Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ray Brown. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ray Brown. Pokaż wszystkie posty

13 czerwca 2021

My Foolish Heart – CoverToCover Vol. 147

Melodię „My Foolish Heart” skomponował Victor Popular Young – Mistrz Polskiego Jazzu, a tekst napisał Ned Washington. Jeśli chcecie dowiedzieć się, dlaczego Victor jest Mistrzem Polskiego Jazzu, bez trudu odnajdziecie bogato ilustrowaną muzycznie opowieść o życiu tego wybitnego kompozytora o polskich korzeniach w naszym radiowym archiwum podcastów w tym właśnie cyklu. Piosenka została przygotowana jako typowy utwór tytułowy do filmu w reżyserii Marka Robsona w 1949 roku. Film jest adaptacją fragmentu prozy jednego z najciekawszych amerykańskich pisarzy – J.D. Salingera. W filmie piosenkę śpiewa grająca rolę wokalistki w jazzowym klubie Martha Mears. Ani film, ani piosenka nie zasłużyły sobie w chwili premiery na jakieś szczególne uznanie krytyków, a melodia Younga uznana została wręcz za przesadnie sentymentalną i niepotrzebną. Serio…

Jednak specjaliści od przebojów szybko poznali się na klasie tej kompozycji. Film jeszcze był na ekranach, kiedy swoje wersje nagrali Billy Eskstine i Gordon Jenkins ze swoją orkiestrą. Ten ostatni nawet jakimś cudem wyrobił się przed premierą filmu. Jednak to Carmen McRae wprowadziła utwór na jazzowe salony. Jej nagranie „My Foolish Heart” znalazło się na płycie „Blue Moon” w 1956 roku. Później już było tylko więcej i lepiej. Tonny Bennett dwa lata później nagrał swoją pierwszą wersję. Za przykładem Bennetta i McRae poszły setki wokalistów i wokalistek.

Jednak „My Foolish Heart” to również doskonały – dziś jazzowy – standard instrumentalny, który swoją karierę w tej roli zaczął w 1962 roku od nagrania Billa Evansa z płyty „Waltz For Debby”. Chcąc pogodzić w krótkiej audycji CoverToCover wszystkich najlepszych – prezentuję wspólne nagranie Evansa i Tony Bennetta z wybornego albumu „The Tonny Bennett / Bill Evans Album” z 1975 roku, a także świetne nagrania Raya Browna, Oskara Petersona i nowoczesną interpretację na fortepian solo Bugge Wesseltofta. Jeśli macie ochotę na poszukiwanie kolejnych świetnych wersji tej melodii, macie do wyboru grubo ponad 500 rejestracji z każdego zakątka świata i w każdym możliwym stylu muzycznym oraz na różnych instrumentach.

Utwór: My Foolish Heart
Album: The Tony Bennett / Bill Evans Album (The Legendary Sessions)
Wykonawca: Tony Bennett / Bill Evans
Wytwórnia: Fantasy (Jazz Collectors)
Rok: 1975
Numer: 8436019584262
Skład: Tony Bennett – voc, Bill Evans – p.

Utwór: My Foolish Heart
Album: Bass Hit!
Wykonawca: Ray Brown
Wytwórnia: Polygram / Verve
Rok: 1956
Numer: MG V-8022
Skład: Ray Brown – b, Harry Sweets Edison – tp, Conrad Gozzo – tp, Ray Linn – tp, Herbie Harper – tromb, Jack Dulong – as, Herb Geller – as, Jimmy Giuffre – cl, ts, Bill Holman – ts, Jimmy Rowles – p, Herb Ellis – g, Mel Lewis – dr.

 Utwór: My Foolish Heart
Album: A Tribute To Oscar Peterson: Live At The Town Hall
Wykonawca: Oscar Peterson
Wytwórnia: Telarc
Rok: 1997
Numer: 089408340123
Skład: Oscar Peterson – p, Roy Hargrove – flug, Herb Ellis – g, Niels-Henning Orsted Pedersen – b, Lewis Nash – dr.

Utwór: My Foolish Heart
Album: Songs
Wykonawca: Bugge Wesseltoft
Wytwórnia: Jazzland / Universal
Rok: 2011
Numer: 602527917337
Skład: Bugge Wesseltoft – p.

04 marca 2021

Papa Was A Rolling Stone – CoverToCover Vol. 129

Utwór powstał na potrzeby muzycznego eksperymentu wytwórni Motown – dziś zapomnianego zespołu The Undisputed Truth. Piosenkę napisali Norman Whitfield i Barrett Strong. Oryginalna wersja jest utworem wokalnym rozpisanym na kilka głosów. Już w kilka tygodniu po opublikowaniu przez Motown singla The Undisputed Truth swoją wersję nagrał zespół The Temptations nagrywający wtedy do należącej do rodziny Motown wytwórni Gordy. Pełna wersja ma ponad dwanaście minut a singlowa sześć, więc dalej był to swego rodzaju eksperyment, bowiem tak długi utwór nie mógł liczyć na wielką popularność w amerykańskich stacjach radiowych. Nawet jeśli spodobałby się radiowym prezenterom, nie znalazłby zrozumienia u wydawców – długie utwory to mniej przerw na reklamy, a więc mniej reklam. Jednak dobra muzyka zawsze jakoś do słuchaczy dotrze i nagranie The Temptations, znacznie ciekawsze muzycznie szybko trafiło na szczyty list przebojów na całym świecie i było jedną z muzycznych sensacji 1972 roku.

W pełnej wersji The Temptations pierwsze słowa piosenki pojawiają się dopiero w okolicach czwartej minuty nagrania. Zespół był złożony z wokalistów i korzystał z sesyjnych muzyków – zmieniającego się ciągle składu znanego jako The Funk Brothers. Wokaliści zespołu nie chcieli nagrać tego utworu, uważali go nie tylko za niepotrzebny eksperyment, ale też za coś, co odciągnie fanów od ich głosów w związku z rozbudowanymi partiami instrumentalnymi. Trochę się pomylili. W efekcie nalegań producenta i właściciela wytwórni Berry Gordy’ego powstało nagranie, które stało się nie tylko największym hitem The Temptations i światowym przebojem, ale również wskazało drogę rozwoju muzyki soul. Inni wykonawcy śmielej sięgali po dłuższe formy instrumentalne. Soul przestał być jedynie muzyką trzyminutowych przebojów tworzonych przez doskonale zgrane zespoły wokalne. Stał się wyśmienitą muzyką. Gdyby nie „Papa Was A Rolling Stone”, nie byłoby wyśmienitych nagrań koncertowych Isaaca Hayesa, ani doskonałych albumów Sly And The Family Stone z lat siedemdziesiątych. Istotnym był również fakt, że na singlu z utworem na stronie B ukazała się wersja instrumentalna, co do dziś sprawia, że często sample The Funk Brothers używane są przez twórców neo-soulu. Aranżer, który stworzył wersję instrumentalną – Paul Riser Sr. Powiedział w jednym z wywiadów, że inspirował się muzyką Isaaca Hayesa napisaną do filmu „Shaft”. Moim zdaniem nawet bardzo się inspirował. Nie ma to dziś znaczenia, bowiem i „Shaft” i „Papa Was A Rolling Stone” to dziś klasyki soulu grane często również przez muzyków jazzowych.

Do prezentacji utworu Normana Whitfielda i Barretta Stronga wybieram wyjątkowo zróżnicowany stylistycznie zestaw nagrań – nagranie Reginy Carter z wokalem Cassandry Wilson, wersję na trzy kontrabasy zagrają mistrzowie tego instrumentu – Ray Brown, Christian McBride i John Clayton Jr. Najnowsze nagranie w tym zestawie powstało z udziałem Leszka Możdżera – zaśpiewa Caecile Norby z pomocą gwiazd ACT Music - Larsa Danielssona i Ngueyna Le.

Utwór: Papa Was A Rolling Stone
Album: All Directions (Single Edit – Classics Temptations)
Wykonawca: The Temptations
Wytwórnia: Gordy / Motown / Universal
Rok: 1972
Numer: 601215751925
Skład: Otis C. Williams – voc, Melvin Franklin – voc, Dennis Edwards – voc, Damon Harris – voc, Richard Street – voc, The Funk Brothers

Utwór: Papa Was A Rolling Stone
Album: Rhythms Of The Heart
Wykonawca: Regina Carter
Wytwórnia: Verve / Polygram
Rok: 1999
Numer: 731454717724
Skład: Regina Carter – viol, Cassandra Wilson – voc, Rodney Jones – g, Werner Vana Gierig – p, Peter Washington – b, Lewis Nash – dr, Mayra Casales – perc.

Utwór: Papa Was A Rolling Stone
Album: SuperBass 2
Wykonawca: Ray Brown, John Clayton Jr. & Christian McBride
Wytwórnia: Telarc
Rok: 2001
Numer: 089408348327
Skład: Ray Brown – b, Christian McBride – b, John Clayton Jr. – b, George Fludas – perc.

