Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Desmond. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Desmond. Pokaż wszystkie posty

09 sierpnia 2020

Greensleeves – CoverToCover Vol. 68

Utwór „Greensleeves” jest jedną z najstarszych kompozycji spośród tych, które funkcjonują do dziś w muzycznym świecie, nie będąc jedynie przedmiotem zainteresowań archeologów i badaczy historii kultury. Po raz pierwszy w rejestrach służących ochronie praw autorskich, a przynajmniej odnotowaniu, komu należy się sława i chwała, utwór pojawił się w 1580 roku w Anglii. Dla zainteresowanych – człowiek, który uznał się za autora, albo przynajmniej posiadacza praw nazywał się Richard Jones, a dzisiejsze „Greensleeves” miało nieco dłuższy tytuł w dzisiejszej transkrypcji brzmi on mniej więcej tak: „A Newe Northen Dittye of ye Ladye Greene Sleves”.


Do wymyślenia pierwowzoru praw autorskich w Anglii w 1710 roku (Copyright Act), firma Worshipful Company of Stationers and Newspaper Makers znana powszechnie pod krótszą nazwą London Stationer’s Company, miała królewski monopol na wydawanie drukiem właściwie wszystkiego i mogła jedynie zlecać drukarniom drukowanie książek. To pasjonująca historia, mocno związana z „Greensleeves”, jednak CoverToCover to audycja muzyczna, przejdźmy zatem do muzycznej historii tej kompozycji.

Już w opublikowanej po raz pierwszy w 1602 roku komedii Wiliama Szekspira „The Merry Wives of Windsor” (polski tytuł to najczęściej „Wesołe kumoszki z Windsoru”) autor wkłada w usta jednej z postaci tytuł „Greensleeves”, co świadczy, że melodia ta musiała być wtedy powszechnie znana. W większości staroangielskich wersji utworu jego bohaterką była Lady Green Sleeves – prawdopodobnie prostytutka, co historycy języka wiążą z kolorem zielonym, czyli plamami na ubiorze, które powstawały od trawy, na którą kobiety lekkich obyczajów kładły się w celach nierządnych. Dziś bycie zielonym kojarzy się nam nieco inaczej, świat zmienia się w nieprzewidywalny w dłuższej perspektywie czasowej sposób. Ale miało być o muzyce… Zresztą szybko pojawił się tekst związany ze świętami Bożego Narodzenia, zupełnie inny od pierwotnego, czasem dziś używany. Melodia zyskała zatem status kolędy i jako taka, pojawia się czasem na okolicznościowych albumach, nawet bez odpowiednio odświętnego tekstu, choć „Greensleeves” kolędą raczej nie jest. Przynajmniej na pewno nie była dla Johna Coltrane’a – autora najbardziej znanych z jazzowych wersji tego utworu. Rozpoznawalny dziś na całym świecie motyw „Greensleeves” pojawiał się w wielu angielskich dziełach muzycznych i z pewnością do USA trafił za pośrednictwem dzieł europejskich muzyki nazywanej dziś klasyczną (prawdopodobna jest wersja, że najistotniejsza była opera „Sir John in Love” z lat dwudziestych XX wieku oparta na wspomnianej powyżej komedii Szekspira).

Po latach, niezależnie od jazzowej kariery „Greensleeves” może być nie tylko piosenką o prostytutce i kolędą śpiewaną przez wiernych na Boże Narodzenie lub tańcem ludowym w niektórych rejonach Anglii, albo piosenką napisaną przez Henryka VIII dla Anny Boleyn, ale też melodią rozpoznawaną przez dzieci, zwiastującą przyjazd na ich ulicę pojazdu sprzedającego lody, co miałem okazję osobiście usłyszeć w Australii.

Tą muzycznie najważniejszą, jazzową karierę „Greensleeves” zawdzięcza kilku nagraniom Johna Coltrane’a, jednak to wcale nie on był pierwszy. Zanim zabrał się za swoje niedoścignione improwizacje bazujące na tej melodii, utwór nagrali między innymi Coleman Hawkins, Buddy Cole, Ramsey Lewis, Ray Bryant i Paul Desmond (album „First Place Again”). Coltrane grał „Greensleeves” w kwartecie, w większym składzie poszerzonym o szereg instrumentów dętych, w studiu i na koncertach. Poszukując jego nagrań sięgnijcie po rozszerzone, dwupłytowe wydanie „Ballads”, album „Africa / Brass Sessions” i nagrania z Village Vanguard z 1961 roku („The Complete 1961 Village Vanguard Recordings”).

