W 1954 roku wygasł kontrakt Armstronga z wytwórnią Decca i wieloletni manager muzyka – Joe Glaser i producent Columbii George Avakian postanowili namówić go do wydania w Columbii albumu poświęconego muzyce W. C. Handy’ego, którego standardy pamiętali nie tylko starsi fani jazzu, ale które powracały w zmodyfikowanych wersjach również na płytach nowocześniejszych zespołów młodego pokolenia.

Na nagranie wygospodarowali trzy dni zabierając Armstrongowi zasłużoną przerwę w trasie koncertowej, w której ten był w zasadzie przez całe życie. Kompaktowy zespół, zadziwiająco wiele trąbki i wyśmienite partie wokalne. To sprawiło, że oprócz nagrań z Hot Five i Hot Seven, to najlepsze nagrania Louisa Armstronga.

George Avakian krótko po nagraniu, a jeszcze przed wydaniem albumu zaprezentował materiał ponad 80 letniemu już wtedy autorowi wszystkich nagranych kompozycji, który podobno po wysłuchaniu „St. Louis Blues” popłakał się jak dziecko i uznał, że to najlepsze wykonanie jego najważniejszej kompozycji, jakie kiedykolwiek usłyszał. Tego nie wiem, znam co najmniej równie dobre, ale na pewno to album wybitny, jeden z najbardziej jazzowych albumów Louisa Armstronga, nagrany w wyśmienitym składzie i z doskonałym repertuarem.

Louis Armstrong
Louis Armstrong Plays W. C. Handy
Format: CD
Wytwórnia: Sony Japan
Data pierwszego wydania: 1954
Numer: SRCS 9206

16 lutego 2021

Blueberry Hill – CoverToCover Vol. 123

Kompozycja Vincenta Rose’a z tekstem Larry Stocka i Ala Lewisa przeszła dość nietypową, odwrotną, niż większość utworów, którymi zajmuję się w cyklu CoverToCover. Przeważnie pojawiają się w tym cyklu kompozycje, które zaczynały jako błahe piosenki, tematy filmowe, albo nieco ciekawsze przeboje muzyki popularnej, lub co najwyżej rockowe klasyki, a później znalazły drogę do świata jazz.

Tym razem było odwrotnie. „Blueberry Hill” to utwór, który napisali zawodowi twórcy popularnych melodii tanecznych w 1940 roku. W ich dorobku, tym wspólnym i każdego z trzech współtwórców osobno jest sporo przebojów, jednak z pewnością całej trójki „Blueberry Hill” był największym sukcesem. Tych najbardziej znanych nagrań, dokonanych przez muzyków nieznanego jeszcze w 1940 roku świata rock and rolla nie dożył najstarszy z nich – Vincent Rose, który zmarł w 1944 roku. Za to Larry Stock i Al Lewis z pewnością mieli całkiem wygodną emeryturę w nieoczekiwany sposób zapewnioną przez drugą młodość ich kompozycji.

Pierwszą orkiestrą, która nagrała „Blueberry Hill” był zespół rozrywkowy prowadzony przez Sammy Kaye’a, jednak już kilka tygodni później, w 1940 roku utwór nagrał Gene Krupa, a na listy przebojów wprowadził go Glenn Miller. W tym samym czasie po raz pierwszy utwór znalazł się w filmie, śpiewał go popularny wtedy Gene Autry w „The Singing Hill”. Big band Glenna Millera nagrał „Blueberry Hill” kilka razy, jednak żadna z wersji nie doszła do pierwszego miejsca na listach przebojów. Ta sztuka nie udała się również Louisowi Armstrongowi kilka lat później. Ten próbował najpierw z orkiestrą Gordona Jenkinsa, a później za sprawą kilku radiowych nagrań w towarzystwie Binga Crosby (jako prowadzącego audycje w lokalnych rozgłośniach radiowych).

„Blueberry Hill” nie była jednak tylko piosenką graną przez orkiestry jazzowe do tańca. Najlepszym dowodem jest nagranie Clifforda Browna i Zootsa Simmsa, które powstało zanim utwór stał się niezwykle popularnym przebojem rock and rolla.

