Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruce Springsteen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bruce Springsteen. Pokaż wszystkie posty

25 stycznia 2021

If I Should Fall Behind – CoverToCover Vol. 114

Kompozycje Bruce’a Springsteena nie są zbyt często nagrywane przez innych wykonawców. Zwyczajnie nikt nie potrafi zaśpiewać ich lepiej. Jednak sam kompozytor zapewnia wystarczającą różnorodność stylistyczną. Zwykle piosenka zaczyna nieśmiało, jako prosta, sformatowana do trzech, może czasem czterech minut ballada, a później, w wersjach koncertowych często staje się dynamicznym rockowym przebojem rozciąganym w razie potrzeby i chęci do dziesięciu, czasem nawet piętnastu minut, zależnie od dnia i pomysłu. Koncerty Bossa zwykle trwają ponad trzy godziny, a czasem przekraczają nawet cztery, bez żadnych przerw i pozamuzycznych wydarzeń.

„If I Should Fall Behind” to jednak z najpiękniejszych ballad Bruce’a, która zaczęła swoje życie w trudnych dla muzyka czasach, kiedy zdecydował się spróbować życia poza The E-Street Band. W 1992 roku Springsteen, wtedy podobnie jak dziś megagwiazda i geniusz zarówno kompozycji, jak i twórca wraz z zespołem najlepszych rockowych wydarzeń na planecie zdecydował się spróbować innego podejścia do muzyki. Nie mogło być zwyczajnie. Był pewnie pierwszym artystą o takim statusie, który jednego dnia wydał dwa studyjne albumy – „Lucky Town” i „Human Touch”. Oba dziś brzmią raczej jak te słabsze z jego dyskografii, choć większość muzyków chciałaby nagrać taki album choć raz w życiu. Z „Lucky Town” karierę zrobiły 4 single – utwór tytułowy, „If I Should Fall Behind”, „Leap Of Faith” i „Better Days”. Później na koncertach pojawiał się też „My Beautiful Reward”, pozostałe raczej tylko jako ciekawostki i utwory, o które prosili fani z widowni, żeby utrudnić zespołowi życie – taki zwyczaj na koncertach The E-Street Band – wymyśleć nietypowy utwór, namalować transparent i stworzyć wyzwanie dla zespołu. Z „Human Touch” trzy utwory znalazły się na listach przebojów.

Z tych dwu albumów dłuższą karierę zrobił przede wszystkim utwór „If I Should Fall Behind”. Zgodnie z listą przygotowywaną z niezwykłą starannością przez fanów Bossa, ponad 70 artystów do tej pory zmierzyło się z tym utworem, jednak wśród tych, które udało mi się usłyszeć, jedynie Dion DiMucci, muzyk, który ma sporo związków ze Springsteenem wybrnął z zadania dość poprawnie. O reszcie zapomnijcie, tym bardziej, że sam Springsteen proponuje co najmniej 4 wersje wybitne i tą piątą – oryginalną z „Lucky Town”.

Album „Lucky Town” to rodzaj taśmy demo, nagranej w większości przez samego Springsteena, który zagrał na wielu instrumentach, jednak całej płycie daleko do absolutnie magicznej „Nebraski” z 1982 roku. Już w kilka miesięcy po premierze studyjnej wersji pojawiła się pierwsza koncertowa, zagrana z częścią zespołu, z którą Springsteen grał ten materiał na koncertach, jednak tym razem w lekkiej, niemal akustycznej konwencji MTV Unplugged, choć w przypadku Springsteena to nie było nagranie całkiem bez prądu. Wersja absolutnie, jedna z najpiękniejszych rockowych ballad wszechczasów pochodzi z 1999 roku i została nagrana w czasie próby do jednego z koncertów z udziałem całego The E-Street Band. To nagranie w wersji video znalazło się na antologii videoclipów Springsteena – „The Complete Video Anthology 1978-2000” i jest genialną muzyczną wizytówką członków zespołu. Do kompletu dokładam prawdziwie koncertowe wykonanie z Nowego Jorku (album „Live In New York City”) i wyśmienite folkowe, jakże różne, nagrane w Dublinie w czasie koncertów z The Session Band, zespołem, z którym Springsteen grał folkowe amerykańskie i irlandzkie piosenki.

Utwór: If I Should Fall Behind
Album: Lucky Town
Wykonawca: Bruce Springsteen
Wytwórnia: Columbia / Sony
Rok: 1992
Numer: 5099747142420
Skład: Bruce Springsteen – g, voc, kbd, harm, perc, others, Gary Mallaber – dr.

Utwór: If I Should Fall Behind
Album: In Concert / MTV Unplugged
Wykonawca: Bruce Springsteen
Wytwórnia: Columbia / Sony
Rok: 1992
Numer: 5099747386022
Skład: Bruce Springsteen – voc, g, harm, Shane Fontayne – g, Roy Bittan – kbd, Tommy Sims – b, Zachary Alford – dr.

Utwór: If I Should Fall Behind
Album: The Complete Video Anthology 1978-2000 DVD
Wykonawca: Bruce Springsteen & The E-Street Band
Wytwórnia: Sony
Rok: 2000
Numer: 5099704901091
Skład: Bruce Springsteen – voc, g, Clarence Clemons – sax, voc, Steve Van Zandt – g, voc, Nils Lofgren – g, voc, Patti Scialfa – g, voc, Roy Bittan – kbd, Danny Federici – kbd, Garry Tallent – bg, Max Weinberg – dr.

Utwór: If I Should Fall Behind
Album: Live In New York City
Wykonawca: Bruce Springsteen & The E-Street Band
Wytwórnia: Columbia / Sony
Rok: 2001
Numer: 5099750000021
Skład: Bruce Springsteen – voc, g, harm, Clarence Clemons – sax, voc, Steve Van Zandt – g, voc, Nils Lofgren – g, voc, Patti Scialfa – g, voc, Roy Bittan – kbd, Danny Federici – kbd, Garry Tallent – bg, Max Weinberg – dr.

Utwór: If I Should Fall Behind
Album: Live In Dublin
Wykonawca: Bruce Springsteen & The Session Band
Wytwórnia: Columbia / Sony
Rok: 2007
Numer: 886970958226
Skład: Bruce Springsteen – g, voc, Charlie Giordano – org, p, acc, Patti Scialfa – g, voc, Soozie Tyrell – viol, voc, Marc Anthony Thompson – g, b voc, Curt Ramm – tp, b voc, perc, Ed Manion – sax, b voc, perc, Clark Gayton – tromb, b voc, perc, Art Baron – mand, tromb, euphonium others, Frank Bruno – g, b voc, perc, Greg Liszt – bjo, b voc, Marty Rifkin – steel g, mand, Marty Rifkin – dobro, Cindy Mizelle – b voc, perc, Curtis King Jr. – b voc, perc, Lisa Lowell – perc, b voc, Sam Bardfeld – viol, b voc, Jeremy Chatzky – b, Larry Eagle – dr.

02 stycznia 2021

We Shall Overcome – CoverToCover Vol. 101

O historii jednego z najbardziej znanych hymnów ruchu na rzecz praw obywatelskich w Stanach Zjednoczonych można napisać książkę, a może nawet taka powstała, choć nie wpadła jak dotąd w moje ręce. Jak w przypadku wielu utworów, które mają swoje początki w muzyce gospel, w zasadzie nie da się wskazać kompozytora. Niektóre wydania wskazują na Pete’a Seegera, jednak on z pewnością nie jest autorem melodii. Ta wywodzi się co najmniej z początków XX wieku, a może jest nawet dużo starsza. Wiele źródeł wskazuje na zarejestrowaną w 1901 roku kompozycję pastora Charlesa Alberta Tindleya „I’ll Overcome Some Day”. Piosenkę usłyszał Pete Seeger w okolicach 1945 roku, a nazwiska wykonawców, którzy zainspirowali go do wydania utworu drukiem nie są dziś znane. Sam Seeger włączył utwór do swojego repertuaru, jednak pozostał on jedną z wielu ludowych pieśni do końcówki lat pięćdziesiątych, kiedy za sprawą nagrania Seegera, a później Joan Baez, którzy zaangażowali się w rosnący w siłę ruch obrony praw obywatelskich, stał się symbolem rosnącej siły amerykańskich bojowników na rzecz praw człowieka.

Do dziś utwór często pojawia się w kontekście wydarzeń politycznych, wyborów, walki o równouprawnienie i szanse dla wszystkich. Wszystkie nagrania trudno policzyć, choć utożsamiany przez wielu z Seegerem utwór jest raczej przebojem amerykańskim i symbolem amerykańskiego mitu, że wszystko jest możliwe. Utwór pojawiał się wielokrotnie w sprawach walki z rasową nierównością w USA, zabrzmiał na pogrzebie Martina Luthera Kinga i przy wielu innych patriotycznych okazjach.

Słynne nagrania oprócz Seegera należą do Odetty i Mahali Jackson. Roger Waters śpiewał „We Shall Overcome” w proteście przeciwko Izraelowi blokującemu strefę Gazy, a Bruce Springsteen po atakach terrorystycznych w Norwegii. Uniwersalny, nie odnoszący się do żadnych konkretnych wydarzeń historycznych przekaz tekstu opowiadającego o nadziei na zwycięstwo możliwe dzięki jedności i wspólnej walce w dobrym celu pasuje do każdego konfliktu i beznadziejnej sytuacji. Dlatego też utwór „We Shall Overcome” stał się raczej piosenką z tekstem, śpiewaną wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ważnego. To jednak nie tylko tekst, ale również muzyka, dlatego też zamiast Odetty i Mahalii Jackson, proponuję inne ciekawostki.

W nagraniu Louisa Armstronga, zarejestrowanym na jednej z jego ostatnich płyt przed śmiercią, w 1970 roku, które ukazało się na niekoniecznie najlepszej jego płycie „Louis Armstrong And His Friends” w chórkach śpiewają Miles Davis, Ornette Coleman, Eddie Condon, Chico Hamilton i jeden z najważniejszych promotorów jazzu wszechczasów George Wein. Co prawda nie wnoszą wiele do muzycznej zawartości tego nagrania, ale usłyszeć w chórkach taki skład to niezłe wydarzenie.

„We Shall Overcome” nie może obyć się bez Bruce’a Springsteena, który przez całą swoją karierę zawsze podkreślał, jak ważną postacią dla amerykańskiej historii ruchów obywatelskich, ale też muzyki był Pete Seeger. Razem zagrali na inauguracji Baracka Obamy, a Boss poświęcił piosenkom z repertuaru Seegera album „We Shall Overcome: The Seeger Sessions”, co bardzo nietypowe w jego dorobku, złożonego niemal wyłącznie z autorskich wyśmienitych kompozycji.

Zupełnie nietypowo utworem zajął się Charlie Haden, w czasie swojej słynnej rezydencji na jazzowym festiwalu w Montrealu, kiedy z dużym składem zagrał rozbudowaną wersję „We Shall Overcome”, która niestety nie zmieści się w całości w audycji, bo ma aż 37 minut. Nigdy nie słyszałem dłuższego, ale też ciekawszego wykonania instrumentalnego tej kompozycji.

Utwór: We Shall Overcome
Album: The Bitter And The Sweet (Pete Seeger’s Greatest Hits)
Wykonawca: Pete Seeger
Wytwórnia: CBS / Columbia
Rok: 1962
Numer: 5099750603628
Skład: Pete Seeger – g, voc, unknown – b voc.