Oprócz Coltrane’a, czyli klasyka „Greensleeves” wybieram jedno z pierwszych ważnych nagrań „Greensleeves” – być może Coltrane usłyszał po raz pierwszy tą melodię z płyty Colemana Hawkinsa z Kenny Burrellem na gitarze w 1958 roku? Do tego wersję z gitarą Kenny Burrella w roli głównej z 1965 roku i Modern Jazz Quartet z Paulem Desmondem z 1971 roku.

Utwór: Greensleeves
Album: Ballads - Deluxe Edition
Wykonawca: John Coltrane
Wytwórnia: Impulse! / Verve / Universal
Rok: 1962
Numer: 731458954828
Skład: John Coltrane – ss, McCoy Tyner – p, Jimmy Garrison – b, Elvin Jones – dr.

Utwór: Greensleeves
Album: Soul
Wykonawca: Coleman Hawkins
Wytwórnia: Prestige / Fantasy / OJC
Rok: 1958
Numer: 025218009621
Skład: Coleman Hawkins – ts, Kenny Burrell – g, Ray Bryant – p, Wendell Marshall – b, Osie Johnson – dr.

Utwór: Greensleeves
Album: Guitar Forms
Wykonawca: Kenny Burrell
Wytwórnia: Verve / MGM / Polygram
Rok: 1965
Numer: 731452140326
Skład: Kenny Burrell – g, Johnny Coles – tp, Louis Mucci – tp, Jimmy Cleveland – tromb, Jimmy Knepper – tromb, Ray Alonge – French Horn, Julius Watkins – French Horn, Bill Barber – tuba, Bob Tricarico – fl, ts, reeds, Ray Beckenstein – fl, bcl, Andy Fitzgerald – fl, George Marge – fl, English Horn, Steve Lacy – ss, Lee Konitz – as, Richie Kamuca – ts, oboe, Ron Carter – b, Elvin Jones – dr, Charlie Persip – dr.

Utwór: Greensleeves
Album: Finese (MJQ 40)
Wykonawca: Paul Desmond &The Modern Jazz Quartet
Wytwórnia: Atlantic / Warner
Rok: 1971
Numer: 075678233029
Skład: Paul Desmond – as, John Lewis – p, Milt Jackson – vib, Percy Heath – b, Connie Kay – dr.

18 sierpnia 2014

Paul Desmond - Desmond Blue

Paul Desmond to człowiek, którego cały świat zna jako kompozytora jednego z największych jazzowych przebojów – „Take Five”, utworu, który po raz pierwszy pojawił się w 1961 roku na płycie kwartetu Dave Brubecka pod tym samym tytułem. Mniej więcej w tym samym czasie powstał solowy album saksofonisty – „Desmond Blue”. Nie zawiera przeboju na miarę „Take Five”, ale z pewnością wart jest uwagi.

Paul Desmond – jeden z czołowych przedstawicieli często nazywanego inteligenckim, stylu west coast, ma na swoim koncie całkiem pokaźny katalog płyt, które nagrywał jako lider swoich własnych zespołów, często w przerwach niezwykle intensywnych koncertowych podróży z Dave Brubeckiem. W tym wszystkim znajdował również czas, żeby grać między innymi z Gerry Mulliganem, Chetem Bakerem i Jimem Hallem.

W jednym z prasowych wywiadów pochodzących z końca lat sześćdziesiątych Paul Desmond powiedział, że jego własnych płytach częściej pojawiają się większe składy, obejmujące często rozbudowane sekcje instrumentów dętych, bo jest nieco zmęczony pustką w studiu, kiedy nagrywa w kwartecie. Według takiej formuły powstał album „Desmond Blue”, który otwiera „My Funny Valentine”, kompozycja wymarzona dla Paula Desmonda, utwór, który wiele lat później nagra wspólnie z Chetem Bakerem i uczyni na nowo wielkim przebojem. Jednak to właśnie „My Funny Valentine” z 1961 roku z albumu „Desmond Blue” zawiera jedną z najlepszych solówek lidera, jakie nagrał w swojej długiej i obfitującej w wiele wspaniałych płyt karierze. Już dla samego utworu otwierającego album warto mieć tą płytę w swojej kolekcji.