Utwór: Papa Was A Rolling Stone
Album: Silent Ways
Wykonawca: Caecilie Norby
Wytwórnia: ACT Music
Rok: 2013
Numer: ACT 9725-2
Skład: Caecilie Norby – voc, Lars Danielsson – b, cello, g, tamb, Leszek Możdżer – p, Ngueyn Le – g, effects, Robert Mehmet Ikiz – dr, perc.

06 lipca 2020

Air On The G String (Orchestral Suite No. 3 in D major, BWV 1068) – CoverToCover Vol. 58


Muzykę klasyczna, dawną i zapisaną starannie w nutach zostawiam sobie zawsze na później, choć mam wrażenie, że to później już nigdy nie nastąpi, jednak poszukiwanie śladów obecności kompozytorów sprzed setek lat we współczesnej muzyce rozrywkowej i improwizowanej to całkiem ciekawe zajęcie. W przypadku kompozycji Jana Sebastiana Bacha w zasadzie nie jest to trudne, bowiem wariacje goldbergowskie na jazzowe salony wprowadził Glen Gould, którego uważam za absolutnie jazzowego muzyka, być może nawet jednego z największych pianistów jazzowych wszechczasów. Jak ktoś nie wierzy, niech sobie posłucha. Za ten cykl wziął się również całkiem udanie Keith Jarrett, ale z całym do niego szacunkiem, do Goulda mu daleko.


Dziś jednak o Arii na strunie G, czyli fragmencie suity orkiestrowej D-dur numer 3, w oficjalnym katalogu dzieł Bacha oznaczonym numerkiem BVW 1068. W wersji dla bardziej dociekliwych - Bach Werke Verzeichnis (BWV) to katalog dzieł Bacha opracowany krótko po II wojnie światowej, jak możecie spodziewać się po nazwie, przez niemieckich fanów, a raczej bardziej archiwistów. Kompozytorzy w dawnych czasach (Bach żył na przełomie XVII i XVIII wieku) nie nazywali swoich kompozycji jakoś szczególnie, bowiem w większości przypadków zabierali się za pracę nad utworem dopiero, kiedy dostali sowitą przedpłatę. Nie martwili się później o sprzedaż i o chwytliwy refren, choć wiele utworów powstałych przed wynalezieniem fonografu ma całkiem łatwe do zapamiętania melodie. Podobnie jest z Arią na strunie G, która posługując się dzisiejszą terminologią – mogłaby być singlem z Suity orkiestrowej numer 3 BWV 1068. Taka nazwa nieodmiennie kojarzy mi się z zupełnie beznadziejnymi nazwami samochodów, które również nic nie znaczą. Kiedyś nie rozumiałem, czemu globalne produkty mają najczęściej numerki, czasem bardzo skomplikowane, a nie nazwy. Oświeciło mnie, kiedy zostałem po raz pierwszy poproszony o zrecenzowanie ponad setki nowych nazw, które mój ówczesny pracodawca, globalny koncern zarejestrował sobie na zapas na całym świecie dla produktów, których nie było nawet w najdalej wybiegających w przyszłość planach produkcyjnych, nawet tych, które istniały tylko na slajdach. Otóż problem tkwi w tym, że piosenka może mieć nazwę własną, albo imię, lub jakiś fragment refrenu jako tytuł. Produkt musi mieć jedno słowo. Cokolwiek się nie wymyśli, jeśli zapyta się swoich ludzi w setce albo lepiej krajów, czy im się źle nie kojarzy, nawet jeśli wylosujecie słowo nieistniejące i zupełnie bez sensu, zawsze znajdzie się jeden, któremu się kojarzy, z seksem, polityką, przemocą, albo innymi paskudztwami. No i cała robota drogiej agencji reklamowej od wymyślania słów idzie na marne. Może więc warto jazzowe standardy też zwyczajnie numerować…?

Miało być jednak o znanej melodyjce Bacha. Z przyczyn oczywistych kompozytor, ani żaden współczesny jemu muzyk dziś nie zagra, za to postarałem się zapewnić Wam niezłą stylistyczną paletę barw. Dla mnie wykonaniem wzorcowym jest nagranie połączonych sił The Modern Jazz Quartet i The Swingle Singers z fantastycznej płyty „Place Vendome”, która od dawna jest już w moim Kanonie Jazzu. Zespół Warda Swingle nagrał Arię na strunę G również bez The Modern Jazz Quartet na płycie wypełnionej niemal a capella zaśpiewanymi kompozycjami Bacha z 1963 roku o sprytnie wymyślonym tytule „Jazz Sebastian Bach”. W środku z tytułami było już trudniej, bo obok BVW 1068 umieścili też fantastyczne BVW 1080, 645, 880, a nawet 871 i parę innych fantastycznych numerów.

Suita Orkiestrowa BVW 1068 jak sama nazwa wskazuje, powstała z myślą o orkiestrze symfonicznej. Transkrypcję Arii na strunę G na dwa instrumenty (skrzypce i fortepian) zawdzięczamy Augustowi Emilowi Danielowi Ferdinandowi Wilhelmj’emu (to jeden człowiek, musiał mieć wielu słynnych dziadków…). Chociaż pewnie i bez niego ludzie jazzu poradziliby sobie doskonale. Zamieniając skrzypce i fortepian na gitarę i kontrabas (przecież dla muzyków improwizujących to proste i oczywiste) fantastycznie zagrali ten motyw Ray Brown i Laurinho Almeida. Inny słynny basista – Ron Carter postanowił nagrać swój własny album poświęcony muzyce Bacha – „Ron Carter Meets Bach”. Żeby sobie utrudnić zadanie, a może nie znalazł chętnych do pomocy, sam zagrał na kontrabasie, wiolonczeli i paru innych instrumentach podobnych. Niektórzy tą płytę kochają, inni uważają za muzyczny żart. Ja należę do grupy niezdecydowanych, ale Ron Carter może być dumny ze swojej płyty wypełnionej numerami BVW, choć on akurat w bezpośrednim opisie numerów z katalogu nie użył.

Kolejne kameralne wykonania należą do wiolonczelisty Yo-Yo Ma i Bobby McFerrina, a także do Iiro Rantali z udziałem naszego geniusza skrzypiec Adama Bałdycha. Jak usłyszycie ślad Arii na strunę G w „A Whiter Shade of Pale” zespołu Procol Harum, to nie będzie się Wam tylko zdawało, to słuszne skojarzenie, ale Procol Harum też mi się w audycji nie zmieścił.

Utwór: Air For G String
Album: Place Vendome
Wykonawca: The Modern Jazz Quartet & The Swingle Singers
Wytwórnia: Philips / Polygram
Rok: 1966
Numer: 004228245522
Skład: John Lewis – p, Milt Jackson – vib, Percy Heath – b, Connie Kay – dr, Ward Swingle – voc, Christiane Legrand – voc, Jean-Claude Briodin – voc, Anne Germain – voc, Claude Germain – voc, Jean Cussac – voc, Claudine Meunier – voc, Jeanette Baucomont – voc.

Utwór: Air On A G-String
Album: Moonlight Serenade
Wykonawca: Ray Brown & Laurinho Almeida
Wytwórnia: Jeton / Bell Music
Rok: 1981
Numer: 4011809600052
Skład: Ray Brown – b, Laurinho Almeida – g.

Utwór: Air - From Orchestral Suite In D Minor
Album: Ron Carter Meets Bach
Wykonawca: Ron Carter
Wytwórnia: EAU / Toshiba / Blue Note
Rok: 1991
Numer: 077778051023
Skład: Ron Carter – b, cello, others.

Utwór: Orchestral Suite #3 In D, Bwv 1068 - Air
Album: Hush
Wykonawca: Yo-Yo Ma with Bobby McFerrin
Wytwórnia: Sony
Rok: 1992
Numer: 5099704817729
Skład: Yo-Yo Ma – cello, Bobby McFerrin – voc.

Utwór: Aria
Album: My History Of Jazz
Wykonawca: Iiro Rantala
Wytwórnia: ACT Music
Rok: 2012
Numer: ACT 9531-2
Skład: Iiro Rantala – p, Lars Danielsson – b, cello, Adam Bałdych – viol, Morten Lund – dr.

26 października 2018

Ray Brown with John Clayton Jr & Christian McBride - Superbass

Ten album jest prawdziwą rewelacją, w szczególności dla fanów Raya Browna i Christiana McBride’a. Spotkanie pokoleń – dwójka doskonałych muzyków, uzupełniona przez tego trzeciego – nieco mnie znanego, choć też dysponującego sporym dorobkiem nagraniowym – Johna Claytona. Trzy kontrabasy na małej scenie Scullers Jazz Club w Bostonie, to w zasadzie projekt skazany od początku na powodzenie. Jedyne co mogło się nie udać, to jakość nagrania, tu jednak z pomocą przyszła wytwórnia Telarc, która w końcówce ubiegłego wieku była jedną z najlepiej dbających o jakość techniczną materiału małych amerykańskich wytwórni. Ten album może służyć nie tylko za elementarz jazzowego kontrabasu, ale również za przykład, jak należy rejestrować kameralne koncertowe wydarzenia, nawet te trudne do zarejestrowania, bowiem kontrabas często bywa utrapieniem dla realizatorów dźwięku, a co dopiero trzy takie instrumenty. Udało się jednak znakomicie.