Utwór: We Shall Overcome
Album: Louis Armstrong And Friends
Wykonawca: Louis Armstrong
Wytwórnia: RCA Victor / BMG
Rok: 1970
Numer: 090266396122
Skład: Louis Armstrong – voc, Thad Jones – tp, Jimmy Owens – tp, Ernie Royal – tp, Marvin Stamm – tp, Garnett Brown – tromb, Bill Campbell – tromb, Al Grey – tromb, Quentin Butter Jackson – tromb, Robert Ashton – sax, Ray Beckenstein – sax, Danny Bank – sax, Jerry Dodgion – sax, Billy Harper – sax, Sam Brown – g, Kenny Burrell – g, Frank Owens – p, Chuck Rainey – b, Gene Golden – conga, Bernard Pretty Purdie – dr, Carl Hall – b. voc, Janice Bell – b. voc, Ila Govan – b. voc, Matthew Ledbetter – b. voc, Tasha Thomas – b. voc, Tony Bennett – b. voc, Ruby Braff – b. voc, Ornette Coleman – b. voc, Eddie Condon – b. voc, Stanley Dance – b. voc, Miles Davis – b. voc, Bobby Hackett – b. voc, Chico Hamilton – b. voc, Mike Lipskin – b. voc, Father Norman O'Connor – b. voc, Leon Thomas – b. voc, George Wein – b. voc, unknown – b. voc.

Utwór: We Shall Overcome
Album: Live In Dublin
Wykonawca: Bruce Springsteen And The Session Band
Wytwórnia: Columbia / Sony
Rok: 2007
Numer: 886970958226
Skład: Bruce Springsteen – g, voc, Charlie Giordano – org, p, acc, voc, Patti Scialfa – g, voc, Soozie Tyrell – viol, voc, Lisa Lowell – b. voc, perc, Cindy Mizelle – b. voc, perc, Marty Rifkin – g, mand, dobro, Marc Anthony Thompson – g, b. voc, Greg Liszt – bjo, b. voc, Frank Bruno – g, b. voc, perc, Curt Ramm – tp, b. voc, perc, Clark Gayton – tromb, b. voc, perc, Ed Manion – sax, b. voc, perc, Jeremy Chatzky – b, Larry Eagle – dr, perc, Curtis King Jr. – perc, b. voc, Sam Bardfeld – viol, b. voc, Art Baron – mand, tromb.

Utwór: We Shall Overcome
Album: The Montreal Tapes
Wykonawca: Charlie Haden And The Liberation Music Orchestra
Wytwórnia: Verve / Polydor / Polygram
Rok: 1999
Numer: 731452746924
Skład: Charlie Haden – b, Tom Harrell – tp, Stanton Davis – tp, Ken McIntyre – as, Ernie Watts – ts, Joe Lovano – ts, Ray Anderson – tromb, Sharon Freeman – French Horn, Joe Daley – tuba, Mick Goodrick – g, Geri Allen – p, Paul Motian – dr.

29 listopada 2020

New York State Of Mind – CoverToCover Vol. 92

Piosenka „New York State Of Mind” po raz pierwszy ukazała się na płycie jej autora – Billy Joela „Turnstiles” w 1976 roku. Drugie życie zyskała jednak po zamachach w Nowym Jorku we wrześniu 2001 roku. W tym czasie dojrzał Billy Joel, a jego muzyka zdecydowanie zyskała wiele szlachetności i jazzowego brzmienia fortepianu, na którym dziś Joel gra lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Dlatego też wyjątkowo zostawiam oryginał na inną okazję, tym bardziej, że w dwu z trzech nagrań autor kompozycji wystąpi w roli gościa specjalnego w otoczeniu muzyków zdecydowanie ciekawszych niż skład, który nagrał z nim „Turnstiles”. Billy Joel to dziś wyśmienity pianista. Gdyby chciał zarobić mniej pieniędzy i grać ciekawszą muzykę, mógłby zostać jazzowym improwizującym pianistą na światowym poziomie. Wybrał inną drogę, choć w ostatnich latach, jeśli tylko zdrowie mu pozwala, pojawia się od czasu do czasu na scenie i gra na fortepianie nie tylko swoje największe przeboje, ale też piosenki znane ze scen jazzowych. W 2009 roku był gościem fenomenalnej gali „Rock & Roll Hall Of Fame” w Nowym Jorku. Razem z Brucem Springsteenem i całym składem The E-Street Band zagrał na fortepianie i zaśpiewał „New York State Of Mind”. Jeśli nie wierzycie, że to sam Billy Joel gra na fortepianie – koncert ukazał się również w wersji video. Kolejne wykonanie z gościnnym udziałem kompozytora powstało osiem lat wcześniej, w 2001 roku ukazał się album Tony Bennetta z udziałem wielu gości, w tym właśnie kompozytora „New York State Of Mind”. Powstał wspałnaiły wokalny duet, być może trochę zabrakło równie dobrego fortepianu, ale to przecież płyta Tony Bennetta i jego gości, poświęcona duetom wokalnym.

Do przygotowania tego odcinka skłoniło mnie najnowsze nagranie kompozycji Joela, tym razem instrumentalne, zarejestrowane przez Brada Mehldaua w Amsterdamie w kwietniu 2020 roku na płycie „Suite: April 2020” będącej zapisem emocji związanej z pierwszą fala epidemii. To album wypełniony głównie kompozycjami Mehldaua i zagrany w całości solo na fortepianie, jednak album kończą trzy utwory z repertuaru innych artystów, w tym wybitne, choć zupełnie inne niż autorskie Billy Joela nagranie „New York State Of Mind”.

Utwór: New York State Of Mind
Album: The 25th Anniversary Rock & Roll Hall Of Fame Concerts (Various Artists)
Wykonawca: Bruce Springsteen with The E-Street Band feat. Billy Joel
Wytwórnia: Time Life / Warner
Rok: 2009
Numer: 610583360325
Skład: Bruce Springsteen – g, voc, Billy Joel – p, voc, Clarence Clemons – sax, b voc, Nils Lofgren – g, b voc, Patti Scialfa – g, b voc, Steve Van Zandt - g, b voc, Garry Tallent – bg, Max Weinberg – dr, Soozie Tyrell – viol, b voc, Charlie Giordano – acc.

 Utwór: New York State Of Mind
Album: Playing With My Friends: Bennett Sings The Blues
Wykonawca: Tony Bennett feat. Billy Joel
Wytwórnia: RPM / Columbia / Sony
Rok: 2001
Numer: 5099750417522
Skład: Tony Bennett – voc, Billy Joel – voc, Ralph Sharon – p, Gray Sargent – g, Paul Langosch – b, Clayton Cameron – dr.

 Utwór: New York State Of Mind
Album: Suite: April 2020
Wykonawca: Brad Mehldau
Wytwórnia: Nonesuch / Warner
Rok: 2020
Numer: 075597919288
Skład: Brad Mehldau – p.

27 marca 2020

Every Breath You Take – CoverToCover Vol. 33

Piosenka była największym światowym przebojem 1983 roku. Dla wielu fanów The Police, album „Synchronicity” był raczej początkiem końca ich zespołu niż szczytem kariery. Tak często zdarza się, kiedy kameralne rockowe i nieco buntownicze trio staje się największym zespołem rockowym na świecie (przynajmniej na chwilę). Sting grał w filmach, Steward Copeland komponował muzykę filmową niezależnie od zespołu, muzycy głównie ze względów podatkowych mieszkali w różnych miejscach i nie spotykali się zbyt często.


Podobno cały album „Synchronicity” Sting, Steward Copeland i Andy Summers nagrali w zasadzie ze sobą nie rozmawiając. Jeśli tak było, to wyszło całkiem nieźle. Sam album był najlepiej sprzedającą się płytą w wielu krajach, a warto pamiętać, że musiał w wilu miejscach konkurować z płytą „Thriller” Michaela Jacksona. Album przyniósł The Police kilka przebojów – „King Of Pain”, „Wrapped Around Your Finger”, „Synchronicity II”, „Walking In Your Footsteps”, „Tea In The Sahara” i oczywiście „Every Breath You Take” miały stanowić fundament ostatniego światowego tourne zespołu i pozostać w repertuarze Stinga na całe dziesięciolecia. Ostatni koncert zespołu odbył się w Australii w marcu 1984 roku. Fani musieli czekać na kolejną okazję obejrzenia The Police na żywo aż do 2007 roku. Powrót okazał się umiarkowanie udany. Kiedy siedziałem na londyńskim stadionie w czasie jednego z koncertów „Reunion Tour” odniosłem wrażenie, że większość widzów oczekiwała od trójki niezwykle kreatywnych muzyków czegoś więcej niż odegrania przebojów sprzed lat. Trudno było się do czegoś przyczepić, jednak biorąc pod uwagę muzyczne dokonania członków zespołu od 1984 do 2007 roku, ja również oczekiwałem czegoś nowego. Muzycy zarobili, miliony fanów miało okazję do wspomnień i tyle. Tylko tyle.

Według niektórych statystyk „Every Breath You Take” jest dziś najczęściej graną w radiu piosenką na świecie od czasu, kiedy takie statystyki zaczęto sporządzać. Dzieje się tak, choć utwór nie ma wielu wersji alternatywnych i nie jest często wybierany przez innych wykonawców. Tak jest zresztą z wieloma piosenkami z repertuaru The Police.

„Every Breath You Take” to kolejny z tysięcy dowodów na to, że najlepsze piosenki powstają, kiedy w życiu twórców nie dzieje się najlepiej. W przypadku Stinga, powstanie tej kompozycji związane było z jego rozstaniem z aktorką Frances Tomelty (wkrótce miał się związać z Trudie Styler, jej przyjaciółką). Wkrótce miało okazać się, że być może inspiracją dla Stinga była piosenka Gene’a Pitneya „Every Breath I Take”, jednak mimo sporych pieniędzy, które „Every Breath You Take” zarabiało i dalej zarabia, nic nie wiadomo o formalnych oskarżeniach o plagiat.

Fantastyczny kompozytor – Sting, wyborny gitarzysta – Andy Summers, który ma na swoim koncie sporo jazzowych projektów (jak choćby album poświęcony kompozycjom Charlesa Mingusa) i jeden z najciekawszych perkusistów rockowych wszechczasów – Steward Copeland stworzyli brzmienie zintegrowane ze swoim repertuarem. Dlatego też warto spoglądać na projekty, niektóre całkiem udane, poświęcone w całości kompozycjom Stinga. Jazzowych akcentów nie sposób nie zauważać w jego własnych zespołach, zatrudniających takich muzyków, jak Branford Marsalis, Darryl Jones, Kenny Kirkland, czy Mino Cinelu. Oprócz pierwszego nagrania studyjnego z albumu „Synchronicity” z kilkunastu dostępnych we własnej kolekcji wersji „Every Breath You Take” wybieram nagranie koncertowe z udziałem Bruce’a Springsteena i niemal freejazzową improwizację duetu Christofa Lauera i Jensa Thomasa (fortepian i saksofon, bez innych instrumentów).

Utwór: Every Breath You Take
Album: Synchronicity
Wykonawca: The Police
Wytwórnia: A&M
Rok: 1983
Numer: 082839373524
Skład: Sting – voc, bg, b, kbd, synth, Andy Summers – g, b voc, kbd, Stewart Copeland – dr, prog.