Często chwalone są również aranżacje Boba Prince, który potrafił mimo sporej ilości muzyków w studiu zachować kameralny, sprzyjający delikatnym nutom Paula Desmonda styl. Trudny do przecenienia jest również udział grającego często z Paulem Desmondem i Dave Brubeckiem gitarzysty Jima Halla. Jim Hall i Paul Desmond nagrają wspólnie jeszcze wiele płyt, w tym w niezwykle modnym wśród fanów czegoś, co dziś nazwalibyśmy smooth-jazzem nurtu sięgającego do bossa novy stylu. Kulminacją tej współpracy okaże się nagrany w 1965 roku album „Bossa Antigua”. To jednak temat na zupełnie inną opowieść, choć obie płyty dostępne są dziś w niezwykle udanym zestawie „The Complete Paul Desmond RCA Victor Recordings (1961-65)”, gdzie znajdziecie również doskonały przykład współpracy Paula Desmonda i Gerry Mulligana – album „Two Of A Mind”.

Paul Desmond często nazywany był najwolniejszym saksofonistą świata. W istocie esencją jego stylu z pewnością nie jest zagranie jak największej ilości nut. Nie oznacza to braku techniki, czy tym bardziej muzycznej wrażliwości. Taki był west coast. Tak grali jego najwięksi mistrzowie. Dlatego też Paul Desmond nagrywał często z Gerry Mulliganem i Chetem Bakerem.

Paul Desmond
Desmond Blue
Format: CD
Wytwórnia: RCA / BMG
Numer: 743213775128

13 stycznia 2014

Paul Desmond & Gerry Mulligan – Two Of A Mind

Jest rok 1962. Paul Desmond i Gerry Mulligan to postaci niewątpliwie znane wszystkim fanom jazzu w swoim czasie, jednak z pewnością żaden z nich nie może konkurować z największymi – Johnem Coltrane’m, Sonny Rollinsem, czy Wayne Shorterem. Paul Desmond powszechnie kojarzony był z zespołem Dave Brubecka, niespełna trzy lata przed nagraniem „Two Of A Mind” skomponował jedną z najbardziej rozpoznawanych jazzowych melodii – „Take Five”. Gerry Mulligan z kolei wybrał sobie trudny i niezbyt popularny saksofon barytonowy, co z pewnością sprawiło, że nagrał zdecydowanie mniej płyt solowych, niż miał pomysłów. Często za to zajmował miejsce tego „drugiego” w duecie, lub stawał w drugim rzędzie gwiazdorsko obsadzonych orkiestr z obszerną sekcją dętą.

„Two Of A Mind” to drugie wspólne nagranie obu muzyków. Ich poprzednia płyta była jednocześnie de facto debiutem nagraniowym Paula Desmonda bez udziału Dave Brubecka. Mało tego – na pierwszym wspólnym albumie („Gerry Mulligan/Paul Desmond”) zabrakło fortepianu, a formuła dwu instrumentów dętych grających jedynie z kontrabasem i bębnami została wprowadzona na jazzowe salony w dużej mierze jako autorski pomysł Gerry Mulligana, który namówił na takie wspólne nagrania Cheta Bakera. W 1957 roku – kiedy powstało ich pierwsze wspólne nagranie to był pomysł dość awangardowy, w 1962 już nie było to taką sensacją.

Obaj saksofoniści są mistrzami melodyjnych improwizacji, byli dla siebie stworzeni, nie nagrali razem wiele, jednak to właśnie „Two Of A Mind” jest najwspanialszym ich nagraniem. Brak fortepianu otwiera muzyczną przestrzeń, a obaj saksofoniści zdecydowanie wiedzą jak ją zapełnić, zarówno prezentując własne wizje znanych melodii, jak komentując to, co przed chwilą zagrał „ten drugi”.

Obaj są mistrzami cool, czego nie należy oczywiście utożsamiać z brakiem emocji w starannie budowanych improwizacjach. To raczej sztuka zagrania jednej nuty mniej niż więcej… Posłuchajcie otwierającego album „All The Things You Are” – minimalizm w najbardziej zbalansowanej postaci – dźwięków jest dokładnie tyle, żeby wystarczyło.