Mało kto pamięta, że „Superbass” koncertowy nie jest pierwszą płytą pod tym tytułem. W 1992 roku wytwórnia Capri wydała wspólne nagrania studyjne Raya Browna i Johna Claytona w wyśmienitym towarzystwie legendarnego gitarzysty z orkiestry Counta Basie’ego – Freddie Greena, a także Jeffa Hamiltona i Jeffa Claytona (w jednym z utworów). Ten album jest dziś właściwie niedostępny i mimo faktu, że nigdy nie słyszałem tych nagrań, jest on bardzo wysoko na liście poszukiwanych przeze mnie płyt.

Pierwszy koncert „Superbass” został zarejestrowany w 1996 roku i wydany przez Telarc. Po kilku latach trójka basistów spotkała się po raz kolejny – tym razem w Blue Note w Nowym Jorku w roku 2000. Znowu doskonała rejestracja inżynierów Telarcu ukazała się jako „Superbass 2”. Kolejnych części nie udało się zarejestrować. Ray Brown zmarł w 2002 roku.

Obie koncertowe rejestracje wypełnione są przebojowymi wykonaniami jazzowych standardów. Trio basistów na koncercie w Chicago wspomagali w kilku utworach doskonały pianista Benny Green i perkusita – Gregory Hutchinson – obaj reprezentujący pokolenie Christiana McBride’a.

Doskonałą atmosferę i świetną zabawę słychać w zasadzie od pierwszych nut skomponowanego przez Raya Browna tematu przewodniego całego przedsięwzięcia – „SuperBass Theme”. Pozostałe instrumenty są jedynie brzmieniowym uzupełnieniem kontrabasów. Muzycy rozmawiają ze sobą za pomocą swoich instrumentów, czasem grają razem, czasem pokazują sobie kolejne pomysły na interpretację tematów. Dla McBride’a „Blue Monk” jest podręcznikowym standardem. Ray Brown pamięta moment jego powstania. Co ciekawe, Ray Brown wielokrotnie grał kompozycje Monka, kiedy ten zmarł w 1982 roku, zespół z Rayem Brownem w składzie, prowadzony przez Milta Jacksona nagrał w czasie koncertów w klubie Ronniego Scotta w Londynie trzy wyśmienite albumy poświęcone kompozycjom Monka.

Co ciekawe – Ray Brown chyba nigdy nie zagrał z Monkiem, a przynajmniej nie nagrał niczego powszechnie znanego. Nazwisko Raya Browna pojawia się tylko dwa razy w monumentalnej biografii Monka – „Thelonious Monk – The Life And Times Of An American Original” autorstwa Robina D.G. Kelleya – którą korzystając z okazji bardzo Wam polecam, i to w kontekście nie dotyczącym wspólnych nagrań.

Przebojowe wykonanie „Mack The Knife” przekona do tego albumu również tych, którzy na co dzień jazzu nie słuchają. „Superbass” to jedna z najciekawszych płyt koncertowych schyłku XX wieku. Jej kontynuacja jest równie dobra, a płyty studyjnej wciąż poszukuję…

Ray Brown with John Clayton Jr & Christian McBride
Superbass
Format: CD
Wytwórnia: Telarc Jazz
Numer: CD-83393

30 grudnia 2016

Oscar Peterson Trio - Last Call At The Blue Note

W 1990 roku Oscar Peterson powrócił na scenę w wielkim stylu po 4 latach milczenia. Jego ostatni album nagrany dla Pablo powstał w 1986 roku. Po dłuższym milczeniu podpisał kontrakt z Telarc, wtedy jeszcze mało znaną, skupiającą się raczej na wysokiej jakości technicznej, niż muzycznej wytwórni tak zwanej audiofilskiej. Pamiętam, kiedy płyty Oscara Petersona wydawane przez Telarc były nowością. Pamiętam, kiedy i gdzie kupiłem album „Last Call At The Blue Note”. Trudno uwierzyć, że od tego czasu minęło już ponad 25 lat.

W samym tylko 1990 roku Telarc wydał 4 albumy Oscara Petersona, wszystkie zarejestrowane podczas dwudniowego koncertowego maratonu w marcu tego roku w nowojorskim klubie Blue Note. Jak miało się niedługo okazać, te koncerty były ostatnimi zarejestrowanymi przez w pełni sprawnego Oscara Petersona. W 1992 roku artysta przeszedł ciężki wylew, w wyniku którego w zasadzie już do swojej śmierci w 2007 roku jego lewa ręka nie powróciła do pełnej sprawności.

Chronologicznie pierwsze z wydanych w 1990 roku przez Telarc płyt zawierających rejestrację koncertów z Blue Note – „Live At The Blue Note” i „Saturday Night At The Blue Note” zostały nagrodzone szeregiem nagród, w tym Grammy w kilku kategoriach. Pozostałe – „Last Call At The Blue Note” i „Encore At The Blue Note” nagród nie dostały, co bynajmniej nie oznacza, że są muzycznie słabsze, choć z pewnością zawierają nieco mniej znane kompozycje.

Dlaczego zatem wybrałem „Last Call At The Blue Note”? Ten wybór nie jest oczywisty, choć ten album reprezentuje całość nagrań z marca 1990 roku w może nieoczywisty, ale z pewnością reprezentatywny sposób. Jego miejsce mogłaby zając dowolna z czterech wydanych wtedy płyt. Wszystkie są równie doskonałe. W przypadku nagrań Oscara Petersona nie potrafię być obiektywny, jest on bowiem w zasadzie od zawsze moim ulubionym jazzowym pianistą, który nawet jeśli nagrywał coś nieco słabszego, zawsze za samo nazwisko dostaje przysłowiowy bonus w postaci dodatkowej gwiazdki. W tym przypadku jednak nie ma takiej potrzeby, bowiem w roku 1990 Oscar Peterson był w doskonałej formie muzycznej, a występy w towarzystwie muzyków, z którymi grał wielokrotnie w czasie swojej długiej kariery – Herbem Ellisem, Rayem Brownem oraz nieco mniej znanym perkusistą, choć również grającym z liderem już w latach sześćdziesiątych – Bobby Durhamem udały się wyśmienicie.

Dodatkowo doskonała jakość techniczna nagrań, z której znana jest wytwórnia Telarc, pozwoliła uchwycić muzyków w doskonałej formie, nie szukających jakiejś nowości, nietypowego brzmienia, czy innowacji aranżacyjnych. To zwyczajnie jazz w czystej postaci, jak miało się okazać już kilkanaście miesięcy później, po raz ostatni zagrany w ten sposób przez jednego z największych muzyków jazzowych wszechczasów. Nie warto zapominać o wszystkich nagraniach Oscara Petersona, które powstały po 1994 roku – kiedy to z wielkim wysiłkiem powrócił do zdrowia, jednak nie są one tak doskonałe, jak wszystko co nagrał przed 1992 rokiem. Dlatego właśnie materiał, który powstał 16 i 17 marca 1990 roku jest tak ważny historycznie i zasługuje na wyróżnienie na tle setek doskonałych albumów, które stworzył Oscar Peterson jako lider, tych w których był pianistą akompaniującym wokalistkom i tych, w których był muzykiem drugiego planu.

Oscar Peterson Trio
Last Call At The Blue Note
Format: CD
Wytwórnia: Telarc
Numer: 089408331428

09 listopada 2014

Oscar Peterson Trio - The London House Sessions

Trio Oscara Petersona z Rayem Brownem i Edem Thigpenem to zespół wzorcowy w swojej kategorii. Sam Oscar Peterson czuł się zresztą wyśmienicie w każdym małym zespole – nagrywał solo, w duetach – również z Rayem Brownem, ale też z gitarzystami, pianistami, czy trębaczami. To jednak właśnie zespół z Rayem Brownem i Edem Thigpenem jest również według mnie najlepszym wcieleniem geniuszu pianisty.

„The London House Sessions” to nagrania które powstały w … Chicago, latem 1961 roku w czasie serii koncertów, jakie trio dało w legendarnym nie tylko dla fanów w Chicago klubie London House. To miejsce ważne dla historii amerykańskiej muzyki już dawno nie istnieje, w czasach świetności grali jednak tam niemal wszyscy wielcy, a w szczególności pianiści. Zespół Ramseya Lewisa zaczynał swoją światową karierę jako dyżurna klubowa sekcja. Grywali tam Erroll Gardner, Bill Evans i Dave Brubeck. Latem 1961 roku grał Oscar Peterson. Koncerty były niezwykle udane, dały fanom serię płyt – „The Trio”, „The Sound Of The Trio”, „Put On A Happy Face” i „Something Warm”. Rok później zespół nagrał chyba najbardziej znaną i uważaną powszechnie za najlepszą studyjną płytę tej trójki – album „Night Train”.