Utwór: Every Breath You Take
Album: !Released! The Human Rights Concerts 1988: Human Rights Now!
Wykonawca: Sting & Bruce Springsteen (Various Artists)
Wytwórnia: Amnesty International / Eagle Rock
Rok: 1988
Numer: 5034504151826
Skład: Bruce Springsteen – voc, Sting – voc, g, Branford Marsalis – sax, Kenny Kirkland – kbd, Delmar Brown – kbd, Tracy Wormworth – bg, Mino Cinelu – perc, Jeff Campbell – g, James Taylor Lewis – dr, Dolette McDonald – b voc.

Utwór: Every Breath You Take
Album: Shadows In The Rain
Wykonawca: Christof Lauer & Jens Thomas
Wytwórnia: ACT Music
Rok: 2001
Numer: 814427929723
Skład: Christof Lauer – ts, ss, Jens Thomas – p.

24 czerwca 2015

Warren Zevon - VH1 (Inside Out): Warren Zevon

Miesięczne wakacje… Blogowe wakacje, nie oznaczające wcale wylegiwania się na plaży, ani nawet jakiegoś egzotycznego wyjazdu. Wakacje związane z zakończoną wielkim sukcesem akcją zbiórki funduszy na reaktywację RadioJAZZ.FM. Udało się i wszystkim Wam za pomoc, tą materialną i tą wyrażaną w listach, zdjęciach i postach na Facebooku i różnych innych tzw. społecznościowych miejscach serdecznie dziękuję.

Radio wróci na antenę w pełnym zakresie we wrześniu. Teraz zajmujemy się głównie kompletowaniem wszystkich nagród do wysyłki, pracami technicznymi związanymi ze zorganizowaniem na nowo redakcji, studia i całej potrzebnej do sprawnej pracy technologii oraz przygotowaniem nowej strony internetowej i obiecanej w czasie akcji #jazzdoit aplikacji mobilnej. Te sprawy zostawmy jednak tym co się na nich znają lepiej. Czas wrócić do codziennej blogowej aktywności, czyli polecania Wam muzycznej treści niekoniecznie zawsze najnowszej, ale z pewnością wartej uwagi.

Dziś o pozycji dość nietypowej, bowiem jeśli popatrzeć na płytę „VH1 (Inside Out): Warren Zevon” z pewnego dystansu, to w zasadzie jest to film dokumentalny, a raczej umieszczona na płycie DVD rozszerzona wersja programu telewizyjnego przygotowanego przez telewizję VH1, dokumentującego proces nagrania płyty „The Wind” Warrena Zevona.

Historia to niezwykła i równie smutna co inspirująca. Jeśli ją znacie, znacie pewnie również film ją opowiadający, jednak sam Warren Zevon po postać właściwie w Polsce zupełnie nieznana, a z pewnością warta szerszego zainteresowania.

Wyjątkowo zatem, bowiem mamy do czynienia z artystą równie niezwykłym, co zupełnie niekomercyjnym, uwielbianym za to przez całe rzesze amerykańskich muzyków, spróbuję w kilku słowach przybliżyć Wam jego historię.

Warren Zevon, to człowiek pokolenia Eltona Johna, Davida Bowie, czy Iggy Popa, w świadku amerykańskiego folk-rocka stawiany przez krytyków i słusznie w jednym rzędzie z muzykami swojego pokolenia w rodzaju Boba Dylana, Neila Younga, mojego ukochanego Bruce’a Springsteena, czy równie nieznanego w Europie a wielkiego w USA Jacksona Browne.

Warren Zevon nie miał w życiu łatwo, jednak historie o narkotykach, alkoholu, czy miłosnych zawodach pozostawmy plotkarzom. Jego twórczość doceniali za życia wielcy muzycy, jego kompozycje nagrywali ci, którzy raczej nie cierpią na brak własnych ciekawych tekstów – Bruce Springsteen, Bob Dylan, czy muzycy z R.E.M. Lata sześćdziesiąte Warren Zevon spędził między innymi komponując piosenki do filmów w rodzaju „Midnight Cowboy”, czy „Wanted Dead Or Alive”. Pełnił rolę muzycznego kierownika Everly Brothers, często grał z nimi na scenie na fortepianie.

Kiedy w połowie lat siedemdziesiątych znalazł się w Los Angeles, miał na swoim koncie jedynie jeden autorski album wydany w mikroskopijnym nakładzie – „Wanted Dead Or Alive”. Jego prawdziwy debiut – album „Excitable Boy” amerykańscy krytycy uznali za rockowe arcydzieło. To zresztą akurat trafna opinia. W jego nagraniu wzięli udział między innymi Stevie Nicks, Jackson Browne, Lindsey Buckingham, Mick Fleetwood, John McVie, Carl Wilson z Beach Boys, Linda Ronstadt, Bonnie Raitt i członkowie The Eagles. W tym czasie magazyn Rolling Stones uznał, że w latach siedemdziesiątych w USA pojawiła się czwórka ważnych artystów – Bruce Springsteen, Jackson Browne, Neil Young i Warren Zevon – tym razem okazało się, że amerykańscy dziennikarze mieli rację…

Większość Amerykanów pamięta Warrena Zevona jako częstego gościa i czasem w zastępstwie Paula Shaffera również lidera zespołu muzycznego programów telewizyjnych Davida Lettermana.

Później bywało różnie, jednak większość kompozycji umieszczonych na kilkunastu nagranych przez Warrena Zevona albumów to piosenki co najmniej wyśmienite. Wszystkie są raczej mroczne i politycznie niepoprawne, będąc refleksją na temat niekoniecznie udanego życia i kariery muzyka.

Kiedy Warren Zevon dowiedział się, że jest nieuleczalnie chory na raka płuc i pozostało mu jedynie kilka miesięcy życia, postanowił ten czas wykorzystać w najlepszy z możliwych sposobów – nagrywając kolejną płytę. To właśnie o „The Wind” – dziele życia Warrena Zevona traktuje dokument VH1.

„The Wind” to album niezwykły, prawdziwy, prosty i wyrafinowany jednocześnie. Gościnnie na płycie występują między innymi Bruce Springsteen (niezwykła, zagrana zupełnie bez przygotowania gitarowa solówka w „Disorder In The House”), Bonnie Raitt, Tom Petty, Don Henley, Billy Bob Thornton, który również pełni rolę narratora w filmie i wiele innych sław.

Jeśli można opowiedzieć prawdę o własnej śmierci i wykorzystać czas w którym jej nieuchronne nadejście jest oczywiste – nie mam wątpliwości, Warren Zevon zrobił to po mistrzowsku. To wielki artysta, który z pewnością zasługuje na znacznie większe uznanie, nie tylko w Ameryce.

Po obejrzeniu tego filmu czekają Was wydatki, bowiem dyskografia Warrena Zevona jest dość obszerna i w części trudna do zdobycia…

Warren Zevon
VH1 (Inside Out): Warren Zevon
Format: DVD
Wytwórnia: VH1 / Artemis Records

Numer: 014431701092

21 marca 2015

Various Artists - 121212: The Concert For Sandy Relief

Chwila przerwy pozwala złapać odrobinę dystansu. Zebrać pomysły i zastanowić się do dalej. Pozwala też poradzić sobie ze sporym zbiorem nowości niekoniecznie wartych opisania. W przypadku albumów wydawanych przez znanych jazzowych celebrytów w rodzaju Pata Metheny, Bobby McFerrina, czy Marcusa Millera, jeśli nie ma okazji ani ochoty napisać coś miesiąc przed światową premierą, później już w zasadzie nie ma to większego sensu. Wszystko już napisali inni, a przy odrobinie wprawy, w światowej sieci każdy znajdzie recenzję zgodną z własnym zdaniem, skrajnie entuzjastyczną, lub wręcz przeciwnie – totalnie negatywną. To właśnie piękno sztuki i wielość możliwych interpretacji. O artystach popowych, którzy podobno grają jazz w rodzaju Diany Krall nie wspomnę, bo takiej muzyki nie rozumiem i nie znajduję w niej przyjemności… Nie znaczy to, że nie warto po takie płyty sięgać, ale to nie moje klimaty.

Dziś jednak jak zwykle, o czymś bardziej konkretnym. „121212: The Concert For Sandy Relief” to album dokumentujący ważne muzyczne wydarzenie charytatywne. Na plakacie wyglądało imponująco. The Who, Paul McCartney, Bruce Springsteen, Roger Waters, Billy Joel, The Rolling Stones i inni zebrani w jednym miejscu, na jednej scenie (choć na szczęście nie wszyscy jednocześnie) w szczytnym celu.

W przypadku takich koncertów, nikt nie usiłuje stworzyć jakiejś nowej muzycznej jakości. Raczej każdy gra swoje przy okazji wzywając do wspierania ważnego społecznie celu, lub celebrując rocznicę, czy inne ważne wydarzenie.

Bywa, że za kulisami dzieją się rzeczy ważniejsze niż na scenie, powstają nowe zespoły, czy pomysły wspólnych nagrań. Czasem na scenie pojawia się niespodziewany duet, który fani później wspominają latami.

Dokumentacje fonograficzne takich koncertów ukazują się na rynku w oficjalnym obiegu wydawane przez małe, oficyny wydawnicze i stanowią poszukiwane dobro dla fanów występujących na danej imprezie artystów. Szczególnie tych, którzy z zacięciem kolekcjonerskim zbierają wszystko, co nagrał ich ulubieniec.

Bywa, że zespoły spotykają się tylko raz na takiej specjalnej okazji. Tu koronnym przykładem może być zupełnie nieudany fonograficznie projekt reaktywacji Led Zeppelin na jeden koncert w 2007 roku związany ze śmiercią Ahmeta Erteguna. Koncert był podobno genialny – wiem to z pierwszej ręki od szczęśliwca, który wylosował bilet i był tego dnia w olbrzymiej O2 Arena w Londynie. Płyta wypadła dość miernie i stanowi przykład odcinania kuponów od dawnej sławy. Nawet najwięksi fani Led Zeppelin poczuli się nieco rozczarowani.

Na drugim biegunie znajdziecie absolutnie genialne dzieło wydawnicze – w wersji audio, a szczególnie na płytach Blue-Ray – „The 25th Anniversary: Rock & Roll Hall Of Fame Concerts”, o którym przeczytacie tutaj:


„121212: The Concert For Sandy Relief” jest gdzieś pośrodku między muzyczną miernotą „The Song Remains The Same” Led Zeppelin i geniuszem „The 25th Anniversary: Rock & Roll Hall Of Fame Concerts”. Dla mnie pozostanie elementem zbioru nagrań wszystkich Bruce’a Springsteena, który nie odnajduje się najlepiej w krótkich wydaniach – zanim zespół się rozkręci, już musi kończyć. Każdy, kto był choć raz na koncercie Bossa wie, co mam na myśli. Producenci nie dali rady namówić wykonawców do jakiś okazjonalnych wspólnych występów, co jest zaletą „The 25th Anniversary: Rock & Roll Hall Of Fame Concerts” – jak choćby Stevie Wonder z Jeffem Beckiem, Billy Joel z Bruces Springsteenem, czy Fergie z Mickiem Jaggerem i Will.i.am. Udało im się za to pozwolić każdemu z wykonawców na samodzielne wyprodukowanie i zmiksowanie jego nagrań, co sprawia, że płyt słucha się jak składanki z całkiem różnych koncertów, bowiem każdy dźwiękowiec miał swoje zdanie na temat przestrzeni, brzmienia, a nawet poziomu głośności dźwięku. Trochę to psuje odbiór całości, ale w sumie nie jest tragicznie.