Podobno to któreś z wykonań duetu Louis Armstrong – Bing Crosby przekonało do nagrania tego utworu Fatsa Domino. Do dziś to właśnie jego nagranie z 1956 roku jest najbardziej znaną interpretacją „Blueberry Hill”. Wykonawcy rock and rolla często podbierali sobie przeboje. Część młodzieży słuchała znanych melodii, a nie konkretnych wykonawców. Można więc było poczekać rok albo dwa od wylansowania przeboju i nagrać go po raz kolejny. To był dobry sposób na zarobienie całkiem niezłych pieniędzy (jeśli było się na przykład Elvisem Presleyem) i okazja do wypełnienia stron B singli z własnymi premierowymi przebojami i płyt długogrających, które w złotych latach rock and rolla były zbiorem znanych już i sprzedanych na singlach przebojów, a nie kandydatów do wylansowania na przyszłych wkładach do szaf grających. W ten sposób dorobili sobie między innymi Bill Haley, Conway Twitty, Chubby Checker, wspomniany już Elvis Presley, w Europie Cliff Richard i Johnny Hallyday, a także Little Richard i kilku innych mistrzów recyclingu przebojów. Grali też „Blueberry Hill” Led Zeppelin i The Beach Boys. Dziś temat powraca raczej tylko w repertuarze niezliczonych wersji orkiestr Glenna Millera i przy okazji przypominania dorobku Fatsa Domino, z którym powszechnie jest kojarzony. Spotkałem nawet całkiem nowe płyty, na których Fats Domino wymieniany jest jako kompozytor „Blueberry Hill”. W ten oto sposób temat o krótkiej karierze filmowej (nie został napisany do filmu), który był standardem orkiestry Glenna Millera stał się standardem rock and rolla a dziś jest żelaznym elementem neo-swingu i nowego rockabilly.

Utwór: Blueberry Hill
Album: Glenn Miller & His Orchestra 1939-1940

Wykonawca: Glenn Miller Orchestra
Wytwórnia: RCA
Rok: 1981
Numer: NL 43620
Skład: Glenn Miller – tromb, Ray Eberle – voc, Al Mastren – tromb, Paul Tanner – tromb, Wilbur Schwartz – cl, Hal McIntyre – sax, Tex Beneke – sax, voc, Ernie Caceres – sax, Jimmy Abato – sax, Legh Knowles – tp, Mickey McMickle – tp, Clyde Hurley – tp, Dick Fisher – g, Chummy MacGregor – p, Rollie Bundock – b, Maurice Purtill – dr.

Utwór: Blueberry Hill
Album: That Lucky Old Sun / Blueberry Hill
Wykonawca: Louis Armstrong and Gordon Jenkins and His Orchestra
Wytwórnia: Decca
Rok: 1949
Numer: Decca single 24752
Skład: Louis Armstrong – tp, voc, Gordon Jenkins – p, orchestra.

Utwór: Blueberry Hill
Album: Bing Crosby & Louis Armstrong ‎– Bing & Satchmo
Wykonawca: Louis Armstrong & Bing Crosby
Wytwórnia: Essential Jazz Classics
Rok: 1950
Numer: EJC55477
Skład: Louis Armstrong – voc, Bing Crosby – voc, Jud Conlon's Rhythmaires And Orchestra, Jack Teagarden – tromb.

Utwór: Blueberry Hill
Album: Jazz Immortal
Wykonawca: Clifford Brown with Zoot Sims
Wytwórnia: Blue Note / EMI
Rok: 1954
Numer: 724353214227
Skład: Clifford Brown – tp, Zoot Sims – ts, Stu Williamson – tromb, Bob Gordon – bs, Russ Freeman – p, Carson Smith – b, Shelly Manne – dr.

Utwór: Blueberry Hill
Album: This Is Fats Domino (The Collection)
Wykonawca: Fats Domino
Wytwórnia: Imperial
Rok: 1956
Numer: 724357144421
Skład: Fats Domino – voc, p, Walter Papoose Nelson – g, Emmett Fortner – as, Robert Buddy Hagans – ts, Eddie Sylvas – ts, Lawrence Guyton – b, Cornelius Tenoo Coleman – dr.