Współcześnie producenci z Verve zebrali materiał koncertowy dostępny na wspomnianych 4 albumach i dodali 22 wcześniej niepublikowanych utworów tworząc złożony z 5 płyt CD zestaw „The London House Sessions”. Zestaw prezentujący trio genialne trio Oscara Petersona w najlepszej postaci. Pełen energii, wspomaganej entuzjazmem publiczności i ciągle nowego w składzie perkusisty zespół prezentuje zestaw swingujących standardów i bopowych przebojów. Ed Thigpen zastąpił w zespole gitarzystę – Herba Ellisa i mimo tego, że Herb Ellis był świetnym gitarzystą i z Oscarem Petersonem rozumiał się jak mało kto, była to dobra zmiana.

Nie potrafię wyróżnić żadnego z utworów. Wybór należy do każdego z słuchaczy, każdy wybierze te melodie, które lubi najbardziej. Tu nie ma słabszych momentów. Chwil, w których zespół pozwala soliście odpocząć, wymyślić kolejną frazę. To encyklopedia jazzowych melodii w najlepszym wydaniu. Nie rozumiem ludzi, którzy w czasie tego koncertu jedli spokojnie kolację, albo rozmawiali ze znajomymi...

Trudno przecenić prace inżynierów odpowiedzialnych za renowację dźwięku w wydaniu cyfrowym. Wykonali kawał wyśmienitej roboty. Oczywiście techniczna jakość nagrań daleka jest od dzisiejszych standardów, jednak w żadnym wypadku jakość techniczna nie przeszkadza w odbiorze muzyki. Znam współczesne płyty koncertowe nagrane gorzej. Nawet nieco więcej, niż zwykle odgłosów z sali nie przeszkadza.

Dziś nie jest łatwo kupić ten wydany niemal 20 lat temu zestaw. Z pewnością oferuje on więcej niż dostępne osobno płyty, bowiem dodane dodatkowe nagrania są równie dobrej jakości. Nie są jakimiś odnalezionymi cudownie nieudanymi studyjnymi odrzutami, które nie powinny nigdy ujrzeć światła dziennego. Z nich można ułożyć kolejne dwa, albo i trzy albumy, równie dobre jak te, które ukazały się krótko po zarejestrowaniu koncertów w London House w Chicago. Jeśli zobaczycie ten zestaw na półce w sklepie, sięgnijcie głęboko do kieszeni. Jeśli chcecie mieć jedno wydawnictwo Oscara Petersona – to będzie jeden z najlepszych wyborów.

Oscar Peterson Trio
The London House Sessions
Format: 5CD
Wytwórnia: Verve
Numer: 731453176621

07 kwietnia 2014

Oscar Peterson Trio – Canadiana Suite

Trio Oscara Petersona z Rayem Brownem i Edem Thigpenem to jedna z najlepszych jazzowych trójek świata w kategorii absolutnej. Nie mają na swoim koncie żadnej słabej płyty. Są same wyśmienite. Każda z nich zasługuje na miejsce w Kanonie Jazzu. Każda z nich pozostaje wybitna do dziś, mając nie tylko historyczne znaczenie. Przecież muzyka to nie historia i nie za zasługi wracamy do jakiejś płyty po raz kolejny.

Faktem jednak jest, że „Canadiana Suite” to w dyskografii zespołu Oscar Peterson / Ray Brown / Ed Thigpen, ale także w całej dyskografii Oscara Petersona pozycja dość wyjątkowa. Również nieco zapomniana, może za wyjątkiem rodzimego przecież dla lidera rynku kanadyjskiego. Oscar Peterson komponował przez całą swoją karierę, choć najwięcej swoich własnych utworów nagrywał w końcowych latach swojej kariery, kiedy jego koncertowe albumy wydawała wytwórnia Chesky. Przeczytałem gdzieś, niestety nie pamiętam źródła, że sam Oscar Peterson stwierdził iż zagrał już wszystkie znane melodie i teraz musi szukać kolejnych… Być może też, a raczej nawet z pewnością, nie potrafił zebrać równie wybitnego zespołu jak ten, z którym nagrał „Canadiana Suite”.

„Canadiana Suite” została nagrana w 1964 roku. Na wielu albumach z tego okresu pojawiały się pojedyncze kompozycje pianisty, tu jednak mamy do czynienia z większą formą suity napisaną specjalnie z myślą o tym nagraniu, przemyślaną i wypróbowaną z zespołem. Stworzenie Suity Kanadyjskiej zajęło Oscarowi Petersonowi ponad rok, a pomysłem było opisanie kanadyjskich krajobrazów jazzowym językiem.

Czy to się udało – nie wiem, nie byłem bowiem nigdy w Kanadzie. Faktem jest jednak, że do dziś ten album można dziś kupić od ręki w niemal każdym kanadyjskim sklepie z płytami – tam ma pozycję ważnego dokumentu historycznego i żywego (a przynajmniej grającego) dowodu na to, że Oscar Peterson był największym muzykiem, jakiego Kanada miała i raczej ta pozycja jest zupełnie niezagrożona.

Malkontenci mogą ponarzekać, że mało w tych nagraniach swingowej lekkości znanej z innych nagrań Oscara Petersona z tamtych czasów. Może to i racja, to jednak kwestia kompozycji, łączącej w zgrabny sposób tradycje jazzowe z ilustracyjną muzyką współczesną i zwyczajnie pięknymi melodiami. W dodatku wszystko wymyślone w taki sposób, żeby jedna z najlepszych jazzowych trójek świata, muzycy mający swing i bluesa we krwi odnaleźli się w tych kompozycjach bez najmniejszego problemu.

„Canadiana Suite” to album zupełnie niesłusznie zapomniany. Jest równie doskonały jak każda płyta najlepszego z zespołów Oscara Petersona. W dodatku zawiera nowe melodie, których jeszcze nie znacie…

Oscar Peterson Trio
Canadiana Suite
Format: CD
Wytwórnia: Limelight / Polygram
Numer: 042281884122

14 stycznia 2013

Oscar Peterson – Romance: The Vocal Styling Of Oscar Peterson


Oscar Peterson to mój absolutnie ulubiony pianista. Do jego płyt wracam szczególnie często. Mało kto jednak wie, że ma na swoim koncie całkiem sporo nagrań wokalnych, a nawet całą płytę, na której nie tylko gra, ale również śpiewa. To, że jeden z najlepiej swingujących pianistów (dla mnie to zwyczajnie najlepiej…) był świetnym akompaniatorem, jest chyba oczywiste.  Nagrywał z największymi. Śpiewali z nim między innymi Ella Fitzgerald (choćby „Ella And Oscar” z połowy lat siedemdziesiątych), Louis Armstrong („Ella And Louis”, „Ella And Louis Again”, „Louis Armstrong Meets Oscar Peterson” i inne), Dorothy Dandridge („Smooth Operator”), The Singers Unlimited („In Tune”), Sarah Vaughan („How Long Has This Been Going On?”), czy Fred Astair („The Astaire Story”), Billie Holiday („A Recital By Bille Holiday”) czy Anita O’Day („Anita Sings The Most”). Pewnie o kimś zapomniałem…

Wiele z tych wokalistek i wokalistów wypowiadało się po nagraniach, że nigdy żaden pianista nie rozumiał ich tak dobrze. Cóż może być zatem lepszego, jak najbliższe z możliwych zespolenie głosu i genialnego akompaniamentu? W dodatku nagrane na kompletnym luzie i bez żadnych konkretnych komercyjnych celów? Płyta powstała w 1952 roku, Oscar Peterson był już wtedy sławny i całkiem bogaty.

Miał też wyśmienitych muzyków, którzy doskonale go rozumieli – Raya Browna i Herba Ellisa. I miliony jazzowych standardów w głowie. Wystarczyło tylko zaśpiewać.

Oscar Peterson oczywiście nie ma jakiejś wybitnej techniki wokalnej, ani oszałamiającej skali głosu. Nie ma też szczególnie charakterystycznej barwy. Właściwie nie ma niczego, co czyniłoby go jakimś wyjątkowym wokalistą. A jednak album „Romance: The Vocal Styling Of Oscar Peterson” zasługuje na swoje miejsce w Kanonie Jazzu nie tylko jako muzyczna ciekawostka. To rodzaj absolutnie zrelaksowanego zespolenia fortepianu i śpiewu możliwy tylko wtedy, kiedy robi to jedna osoba. Być może w historii jazzu znajdziemy wokalistki, które całkiem niezłe grają na fortepianie. Ale to nie to samo. Tu mamy do czynienia ze swongiem w najczystszej postaci. Z niemal kanonicznymi wykonaniami znanych piosenek.