Część dochodu ze sprzedaży albumów trafia na szczytny cel, a fani i tak kupią, tak jak ja do kompletu nagrań wszystkich Bossa. Nie żałuję, choć nie będzie to album, do którego będę często wracał…

Various Artists
121212: The Concert For Sandy Relief
Format: 2CD
Wytwórnia: Columbia / Robin Hood Foundation

Numer: 887654488923

08 lutego 2014

Bruce Springsteen - High Hopes: Limited Edition With Born In The U.S.A. Live London 2013

Wielu narzeka, a ja tam swoje wiem – wystarczy posłuchać. Ludzie narzekają, że niby brak nowego materiału. Niektórzy nawet odważnie próbują stwierdzenia, że to odgrzewane kotlety i że wypadało coś wydać. Ci ostatni to chyba nie słyszeli ani jednego utworu z „High Hopes”. Jak dla mnie, to Boss może wydawać takie albumy co roku. Jest jeszcze trochę materiału grywanego tylko na koncertach, albo piosenek sprzed 30 albo i 40 lat, które dziś ciągle trafiają się na koncertach i brzmią zupełnie inaczej niż na studyjnych płytach Bruce’a Springsteena z lat siedemdziesiątych.

Mam garść pomysłów na kolejne 20 płyt. Zróbmy tak – jakieś 10 albumów koncertowych, na każdym niech będzie jedna płyta studyjna zagrana w całości. Potem jakieś 4 skomponowane według podobnego założenia jak „High Hopes”. Do tego jeszcze poproszę „Nebraskę” koncertową w kameralnym składzie, ale tylko pod warunkiem, że to się nie skończy wysłaniem The E-Street Band na 10 letnie wakacje – jak ostatnio. I może jeszcze drugi albo i trzeci odcinek „VH1 Storytellers” – o tych nowszych utworach. W międzyczasie będą jakieś ileśtamlecia któregoś z wielkich albumów – tu podobno coś się nawet szykuje. To daje możliwość wydawania przez kolejne 10 albo i 15 lat co chwilę czegoś, co ja kupię z radością i w ciemno.

Nie mam jednak wątpliwości, że już w 2015 roku będzie płyta z nowymi piosenkami. I będzie równie genialna jak „High Hopes”, a może nawet i lepsza. W sumie to teraz nie ma znaczenia. Dla mnie liczy się najbardziej oczekiwanie na kolejne koncerty w finansowym zasięgu ceny samolotowego biletu za rozsądne pieniądze….

Coś jednak trzeba też o płycie napisać. Po pierwsze kupcie sobie winyl – on jest najlepszy. Do niektórych wydań dodany jest krążek CD. Ale to w sumie nieważne, bo CD też koniecznie kupcie – właśnie w limitowanej wersji z płytą DVD. Zawarty na niej obszerny fragment koncertu z Londynu pewnie kiedyś i tak wyjdzie w lepszej rozdzielczości, ale u Bossa liczy się muzyka, więc nie warto czekać. W dodatku koncertowa wersja „Born In The U.S.A.” jest dłuższa o ponad 15 minut od tej sprzed wielu lat.

Niektórzy narzekają, że Tom Morello ukradł trochę show Bossowi i zdominował „High Hopes”. Istotnie – jego gitara jest równie ekspansywna, brzmieniowo, co nowoczesna. Czy na nowoczesność muzyki można narzekać? Mnie się podoba, te nowe wersje lubię co najmniej tak samo jak oryginały sprzed lat. Brzmi inaczej, to fakt. Moje ulubione i nieczęsto grywane na koncertach „41 Shots (American Skin)” z Tomem Morello nabiera niespotykanej dotąd drapieżności – teraz to już nie jest tylko tekst, to także fantastyczna gitara.

W najbliższym czasie fanów czekają wielkie wydatki. Szykują się wystawne jubileuszowe wydania, a publikowanie co kilka dni kolejnego koncertu do kupienia za 15 dolarów jest pomysłem równie genialnym, co kosztownym…

„High Hopes” to płyta genialna. Ci co uważają inaczej chyba jej jeszcze nie słuchali.

Bruce Springsteen
High Hopes
Format: CD
Wytwórnia: Sony
Numer: 888430321229

06 stycznia 2014

Bruce Springsteen – Springsteen And I

Ten film widziałem wcześniej w kinie. Odbył się tylko jeden seans w dniu światowej premiery. W kinie prezentował się fantastycznie szkoda tylko, że część ludzi wyszła niemal w połowie. Wersja kinowa zmontowana była dość dziwnie - dodatki, w tym ponad 30 minutowy film pojawiały się dopiero po długich napisach końcowych. Nie wszyscy wytrzymali. Ci co nie wytrzymali nich żałują. Dodatki to nie tylko spory fragment koncertu z Hyde Parku z 2012 roku, ale również kilka filmów nakręconych przez fanów oraz spotkanie części osób występujących w filmie z samym Bossem po jednym z europejskich koncertów.

Premiera sklepowa połączona była z ciekawą promocją na stronie samego artysty. Kupując zestaw z koszulką dostawało się plakat na którym wydrukowano 5 tysięcy nazwisk tych, którzy taki zestaw kupili. W ten sposób znalazłem się na plakacie ze zdjęciem reklamującym film – fantastyczna pamiątka…

Sam pomysł na film jest tak prosty, że aż dziwne, że nikt na to wcześniej nie wpadł. Otóż fani mogli wysyłać swoje krótkie filmiki. Najciekawsze historie zostały sfilmowane jeszcze raz przez profesjonalną ekipę, jednak niektóre filmy samych fanów są równie profesjonalne, jak te zrobione przez ekipę Riddleya Scotta. Niektórzy włożyli naprawdę sporo pracy i zaangażowali znaczne środki techniczne. Tylko z muzyką ilustrującą filmiki nie było problemu…

Najciekawsze są oczywiście historie tych uczestników koncertów, którzy z różnych okazji pojawili się choćby na chwilę na scenie. Takie historie wydarzają się prawie na każdym koncercie – kto był ten wie, kto nie był – zobaczy na filmie przykłady takich sytuacji.

Idąc do kina miałem wątpliwości, czy taki film może mieć jakiś sens. W przypadku Bruce’a Springsteena ma wielki sens, bowiem historie fanów, które pisze życie nie są porównywalne z niczym, co mógłby wymyślić nawet najbardziej genialny scenarzysta.

Może nie jestem obiektywny, bowiem od ponad 20 lat w zasadzie codziennie słucham paru nagrań Bossa, a koncertów zaliczyłem około 30, ale ten film po prostu trzeba zobaczyć.

Krótki fragment koncertu zapowiada pewnie jakieś kolejne koncertowe nagranie video, jednak z pewnością nie będzie to Londyn, bowiem ostatni film z koncertu pochodzi właśnie z Londynu. Tak więc nawet jeśli wydaje się Wam, że opowieści fanów o tym jak bardzo uwielbiają swojego artystę, jak zmienił ich życie nie są warte oglądania, kupcie tą płytę koniecznie właśnie dla fragmentu koncertu. Do reszty też z pewnością się przekonacie, to bowiem jeden z najlepszych filmów dokumentalnych o muzyku jakie w życiu widziałem. Niezależnie od tego, że ten film jest o moim ulubionym muzyku.

Bruce Springsteen
Springsteen And I
Format: Blue Ray
Wytwórnia: Eagle / Columbia

Numer: 801213348299

22 grudnia 2012

Simple Songs Vol. 73

Przygotowuję dłuższy tekst o moich ulubionych płytach Dave Brubecka. Niestety przyczyna jest najsmutniejsza z możliwych. Dave Brubeck zmarł 5 grudnia i choć od paru lat znacznie ograniczył swoją muzyczną działalność w związku z wiekiem, to ciągle był wśród nas… Kiedy 5 lat temu, to też było w grudniu, zmarł Oscar Peterson, zastanawiałem się, czy są jeszcze jacyś wielcy pianiści… Wtedy moją pierwszą myślą, osobą, która zajęła w mojej głowie tron największego pianisty świata został Dave Brubeck. Dziś znowu muszę się zastanowić. A właściwie raczej powierzyć wybór pierwszej intuicji. Tak więc królem zostaje Ahmad Jamal. Oby na długo…

Oczywiście to tylko zabawa, bowiem niezależnie od tego, kto siedzi na tronie, a kto czeka w kolejce, wszyscy wymienieni muzycy z perspektywy większości z nas od zawsze są na muzycznym szczycie. O wiele ważniejsza jest obserwacja, że właściwie nikt z pokolenia pianistów mających dziś mniej niż 70 lat do tego szczytu nawet się nie zbliża… Na szczęście nagrania mistrzów pozostaną z nami na zawsze.

Dave Brubeck oprócz tego, że był wielkim pianistą, był też wybitnym kompozytorem. Wbrew często słyszanym opiniom początkujących fanów jazzu, nie napisał swojego największego przeboju – „Take Five”. Napisał za to wiele pięknych melodii. Jako pierwszy też wpadł na pomysł tak oczywisty, że wydaje się nieprawdopodobnym, że nikt na to nie wpadł wcześniej – nagrał płytę pod najprostszym z możliwych tytułów „Brubeck Plays Brubeck” – zawierającą oczywiście jego własne wykonania tych kompozycji. Z tego właśnie albumu posłuchajmy ma początek i w ramach reklamy tekstu, którego jeszcze nie ma, ale który zapewne przeczytacie w styczniowym numerze JazzPRESSu jednej z tych kompozycji.

* Dave Brubeck – In Your Own Sweet Way – Brubeck Plays Brubeck

Tydzień temu obiecałem Wam przegląd świątecznych nagrań koncertowych Bruce’a Springsteena. Zanim do tego przejdziemy zapowiem muzycznie naszą świąteczną płytę tygodnia w kategorii Kanon Jazzu – to będzie album Raya Charlesa „The Spirit Of Christmas”.