02 stycznia 2021

We Shall Overcome – CoverToCover Vol. 101

O historii jednego z najbardziej znanych hymnów ruchu na rzecz praw obywatelskich w Stanach Zjednoczonych można napisać książkę, a może nawet taka powstała, choć nie wpadła jak dotąd w moje ręce. Jak w przypadku wielu utworów, które mają swoje początki w muzyce gospel, w zasadzie nie da się wskazać kompozytora. Niektóre wydania wskazują na Pete’a Seegera, jednak on z pewnością nie jest autorem melodii. Ta wywodzi się co najmniej z początków XX wieku, a może jest nawet dużo starsza. Wiele źródeł wskazuje na zarejestrowaną w 1901 roku kompozycję pastora Charlesa Alberta Tindleya „I’ll Overcome Some Day”. Piosenkę usłyszał Pete Seeger w okolicach 1945 roku, a nazwiska wykonawców, którzy zainspirowali go do wydania utworu drukiem nie są dziś znane. Sam Seeger włączył utwór do swojego repertuaru, jednak pozostał on jedną z wielu ludowych pieśni do końcówki lat pięćdziesiątych, kiedy za sprawą nagrania Seegera, a później Joan Baez, którzy zaangażowali się w rosnący w siłę ruch obrony praw obywatelskich, stał się symbolem rosnącej siły amerykańskich bojowników na rzecz praw człowieka.

Do dziś utwór często pojawia się w kontekście wydarzeń politycznych, wyborów, walki o równouprawnienie i szanse dla wszystkich. Wszystkie nagrania trudno policzyć, choć utożsamiany przez wielu z Seegerem utwór jest raczej przebojem amerykańskim i symbolem amerykańskiego mitu, że wszystko jest możliwe. Utwór pojawiał się wielokrotnie w sprawach walki z rasową nierównością w USA, zabrzmiał na pogrzebie Martina Luthera Kinga i przy wielu innych patriotycznych okazjach.

Słynne nagrania oprócz Seegera należą do Odetty i Mahali Jackson. Roger Waters śpiewał „We Shall Overcome” w proteście przeciwko Izraelowi blokującemu strefę Gazy, a Bruce Springsteen po atakach terrorystycznych w Norwegii. Uniwersalny, nie odnoszący się do żadnych konkretnych wydarzeń historycznych przekaz tekstu opowiadającego o nadziei na zwycięstwo możliwe dzięki jedności i wspólnej walce w dobrym celu pasuje do każdego konfliktu i beznadziejnej sytuacji. Dlatego też utwór „We Shall Overcome” stał się raczej piosenką z tekstem, śpiewaną wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ważnego. To jednak nie tylko tekst, ale również muzyka, dlatego też zamiast Odetty i Mahalii Jackson, proponuję inne ciekawostki.

W nagraniu Louisa Armstronga, zarejestrowanym na jednej z jego ostatnich płyt przed śmiercią, w 1970 roku, które ukazało się na niekoniecznie najlepszej jego płycie „Louis Armstrong And His Friends” w chórkach śpiewają Miles Davis, Ornette Coleman, Eddie Condon, Chico Hamilton i jeden z najważniejszych promotorów jazzu wszechczasów George Wein. Co prawda nie wnoszą wiele do muzycznej zawartości tego nagrania, ale usłyszeć w chórkach taki skład to niezłe wydarzenie.

„We Shall Overcome” nie może obyć się bez Bruce’a Springsteena, który przez całą swoją karierę zawsze podkreślał, jak ważną postacią dla amerykańskiej historii ruchów obywatelskich, ale też muzyki był Pete Seeger. Razem zagrali na inauguracji Baracka Obamy, a Boss poświęcił piosenkom z repertuaru Seegera album „We Shall Overcome: The Seeger Sessions”, co bardzo nietypowe w jego dorobku, złożonego niemal wyłącznie z autorskich wyśmienitych kompozycji.

Zupełnie nietypowo utworem zajął się Charlie Haden, w czasie swojej słynnej rezydencji na jazzowym festiwalu w Montrealu, kiedy z dużym składem zagrał rozbudowaną wersję „We Shall Overcome”, która niestety nie zmieści się w całości w audycji, bo ma aż 37 minut. Nigdy nie słyszałem dłuższego, ale też ciekawszego wykonania instrumentalnego tej kompozycji.

Utwór: We Shall Overcome
Album: The Bitter And The Sweet (Pete Seeger’s Greatest Hits)
Wykonawca: Pete Seeger
Wytwórnia: CBS / Columbia
Rok: 1962
Numer: 5099750603628
Skład: Pete Seeger – g, voc, unknown – b voc.

