Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Modern Jazz Quartet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Modern Jazz Quartet. Pokaż wszystkie posty

09 sierpnia 2020

Greensleeves – CoverToCover Vol. 68

Utwór „Greensleeves” jest jedną z najstarszych kompozycji spośród tych, które funkcjonują do dziś w muzycznym świecie, nie będąc jedynie przedmiotem zainteresowań archeologów i badaczy historii kultury. Po raz pierwszy w rejestrach służących ochronie praw autorskich, a przynajmniej odnotowaniu, komu należy się sława i chwała, utwór pojawił się w 1580 roku w Anglii. Dla zainteresowanych – człowiek, który uznał się za autora, albo przynajmniej posiadacza praw nazywał się Richard Jones, a dzisiejsze „Greensleeves” miało nieco dłuższy tytuł w dzisiejszej transkrypcji brzmi on mniej więcej tak: „A Newe Northen Dittye of ye Ladye Greene Sleves”.


Do wymyślenia pierwowzoru praw autorskich w Anglii w 1710 roku (Copyright Act), firma Worshipful Company of Stationers and Newspaper Makers znana powszechnie pod krótszą nazwą London Stationer’s Company, miała królewski monopol na wydawanie drukiem właściwie wszystkiego i mogła jedynie zlecać drukarniom drukowanie książek. To pasjonująca historia, mocno związana z „Greensleeves”, jednak CoverToCover to audycja muzyczna, przejdźmy zatem do muzycznej historii tej kompozycji.

Już w opublikowanej po raz pierwszy w 1602 roku komedii Wiliama Szekspira „The Merry Wives of Windsor” (polski tytuł to najczęściej „Wesołe kumoszki z Windsoru”) autor wkłada w usta jednej z postaci tytuł „Greensleeves”, co świadczy, że melodia ta musiała być wtedy powszechnie znana. W większości staroangielskich wersji utworu jego bohaterką była Lady Green Sleeves – prawdopodobnie prostytutka, co historycy języka wiążą z kolorem zielonym, czyli plamami na ubiorze, które powstawały od trawy, na którą kobiety lekkich obyczajów kładły się w celach nierządnych. Dziś bycie zielonym kojarzy się nam nieco inaczej, świat zmienia się w nieprzewidywalny w dłuższej perspektywie czasowej sposób. Ale miało być o muzyce… Zresztą szybko pojawił się tekst związany ze świętami Bożego Narodzenia, zupełnie inny od pierwotnego, czasem dziś używany. Melodia zyskała zatem status kolędy i jako taka, pojawia się czasem na okolicznościowych albumach, nawet bez odpowiednio odświętnego tekstu, choć „Greensleeves” kolędą raczej nie jest. Przynajmniej na pewno nie była dla Johna Coltrane’a – autora najbardziej znanych z jazzowych wersji tego utworu. Rozpoznawalny dziś na całym świecie motyw „Greensleeves” pojawiał się w wielu angielskich dziełach muzycznych i z pewnością do USA trafił za pośrednictwem dzieł europejskich muzyki nazywanej dziś klasyczną (prawdopodobna jest wersja, że najistotniejsza była opera „Sir John in Love” z lat dwudziestych XX wieku oparta na wspomnianej powyżej komedii Szekspira).

Po latach, niezależnie od jazzowej kariery „Greensleeves” może być nie tylko piosenką o prostytutce i kolędą śpiewaną przez wiernych na Boże Narodzenie lub tańcem ludowym w niektórych rejonach Anglii, albo piosenką napisaną przez Henryka VIII dla Anny Boleyn, ale też melodią rozpoznawaną przez dzieci, zwiastującą przyjazd na ich ulicę pojazdu sprzedającego lody, co miałem okazję osobiście usłyszeć w Australii.

Tą muzycznie najważniejszą, jazzową karierę „Greensleeves” zawdzięcza kilku nagraniom Johna Coltrane’a, jednak to wcale nie on był pierwszy. Zanim zabrał się za swoje niedoścignione improwizacje bazujące na tej melodii, utwór nagrali między innymi Coleman Hawkins, Buddy Cole, Ramsey Lewis, Ray Bryant i Paul Desmond (album „First Place Again”). Coltrane grał „Greensleeves” w kwartecie, w większym składzie poszerzonym o szereg instrumentów dętych, w studiu i na koncertach. Poszukując jego nagrań sięgnijcie po rozszerzone, dwupłytowe wydanie „Ballads”, album „Africa / Brass Sessions” i nagrania z Village Vanguard z 1961 roku („The Complete 1961 Village Vanguard Recordings”).