Oczywiście do wokalnych umiejętności Oscara Petersona można się przyczepić. Tak samo, jak do rozstrojonych gitar i nie do końca trafiających we właściwe dźwięki wokaliz bluesmanów z Delty, albo artystów folkowych. To wykonania dalekie od perfekcji w warstwie wokalnej. Fortepianu Oscara Petersona krytykować nie próbujcie, w moim towarzystwie nie macie szans znaleźć żadnego racjonalnego, ani nawet w inny sposób sensownego argumentu. On jest zwyczajnie wspaniały i niepowtarzalny.

„Romance: The Vocal Styling Of Oscar Peterson” to nie jest jedyny album zawierajacy wokalne nagrania Oscara Petersona. Istnieje cały szereg pojedynczych piosenek nagranych gdzieś przy okazji innych sesji. Jest też album „With Respect To Nat” z repertuarem znanym z wykonań Nat King Cole’a, nagrany krótko po jego śmierci w 1965 roku. Ten album też powinien znaleźć się w Kanonie Jazzu. Z pewnością znajdzie się w nim, tak jak spora część instrumentalnych nagrań największego jazzowego pianisty…

Oscar Peterson
Romance: The Vocal Styling Of Oscar Peterson
Format: CD
Wytwórnia: Polygram
Numer: B0000565Z8

18 listopada 2012

Oscar Peterson Trio – At The Stratford Shakespearean Festival


Oscar Peterson gościł już w Kanonie Jazzu już trzy razy, za każdym razem mam wrażenie, że wybrałem moją ulubioną płytę tego wyśmienitego pianisty. Słuchaliśmy już zatem nieco zapomnianej „Tristeza On Piano”, absolutnego hitu i niekwestionowanej klasyki – „Night Train” i autorskiej interpretacji muzyki z „Porgy & Bess” – „Oscar Peterson Plays Porgy & Bess”. Te dwie ostatnie płyty Oscar Peterson nagrał ze swoim najważniejszym zespołem – w towarzystwie Raya Browna i Eda Thigpena. Trio fortepian – kontrabas – perkusja to jazzowa klasyka. Oscar Peterson stworzył jednak jeszcze jeden zespół, który można z pewnością wcale niekoniecznie rozpędzając się zbytnio nazwać zespołem wszechczasów. To trio w którym perkusję zastępuje gitara. Taka formuła oczywiście poszerza możliwości harmoniczne zespołu. Pierwsza wersja tego zespołu to skład Oscar Peterson – Ray Brown – Barney Kessel. W 1953 roku Barneya Kessela zastąpił Herb Ellis. I tak powstało najważniejsze w historii gatunku trio bez perkusji. W takim właśnie składzie nagrano „At The Stratford Shakespearean Festival”.

Sam Oscar Peterson co najmniej dwa razy w czasie wywiadów twierdził, że to jedna z jego najlepszych płyt. Coś w tym musi być. Do legendy przeszedł też zwyczaj pianisty związany najpierw z zachęcaniem Raya Browna i Herba Ellisa do wspólnych ćwiczeń tak, żeby później rozumieli się bez słów zarówno w studiu, jak i na scenie. Później owo zachęcanie zamieniło się w niemal tytaniczne, wielogodzinne ćwiczenia gitary i kontrabasu.

Koncert zarejestrowany w lipcu 1956 roku na festiwalu Stratford w kanadyjskiej prowincji Ontario należał do tych wydarzeń, które są jedyne w swoim rodzaju i niemożliwe do powtórzenia nawet następnego dnia. To synergia muzyków, publiczności, akustyki sali, nastroju chwili, trudnej do opisania energii i entuzjazmu płynącego od słuchaczy, odrobiny szczęścia i pewnie jeszcze wielu innych rzeczy. Innym słowem magia…

Sam festiwal zaczął swoją karierę w nieco wtedy prowincjonalnym Stratford w początkach lat pięćdziesiątych jako festiwal teatralny. Nie mając wielkiej konkurencji w okolicy szybko z imprezy teatralnej zamienił się w wielki artystyczne wydarzenie. Grały tam wszystkie największe zespoły swoich czasów. W samym tylko 1956 roku oprócz Oscara Petersona zagrali – Duke Ellington, Dave Brubeck i Modern Jazz Quartet. Ten zestaw przypomina galerię sław jazzowej pianistyki wszechczasów.

Oscar Peterson, Ray Brown i Herb Ellis to zespół jedyny w swoim rodzaju, jednak nie wziął się znikąd. W tej formule Oscar Peterson zawdzięcza wiele Artowi Tatumowi i Nat King Cole’owi. Zespół potrafi swobodne mieszać partie z pewnością wcześniej starannie zaaranżowane z improwizacjami, zarówno tymi solowymi, jak i zespołowymi. Lider pozostawia swoim kolegom sporo przestrzeni, z której wyśmienit użytek robi przede wszystkim Ray Brown. Jego solo zagrane smyczkiem we „Flamingo” należy do jednego z najlepszych w długiej karierze tego wyśmienitego muzyka. Herb Ellis również potrafi zaproponować ciekawe partie solowe, jednak na tej płycie gitara jest typowym instrumentem rytmicznym. Nie ma przecież perkusji. W tej roli Herb Ellis czuje się wyśmienicie, rozumiejąc, że maksymalne uproszczenie akompaniamentu jest najlepszym atrubutem wyśmienitego gitarzysty grającego w takim składzie… A Oscar Peterson – on jest mistrzem fortepianu. Fakt, że jednym z wielu, ale tak jak o nie grał nikt inny ani wtedy, ani nigdy później. W jego grze jest wszystko, wyśmienita technika, przestrzeń, lekkość, ale również muzyczna energia i emocje…

To jedna z moich ulubionych płyt Oscara Petersona, choć nie jest na pierwszym miejscu, chyba nawet nie mieści się na podium, ale to bardzo zacięta rywalizacja… Z pewnością to jednak płyta ważna historycznie, przepiękna muzycznie i stanowiąca rejestrację wydarzenia, które z pewnością wszyscy jego uczestnicy zapamiętali do końca życia.

Oscar Peterson Trio
At The Stratford Shakespearean Festival
Format: CD
Wytwórnia: Polygram / Verve
Numer: 731451375224

11 czerwca 2012

Oscar Peterson – Oscar Peterson Plays Porgy & Bess


Oscar Peterson to mój ulubiony pianista w kategorii absolutnej, a zespół, który tworzył przez wiele lat z Rayem Brownem I Edem Thigpenem jest prawdopodobnie najlepszym jazzowym trio wszechczasów… „Oscar Peterson Plays Porgy & Bess” to jeden z pierwszych albumów, które nagrali razem.

Już od końca lat czterdziestych Oscar Peterson grał z Rayem Brownem w duecie, później, co przyniosło serię całkiem udanych nagrań, w zespole grywali na gitarze najpierw Barney Kessel, a później Herb Ellis. W tym składzie muzycy nagrali między innymi arcydzieło, uznawane przez wielu za najdoskonalsze nagranie Oscara Petersona „At The Stratford Shakespearean Festival”. Z pewnością ta płyta znajdzie się kiedyś w naszym Kanonie.

Przyszła jednak pora na perkusistę. Muzycy, pewnie wspólnie, wybrali jednego z mało docenianych wtedy i równie mało docenianego dziś Eda Thigpena. Okazał się wymarzonym partnerem dla wyśmienicie swingujących muzyków. To właśnie swing, ten nowoczesny, oznaczający trudną do zdefiniowania lekkość rytmu, który niekoniecznie jest wyznaczany przez równe, odmierzane przez metronom jednostki czasu, stanie się już na zawsze najważniejszym elementem wszystkich nagrania tria: Oscar Peterson, Ray Brown, Ed Thigpen. Niezależnie od tempa i charakteru kompozycji. Ten sposób gry będzie próbowało skopiować i próbuje do dziś niezliczona rzesza muzyków. Nikt jednak nie potrafi tak zagrać. Nie mam tu na myśli jedynie fortepianu, ale również kontrabas Raya Browna. Już od początkowych nut „I Got Plenty o’ Nuttin’” zagranych jedynie przez kontrabas wiadomo, że będzie się działo i że mamy do czynienia z wybitnym nagraniem.

A dalej jest tylko lepiej. Niezwykła interpretacja „Summertime” – melodii tak ogranej, że doprawdy trudno tu wymyślić coś nowego. „Oh Lawd, I’m On My Way” to chwila dla Eda Thigpena, którego rola w zespole jest zwykle zdecydowanie drugoplanowa, co wcale nie oznacza, że mało ważna. W tym utworze jednak to perkusja jest najważniejsza…

„It Ain’t Necessarily So” – minimalistycznie potraktowana melodia, tempo wolniejsze niż zwykle, ale ciągle pełne swingu…  Tą melodię, podobnie jak „Summertime” Oscar Peterson grywał i nagrywał wielokrotnie, nigdy jednak nie brzmiały one tak doskonale jak na „Oscar Peterson Plays Porgy & Bess” z 1959 roku. Całą muzykę do „Porgy & Bess” Oscar Peterson nagrał jeszcze raz w 1976 roku, tym razem w duecie z Joe Passem. Ale to zupełnie inne nagranie, bowiem wtedy zagrał na klawikordzie, co nie jest łatwym zadaniem w związku z ograniczonymi możliwościami technicznymi tego pradawnego i zupełnie obcego swingowym rytmom instrumentu.