Utwór: We Shall Overcome
Album: Louis Armstrong And Friends
Wykonawca: Louis Armstrong
Wytwórnia: RCA Victor / BMG
Rok: 1970
Numer: 090266396122
Skład: Louis Armstrong – voc, Thad Jones – tp, Jimmy Owens – tp, Ernie Royal – tp, Marvin Stamm – tp, Garnett Brown – tromb, Bill Campbell – tromb, Al Grey – tromb, Quentin Butter Jackson – tromb, Robert Ashton – sax, Ray Beckenstein – sax, Danny Bank – sax, Jerry Dodgion – sax, Billy Harper – sax, Sam Brown – g, Kenny Burrell – g, Frank Owens – p, Chuck Rainey – b, Gene Golden – conga, Bernard Pretty Purdie – dr, Carl Hall – b. voc, Janice Bell – b. voc, Ila Govan – b. voc, Matthew Ledbetter – b. voc, Tasha Thomas – b. voc, Tony Bennett – b. voc, Ruby Braff – b. voc, Ornette Coleman – b. voc, Eddie Condon – b. voc, Stanley Dance – b. voc, Miles Davis – b. voc, Bobby Hackett – b. voc, Chico Hamilton – b. voc, Mike Lipskin – b. voc, Father Norman O'Connor – b. voc, Leon Thomas – b. voc, George Wein – b. voc, unknown – b. voc.

Utwór: We Shall Overcome
Album: Live In Dublin
Wykonawca: Bruce Springsteen And The Session Band
Wytwórnia: Columbia / Sony
Rok: 2007
Numer: 886970958226
Skład: Bruce Springsteen – g, voc, Charlie Giordano – org, p, acc, voc, Patti Scialfa – g, voc, Soozie Tyrell – viol, voc, Lisa Lowell – b. voc, perc, Cindy Mizelle – b. voc, perc, Marty Rifkin – g, mand, dobro, Marc Anthony Thompson – g, b. voc, Greg Liszt – bjo, b. voc, Frank Bruno – g, b. voc, perc, Curt Ramm – tp, b. voc, perc, Clark Gayton – tromb, b. voc, perc, Ed Manion – sax, b. voc, perc, Jeremy Chatzky – b, Larry Eagle – dr, perc, Curtis King Jr. – perc, b. voc, Sam Bardfeld – viol, b. voc, Art Baron – mand, tromb.

Utwór: We Shall Overcome
Album: The Montreal Tapes
Wykonawca: Charlie Haden And The Liberation Music Orchestra
Wytwórnia: Verve / Polydor / Polygram
Rok: 1999
Numer: 731452746924
Skład: Charlie Haden – b, Tom Harrell – tp, Stanton Davis – tp, Ken McIntyre – as, Ernie Watts – ts, Joe Lovano – ts, Ray Anderson – tromb, Sharon Freeman – French Horn, Joe Daley – tuba, Mick Goodrick – g, Geri Allen – p, Paul Motian – dr.

12 lutego 2012

Louis Armstrong – The Complete Hot Five And Hot Seven Recordings


Trudno mi znaleźć wytłumaczenie faktu, że to wydawnictwo umieszczamy w Kanonie Jazzu dopiero teraz. Być może to powinna być pierwsza, a już z całą pewnością jedna z kilku pierwszych w nim pozycji. Nie wyobrażam sobie bowiem fana jazzu, który tej muzyki nie zna. Każdy też powinien mieć na półce jakieś wydanie tej muzyki. Pochodzące z 2000 roku wydawnictwo „The Complete Hot Five And Hot Seven Recordings”  jest jednym z najbardziej luksusowych i starannych form wydania tej muzyki. Ten box Columbia wydała z okazji 100 rocznicy urodzin Louisa Armstronga. Niedawno obchodziliśmy (a były to długie obchody, częściowo spowodowane trudną do ustalenia datą urodzin mistrza trąbki) 110 rocznicę jego urodzin. W związku z tym pojawiło się kilka nowych wydawnictw, jednak ja dalej uważam wydanie z roku 2000 za najlepsze.

To bowiem wydanie przeznaczone bardziej dla słuchacza. Nowsze, bardziej luksusowo zapakowane mają charakter kolekcjonerski. Tutaj wszystkie siły i budżet spożytkowano właściwie – zajmując się wybitnie wykonanym remasteringiem i świetnymi informacjami dyskograficznymi, a nie wymyślnym opakowaniem i gadżetami.

Całość – 4 płyty CD zapakowano ładnie, choć nieco niepraktycznie, w świetnie wydrukowaną i oprawioną w płótno książeczkę. Po 10 latach niektóre kartki mojego egzemplarza straciły już kontakt z całością, a na same płyty trzeba bardzo uważać, jak zwykle w tego rodzaju wydawnictwach ich porysowane to tylko kwestia czasu. To właściwie wyczerpuje listę wad tego niezwykłego zestawu. Dalej już mamy tylko same zalety.