Oprócz Coltrane’a, czyli klasyka „Greensleeves” wybieram jedno z pierwszych ważnych nagrań „Greensleeves” – być może Coltrane usłyszał po raz pierwszy tą melodię z płyty Colemana Hawkinsa z Kenny Burrellem na gitarze w 1958 roku? Do tego wersję z gitarą Kenny Burrella w roli głównej z 1965 roku i Modern Jazz Quartet z Paulem Desmondem z 1971 roku.

Utwór: Greensleeves
Album: Ballads - Deluxe Edition
Wykonawca: John Coltrane
Wytwórnia: Impulse! / Verve / Universal
Rok: 1962
Numer: 731458954828
Skład: John Coltrane – ss, McCoy Tyner – p, Jimmy Garrison – b, Elvin Jones – dr.

Utwór: Greensleeves
Album: Soul
Wykonawca: Coleman Hawkins
Wytwórnia: Prestige / Fantasy / OJC
Rok: 1958
Numer: 025218009621
Skład: Coleman Hawkins – ts, Kenny Burrell – g, Ray Bryant – p, Wendell Marshall – b, Osie Johnson – dr.

Utwór: Greensleeves
Album: Guitar Forms
Wykonawca: Kenny Burrell
Wytwórnia: Verve / MGM / Polygram
Rok: 1965
Numer: 731452140326
Skład: Kenny Burrell – g, Johnny Coles – tp, Louis Mucci – tp, Jimmy Cleveland – tromb, Jimmy Knepper – tromb, Ray Alonge – French Horn, Julius Watkins – French Horn, Bill Barber – tuba, Bob Tricarico – fl, ts, reeds, Ray Beckenstein – fl, bcl, Andy Fitzgerald – fl, George Marge – fl, English Horn, Steve Lacy – ss, Lee Konitz – as, Richie Kamuca – ts, oboe, Ron Carter – b, Elvin Jones – dr, Charlie Persip – dr.

Utwór: Greensleeves
Album: Finese (MJQ 40)
Wykonawca: Paul Desmond &The Modern Jazz Quartet
Wytwórnia: Atlantic / Warner
Rok: 1971
Numer: 075678233029
Skład: Paul Desmond – as, John Lewis – p, Milt Jackson – vib, Percy Heath – b, Connie Kay – dr.

06 lipca 2020

Air On The G String (Orchestral Suite No. 3 in D major, BWV 1068) – CoverToCover Vol. 58


Muzykę klasyczna, dawną i zapisaną starannie w nutach zostawiam sobie zawsze na później, choć mam wrażenie, że to później już nigdy nie nastąpi, jednak poszukiwanie śladów obecności kompozytorów sprzed setek lat we współczesnej muzyce rozrywkowej i improwizowanej to całkiem ciekawe zajęcie. W przypadku kompozycji Jana Sebastiana Bacha w zasadzie nie jest to trudne, bowiem wariacje goldbergowskie na jazzowe salony wprowadził Glen Gould, którego uważam za absolutnie jazzowego muzyka, być może nawet jednego z największych pianistów jazzowych wszechczasów. Jak ktoś nie wierzy, niech sobie posłucha. Za ten cykl wziął się również całkiem udanie Keith Jarrett, ale z całym do niego szacunkiem, do Goulda mu daleko.


Dziś jednak o Arii na strunie G, czyli fragmencie suity orkiestrowej D-dur numer 3, w oficjalnym katalogu dzieł Bacha oznaczonym numerkiem BVW 1068. W wersji dla bardziej dociekliwych - Bach Werke Verzeichnis (BWV) to katalog dzieł Bacha opracowany krótko po II wojnie światowej, jak możecie spodziewać się po nazwie, przez niemieckich fanów, a raczej bardziej archiwistów. Kompozytorzy w dawnych czasach (Bach żył na przełomie XVII i XVIII wieku) nie nazywali swoich kompozycji jakoś szczególnie, bowiem w większości przypadków zabierali się za pracę nad utworem dopiero, kiedy dostali sowitą przedpłatę. Nie martwili się później o sprzedaż i o chwytliwy refren, choć wiele utworów powstałych przed wynalezieniem fonografu ma całkiem łatwe do zapamiętania melodie. Podobnie jest z Arią na strunie G, która posługując się dzisiejszą terminologią – mogłaby być singlem z Suity orkiestrowej numer 3 BWV 1068. Taka nazwa nieodmiennie kojarzy mi się z zupełnie beznadziejnymi nazwami samochodów, które również nic nie znaczą. Kiedyś nie rozumiałem, czemu globalne produkty mają najczęściej numerki, czasem bardzo skomplikowane, a nie nazwy. Oświeciło mnie, kiedy zostałem po raz pierwszy poproszony o zrecenzowanie ponad setki nowych nazw, które mój ówczesny pracodawca, globalny koncern zarejestrował sobie na zapas na całym świecie dla produktów, których nie było nawet w najdalej wybiegających w przyszłość planach produkcyjnych, nawet tych, które istniały tylko na slajdach. Otóż problem tkwi w tym, że piosenka może mieć nazwę własną, albo imię, lub jakiś fragment refrenu jako tytuł. Produkt musi mieć jedno słowo. Cokolwiek się nie wymyśli, jeśli zapyta się swoich ludzi w setce albo lepiej krajów, czy im się źle nie kojarzy, nawet jeśli wylosujecie słowo nieistniejące i zupełnie bez sensu, zawsze znajdzie się jeden, któremu się kojarzy, z seksem, polityką, przemocą, albo innymi paskudztwami. No i cała robota drogiej agencji reklamowej od wymyślania słów idzie na marne. Może więc warto jazzowe standardy też zwyczajnie numerować…?