* Ray Charles – Santa Claus Is Comming To Town – The Spirit Of Christmas

Ten utwór znają wszyscy fani Bruce’a Springsteena. Jest on nieodłącznym elementem koncertów Bossa odbywających się w grudniu niezmiennie od połowy lat siedemdziesiątych. Niestety dziś już bez tubalnego śmiechu i przepięknych dźwięków saksofonu Clarence Clemmonsa. Kto nie widział, ten nie wie. A kto widział, to wie, tak jak miliony fanów na całym świecie, że koncert The E-Street Band, to przeżycie muzyczne nieporównywalne z niczym innym…

Nie popieram bootlegów. Jednak w dyskografii Bruce’a Springsteena nie ma zbyt wielu rejestracji świątecznych. Raptem jeden singiel – „Santa Claus Is Comming To Town” i parę wykonań zawartych na różnych oficjalnych rejestracjach koncertowych wydanych w postaci płyt DVD i Blue-Ray. Jest też „Merry Christmas Baby” z różnych składanek charytatywnych. Jest też „Blue Christmas” z dodatków do „The Promise: The Making Of Darnkess On The Edge Of Town”. I to w zasadzie wszystko. Dziś zatem wyjątek od reguły – zagramy trochę nagrań nieoficjalnych. Nie będę ich reklamował, stąd nie podam Wam nazw albumów…

* Bruce Springsteen – Santa Claus Is Comming To Town (San Francisco 1978)
* Bruce Springsteen – Santa Claus Is Comming To Town (Ashbury Park 2003)
* Bruce Springsteen – Santa Claus Is Comming To Town (2008)
* Bruce Springsteen – Run Run, Rudolph (Ashbury Park 2000) feat. Jimmy Vivino
* Bruce Springsteen – Jingle Bell Rocks (Ashbury Park)
* Bruce Springsteen – Christmas, Baby Please Come Home (Ashbury Park 2003)
* Bruce Springsteen – Merry Christmas Baby (Ashbury Park 2003) feat. Sam Moore

31 maja 2012

Bruce Springsteen And The E Street Band, Olympia Stadion, Berlin, 30.05.2012


Wiem, że nie będę oryginalny. Koncerty Bruce’a Springsteena to są największe rockowe spektakle na świecie. Ten był moim 29, jeśli czegoś po drodze nie pomyliłem. Takiego wydarzenia nie można porównać właściwie z niczym innym, oprócz innych, poprzednich koncertów tego zespołu. Jednak takie porównanie nie miałoby specjalnego sensu.

Dla tych, którzy nie widzieli choćby jednego z nich… takie porównanie nie byłoby zrozumiałe. Dla tych, którzy jeżdżą po świecie w miejsca, w których uda się kupić bilety, które sprzedają się zwykle w kilka minut… to byłoby zbyt osobiste. Każdy ma przecież swoje ulubione kompozycje, a biorąc pod uwagę dorobek nagraniowy zespołu, wszystkiego na koncercie zagrać się nie da.


55 tysięcy fanów, z tego prawie połowa na płycie stadionu...

Tym razem to był jednak koncert nadzwyczajny. Sprzedany już dawno w całości zgromadził na stadionie olimpijskim w Berlinie ponad 55 tysięcy stałych bywalców. Wszyscy ubieramy się w koszulki z poprzednich tras. Wśród części z nas panuje rywalizacja, kto ma najstarszą… Wszyscy wspominamy poprzednie koncerty i miejsca na świecie, gdzie byliśmy, żeby zobaczyć ów najwspanialszy dla nas show, traktowany jak święto dające energię na kolejne miesiące czekania na kolejne koncerty Bruce’a Springsteena. Kiedy wychodzę z kolejnego koncertu pełny szczęścia, a jednocześnie nieco smutny, że kolejna okazja będzie za rok, a może nieco później, zastanawiam się czasem, dlaczego w ogóle oglądam inną muzykę na żywo… Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale wiem, że jeśli ktoś właśnie zobaczył Bossa na żywo swój pierwszy raz, to odtąd będzie dzielił swoje życie na okres przed koncertem i wszystko co potem… Taki koncert zmienia życie na zawsze, o czym pisałem już kilka razy przy okazji poprzednich koncertów artysty… I to wcale nie jest zbyt górnolotne stwierdzenie. Wielokrotnie widziałem to w oczach znajomych, którzy widzieli po raz pierwszy… Mój pierwszy raz był tak dawno temu, że już tego nie pamiętam, ale pewnie też tak było…

Koncert w Berlinie był wyjątkowy z kilku względów. Po pierwsze 55 tysięcy fanów to całkiem niezły wyczyn. Dodajmy do tego, że to publiczność, która przyszła słuchać muzyki i przyszła, płacąc spore pieniądze na jednego artystę. To nie festiwal i okazja do wypicia piwa, kiedy muzyka ludziom nie przeszkadza w zabawie. To święto fanów, którzy większość utworów znają na pamięć. To dziś nie zdarza się często.

Bruce Springsteen And The E Street Band

Koncert trwał niemal równo 3 godziny i należał do najdłuższych koncertów zespołu jakie widziałem. Oczywiście znane są opisy koncertów dłuższych o pół godziny, a nawet trochę więcej, ale zwykle to dwie godziny i 40, góra 45 minut… Dodatjmy dla tych, co nie wiedzą… To są 3 godziny absolutnie przepięknej muzyki, granej na wielkim stadionie bez jakichkolwiek efektów specjalnych, przerw na przebranie się w kolejny sceniczny kostium, czy przygotowanie kolejnej grupy tancerzy… Tu nie zobaczycie gry świateł przygotowanych specjanie do każdej kompozycji, nie zobaczycie też tańców, układów choreograficznych, wybuchów (oprócz wybuchów entuzjazmu publiczności). Nie ma też rozbudowanych scen video. Są tylko telebimy pozwalające zobaczyć więcej tym, co siedzą dalej…

Tu ważna jest muzyka i dla wielu również teksty. Co prawda wolę na koncerty Bruce’a Springsteena jeździć do Londynu, albo do innych anglojęzycznych miast… A jeśli się nie da, to do Włoch, albo Hiszpanii, bowiem tam tradycyjnie koncerty udają się jeszcze lepiej. W Wielkiej Brytanii i zapewne również w USA, ale tam nigdy na koncercie Bossa nie byłem, publiczność śpiewa więcej i lepiej zna teksty… To całkiem naturalne.

Koncert był wyjątkowy również z innego powodu. Po raz pierwszy słyszałem piosenkę, którą Boss zaśpiewał prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu, jeśli oczywiście nie liczyć prób… To było na początku koncertu – sam nie wiem, jak takie piosenki znajduje, ale to staje się powoli tradycją. Wiekowe utwory o kolejnych miastach. Koncert w londyńskim Hyde Parku, znany z płyt video zaczął się kiedyś od „London Calling”. Koncert w Berlinie rozpoczął… „When I Leave Berlin”. Ze zdziwieniem słuchałem tego muzycznego odkrycia. Myślałem bowiem, że o kompozycjach Wizza Jonesa świat już zapomniał. Mam tą płytę na półce, ale prawdę powiedziawszy ja też o niej trochę zapomniałem. A teraz przypomniał ja światu Bruce Springsteen. Prawdopodobnie ilość wejść na różne strony poświęcone temu niezbyt dziś popularnemu folkowemu muzykowi brytyjskiemu od dnia koncenrtu wzrosła wielokrotnie…

The E Street Band gra w niemal niezmienionym składzie, przynajmniej tym podstawowym już od niemal 40 lat. Śmierć Danny’ego Federici zmieniła sporo, ale obawy o tym co stanie się, kiedy zabrakło Clarence Clemmonsa były wśród fanów jeszcze większe… Jego brak czuje się na scenie… Dzielnie próbuje go zastąpić Jake Clemmons… Zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa… Big Mana zastąpić się nie da. Intuicja podpowiada mi jednak, że to nie będzie ostatnia trasa Jake Clemmonsa z The E Street Band.

Patti do Europy nie przyjeżdża od kilku lat, co jest sporą stratą dla brzmienia zespołu. Do tego trzeba się przyzwyczaić. Nikt jednak tak pięknie nie przedstawia nieobecnych jak Boss. Nikt również nie wspomina tak pięknie przyjaciół, którzy odeszli… Nikt nie potrafi tak bawić się z fanami w pierwszych rzędach. Nikt w wieku ponad 60 lat nie potrafi skoczyć z mikrofonem w ramiona publiczności. Nikt wreszcie nie potrafi dać z siebie tyle emocji i pozytywnej energii, mimo poruszania w tekstach niełatwych problemów. To jest właśnie tajemnica sunkcesu Bruce’a Springsteena. Niby łatwe, a nikt inny tak nie potrafi.

Można narzekać, że zbyt mało zagrał Steve Van Zandt… Za to kilka wyśmienitych wejść miał Nils Lofgren, który właśnie wydał sowją najnowszą solową płytę… Świetna Suzie Tyrell, chórek, którego zwykle nie lubię tym razem wypadł nadspodziewanie dobrze.

Cały dzień nad Berlinem wisiały dość ciężkie chmury. Słońce wyszło pierwszy raz, choć tylko na chwilę w czasie pierwszych kilku utworów… Który to już raz zadziałała jakaś przedziwna pogodowa magia. Jeśli sam Boss by nie wystarczył, ma swoje zaklęcie – „Who Will Stop The Rain”. Tym razem nie było potrzebne.

Tego wieczoru było wszystko… Sporo nowego materiału, który jak to zwykle u Bossa bywa, potrzebuje czasu… Jeszcze nie działa tak jak starsze kompozycje… Było sporo starszych przebojów w ciągle ulepszanych i coraz dłuższych wykonaniach… Była premiera – wspomniany cover „When I Leave Berlin”. Mnie zabrakło niezwykle rzadko granego w Europie „41 Shots” i niedocenianego otwarcia albumu „Working On A Dream” – przebojowego „Outlaw Pete”. W sumie 21 utworów i 7 na bis… Tylko 3 godziny…. Kiedy będzie następny raz… Nie wiem, ale wiem, że to wydarzenie warte każdych pieniędzy. Każdy z Was musi zobaczyć to choć raz, wtedy zostanie fanem na całe życie. Koncerty Bruce’a Springsteena zmieniają życie na lepsze… 

12 marca 2012

Bruce Springsteen – Wrecking Ball (Deluxe Edition)


Z tą płytą będzie tak jak z poprzednimi płytami Bruce’a Springsteena. Ta świadomość mnie uspokaja. To nie jest płyta, która powala na kolana. Raczej nie ma na niej przebojów, które będziemy nucić już po pierwszym odsłuchaniu płyty. „Wrecking Ball” nie ma tak spektakularnego otwarcia jak „Working On A Dream” w postaci monumentalnego „Outlaw Pete”. Nie ma też melodii w rodzaju „Radio Nowhere” , „Gypsy Biker”, czy „Girls In Their Summer Clothes” z „Magic”. Tak możnaby o każdej płycie Bruce’a Springsteena od połowy lat siedemdziesiątych. Właściwie jedyna płyta, która już w dniu premiery, właściwie od pierwszych dźwięków stała się moją ulubioną była „Nebraska”, ale to było 30 lat temu. Być może pojawi się jakieś wydanie jubileuszowe..? Kto wie. Jednak przebić sposób uczczenia „The Darkness On The Edge Of Town” nie będzie łatwo.

Wróćmy jednak do „Wrecking Ball”. Z tym albumem będzie tak, jak ze wszystkimi poprzednimi albumami Bruce’a Springsteena. Z każdym dniem będzie lepszy. Większość utworów z tej płyty usłyszymy z pewnością już niedługo na koncertach… Wtedy dopiero dowiemy się, jak naprawdę brzmią. Każdy z nich z pewnością będzie zamieniony na wielominutowy koncertowy przebój. I wtedy zaczniemy niespodziewanie nucić je tak, jak te z poprzednich płyt.

Sam utwór tytułowy pojawił się na koncertach już w 2009 roku, a na płycie EP (tylko w wersji analogowej i w postaci cyfrowej na iTunes) wydanej z okazji dnia sklepów płytowych w 2010 roku – o tym wydawnictwie przeczytacie tutaj:


Na tej płycie ważne są teksty, choć one są skierowane do amerykańskiego odbiorcy.  „Wrecking Ball” to album, którego styl mieści się gdzieś pomiędzy „Nebraską” i „The Ghost Of Tom Joad” z jednej strony, a „We Shall Overcome: The Seeger Sessions” z drugiej. Znajdziemy tu ballady zaśpiewane jedynie z gitarą i sporo folkowo-irlandzkich smyczków. Nie przepadam za chórkami i żeńskim wokalem w wykonaniu Michelle Moore. Ale wiem, że to minie. To album wybitny, tak jak wszystkie płyty Bruce’a Springsteena. Wybitny, ale nie widowiskowy i spektakularny… Jeśli ktoś tego dziś nie słyszy… Usłyszy na koncertach.