Nagrania pochodzą z okresu 1925-1929, a więc należą do epoki prehistorii techniki nagraniowej. Poszczególne utwory, pochodzące z różnych sesji zachowały się do czasów współczesnych w różnej kondycji technicznej. Niektóre z nich brzmią prawie jak zrealizowane współcześnie, inne tylko odrobinę gorzej. Znam jednak sporo współczesnych albumów, których realizatorzy nie potrafili zarejestrować tak dobrze, jak inżynierowie Columbii odnowić nagrania Hot Five i Hot Seven, a także innych nagrań wchodzących w skład zestawu.

Hot Five i Hot Seven, to zresztą z perspektywy lat nazwy nieco umowne, bowiem składy zmieniały się równie często jak nazwy formacji. Tak więc w zestawie znajdziemy nagrania zarejestrowane pierwotnie nie tylko przez Hot Five i Hot Seven, ale też między innymi przez Butterbeans And Susie With Louis Armstrong, Hociel Thomas With Louis Armstrong Hot Four, Lill's Hot Shots, czy Johnny Dodds And Black Bottom Stompers. W rolach głównych niezmiennie występowała jednak trąbka i głos Louisa Armstronga. Pozostali muzycy, którzy tworzyli te najbardziej znane składy i którzy powszechnie kojarzeni są z tymi zespołami to puzonista Kid Ory, grający na saksofonach i klarnetach Johnny Dodds, grający na banjo i gitarze Johnny St. Cyr, perkusista Baby Dodds. Na fortepianie grała w pierwszym okresie Lil Hardin (w pewnym momencie żona Louisa Armstronga), a pod koniec Earl Hines. W składzie pojawili się też między innymi Barney Bigard (saksofon tenorowy), Zutty Singleton (perkusja), Lonnie Johnson (gitara) i kilka wokalistek.

Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości, kiedy zaczął się nowoczesny jazz, po wysłuchaniu tych płyt i lekturze książki do nich dołączonej z pewnością już będzie pewien. Pojęcie jazzowego combo, zbiorowej improwizacji, head arrangement, czytelny podział małego zespołu na sekcję rytmiczną i solistów, scat, rola wokalisty w małym składzie, czy współczesne brzmienie trąbki – to wszystko i wiele więcej, w tym sporo grywanych do dziś kompozycji, zdefiniował właśnie Louis Armstrong w czasie pierwszych sesji Hot Five. Późniejsze sesje i roszady w składzie w zasadzie jedynie te pojęcia rozwijały i doskonaliły.

Składy Hot Five i Hot Seven, będące szczytowym osiągnięciem prapoczątków jazzu (tych które zarejestrowano na płytach), stały się też największym ciężarem i przekleństwem dalszej kariery Louisa Armstronga. Stał się on bowiem swego rodzaju muzycznym Hansem Klossem. Większość krytyków kojarzyła go przez całe dekady przede wszystkim z tymi nagraniami i oczekiwała od niego kontynuacji. Nie potrafili zrozumieć, że on chciał później grać dla ludzi i dawać publiczności radość swoją muzyką. Tak więc krytycy wypominali Louisowi Armstrongowi komercjalizację, słuchacze byli niezmiennie zachwyceni, a czasu cofnąć się nie dało. Lata dwudzieste już nigdy nie wrócą na jazzowe estrady. Dzięki postępowi technologii remasteringu, możemy się jednak cofnąć w czasie za sprawą tego niezwykłego wydawnictwa.

„The Complete Hot Five And Hot Seven Recordings” to nie jest jedynie ważny kawałek historii światowej kultury. To przede wszystkim olbrzymia porcja do dziś aktualnej muzyki. I choćby nie wiem jak starał się samozwańczy kustosz historii jazzu Wynton M., zawsze będzie mógł jedynie zdmuchiwać kurz z ołtarza wielkiej sztuki wielkiego Louisa Armstronga.

Louis Armstrong
The Complete Hot Five And Hot Seven Recordings
Format: 4CD
Wytwórnia: Columbia
Numer: 074646352724

19 września 2011

Ella Fitzgerald & Louis Armstrong - Ella And Louis


Ja raczej za tym albumem nie przepadam. To jednak zdecydowanie i ponad wszelką wątpliwość pozycja ważna dla historii jazzu, a z pewnością przez wielu fanów jazzowej wokalistyki, szczególnie tej w starym swingowym stylu wręcz uwielbiana. Ja poprzestanę na tym, że to album ważny i właściwie to trudno mi o nim napisać coś niedobrego. On zwyczajnie nie jest w moim stylu.