Miało być jednak o znanej melodyjce Bacha. Z przyczyn oczywistych kompozytor, ani żaden współczesny jemu muzyk dziś nie zagra, za to postarałem się zapewnić Wam niezłą stylistyczną paletę barw. Dla mnie wykonaniem wzorcowym jest nagranie połączonych sił The Modern Jazz Quartet i The Swingle Singers z fantastycznej płyty „Place Vendome”, która od dawna jest już w moim Kanonie Jazzu. Zespół Warda Swingle nagrał Arię na strunę G również bez The Modern Jazz Quartet na płycie wypełnionej niemal a capella zaśpiewanymi kompozycjami Bacha z 1963 roku o sprytnie wymyślonym tytule „Jazz Sebastian Bach”. W środku z tytułami było już trudniej, bo obok BVW 1068 umieścili też fantastyczne BVW 1080, 645, 880, a nawet 871 i parę innych fantastycznych numerów.

Suita Orkiestrowa BVW 1068 jak sama nazwa wskazuje, powstała z myślą o orkiestrze symfonicznej. Transkrypcję Arii na strunę G na dwa instrumenty (skrzypce i fortepian) zawdzięczamy Augustowi Emilowi Danielowi Ferdinandowi Wilhelmj’emu (to jeden człowiek, musiał mieć wielu słynnych dziadków…). Chociaż pewnie i bez niego ludzie jazzu poradziliby sobie doskonale. Zamieniając skrzypce i fortepian na gitarę i kontrabas (przecież dla muzyków improwizujących to proste i oczywiste) fantastycznie zagrali ten motyw Ray Brown i Laurinho Almeida. Inny słynny basista – Ron Carter postanowił nagrać swój własny album poświęcony muzyce Bacha – „Ron Carter Meets Bach”. Żeby sobie utrudnić zadanie, a może nie znalazł chętnych do pomocy, sam zagrał na kontrabasie, wiolonczeli i paru innych instrumentach podobnych. Niektórzy tą płytę kochają, inni uważają za muzyczny żart. Ja należę do grupy niezdecydowanych, ale Ron Carter może być dumny ze swojej płyty wypełnionej numerami BVW, choć on akurat w bezpośrednim opisie numerów z katalogu nie użył.

Kolejne kameralne wykonania należą do wiolonczelisty Yo-Yo Ma i Bobby McFerrina, a także do Iiro Rantali z udziałem naszego geniusza skrzypiec Adama Bałdycha. Jak usłyszycie ślad Arii na strunę G w „A Whiter Shade of Pale” zespołu Procol Harum, to nie będzie się Wam tylko zdawało, to słuszne skojarzenie, ale Procol Harum też mi się w audycji nie zmieścił.

Utwór: Air For G String
Album: Place Vendome
Wykonawca: The Modern Jazz Quartet & The Swingle Singers
Wytwórnia: Philips / Polygram
Rok: 1966
Numer: 004228245522
Skład: John Lewis – p, Milt Jackson – vib, Percy Heath – b, Connie Kay – dr, Ward Swingle – voc, Christiane Legrand – voc, Jean-Claude Briodin – voc, Anne Germain – voc, Claude Germain – voc, Jean Cussac – voc, Claudine Meunier – voc, Jeanette Baucomont – voc.

Utwór: Air On A G-String
Album: Moonlight Serenade
Wykonawca: Ray Brown & Laurinho Almeida
Wytwórnia: Jeton / Bell Music
Rok: 1981
Numer: 4011809600052
Skład: Ray Brown – b, Laurinho Almeida – g.

Utwór: Air - From Orchestral Suite In D Minor
Album: Ron Carter Meets Bach
Wykonawca: Ron Carter
Wytwórnia: EAU / Toshiba / Blue Note
Rok: 1991
Numer: 077778051023
Skład: Ron Carter – b, cello, others.

Utwór: Orchestral Suite #3 In D, Bwv 1068 - Air
Album: Hush
Wykonawca: Yo-Yo Ma with Bobby McFerrin
Wytwórnia: Sony
Rok: 1992
Numer: 5099704817729
Skład: Yo-Yo Ma – cello, Bobby McFerrin – voc.