Rok 1959, pierwszy rok działania zespołu w składzie, w jakim nagrano „ Oscar Peterson Plays Porgy & Bess” był dla zespołu niezwykle pracowity. Oprócz mnóstwa koncertów powstał najpierw album „A Jazz Portrait Of Frank Sinatra”, a później, w czasie jednego z najbardziej pracowitych letnich sezonów w historii jazzu, w Universal Recorders w Chicago w ciągu 4 tygodni zespół nagrał 10 albumów z tzw. songbookami wszystkich najważniejszych jazzowych kompozytorów. Niektóre z sesji były tak owocne, że w ciągu jednej nocy powstawały dwa albumy… Później, 12 października, w czasie jednego wieczora powstał album „Oscar Peterson Plays Porgy & Bess”, kończąc rok nagraniem albumu z Benem Websterem  -„Ben Webster With Oscar Peterson Trio”… Tak się kiedyś nagrywało i co niewiarygodne, rynek był w stanie wchłonąć te wszystkie nagrania… Z pewnością kilka z tych albumów trafi do Kanonu Jazzu już niedługo…

Oscar Peterson
Oscar Peterson Plays Porgy & Bess
Format: CD
Wytwórnia: Verve / Polygram
Numer: 731451980725

04 listopada 2011

Jimmy Giuffre 3 - The Easy Way


„The Easy Way” – czy to muzyka łatwa, prosta i przyjemna? Łatwa – niekoniecznie, wszystko zależy od tego, co chcemy w niej usłyszeć. Można przejść koło tej płyty obojętnie uznając, że to prosto zagrane łatwe melodie. Łatwa – z pewnością dostępna dla każdego, łatwa w dobrym znaczeniu tego słowa, z pewnością nie zbyt prosta i oczywista dla nawet bardzo wytrawnego słuchacza. Przyjemna – z całą pewnością, szczególnie w długi jesienny wieczór, kiedy już wszyscy pójdą w domu spać. To muzyka wciągająca, sprawiająca, że już po chwili oczekujemy na każdy kolejny dźwięk, z pozoru oczywisty, a jednak niekoniecznie banalny.

Album nagrało w 1959 roku 3 muzyków – grający na klarnecie (i czasem na saksofonach) Jimmy Giuffre, gitarzysta Jim Hall i kontrabasista Ray Brown. Płyta powstała w okresie, kiedy lider przeżywał wielką stylistyczną woltę, kończąc swoją przygodę z inteligenckim klasycznym jazzem z Zachodniego Wybrzeża, a jeszcze nie stał się jedną z najważniejszych postaci trzeciego nurtu i free jazzowej rewolucji Paula Bleya i Steve’a Swallowa. Dla Raya Browna, który w okresie nagrania tej płyty grał głównie z Oscarem Petersonem, sesja była rodzajem muzycznego wyzwolenia, dając mu możliwość zagrania rzeczy, które nie mieściły się w formule zespołu Petersona. Jim Hall już wcześniej nagrywał i koncertował z liderem. Muzyczne porozumienie wszystkich trzech muzyków wydahje się być magiczne, niezależnie od tego, czy grają znane tematy w rodzaju „Mack The Knife”, czy kompozycje napisane specjalnie do tej sesji.

W historii jazzu zdarzyło się wiele takich wyciszonych, magicznych sesji i koncertów. Każdy ze słuchaczy ma zapewne swoją listę takich płyt. „The Easy Way” to album, który można z powodzeniem postawić obok takich pozycji, jak „Jim Hall & Pat Metheny”, „Moonlight Serenade” Raya Browna i Laurinho Almeidy, "Alone Together" Rona Cartera i Jima Halla, czy „World Trio” Mino Cinelu, Kevina Eubanksa i Dave Hollanda. Mam jeszcze parę takich płyt… O wspólnych nagraniach Raya Browna i Laurinho Almeidy przeczytacie tutaj:


A o płycie „Alone Together" Jima Halla i Rona Cartera tutaj:


Wszystkie te albumy to trudna do opisania synergia wybitnych instrumentalistów, niewymuszona perfekcja, unikalne brzmienie i ciekawe muzyczne pomysły. Wszystkie one czynią długie jesienne wieczory piękniejszymi. Wszystkie dowodzą, że wyśmienita muzyka może powstawać w każdym czasie i każdym miejscu. Kupcie tę płytę koniecznie. To nie jest towar sezonowy, ale teraz jest na nią czas szczególny.

The Jimmy Giuffre 3
The Easy Way
Format: CD
Wytwórnia: Verve
Numer: 044006550824

03 października 2011

Oscar Peterson Trio - Night Train


Dlaczego akurat „Night Train”? Po pierwsze to nie tylko wyśmienity Oscar Peterson, ale być może najlepsze fortepianowe trio, jakie kiedykolwiek istniało.

Oscar Peterson to wybór do Kanonu Jazzu oczywisty. On właściwie przez całą swoją długą karierę nie zagrał słabej płyty. Te, które uważane są za nieco słabsze, są nimi nie dlatego, że Oscar Peterson gra gorzej. One bywają słabsze z racji na niewłaściwy dobór repertuaru, albo niezbyt dobrze wybrany skład zespołu. Gra Oscara Petersona zawsze pozostaje wyśmienita. Choć może w odniesieniu do tego muzyka nie potrafię być do końca obiektywny…

Trio Oscara Petersona z Rayem Brownem i Edem Thigpenem, to absolutnie bezkonkurencyjny przykład muzycznej synergii. Ray Brown oprócz nagrań w tym zespole uczestniczył w wielu innych ważnych nagraniach, jednak Ed Thigpen, to przede wszystkim muzyk Oscara Petersona. Bez niego z pewnością nie byłby tak znany i nie zagrałby tak wiele ważnej i wspaniałej muzyki.

Muzycy w tym składzie nagrali wiele płyt, to jednak właśnie „Night Train” jest dziełem kompletnym, najważniejszym dla ich dorobku, choć przez chwilę wahałem się, czy w tym miejscu nie powinien wystąpić zestaw „The London House Sessions” – to w obecnym wydaniu 5 płyt CD nagranych jedynie pół roku wcześniej.

Z pewnością ta płyta to nie tylko zespołowe granie. To również wyśmienite solówki – posłuchajcie choćby tego, co gra Ray Brown w utworze tytułowym – kompozycji Duke Ellingtona „Night Train” – nazywanym czasem „Happy-Go-Lucky Local”.

Warto zaopatrzyć się w którąś ze współczesnych reedycji – mają dużo lepszy dźwięk, a od 1996 roku i wydania albumu w serii Verve Master Edition, na krążku CD umieszczono również wartościowe dodatki. To ballada Cole Portera „My Hearts Belongs To Daddy”, przez wielu kojarzony z Marylin Monroe, a grywany przez największych, w tym Charlie Parker. Jest też „Volare” – rodzaj muzycznego żartu w repertuarze zespołu. W tym utworze Oscar Peterson przypomina nieco, mało wtedy jeszcze znanego Ahmada Jamala. Są też jeszcze 4 inne dodatkowe utwory.

Rozszerzone edycje, to w sumie 17 utworów, jazzowych ballad i standardów, z których tylko „Hymn To Freedom” to kompozycja napisana przez Oscara Petersona specjalnie na tą płytę. W sumie to niezły zbiór jazzowych hitów – „C-Jam Blues” Duke Ellingtona, „Georgia On My Mind”, „Bag’s Groove” Milta Jacksona, „Moten Swing” Bennie Motena i wiele innych.

Oscar Peterson gra jak natchniony, żaden z jazzowych pianistów wcześniej, ani do dziś nie swingował tak jak on. Nikt nie zagrał tak szybko i tak pewnie „C-Jam Blues”. Unikalnym talentem Oscara Petersona było techniczne komplikowanie prostych tematów w sposób zadziwiający innych pianistów, a jednocześnie nie utrudniający odbioru mniej doświadczonemu słuchaczowi. „Night Train” to przede wszystkim jazzowe standardy, nie wolno jednak zapomnieć o „Hymn To Freedom” – jedynej w podstawowym zestawie kompozycji Oscara Petersona, rozpoczynającej się w wolnym tempie granej solo przez fortepian, w której dopiero po chwili dołączają pozostali muzycy.

To też jedna z tych płyt, które można kupić bez wahania w prezencie każdemu, kto na słowo jazz reaguje niemal alergicznie. Za sprawą takich właśnie płyt jazz przestaje być nieznaną muzyką, której wielu się boi i staje się pasją ich życia. To dzieło kompletne, każdy znajdzie tu coś dla siebie. Zarówno słuchacz początkujący, jak i poszukujący muzycznych ciekawostek, odbiegających od standardowych aranżacji wykonań znanych standardów, technicznych smaczków i instrumentalnej wirtuozerii.