Jak zwykle ostatnio na płytach studyjnych nieco na „Wrecking Ball” brakuje gitar, jednak wiem, że Stevie i Nils na koncertach dołożą swoje… I będzie się działo... Z pewnością zabraknie Big Mana, ale The E-Street Band to zespół nieśmiertelny. Będzie istniał zawsze. Przetrwał stratę Danny’ego Federici, przetrwa i stratę Big Mana. Należy mieć nadzieję, że tym razem do Europy przyjedzie Patti Scialfa. A Steve i Nils z pewnością zastąpią Toma Morello. Stevie Van Zandt gra na „Wrecking Ball” tylko w jednym utworze na mandolinie, a Nilsa Lofgrena nie ma tu wcale…

Teksty są nieco bardziej polityczne niż zwykle, ale odwołują się też jak zwykle u Bossa do amerykańskich realiów politycznych i ekonomicznych, są skierowane do tamtejszego odbiorcy. To jedno ze źródeł zupełnie niezrozumiałej dla Europejczyków popularności Bruce’a Springsteena w USA.

Album, co staje się już praktycznie regułą ma kilka wersji. Tym razem na początej dostajemy 3. Ta najlepsza – analogowa – to 3 płyty LP – czekam na dobrą cenę. Pozostałe dwie to CD – wersja „zwykła” i Deluxe Edition – rozszerzona o dwa utwory w większym opakowaniu. Dla tych dwu utworów warto kupić wersję Deluxe. Oczywiście wszyscy fani bez wahania sięgną po tą wersje. Te dwa dodatki – to premierowe „Swallowed Up (In The Belly Of The Whale)” i „American Land”. Album w wersji podstawowej zawiera premierowy materiał, za wyjątkiem nowej wersji znanego wcześniej utworu tytułowego i „Land Of Hope And Dreams” grywanego na koncertach od lat i wydanego po raz pierwszy w 2001 roku na płycie „Live In New York City”. Tekst tego utworu powinien znaleźć się na tej płycie… To też, jeśli czegoś  nie przegapiłem pierwsze oficjalnie wydane nagranie studyjne tej kompozycji. A zamykający album „American Land” to ostatnie dźwięki zagrane przez Clarence Clemonsa – ten album musiał się tak kończyć…

Czy mam na tej płycie swoje ulubione momenty? Jeszcze nie, w przypadku płyt Bruce’a Springsteena to przychodzi z czasem. Z pewnością są tu kompozycje, które mogłyby znaleźć się na dowolnym poprzednim albumie, nawet na tych absolutnie najlepszych. Do moich cichych faworytów należy „Rocky Ground”. Z całym szacunkiem do niezłego głosu Michelle Moore, na koncertach poproszę w tym utworze wyższy i zdecydowanei ciekawszy wokal Patti. Przebojem koncertów i popisowym numerem dla Suzie Tyrell z pewnością staną się przypominające chyba najbardziej klimat znany z „We Shall Overcome: The Seeger Sessions” utwóry „Shackled And Drawn” i „Death To My Hometown”. Już sobie wyobrażam uderzenie 3 gitar w koncertowej introdukcji do otwierającego album „We Take Care Of Our Own”. Już myślę o przygasających światłach i wykonywanym solo z akustyczną gitarą wstępie do „We Are Alive”. To dla mnie największa zagadka. Na płycie prawie piosenka country, na koncertach może być zarówno nastrojową balladą, jak i wielkim finałem każdego z czekających nas spektakli. Wystarczy posłuchać choćby jak zmienił się „Open All Night” z „Nebraski” do „Live In Dublin”. To potrafi tylko The E-Street Band.

To tekst dla fanów Bruce’a, więc skróty myślowe i bezpośrednie odwołania do znanych nam wszystkim na pamięć płyt raczej czytelności tekstu pomagają… Dla tych, którzy jeszcze fanami nie są, mam jedną radę… Wybierzcie się na koncert, to zmieni Wasze życie… Na zawsze…

Bruce Springsteen
Wrecking Ball (Deluxe Edition)
Format: CD
Wytwórnia: Sony
Numer: 886919483628

12 sierpnia 2011

Various Artists - The 25th Anniversary: Rock & Roll Hall Of Fame Concerts

Nie przepadam za takimi wydarzeniami, przynajmniej w formie rejestracji płytowej. Za miejsce w pierwszym rzędzie pewnie oddałbym nerkę. Na płytach to jednak zwykle poczucie niedosytu i zmarnowanego potencjału. Zanim ktoś się na scenie rozkręci, już kolejna gwiazda spycha go na bok w związku z koniecznością przestrzegania scenariusza i zachowania zdrowego rozsądku i ram czasowych całego wydarzenia.


Tak było i w przypadku koncertu, a właściwie dwu koncertów zorganizowanych w październiku 2009 roku w Madison Square Garden (Nowy Jork) z okazji 25-lecia fundacji Rock & Roll Hall Of Fame. Niektórym gwiazdom udało się w ciągu 2-3 utworów złapać kontakt z różnorodną (w związku z przeglądowym charakterem wydarzenia) publicznością. Innym wyszło to nieco słabiej. Czasem goście specjalni i zmontowane tylko na jeden występ składy, lub spotkania po latach okazują się czymś niezwykłym, częściej jednak każdy gra swoje, ciesząc się bardziej spotkaniem przyjaciół za kulisami, niż muzyką i zabawą z publicznością. Często ilość i sława zaproszonych gości jest jedyną wartością takiej nieco wtedy towarzyskiej, niż muzycznej imprezy. Tym razem było jednak nieco inaczej, to znaczy dużo lepiej od takiego skrajnie pesymistycznego scenariusza. Nie znaczy to jednak, że wszystkim udało się publiczność zainteresować i zagrać coś ciekawego.

Instytucja Rock & Roll Hall Of Fame została wymyślona i stworzona w USA, gdzie rynek uwielbia niezliczone nagrody, listy wszechczasów, statuetki i tytuły nadawane przy każdej okazji i nawet bez okazji. W związku z tym dwa koncerty, które zorganizowano dzień po dniu w Madison Square Garden dla uczczenia 25-lecia istnienia galerii sław rock and rolla obfitowały w gwiazdy amerykańskie, również takie, których sława w Europie i innych okolicach nie jest koniecznie tak wielka. Pamiętajmy, że w USA wciąż niezmiennie króluje country, wielu ludzi słucha Franka Sinatry, a o zespołach, które w latach siedemdziesiątych sprzedały więcej płyt, niż dziś większość światowych gwiazd, pamiętają nie tylko kronikarze i garstka fanów amerykańskiej muzyki (tak jak w Europie), ale też masa ludzi, którzy mają wspomnienia z młodości i stosy płyt, które wtedy kupowali.

Z pewnością na dwu płytach Blue Ray nie umieszczono wszystkich występujących muzyków, a niektórym bezlitośnie występy obcięto, umieszczając później część takich odrzutów w materiałach dodatkowych. W sumie uzbierało się ponad pięć i pół godziny materiału wyśmienicie sfilmowanego i znośnie nagranego. Wydawnictwo to nie jest chyba ciągle dostępne w oficjalnej europejskiej dystrybucji, więc trzeba szukać go w USA lub Kanadzie.

Koncert rozpoczął jeden z ostatnich żyjących weteranów rock and rolla, którzy jeszcze występują na scenach, 74 letni Jerry Lee Lewis. Z wiekiem stracił nieco ze swojej estradowej energii, ale wciąż zachwyca techniką gry i zrozumieniem tego, czym jest prawdziwy rock and roll. Szkoda, że zagrał tak mało, ale w kolejce za kulisami czekało przecież wielu sławnych następców.

Kolejnych pięć utworów należało do zespołu Crosby, Stills & Nash. Według takiej formuły house-bandu z gośćmi specjalnymi producenci koncertów zbudowali całe show. Zespół zagrał dość bezbarwnie i sennie, choć dla większości amerykańskiej publiczności na zawsze pozostaną podziwianą legendą. W czasie ich występu na scenie pojawili się kolejno Bonnie Raitt, Jackson Browne i James Taylor. Najlepszym fragmentem całego setu okazała się ballada „Love Has No Pride” zaśpiewana jedynie z towarzyszeniem gitar akustycznych i Bonnie Raitt.

Kolejny większy set należał do zespołu Stevie Wondera. Dla niego czas jakby się zatrzymał. I to w najlepszym z możliwych momentów. To muzyk i kompozytor wybitny, a wręcz genialny, często z europejskiej perspektywy niedoceniany. Trudno wyróżnić którąkolwiek z zagranych i zaśpiewanych przez niego żywiołowo piosenek. Nawet te przesunięte do materiałów dodatkowych brzmią wyśmienicie. Na początek Stevie Wonder zaśpiewał jeden z ważnych przebojów Motown z lat sześćdziesiątych – „For Once In My Life”, znany z setek wykonań, z których te najważniejsze należą chyba do Tony Bennetta i The Temptations, a także przed laty do Stevie Wondera właśnie. Później pojawiali się goście specjalni – pierwszym był Smokey Robinson w „The Tracks Of My Heart”. Korzystając z fortepianu Stevie Wondera na cztery ręce przebój Michaela Jacksona „The Way You Make Me Feel” zagrał Johnny Legend. W kolejnym utworze na scenie pojawił się B. B. King – z tak wyśmienicie zgranym zespołem „The Thrill Is Gone” nie mogło się nie udać. Kolejnym gościem Stevie Wondera był  Sting – to połączone „Higher Ground” i „Roxanne”. Zespół Stevie Wondera i świetny chórek okazał się o niebo lepszy w „Roxanne” niż wiele zespołów, które na koncerty montował przez ostatnie lata Sting. Sam Sting też stara się jakby bardziej niż zwykle, chcąc wypaść jak najlepiej na tle mistrza Stevie Wondera.

Wejście na scenę Jeffa Becka przeniosło zespół Stevie Wondera na zupełnie inną planetę. Dotąd grał świetnie, ale równo z pierwszym dotknięciem strun gitary przez Jeffa Becka stał się jeszcze 1o razy lepszy. W „Superstition” Jeff Beck zagrał wybitne solo, rozbudowana i ekspansywna sekcja dęta wgniotła swoją potęgą publiczność w fotele, a sam Stevie Wonder zapomniał na chwilę o swoim wieku i bawił się jak dziecko. Obaj zapewne przypomnieli sobie rok 1972, czas, kiedy razem nagrywali słynną płytę Stevie Wondera „Talking Book”, na której znalazł się również ten utwór.

Jeff Beck to obecnie absolutna supergwiazda, muzyk wybitny, magicznie potrafiący kilkoma dźwiękami zmienić dobry występ zespołu Stevie Wondera w genialny show. Jeszcze na scenę Madison Square Garden powróci we własnym secie.