Utwór: Aria
Album: My History Of Jazz
Wykonawca: Iiro Rantala
Wytwórnia: ACT Music
Rok: 2012
Numer: ACT 9531-2
Skład: Iiro Rantala – p, Lars Danielsson – b, cello, Adam Bałdych – viol, Morten Lund – dr.

27 listopada 2011

Modern Jazz Quartet - Django


Tej album jest z nami już ponad 50 lat. Ukazał się w 1956 roku, a muzyka powstawała już od 1953 roku. Od momentu wydania tej płyty muzyczne mody zmieniły się wiele razy. Niezależnie od mody i panującego w danej chwili stylu, dobre kompozycje zagrane przez wybitnych instrumentalistów, którzy dodatkowo tworzą wyśmienity zespół to coś, co zawsze się obroni. Niektóre płyty, które już w naszym Kanonie Jazzu prezentowaliśmy znalazły się tam w związku z tym, że w swoim czasie były przełomowe i ważne, a także popularne. Niekoniecznie wytrzymały próbę czasu. „Django” mógłby powstać zarówno wtedy, kiedy powstał, jak i 20, czy 30 lat później. Wielu muzyków chciałoby zagrać tak również teraz… Ale to chyba dla nikogo nieosiągalne…

Ta płyta, nawet gdyby popatrzeć jedynie na skład, powinna być rewelacyjna. John Lewis na fortepianie,  Milt Jackson na wibrafonie, Percy Heath na kontrabasie i Kenny Clarke na perkusji. Pamiętajmy jednak, że to nie była kolejna rutynowa sesja w studiu Rudy Van Geldera, i innych nowojorskich studiach w latach pięćdziesiątych. Muzycy grali razem już kilka lat i choć wkrótce po nagraniu tego materiału Connie Kay zamienił w składzie Kenny Clarke’a, to Modern Jazz Quartet to jeden z nielicznych zespołów o tak stabilnym składzie, który przetrwał do połowy lat siedemdziesiątych. Jednak już w latach pięćdziesiątych ten skład, to było coś więcej, niż suma umiejętności solowych jego członków. Modern Jazz Quartet, to właściwie jedyny tego typu zespół w historii jazzu. A „Django” to jedno z najlepszych jego nagrań. Choć osobiście uważam solowe nagrania Johna Lewisa za ciekawsze, niż te dokonane z Modern Jazz Quartet, to „Django”, „Fontessa” i „Concorde” to płyty wybitne. Dwie pozostałe też z pewnością kiedyś do naszego Kanonu trafią.

John Lewis był kompozytorem wybitnym, jednym z tych, który potrafił w sposób charakteryzujący jedynie muzycznych geniuszy połączyć inspiracje klasyczne, europejską muzykę współczesną, bluesa i niezwykle rzadką u wybitnych pianistów umiejętność pisania dla od razu dla zespołu, uwzględniając specyfikę gry pozostałych jego członków. Wiele kompozycji Johna Lewisa, w tym po raz pierwszy nagrane na „Django” – kompozycja tytułowa, „Delauney’s Dilemma”, czy „La Ronde Suite” oparta na innej wyśmienitej kompozycji Lewisa napisanej dla Dizzy Gillespiego – „Two Bass Hit” były grane przez największe sławy współczesnego jazzu, jednak to właśnie w wykonaniu Modern Jazz Quartet brzmią najlepiej.

„Django” to cała historia jazzu, przynajmniej tego do 1956 roku w pigułce. Znajdziemy tu swing, świetne solówki wszystkich członków zespołu, elegancki fortepian, nieco cool jazzu, który był wtedy ważny, echa be-bopu, który najlepszy okres miał już za sobą i wszystko inne.

Tą płytę warto mieć tylko dla utworu tytułowego. Wspaniałe solówki Johna Lewisa i Milta Jacksona, doskonały Percy Heath, wyborna kompozycja, ponadczasowa melodia. Reszta muzyki to dodatkowy bonus… Jakby ktoś jeszcze się nie domyślił, to „Django” poświęcone jest pamięci Django Reinhrardta

Niektórzy nazywają takie granie „Chamber Jazz”, to swoisty rodzaj muzycznej elegancji, dbałości o szczegóły, jazz który przyjmie producent w każdej eleganckiej sali koncertowej, który sprawdzi się na galowym koncercie dla bywalców filharmonii. To także muzyka dla słuchacza, który chce pomyśleć też o tym co usłyszał chwilę po zakończeniu płyty. To nie tylko emocje chwili, ale wiele więcej…

Modern Jazz Quartet
Django
Format: CD
Wytwórnia: Prestige / Fantasy / OJC
Numer: 7057 / OJC20 057-2