Tak więc kiedy wybraliśmy ten właśnie album do kolejnej prezentacji naszej klasycznej płyty tygonia, zorientowałem się, że prawdopodobnie nie słuchałem tej płyty od jakiś 20 lat. Ostatnie 20 lat muzycznych doświadczeń mojego zdania nie zmieniło i dalej wolę kiedy Louis Armstrong gra na trąbce niż śpiewa. Dalej też uważam, że jego najważniejsze dla jazzu nagrania, to te, które powstały w końcówce lat dwudziestych wraz ze składami znanymi jako Hot Five i Hot Seven. Później miał w sumie ciężki los. Pewnie wielu krytyków i fanów przez kolejne 40 lat jego niezwykłej kariery czekało na kolejne takie nagrania. Inni cieszyli się tym, że bez wątpienia Louis Armstrong posiadał jeden z najbardziej charakterystycznych i niezwykłych głosów jazzowe świata.

Płyta „Ella And Louis” to początek całkiem sporego cyklu 3 albumów (w tym jeden podwójny) wspólnych nagrań Elli Fitzgerald i Louisa Armstronga dla Verve. Norman Granz kontynuując muzyczny i komercyjny sukces pierwszego albumu w krótkim czasie doprowadził do powstania „Alla And Louis Again” i „Porgy And Bess”. Jednak mimo, że to wyśmienite płyty, to świeżości oryginału powtórzyć się nie udało. Powstały klasyczne sequele, coś, co nie udaje się zwykle ani w muzyce, ani w filmie.

Na niesamowity sukces albumu „Ella And Louis” złożyły się właściwie w równej mierze 3 czynniki. Pierwszy z nich, to zupełnie niespotykana i niepodważalna prawdziwość emocji przekazywanych przez oboje wokalistów. Tak bezpośredniego wokalnego dialogu próżno szukać w historii muzyki. To rozmowa dwojga przyjaciół, osób rozumiejących się bez słów, śpiewających dla siebie i do siebie. Słuchacze są tylko i aż świadkami tej rozmowy. Drugim czynnikiem jest bez wątpienia wybór repertuaru. Całość płyty to już w momencie jej wydania były znane i sprawdzone  rynkowe hity z desek teatrów muzycznych. Dziś wiele z nich fani kojarzą przede wszystkim z „Ella And Louis”. W wyborze, jak twierdzą biografowie pomagał Norman Granz, wybierając właściwie same pogodne ballady grane w dość wolnych tempach. Trzecie źródło sukcesu to warstwa instrumentalna, mimo, że na tej płycie nie jest najważniejsza, to z pewnością patrząc choćby na skład instrumentalistów, musiały powstać podkłady wybitne, choć z pewnością pełniące rolę użytkową i służebną dla wokalistów. To właściwie zespół marzeń dla każdego wokalisty: Oscar Peterson (fortepian), Herb Ellis (gitara), Ray Brown (kontrabas) i Buddy Rich (perkusja). Może zamieniłbym Herba Ellisa na Joe Passa, ale to już kwestia osobistych preferencji.

Płyta powstała latem 1956 roku i nie było to pierwsze muzyczne spotkanie Louisa Armstronga i Elli Fitzgerald. Nagrywali wcześniej dla wytwórni Decca, jeszcze w latach czterdziestych, ale dopiero Norman Granz zobaczył w ich wspólnym muzykowaniu to, co dziś słyszymy na płycie „Ella And Louis”. W 1957 roku powstała druga część płyty – „Ella And Louis Again”.

 Jeśli w tak doskonale dobranym zestawie hitów można wyróżnić któryś z utworów, to przede wszystkim wypada wspomnieć o „They Can’t Take That Away From Me”, utworze zawierającym bodaj najdłuższe na płycie i najciekawsze solo Louisa Armstronga na trąbce. O tym, że wolę jego trąbkę już wspominałem… Więc ten utwór jest dla mnie ważną częścią albumu.

Trudno zapomnieć też o najdoskonaleszym chyba w całej historii wykonaniu „Cheek To Cheek” z jednego z filmów Freda Astaira.

To wyśmienity album. Powinien spodobać się każdemu. Może nie każdy będzie go słuchał codziennie, mnie wystarczy raz na kilka lat. To świetna muzyka, ale nie moja…

Tekst przygotowany dla RadioJAZZ.FM
  
Ella Fitzgerald & Louis Armstrong
Ella And Louis
Wytwórnia:Verve
Format: LP
Numer: V-4003