Liderem kolejnej prezentacji był Paul Simon. Jego muzykom zabrakło nieco egzotycznej energii rytmicznej znanej z tych lepszych płyt lidera. Goście specjalni też nie pokazali niczego specjalnego. Za to kilka najbardziej znanych przebojów duetu Simon & Garfunkel zabrzmiało dokładnie tak, jak przed wielu laty w wykonaniu obu wokalistów. „The Sound Of Silence”, „The Boxer”, czy „Bridge Over Trouble Water” to proste, nawet banalne piosenki, jednak niezwykła harmonia głosów Paula Simona i Arta Garfunkela sprawia, że są w głowie każdego fana dobrej muzyki już od ponad 40 lat.

Kolejny set to Aretha Franklin. Ona jest muzyką, nie śpiewa, lecz emituje muzykę każdą cząstką swojego ciała. Jej występ może być wybitny, lub tylko świetny, to zależy od repertuaru, a do tego nie ma właściwie przez całą swoją karierę zbyt dużego szczęścia. Tak muzykalnych wokalistek dziś już właściwie nie ma. Niezależnie od tego, jak duży tłum muzyków pojawia się z Arethą Franklin na scenie, jej głos zawsze pozostaje potężny. Żadna, nawet najbardziej dynamiczna sekcja dęta nie poradzi sobie z siłą głosu Arethy Franklin. Duet z Annie Lennox w „Chain Of Fools” z pewnością chluby przybyłej specjalnie z Londynu wokalistce nie przyniesie. Ten utwór udowadnia jedynie, że Aretha Franklin jest królową soulu, a Annie Lennox jedynie przeciętną i bezbarwną wokalistką.

Drugi dysk rozpoczyna występ zespołu Metallica. Zespół wypadł na scenie dość blado, być może to nie była dla nich wymarzona publiczność. Faktem jest, że ja również nie jestem fanem zespołu, choć warsztatowej zręczności członkom zespołu odmówić nie można. Goście specjalni zespołu też nieco zawiedli. Ich występy przypominały nieco muzeum figur woskowych rock and rolla. Podstarzali panowie odegrali swoje hity, ciesząc się z towarzyskiego aspektu całego wydarzenia i tego, że ktoś do nich zadzwonił i zaprosił. Ani Ray Davies (The Kinks), ani Lou Reed (niestety), ani tym bardziej Ozzy Osbourne nie był nawet cieniem własnego głosu sprzed wielu lat. Cały set zespołu Metallica to jeden ze słabszych fragmentów wydawnictwa.

Kolejnym zespołem okupującym scenę na dłużej było U2. Prawdopodobnie zespół nie uzna swojego występu za najlepszy w karierze, choć muzycy pozbawieni otaczającej ich na co dzień wystawnej produkcji i tłumu fanatycznych słuchaczy poradzili sobie z niełatwą publicznością Madison Square Garden (każdy oczekiwał przecież na swoją gwiazdę) nadzwyczaj dobrze.

Świetnie zabrzmiała gitara The Edge’a, a głos Bono w „Vertigo” i „Magnificent” brzmiał równie potężnie, jak na najlepszych koncertach zespołu… do czasu, kiedy na cenie pojawił się pierwszy z gości specjalnych, a właściwie dwoje gości – Bruce Springsteen i Patti Smith. Na nieszczęście Bono, wszyscy razem śpiewają kompozycję Bruce’a Springsteena i Patti Smith – „Because The Night”. Tu jeszcze można przypuszczać, że to dla Bono niekoniecznie przyjazna jego barwie głosu i stylowi piosenka, której nie śpiewał raczej wcześniej zbyt często. Boss pozostaje jednak na scenie na kolejny utwór – „I Still Haven’t Found What I’m Looking For”. No i to już jest kompletna porażka Bono. Na tle Bruce’a Springsteena pozostaje zupełnie pozbawionym charyzmy, bezbarwnym wokalistą. Tak jak wokalistki nie powinny wychodzić na scenę z Arethą Franklin, tak wokaliści powinni omijać szerokim łukiem wspólną scenę z Brucem Springsteenem. On jest zwyczajnie najlepszy. To była piosenka Bono, jeden z jego największych przebojów. Stało się to, co kiedyś ze Stingiem, kiedy spróbował zaśpiewać „Born To Run”. Fani Bruce’a wiedzą co mam na myśli, reszcie czytelników pozostaje YouTube. Co wyszło U2 najlepiej? „Gimme Shelter” ze świetną Fergie, MickiemJaggerem i will.i.am’em. To świetne gitary i niespodziewane spotkanie po latach. Mick Jagger nie ma już tyle energii, co przed laty, jednak na ten jeden utwór starczyło jej na tyle, że można było poczuć ducha The Rolling Stones sprzed lat. Dla mnie dużym zaskoczeniem był dobry występ Fergie…

Każdy koncert Bruce’a Springsteena jest prawdziwy i brzmi tak, jakby miał być ostatnim. Na szczęście nie jest, choć od ostatniego tourne zespołu minęło już 2 lata. Bruce Springsteen jest prawdziwy, każdego wieczoru zostawia na scenie cząstkę siebie, nie tylko w postaci litrów potu, ale też emocji, którymi dzieli się z publicznością. Tak było też tego wieczoru w Madison Square Garden. Kto nie widział koncertu The E-Street Band, nie wie, co to prawdziwy rock and roll. Kto widział choć jeden, zaczyna życie na nowo i liczy dni do kolejnego koncertu. Ja widziałem Bruce’a na żywo kilkadziesiąt razy i ciągle czekam na więcej.

Jednak zanim na scenę wyszedł Bruce Springsteen, pojawił się na niej na dłużej Jeff Beck. Jeśli Jeff Beck nagra jeszcze 3 równie genialne płyty jak ostatnich 5, to uznam, że jest lepszy od Jimi Hendrixa i Stevie Ray Vaughana razem wziętych. Na razie przysługuje mu niepodważalnie tytuł największego z żyjących bogów gitary. Żadna inna gitara nie potrafi tak śpiewać, jak ta w rękach Jeffa Becka. Posłuchajcie „A Day In The Life” i duetu z traktującym tego wieczora muzykę poważnie Buddy Guy’em. Z kronikarskiego obowiązku wypada zaznaczyć, że Sting i Billy Gibbons (ZZ-Top) nie byli tego dnia w najlepszej formie.

Goście specjalni Bruce’a Springsteena świetnie zintegrowali się z zespołem The E-Street Band. To zdecydowanie były najlepiej przygotowane duety. Bruce wie co robi zapraszając na swoje koncerty gości. Może to nie największe nazwiska, ale za to muzycznie wartościowe. Sam Moore – ciągle w wyśmienitej formie, pomimo podeszłego wieku (ponad 75 lat). Amerykanie ciągle pamiętają przeboje zespołu Sam & Dave.  Tom Morello z Rage Against The Machine – to świetny dialog gitarowy z Bossem – chyba nawet lepszy niż ten w wykonaniu Jeffa Becka i Buddy Guya. Fani Bruce’a Springsteena wiedzą, że potrafi on zamienić balladę w koncertowe trzęsienie ziemi, zachowując jednocześnie brzmienie i charakter kompozycji – tym razem do spółki z Tomem Morello stworzył niezwykłą wersję „The Ghost Of Tom Joad”. John Fogerty – to w USA legenda. W Europie Creedence Clearwater Revival nie był zespołem zbyt znanym – mieliśmy wtedy The Beatles i Pink Floyd. Sam John Fogerty to wyśmienity kompozytor niezliczonej ilości przebojów z „Proud Mary” na czele. Z Bossem zawsze wypada na scenie dobrze, choć jest raczej kompozytorem niż wybitnym instrumentalistą. Darleene Love przypomniała klimaty Phila Spectora. Jakiż inny zespół na świecie potrafi stworzyć taką ścianę dźwięku, jak The E-Street Band powiększony tego wieczoru o dodatkową sekcję dętą? To najlepszy występ z całego wydawnictwa, zresztą zanim włożyłem płytę do odtwarzacza byłem prawie pewien, że tak będzie…

Producenci zmienili nieco kolejność na płytach, więc „Higher And Higher” w wykonaniu Bruce’a Springsteena i The E-Street Band kończyło pierwszy wieczór. Czy można sobie wyobrazić lepszy finał wydanego na płycie koncertu? Z pewnością nie, więc zakończenie drugiej płyty i ponad 5 godzinnej prezentacji najlepszych fragmentów koncertów w wykonaniu Bossa jest po prostu nadzwyczajne.

Dla Jeffa Becka i Bruce’a Springsteena kupiłem „The 25th Anniversary: Rock & Roll Hall Of Fame Concerts” i się nie zawiodłem ani przez chwilę. Z pozostałych nagrań też da się wybrać ciekawe momenty.

Various Artists
The 25th Anniversary: Rock & Roll Hall Of Fame Concerts
Format: 2 Blue Ray
Wytwórnia: Time Life
Numer: 610583406290

22 kwietnia 2011

Bruce Springsteen - VH1 Storytellers

Dzisiejsza płyta wydana w 2005 roku jest dla wszystkich fanów Bruce’a Springsteena dokumentem zastępującym w pewien sposób wydawnictwo, które nigdy się nie ukazało – czyli rejestrację koncertu z solowej trasy The Ghost Of Tom Joad. Ta unikalna trasa to przede wszystkim rok 1997, a dzisiejsza płyta została zarejestrowana w 2005 roku. Jednak klimat tych pamiętnych występów z 1997 roku (w tym dwu koncertów w Warszawie) odczuwalny jest na dzisiejszej płycie. Na DVD umieszczono zapis programu telewizyjnego z serii VH1 Storytellers, wraz z dodatkowymi materiałami w postaci ponad 15 minutowej sesji pytań do Bruce’a Springsteena zadawanych przez fanów po nagraniu programu.

Owe wspomniane dwa koncerty w Sali Kongresowej w Warszawie w 1997 roku, to jedyne jak dotąd występy Bruce’a Springsteena w Polsce. Byłem na obu tych koncertach i nie zapomnę ich do końca życia, tak jak pozostałych kilkudziesięciu już koncertów Bruce’a, które obejrzałem na żywo osobiście od czasu pamiętnego dla mnie pierwszego koncertu, który widziałem w Budapeszcie na trasie Human Rights Now! we wrześniu 1988 roku.

Formuła VH1 Storytellers zakłada, że wykonawca opowiada publiczności zgromadzonej w studio telewizyjnym o swojej muzyce, tekstach, inspiracjach i emocjach. Wyjaśnia znaczenie poszczególnych ważnych dla siebie kompozycji i komentuje kontekst ich powstania.

Bruce Springsteen nigdy nie stronił od długich monologów na scenie. W roli opowiadacza czuje się więc wyśmienicie. To jednak zdecydowanie płyta dla osób, które dość swobodnie posługują się językiem angielskim, i to nie tylko w formie nauczanej na różnego rodzaju kursach, ale też potrafią czytać między wierszami i wyłapać językowe subtelności tekstów piosenek Bruce’a Springsteena i jego monologu. A trzeba przyznać, że jest on równie wybornym opowiadaczem, co muzykiem, obiektywnie rzecz oceniając, choć w przypadku Bossa nie potrafię być obiektywny.