Udział 3 kontrabasistów i 2 perkusistów w nagraniach nie wynika z jakiejś szczególnej koncepcji artystycznej, album nagrano w związku z napiętym terminarzem obu saksofonistów na 3 sesjach nagraniowych, na każdej z nich sekcja była inna, też pewnie w związku z wolnymi terminami.

Niektórzy potrafią narzekać i usłyszeć na płycie, że obaj saksofoniści nie grali ze sobą zbyt wiele na scenie, to już jednak tylko narzekanie, pewnie, że jeśli pojechaliby w trasę na parę miesięcy, być może zagraliby nieco lepiej, ale i tak zagrali wyśmienicie, a w muzyce, tak jak w życiu – nie warto zastanawiać się co mogło się wydarzyć, tylko korzystać z tego, co się wydarzyło.

We współczesnych edycjach albumu producenci często dodają kolejne utwory nagrane z udziałem gitarzysty Jima Halla, które moim zdaniem do płyty nie pasują. Dlatego warto spojrzeć na te bonusy osobno, a najlepiej zaopatrzyć się w zestaw 7 płyt „The Complete Paul Desmond RCA Victor Recordings 1961-65” – wyjdzie taniej, a wszystkie płyty warte są każdych pieniędzy.

Paul Desmond & Gerry Mulligan
Two Of A Mind
Format: CD
Wytwórnia: RCA / BMG

Numer: 743212576429

23 marca 2013

Dave Brubeck, Paul Desmond, Gerry Mulligan – We’re All Together Again For The First Time

Ten album może nieco zaskoczyć fanów Dave Brubecka z czasów największych sukcesów słynnego kwartetu z Paulem Desmondem, Joe Morello i Eugene Wrightem. Jeśli pamiętacie klasyczne albumy zespołu z „Time Out”, „Time Further Out” i serią „Impressions” na czele, z drugiej połowy lat pięćdziesiątych, to przygotujcie się na małą niespodziankę.

Zespół w takim składzie istniał do 1967 roku, kiedy to rozpadł się na małe kawałeczki, a lider próbował po raz kolejny podobnego składu z Gerry Mulliganem, Allanem Dawsonem i Jackiem Sixem. To nie był już jednak tak dobry zespół, jak słynny kwartet. Zabrakło magii starego składu, powstał raczej rutynowy kwartet, którego nagrania, choć całkiem niezłe, nigdy nie sięgnęły poziomu płyt lidera z połowy lat pięćdziesiątych.

Gerry Mulligan i Paul Desmond grywali już wcześniej razem, nagrali też świetną płytę „Two Of A Mind” i parę innych, dziś już nieco zapomnianych. Stąd też europejska trasa koncertowa kwartetu Dave Brubecka z Gerry Mulliganem w 1972 roku, na której miał gościnnie zagrać Paul Desmond zapowiadała się rewelacyjnie nie tylko ze względu na reaktywowanie dawnego kwartetu lidera (co nie do końca było prawdą, bowiem jak już wspomniałem, sekcja rytmiczna zdecydowanie nie była tak dobra, jak ta sprzed wielu lat), ale przede wszystkim w związku z udziałem obu saksofonistów.

„We’re All Together Again For The First Time” to wybór najlepszych nagrań koncertowych z tej trasy. Trochę szkoda, że to nie jest rejestracja pojedynczego koncertu, podejrzewam, że wszystkie były równie rewelacyjne. Na płycie znajdziemy fragmenty z Berlina, Paryża i Rotterdamu.

Tuż po rozwiązaniu słynnego kwartetu w 1967 roku Dave Brubeck zaczął pracować nad swoimi własnymi kompozycjami, niezwykle rozbudowanymi w formie i wymagającymi dużego aparatu wykonawczego, często obejmującego orkiestrę symfoniczną, zespół rockowy i spore grono jazzmanów. Nie wszystkim te eksperymenty się spodobały. Być może dlatego postanowił po kilku latach wrócić do jazzu. Ten powrót jednak był dla fanów pianisty sporym zaskoczeniem. Nawet dziś dla tych, którzy znają „Time Out” będzie niespodzianką. Można zaryzykować twierdzenie, że to najbliższa jazzowego mainstreamu płyta lidera w całej jego karierze.