Jazz to pojemny termin, pomyślcie, że zmieścili się w nim Art Tatum, Jerry Roll Morton, Cecil Taylor, Bill Evans, Dave Brubeck, Errol Garner, Wynton Kelly, czy Keith Jarrett. Każdy mógłby tu dopisać jeszcze parę nazwisk. Oscar Peterson wniósł wiele nowego do jazzowej pianistyki. Połączył doświadczenia tych co byli przed nim. Wszyscy pianiści, którzy rozpoczynali swoją przygodę z muzyką po nagraniu „Night Train” (rok  1962) znają tę płytę i w ich grze są bliższe lub dalsze echa geniuszu Oscara Petersona.

Oscar Peterson Trio
Night Train
Wytwórnia: Verve
Format: CD
Numer: 731452144027

19 września 2011

Ella Fitzgerald & Louis Armstrong - Ella And Louis


Ja raczej za tym albumem nie przepadam. To jednak zdecydowanie i ponad wszelką wątpliwość pozycja ważna dla historii jazzu, a z pewnością przez wielu fanów jazzowej wokalistyki, szczególnie tej w starym swingowym stylu wręcz uwielbiana. Ja poprzestanę na tym, że to album ważny i właściwie to trudno mi o nim napisać coś niedobrego. On zwyczajnie nie jest w moim stylu.

Tak więc kiedy wybraliśmy ten właśnie album do kolejnej prezentacji naszej klasycznej płyty tygonia, zorientowałem się, że prawdopodobnie nie słuchałem tej płyty od jakiś 20 lat. Ostatnie 20 lat muzycznych doświadczeń mojego zdania nie zmieniło i dalej wolę kiedy Louis Armstrong gra na trąbce niż śpiewa. Dalej też uważam, że jego najważniejsze dla jazzu nagrania, to te, które powstały w końcówce lat dwudziestych wraz ze składami znanymi jako Hot Five i Hot Seven. Później miał w sumie ciężki los. Pewnie wielu krytyków i fanów przez kolejne 40 lat jego niezwykłej kariery czekało na kolejne takie nagrania. Inni cieszyli się tym, że bez wątpienia Louis Armstrong posiadał jeden z najbardziej charakterystycznych i niezwykłych głosów jazzowe świata.

Płyta „Ella And Louis” to początek całkiem sporego cyklu 3 albumów (w tym jeden podwójny) wspólnych nagrań Elli Fitzgerald i Louisa Armstronga dla Verve. Norman Granz kontynuując muzyczny i komercyjny sukces pierwszego albumu w krótkim czasie doprowadził do powstania „Alla And Louis Again” i „Porgy And Bess”. Jednak mimo, że to wyśmienite płyty, to świeżości oryginału powtórzyć się nie udało. Powstały klasyczne sequele, coś, co nie udaje się zwykle ani w muzyce, ani w filmie.

Na niesamowity sukces albumu „Ella And Louis” złożyły się właściwie w równej mierze 3 czynniki. Pierwszy z nich, to zupełnie niespotykana i niepodważalna prawdziwość emocji przekazywanych przez oboje wokalistów. Tak bezpośredniego wokalnego dialogu próżno szukać w historii muzyki. To rozmowa dwojga przyjaciół, osób rozumiejących się bez słów, śpiewających dla siebie i do siebie. Słuchacze są tylko i aż świadkami tej rozmowy. Drugim czynnikiem jest bez wątpienia wybór repertuaru. Całość płyty to już w momencie jej wydania były znane i sprawdzone  rynkowe hity z desek teatrów muzycznych. Dziś wiele z nich fani kojarzą przede wszystkim z „Ella And Louis”. W wyborze, jak twierdzą biografowie pomagał Norman Granz, wybierając właściwie same pogodne ballady grane w dość wolnych tempach. Trzecie źródło sukcesu to warstwa instrumentalna, mimo, że na tej płycie nie jest najważniejsza, to z pewnością patrząc choćby na skład instrumentalistów, musiały powstać podkłady wybitne, choć z pewnością pełniące rolę użytkową i służebną dla wokalistów. To właściwie zespół marzeń dla każdego wokalisty: Oscar Peterson (fortepian), Herb Ellis (gitara), Ray Brown (kontrabas) i Buddy Rich (perkusja). Może zamieniłbym Herba Ellisa na Joe Passa, ale to już kwestia osobistych preferencji.

Płyta powstała latem 1956 roku i nie było to pierwsze muzyczne spotkanie Louisa Armstronga i Elli Fitzgerald. Nagrywali wcześniej dla wytwórni Decca, jeszcze w latach czterdziestych, ale dopiero Norman Granz zobaczył w ich wspólnym muzykowaniu to, co dziś słyszymy na płycie „Ella And Louis”. W 1957 roku powstała druga część płyty – „Ella And Louis Again”.

 Jeśli w tak doskonale dobranym zestawie hitów można wyróżnić któryś z utworów, to przede wszystkim wypada wspomnieć o „They Can’t Take That Away From Me”, utworze zawierającym bodaj najdłuższe na płycie i najciekawsze solo Louisa Armstronga na trąbce. O tym, że wolę jego trąbkę już wspominałem… Więc ten utwór jest dla mnie ważną częścią albumu.

Trudno zapomnieć też o najdoskonaleszym chyba w całej historii wykonaniu „Cheek To Cheek” z jednego z filmów Freda Astaira.

To wyśmienity album. Powinien spodobać się każdemu. Może nie każdy będzie go słuchał codziennie, mnie wystarczy raz na kilka lat. To świetna muzyka, ale nie moja…

Tekst przygotowany dla RadioJAZZ.FM
  
Ella Fitzgerald & Louis Armstrong
Ella And Louis
Wytwórnia:Verve
Format: LP
Numer: V-4003

04 kwietnia 2011

Christian McBride - Gettin' To It

Jakoś tak zapomniałem na ładnych kilka lat o dzisiejszej płycie. Dziś nie jest też jakiś specjalny na nią dzień. Tak niespodziewanie sama wpadła w rękę. To co pamiętałem sprzed lat – a ostatnio słuchałem tych nagrń prawie 10 lat temu, to fakt dla wielu zapewne zadziwiający, że to nie jest wirtuozerska płyta młodego gniewnego basisty, któremu wydaje się, że wszystko już potrafi.

Gettin’ To It to płytowy debiut Christiana McBride’a w roli lidera, którym nie jest tu jedynie z nazwy i miejsca jego nazwiska na okładce. Dzisiejsza płyta, to dobre kompozycje lidera i aranżacje na klasyczne jazzowe trio i kwintet. Christian McBride nie stara się zdominować muzyki. Być może gra nieco częściej solówki, niż na płytach, na których jest tylkoczłonkiem zespołu. Realizacja dźwięku też nieco faworyzuje kontrabas. W niczym to jednak nie przeszkadza, bo ten jest znakomity.

Dzisiejsza płyta, to świetny zespół prowadzony wprawną ręką doświadczonego w wielu składach basisty. To także dobrze dobrane konfiguracje personalne – nieco inne w zasadzie w każdym utworze. To również cecha dobrego lidera, który buduje zespół z myślą o brzmieniu, które chce osiągnąć.

Tak więc w pierwszych dwu utworach na płycie, skomponowanych przez ldiera najciekawsze solówki gra Joshua Redman. Dla Too Close For Comfort najważniejsza jest świetna perkusja Lewisa Nasha. Kolejna kompozycja lidera – Sitting On A Cloud – to ważny moment dla grającego na flugelhornie Roya Hargrove’a. Splanky to z kolei trio marzeń każdego wielbiciela dobrego kontrabasu. Grają Ray Brown, Milt Hinton i Christian McBride. To także zapowiedź sesji SuperBass i SuperBass 2.

Tytułowy utwór albumu – to aranżacja z końca lat sześćdziesiątych z repertuaru Jamesa Browna. Joshua Redman gra więc rolę Maceo Parkera, a lider gra partię przypisaną w oryginale do Raya Browna. King Freddie Of Hubbard to muzyczny hołd złożony Freddie Hubbardowi, w którego zespole Christian McBride zdobywał pierwsze poważne muzyczne doświadczenia na początku lat dziewięćdziesiątych. To miejsce, gdzie 3 muzyczne indywidualności – Joshua Redman (saksofon), Roy Hargrove (trąbka) i Steve Turre (puzon) tworzą świetnie zgraną sekcję dętą. I tak możnaby o każdym utworze.

W całości muzyki przyczepić można się jedynie do gry na fortepianie Cyrusa Chestnuta – jest zbyt oczywista i brak jej finezji właściwej pozostałym muzykom.