Nie potrafię też zdecydować, czy wolę The E-Street Band – najlepszy koncertowy zespół rockowy wszechczasów (kto był i widział choć raz, wiem, że mam rację), czy Bruce’a Springsteena solo z gitarą. Trzeba przyznać, że tak bliskiego z nim kontaktu, jak miałem w Sali Kongresowej siedząc w drugim rzędzie pośród wszystkich chyba będących tego dnia w Warszawie Amerykanów, nie da się mieć na żadnym koncercie na stadionie, nawet z magiczną opaską uprawniającą do wejścia do strefy pod sceną.

Bruce Springsteen jest dowcipny, wyluzowany, opowiada swobodnie, czasem mam wrażenie, że bez uprzedniego przygotowania, choć zagląda dość często do zeszytu z odręcznymi notatkami. Dla pełnego zanurzenia się w świecie historii opowiadanych przez jego piosenki trzeba nieco wiedzy o życiu prowincji New Jersey, Wschodnim Wybrzeżu USA i najnowszej historii i obyczajowości Ameryki. To właśnie różni Bruce’a Springsteena od Boba Dylana., który opowiada nieco bardziej uniwersalne historie. Nie ma w nim za to nawet cząstki estradowej charyzmy i energii Bruce’a Springsteena.

Zawartość muzyczna? To dobry wybór utworów starszych – jak choćby Nebraska, czy Thunder Road i tych nowszych (nagranie pochodzi z 2005 roku) – jak The Rising, czy Waitin’ On A Sunny Day.

Te utwory, to jednak tylko przykłady wybrane z bogatego katalogu kompozycji Bossa. O każdej z nich zapewne można opowiedzieć równie ciekawą historię. Wybór utworów na dzisiejszą płytę zapewne był w dużej części (tej zawierającej nowsze kompozycje) chęcią dodatkowej promocji wtedy najnowszych albumów – The Rising i Devils & Dust.

VH1 Storytellers oprócz opowiedzianych historii zawiera również muzyczne ciekawostki. To zaśpiewane w intymnym duecie z Patti Scialfą Brilliant Disguise z Tunnel Of Love, a także Jesus Was An Only Son z Devils & Dust i Thunder Road z Born To Run zagrane przez Bruce’a na fortepianie, z którego nie korzysta często mając w zespole Roya Bittana.

Mam słabość do kompozycji Waitin’ On A Sunny Day. To ważny element wielu koncertów The E-Street Band. Czasem potrafi trwać nawet 15 minut. To jedna z najpogodniejszych piosenek jakie znam. Jest w niej jakaś przedziwna magia prostoty. Może nie ma ona jakiegoś szczególnie ambitnego literacko tekstu, ale nie to jest w niej ważne. Na dzisiejszej płycie oprócz wersji zaśpiewanej z gitarą, można usłyszeć, jak zaśpiewałby ją Smokey Robinson. Wyborny to pomysł i świetna parodia naśladująca głos mistrza tego rodzaju nastrojów.

Czego na płycie brakuje? Na pewno American Skin (41 Shots). To tekst i historia, która powinna zostać w tym programie opowiedziana. To potężny ładunek emocji. Kompozycja nieczęsto wykonywana przez Bruce’a Springsteena na koncertach. Mnie udało się usłyszeć tą historię na żywo tylko raz, parę lat temu w Dublinie….

Bruce Springsteen
VH1 Storytellers
Format: DVD
Wytwórnia: Viacom / Columbia / Sony
Numer: 828767276991

07 marca 2011

Bruce Springsteen & The E Street Band - Blood Brothers

Blood Brothers to pełnometrażowy film dokumentalny przeznaczony głównie, a właściwie wyłącznie dla fanów Bruce’a Springsteena. Film opowiada o pracy w studiu w czasie nagrywania w 1995 roku albumu Greatest Hits. To było w zasadzie pierwsze po 11 latach przerwy spotkanie wszystkich członków zespołu w studiu nagraniowym.

Blood Brothers to dobrze zrobiony dokument. Film nie jest zbieranina przypadkowo nakręconych w różnych okolicznościach i przez różnych filmowców ujęc. Ekipa filmowa towarzyszyła muzykom w studiu prawdopodobnie od początku z myślą o zmontowaniu i wydaniu filmu.

Z muzycznego punktu widzenia film nie zawiera żadnego utworu, którego nie wydano wcześniej lub później na innych płytach. Większość prezentowanej w filmie muzyki, to szkice, urywki, lub prawie całe utwory zagrane w studiu.

Nikt tu nie dorabia do piosenek niepotrzebnej filozofii i jakis niestworzonych historii. Tu raczej można obejrzeć nieco pracy zespołu od kuchni. To takie rodzinne migawki ze studia, stanowiące niewątpliwie łakomy kąsek dla fanów zespołu i pewnie tylko dla nich.

Ostatnio Bruce Springsteen często dodaje płytę DVD z podobnymi migawkami tworząc w ten sposób rozszerzone wydanie płyty CD. Tak było w wypadku The Seeger Sessions i Working On A Dream. The Rising i Devils & Dust zawierały z kolei na dodatkowej płycie fragmenty koncerów. Wydaje się to być lepszym pomysłem. Te filmy są krótsze, to z reguły około 30 minut materiału. To zdecydowanie wystarcza, żeby wczuć się w atmosferę pracy w studiu.

Coś przedziwnego jest jednak w Blood Brothers. Co kilka lat sięgam po tę płytę i oglądam ją z dużą przyjemnością. To pewnie entuzjazm i optymizm wylewający się wręcz strumieniami z każdej nuty i każdego spojrzenia muzyków.

Płyta dodatkowo zawiera teledyski do Murder Incorporated i Secret Garden, które są również dostępne w dwupłytowym zbiorze The Complete Video Anthology / 1978-2000.

Blood Brothers, to propozycja dla fanów Bruce’a Springsteena, czyli również dla mnie. Tym, którzy fanami nie są polecam wycieczkę osobistą na koncert, co gwarantuje, że dołączycie do grona wyznawców, albo któreś z wydawnictw koncertowych na dobry początek.

Bruce Springsteen & The E Street Band
Blood Brothers
Format: DVD
Wytwórnia: Columbia
Numer katalogowy: 5099705013953

09 lutego 2011

Bruce Springsteen - In Concert MTV Plugged - DVD

Za co tej płyty nie lubię? Za te kilka straconych lat bez The E-Street Band. Możnaby napisać wiele o tym, że Shane Fontayne too nie Steve Van Zandt, że Zachary Alford nie gra jak Max Weinberg, albo że Crystal Talifero nigdy nie będzie tak wybitną trzecią gitarzystką w zespole, jakim potrafi być Nils Lofgren.

Za co lubię tą płytę? Za nieczęsto grane na koncertach utwory z Human Touch i Lucky Town. Za czasem jedyne wykonania koncertowe dostępne w oficjalnej dyskografii – jak choćby Red Headed Woman, The Big Muddy, czy Roll Of The Dice.

To mimo wszystkich swoich wad płyta o klasę lepsza od wymęczonych studyjnych produkcji – wspomnianych Human Touch i Lycky Town, które to albumy dziś raczej stanowią swoistego rodzaju zbiór całkiem niezłych kompozycji, z których The E-Street Band potrafi zrobić koncertowe hity. Dzisiejszą płytę mimo wszystko da się lubić. Przez wiele lat odrzucałem ją niejako programowo, zawsze przegrywała w konkurencji o miejsce w odtwarzaczu z innymi koncertowymi nagraniami Bruce’a. Taki już los bardzo dobrej płyty sąsiadującej na półce kolekcjonera z wybitnymi. Relatywizm potrafi być dla nawet wybitnych artystów okrutny. Do tej muzyki przekonałem się nieco w czasie ubiegłorocznego maratonu z muzyka Bruce’a Springsteena, o czym pisałem tutaj:


Energii i emocjom lidera nic nie jest w stanie zaszkodzić, nawet nieco tandetne chórki i pozbawiona zupełnie rockowego zacięcia Gary Tallenta i Maxa Weinberga, popowa sekcja rytmiczna.

Red Headed Woman – jedyny na całej płycie utwór w konwencji całkowicie akustycznej, zagrany i zaśpiewany solo przez Springsteena z akustyczną gitarą jest całkiem dobrym początkiem koncertu. Bruce zwykle potrzebuje kilku utworów na rozgrzewkę, tym razem obyło się bez tego.

Atlantic City jest całkiem niezły, być może częściowo dlatego, że przypomina mocnymi partiami gitary wersje znane z koncertów The E-Street Band.

Man’s Job to kwintesencja tego, czego Bruce nigdy nie powinien robić, to muzyczna tandeta bez koncepcji, wypełniacz czasu, którego na jego koncertach nie potrzebujemy. Trzeba było to zagrać, bo to utwór z wydanej właśnie Human Touch…

Jakby czując potrzebę odkupienia po tej odrobinie muzycznej tandety Bruce wraca do korzeni grając jedną ze swoich najstarszych kompozycji – Growin’ Up pierwotnie wydaną na pierwszej płycie – Greetings From Asbury Park, N. J. w 1972 roku. Zespół idzie w odstawkę, na scenie pozostaje jedynie Roy Bittan, który co prawda nie był członkiem zespołu w 1972 roku, ale wiele razy grał z The E-Street Band tą kompozycję na koncertach (choćby w wersji z Live 1975-1985). Brzmi to oczywiście wyśmienicie, nie mogło być inaczej, to chwila, kiedy możemy zapomnieć o czekających gdzieś poza sceną Bobby Kingu i całej gromadzie niepotrzebnych Springsteenowi chórzystek. Wyrzucenie tego utworu z wersji audio wydanej na płycie CD jest decyzją, której nie rozumiem. Jednak wybór utworów na płytę CD w dużej części jest kontrowersyjny i tylko odrobinę uzasadniony ograniczeniami czasowymi tego nośnika.

Human Touch to świetny duet wokalny z Patti Scialfą, to trwające nieco ponad 7 minut jedno z lepszych wykonań tej kompozycji, która w wersji studyjnej jest zaledwie poprwną balladą.

Kulminacja energii i muzyczna synergia zespołu osiąga swój szczyt w Light Of Day – to nie tylko swietne solówki gitarowe Springsteena, których na całej płycie jest zbyt mało. To również po raz pierwszy siła sekcji rytmicznej odpowiadająca energii lidera, co jest głównie zasługą grającej na perkusji Zachary Alford. Ta odrobina lepszego rytmu wyraźnie uskrzydla Bruce’a biegającego wśród publiczności zgromadzonej w studiu MTV.

If I Should Fall Behind, to jeden z moich cichych faworytów każdego koncertu. Utwór grany niezbyt często. Każda zawierająca tą kompozycje płyta zarabia u mnie symbolicznie dodatkowe pół gwiazdki. Na koncertach słyszałem tą balladę tylo dwa razy, a za najlepszą uważam wciąż wersję śpiewaną przez członków The E-Street Band znaną z teledysku. Na dzisiejszej płycie Bruce śpiewa w sposób przypominający być może zupełnie nieświadomie manierę wokalną Nilsa Lofgrena. Ja to akurat lubię, więc to dla mnie mocny punkt całej płyty.

Potrafię zrozumieć, że w wersji audio nie umieszczono The Big Muddy i 57 Channels (And Nothin’ On). Jednak wyrzucenie z CD finału koncertu – Glory Days to decyzja zupełnie bezsensowna..

Nie znam drugiego artysty, którego najgorsze wydawnictwo koncertowe byłoby tak wybitne…

Bruce Springsteen
In Concert MTV Plugged
Format: DVD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 5099720261797