Sam lider nigdy nie ukrywał klasycznych inspiracji, a w jego grze od zawsze można było usłyszeć nienaganną technikę i sposób budowania frazy właściwy dla najwybitniejszych wirtuozów muzyki klasycznej. Jego nagrania zawsze cechowało wyczucie formy i piękne melodie. Do bluesa było mu raczej daleko.

Tym razem było jednak inaczej. Fragmenty koncertów z europejskiej trasy pokazują zupełnie inne oblicze Dave Brubecka – pianisty potrafiącego zagrać akordy brzmiące znajomo dla fanów free jazzu, improwizacje dalekie od klasycznego ogrywania pięknych melodii i bluesową interpretację solową „Sweet Georgia Brown” zagraną na bis. Zresztą mam wrażenie, że co najmniej połowa płyty to utwory zagrane na bis.

„Koto Song” podoba mi się bardziej, niż pierwotna wersja z „Jazz Impressions Of Japan”. O tej płycie przeczytacie tutaj:


„Take Five” w wersji koncertowej wypada świeżo i zdecydowanie bardziej przebojowo, niż na „Time Out”. Kto słyszał „Take Five” nagrane na żywo osobiście, a ja słyszałem co najmniej dwa razy, wie, ile scenicznej energii jest w tej kompozycji.

Lider nie porzuca zupełnie klasycznie brzmiących nut. Wiem, że nie tylko ja słyszę w „Truth” echa jednego z koncertów fortepianowych Rachmaninowa. Właściwie każdy z utworów na płycie w pojedynkę stworzyłby wyśmienitą płytę. Dave Brubeck i Paul Desmond to duet wyśmienity. Paul Desmond i Gerry Mulligan to magiczne porozumienie nie występujące w muzycznym świecie zbyt często. „Take Five” to jeden z jazzowych przebojów wszechczasów. Wersja koncertowa z 1972 roku należy do najlepszych. Każdy z tych faktów wystarczyłby w pojedynkę do nazwania tego albumu wybitnym. A tu mamy to wszystko razem. Czy można chcieć więcej? Można. Można było dodać Joe Morello i Eugene Wrighta. Ale takie nagranie chyba nigdy nie powstało… A może kiedyś się odnajdzie?

Dave Brubeck, Paul Desmond, Gerry Mulligan
We’re All Together Again For The First Time
Format: CD
Wytwórnia: Atlantic
Numer: 075678139024

29 stycznia 2013

The Dave Brubeck Quartet – Jazz Impressions Of Japan


Ten album jest częścią świetnego cyklu impresji z różnych stron świata. Podróżujący niemal bez przerwy na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku po całym świecie Dave Brubeck nagrał oprócz impresji japońskich również „… U.S.A.”, „…Eurasia”, „Mexico” i dopełniający cykl, choć nazwany nieco inaczej „Bravo! Brubeck”.

W biografiach pianisty często powtarza się stwierdzenie, że to Darius Milhaud, którego uczniem był Dave Brubeck, namawiał go do obserwowania lokalnych dźwięków i otwierania dla nich drogi do własnych kompozycji.

Zdumiewające to absolutnie wydarzenie, jak niewiele dźwięków potrzebowali Dave Brubeck i Joe Morello, żeby kompozycjom lidera nadać nieco japońskiego klimatu. To tylko kilka nietypowych akordów fortepianu i parę dźwięków jakiegoś dużego gongu. Dodać należy, że i bez tych lokalnych inspiracji byłaby to płyta wyśmienita. Jak zresztą większość, a właściwie wszystkie nagrania kwartetu, przez wielu uważanego za jeden z najważniejszych w historii gatunku.

Na okładce wydania analogowego można przeczytać historię powstania każdej z kompozycji. W wersji cyfrowej z serii Original Columbia Jazz Classics trzeba użyć do tego potężnej lupy. Trochę szkoda, że wydawca nie wydrukował staranniej oryginalnego tekstu, bowiem w przypadku tego albumu akurat jest on ważny i ciekawy. To zatem kolejny przykład na wyższość analogu…

Kiedy do moich uszu docierają dźwięki dowolnego z jakiś dwudziestu albumów kwartetu Dave Brubecka, które znam w zasadzie na pamięć, nie opuszcza mnie myśl, że ten zespół powinien być firmowany w równej mierze nazwiskiem Paula Desmonda. To oczywiście kwartet perfekcyjny, który nie istniałby bez Eugene’a Wrighta i Joe Morello. Rozumiem oczywiście, że to Dave Brubeck komponował i aranżował większość muzyki. Wystarczy jednak posłuchać choćby utworu „Fujiyama”, żeby być bliskim uznania Paula Desmonda za balladzistę wszechczasów. W jego grze jest trudna do opisania przestrzeń, wewnętrzny spokój, porządek, daleki jednak, bardzo daleki od nudnej przewidywalności.