Konstrukcja płyty przypomina hard bopowe klasyki Blue Note. Czy Prestige z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Trochę kompozycji własnych lidera napisanych specjalnie na tą sesję i parę standardów – chwytliwych i znanych melodii pomagających sprzedać płytę. Wykonanie standardów ułatwia też mniej wprawnym słuchaczom umieścić prezentowaną muzykę w rozległej stylistycznie jazzowej przestrzeni. Takie melodie można porównać do innych znanych wykonań.

Dziś o takiej muzyce, jak debiut w roli lidera Christiana McBride’a mówimy, że to jazzowy mainstream. Gdyby nagrał ją Rudy Van Gelder w połowie ubiegłego stulecia, nazwalibyśmy ją hard bopem.

Tak, czy inaczej, to zaskakująco dobry debiut kontrabasisty w roli lidera zespołu. Nagranie pochodzi z 1995 roku. To płyta na której poznajemy Christiana McBride’a jako lidera, skutecznie unikającego pułapki wirtuozerii, w jaką wpada wielu młodych basistów, chcących szybko pokazać jak wiele potrafią. Wraz z upływem lat ta płyta jest coraz lepsza, co niekoniecznie dotyczy jego kolejnych solowych nagrań – dziś już chyba wycofanych z katalogu Verve – Number Two Express i Sci-Fi.

Christian McBride
Getting’ To It
Format: CD
Wytwórnia: Verve
Numer: 731452398925

15 lipca 2010

Ray Brown & Laurinho Almeida - Moonlight Serenade

To doprawdy niezwykła płyta. Historia jej powstania jest również niezwykła. Muzyków nie trzeba nikomu przedstawiać. Z całą pewnością każdy ma jakąś ulubioną pozycję z obszernej dyskografii obu artystów. Tu grają razem i to tak, że trudno opisać to słowami.

Płyta powstała w 1981 roku. Kiedyś zupełnie przypadkiem, wiele lat temu, nie pamiętam już w jaki sposób trafiłem na wersję CD. Teraz mam doskonałe tłoczenie na grubym 180 gramowym winylu firmy Jeton. Ta płyta powstała z myślą o winylu, zresztą w momencie jej powstawania standard CD był gdzieś głęboko w głowach inżynierów Philipsa, choć to czasy, kiedy już używało się w studiu cyfrowych rejestratorów. Moonlight Serenade powstała w technologii Direct To Disc, polegającej na bezpośrednim, bez montażu i innych zabiegów nagraniu sygnału z mikrofonu na płytę, służącą później jako matryca pierwotna, z której produkuje się (poprzez matryce produkcyjne) płyty przeznaczone do sprzedaży. Tak więc nie ma tu właściwie żadnej reżyserii dźwięku, żadnych korekt w studiu, dogrywania i poprawiania, cięcia, montowania i wybierania co lepszych nut z kilkunastu wersji. Nie ma rejestracji magnetycznej czy cyfrowej. Jedyny wpływ na nagranie reżyser dźwięku ma poprzez odpowiednie wybranie i ustawienie mikrofonów. To trochę tak, jak kilkadziesiąt lat wcześniej podczas pierwszych zapisów na wałki i płyty. Dodatkową trudnością dla muzyków jest potrzeba nagrania od razu, jednym ciągiem całej strony płyty analogowej bez przerwy.

Cała ta procedura oprócz kłopotów pozwala jednocześnie uzyskać niespotykaną w innych rejestracjach wiarygodność i szczegółowość rejestracji dźwięku. Oczywiście technika ta umożliwia rejestrację instrumentów akustycznych, próba rejestrowania w ten sposób brzmienia na przykład nagrywanego z głośników estradowych wzmacniaczy gitarowych nie miałaby chyba większego sensu.

Na prezentowanej dziś płycie nagrane są jednak dwa instrumenty – akustyczna gitara i kontrabas. Ale to nie tylko ich brzmienie sprawia, że dzięki oryginalnej technice powstała ta niesamowita płyta. Sama natura zapisu bezpośrednio na płytę wymaga przecież od muzyków niewiarygodnego skupienia i wzajemnego zrozumienia. Wymaga również perfekcji wykonawczej i całkowitej kontroli nad każdą nutą, artykulacją i brzmieniem instrumentu. Przecież prawie 20 minut muzyki trzeba nagrać bez żadnego błędu, bez możliwości późniejszego poprawienia, lub zagrania jeszcze raz. A wyrobiony słuchacz, który potrafi wybaczyć jednorazowy błąd na koncercie, z pewnością inaczej podejdzie do fałszywej nuty nagranej na płycie studyjnej.

Ray Brown i Laurinho Almeida z pewnością to wszystko potrafią. Z łatwością w jednym utworze łączą przebojową tradycję klasyczną - Sonatę Księżycową Bacha, z trudnymi harmoniami Theloniusa Monka z ‘Round Midnight. Kontrabas nie jest jedynie instrumentem rytmicznym duetu. Muzycy wielokrotnie zamieniają się rolami. Często to kontrabas pełni rolę instrumentu prowadzącego melodię, aby chwilę później przejąć klasyczną jazzową rolę rytmiczną.

Erudycja muzyczna i oszczędność obu muzyków tworzy niezwykle wysublimowaną przestrzeń , w której zawieszone są z pozoru nieliczne, a jednak dość skomplikowanie poukładane dźwięki. Wprawne ucho oczywiście usłyszy bardziej klasyczne korzenie gitarzysty, który zapewne wszystkie partie miał szczegółowo rozpisane i przygotowane. Kontrabas odrobinę bardziej nieprzewidywalny, ale to przecież sam Ray Brown. Nieprzewidywalny nie oznacza więc, że jest bałaganiarski, wręcz przeciwnie, wiele dźwięków zdumiewa, ale wszystkie układają się we właściwych sobie miejscach. To najwyższych lotów improwizacje Raya Browna, często przecież pozostającego w cieniu w roli sidemana na niezliczonych płytach tworzą prawdziwą magię tej płyty. Płyty, jakich nie ma wielu w dyskografiach obu artystów.

Płyty, która jest typowym przykładem wpływu marketingu muzycznego na nasze gusta. Myślę, że gdyby płyta dostała należyte wsparcie tzw. przemysłu muzycznego, dziś byłaby równie często kupowaną i dyskutowaną pozycją, jak podobna w nastroju i koncepcji słynna Beyond The Missouri Sky Charlie Hadena i Pata Metheny. Trudo oczywiście powiedzieć, która jest lepsza, to kwestia osobistych preferencji, z pewnością jednak obie są równie wartościowe. W końcu płyta jest takim produktem jak każdy inny i każdemu wolno wybrać na półce w sklepie to co lubi. Ja wybrałbym mając te dwie do wyboru bez wahania Moonlight Serenade. To nie wyścigi, ale czasem nawet tylko z przyczyn budżetowych takich wyborów trzeba dokonywać. Problem jednak w tym, że Beyond The Missouri Sky można bez wielkich problemów kupić, a odnalezienie Moonlight Serenade jest nieco trudniejsze, no i jeszcze trzeba o jej istnieniu wiedzieć…

Jeśli zatem chcesz posłuchać prawdziwej muzyki, emocji, oddechu muzyków, prawdziwych instrumentów, prawdziwych muzyków, którzy mimo że są perfekcjonistami potrafią się czasami pomylić, sięgnij po Moonlight Serenade.

Jeśli masz ochotę na chwilę oddechu od komputerowych wizji dzisiejszych realizatorów dźwięku, podobnych do siebie realizacji spod znaku ProTools, świata wielu prób, powtórek, przeróbek i poprawiania muzyków na stole montażowym, to Monlight Serenade jest dla Ciebie.

Dla mnie Moonlight Serenade jest najwierniejszym z możliwych zapisem unikalnego dnia spędzonego w studiu przez dwu wielkich muzyków. Słuchając tej płyty czuję się tak, jakbym siedział gdzieś w kącie tego małego (to słychać na płycie) studia.

Każdy wieczór spędzony z tą płytą to kolejne odkrycie, kolejne nuty trafiają na swoje miejsce, nabierają dodatkowego sensu.

Jeśli komuś nie wystarczy – może wybrać wersję CD – ona zawiera dużo więcej muzyki nagranej podczas tej samej sesji. To już jednak nie jest to samo. Magia wersji winylowej i świadomość, że to właśnie te utwory muzycy chcieli umieścić w pierwotnym wydaniu sprawia, że dodatkowe utwory na CD, choć muzycznie nie są gorsze, brzmią w głowie jak odrzuty z sesji. To już siła autosugestii.

Więc jeśli komuś nie wystarczy muzyki w wersji analogowej, może sięgnąć po CD, a później jeśli to będzie jeszcze za mało, można wybrać ogólnie znaną Beyond The Missouri Sky Charlie Hadena i Pata Metheny, lub jeszcze jedną nieznaną szerzej ciekawostkę w tym samym klimacie – Live At Village West Rona Cartera i Jima Halla, ale o tym może innym razem…

Ray Brown & Laurinho Almeida
Moonlight Serenade
Format: LP
Wytwórnia: Jeton
Numer: JET 33 004 180g Virgin Vinyl