Czasem żałuję, że nie powstał album „Jazz Impressions Of Poland”. Dave Brubeck spędził w Polsce sporo czasu. Z pewnością usłyszał wystarczająco dużo dźwięków. O polskiej podróży Dave Brubecka pisałem nie tak dawno w styczniowym numerze JazzPRESSu. Może nie odnalazł zbyt wielu ciekawych dźwięków? W sumie to żaden wstyd, bo wiele ciekawszych dźwiękowo w latach sześćdziesiątych krajów nie ma własnych impresji Dave Brubecka.

Ze wspomnianą już balladą „Fujiyama” jest również nieodłącznie związane moje wewnętrzne przekonanie, że Krzysztof Komeda, który słyszał parę polskich koncertów Dave Brubecka znał dobrze album „Jazz Impressions Of Japan”. Posłuchajcie „Fujiyamy”, a zaraz potem najsłynniejszej kompozycji Komedy – tytułowego motywu z filmu „Rosemary’s Baby” – „Sleep Safe And Warm”… Usłyszycie co mam na myśli…

The Dave Brubeck Quartet
Jazz Impressions Of Japan
Format: CD
Wytwórnia: Columbia / Legacy / Sony
Numer: 886974919520

13 maja 2012

The Dave Brubeck Quartet – Jazz Goes To College


„Jazz Goes To College” … Chciałbym chodzić do takiego college’u… Dziś już takich szkół nie ma. To znaczy są, czasem to te same szkoły co wtedy, w 1954 roku. Tylko muzyka na nich gra zupełnie inna, czasy inne… Chyba, że organizują imprezę dla seniorów…

Na szczęście mamy takie płyty, nie tylko ważne historycznie, ale zupełnie ponadczasowe, zwyczajnie piękne. Muzyka kwartetu Dave Brubecka będzie bowiem z nami zawsze, nawet wtedy, kiedy świat już dawno zapomni o tym, czego dziś słuchają studenci.

Mimo wszystko jednak, chciałbym chodzić do takiej szkoły, gdzie w szkolnych audytoriach i amfiteatrach grywałby w niedzielne popołudnia kwartet Dave Brubecka… To byłoby naprawdę coś…

Pewnie wielu z Was zapyta, czemu akurat ta płyta Dave Brubecka. Przecież z pozoru oczywistym wyborem jest „Time Out” ze słynnym przebojem „Take Five”, albo koncert z Carnegie Hall, albo z Blackhawk… Albo jeszcze z 5 innych wyśmienitych albumów.

To jednak właśnie „Jazz Goest To College” to niewymuszone, zrelaksowane i pełne wyśmienitych partii solowych granie. To także kwintesencja kwartetu Dave Brubecka. Zespołu, jednego z kilku zaledwie tak doskonałych w historii fortepianowych składów. Pamiętajmy, że to ta sama liga, co słynne trio Keitha Jarretta, czy zespołu Billa Evansa. To zwyczajnie najwyższa fortepianowa liga. To również zespół, który nominalnie miał jednego lidera i kierownika muzycznego – Dave Brubecka. To jednak z dzisiejszej perspektywy dość nieuczciwa nazwa – The Dave Brubeck Quartet. Chcąc w pełni odzwierciedlić w nazwie naturę zespołu i muzyki, dziś zapewne powstałby Dave Brubeck / Paul Desmond Quartet, albo nawet Paul Desmond Quartet… Biorąc pod uwagę ilość i jakość partii solowych, Pual Desmond jest co najmniej równym partnerem nominalnego lidera. To także on napisał największy przebój zespołu, wspomniany już „Take Five”. To jednak nastąpiło parę lat po nagraniu „Jazz Goes To College”.

Trudno na tej płycie wskazać najlepsze fragmenty. Jej jedyną wadą jest fakt, że nie mamy tu do czynienia z nagraniem jednego koncertu, ale wybranymi fragmentami kilku koncertów, w dodatku zagranych w różnych salach. Trochę na tym traci atmosfera nagrania. Myślę, że każdy z tych koncertów, z których producenci pobrali fragmenty i umieścili na płycie, wydany w całości byłby świetną płytą… Może takie taśmy gdzieś istnieją i odnajdą się w cudowny sposób, kiedy będzie potrzeba jakiegoś jubileuszowego wznowienia...
Ta płyta, to był też pierwszy większy komercyjny sukces zespołu Dave Brubecka, muzyka, który jk mało kto w tamtych czasach potrafił pogodzić poszukiwanie nowej publiczności – na przykład na uniwersytetach, z całkiem skomplikowanymi harmonicznie kompozycjami i wieloma inspiracjami pochodzącymi z muzyki klasycznej… Autorski pomysł żony artysty, która niestrudzenie organizowała dziesiątki koncertów w całym kraju zaowocował całą serią koncertów i później płyt – „Jazz At The College Of The Pacific”, „Jazz Goest To College” i „Jazz Goes To Junior College”.

Dla mnie to jednak przede wszystkim jedna z najlepszych płyt Paula Desmonda… To dla jego saksofonowych solówek często wracam do tego albumu…

The Dave Brubeck Quartet
Jazz Goes To College
Format: CD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 886975696321

31 października 2011

Dave Brubeck Quartet - Time Out


Ta płyta z pewnością zasługuje na godne miejsce w Kanonie Jazzu. Gdyby jednak popatrzeć na nią od strony ścisłej definicji jazzu, jeśli takowa istnieje, to nie jest płyta jazzowa. Z pewnością wielu kojarzy tą płytę z jednym z największych jazzowych przebojów – „Take Five”. To jednak również inne wyśmienite kompozycje i wspaniała gra wszystkich muzyków. „Time Out” to przykład wielkiej sztuki, która dzięki geniuszowi Dave Brubecka była dostępna dla wszystkich zarówno w czasie jego premiery w 1959 roku, jak i później. Do dziś pozostaje przykładem trudnych formalnie i nietypowych kompozycji, które można zaproponować każdemu, niekoniecznie bardzo doświadczonemu fanowi jazzu.

Album jest pełen nietypowych rozwiązań rytmicznych, inspiracji pochodzących z bogatego dorobku muzyki klasycznej i wyśmienitej gry zespołowej muzyków, którzy tworzyli jeden z najbardziej zgranych zespołów w historii muzyki mporowizowanej, który można porównać chyba tylko z sekcją Oscara Petersona. Czasem można odnieść wrażenie, że Dave Brubeck i Paul Desmond osiągnęli taki stopień muzycznego zrozumienia, jakby byli jedną osobą grającą na dwu instrumentach jednocześnie. Pozostali muzycy – perkusita Joe Morello i kontrabasista Eugene Wright w związku z nietypowymi kompozycjami lidera nie mają łatwego zadania, dają sobie jednak wyśmienicie radę.

Rok 1959, to oczywiście nie XXI wiek, ale nawet wtedy osiągnięcie przez jazzowy album drugiego miejsca na liście Bilboardu (w kategorii pop) było sensacją.

Album powstał jako muzyczny eksperyment, a stał się wielkim przebojem… To chya zaskoczyło wszystkich.

„Take Five” to jedyna kompozycja, której autorem jest Paul Desmond, pozostałe napisał Dave Brubeck, korzystając z inspiracji folklorem tureckim, rytmami bałkańskimi w metrum 9/8 i  walcem wiedeńskim. Pojawia się też nieczęsto wykorzystywane metrum 6/8. Paul Desmond napisał swój wielki przebój chcąc zrobić dowcip perkusiście zespołu  - Joe Morello, który niezbyt dobrze radził sobie z tym rytmem… Myślę, że przez lata dzięki tej kompozycji miał okazje przećwiczyć 5/4 jak żaden inny perkusista…

Najbardziej znane kompozycje z „Time Out” – „Blue Rondo A La Turk”, „Three To Get Ready” i „Take Five” pozostały w repertuarze Dave Brubecka właściwie już na zawsze. Ostatnio słyszałem Dave Brubecka w 2005 roku w czasie koncertu w Warszawie. Dave Brubeck ma dziś ponad 90 lat (urodził się w 1920 roku). Nie koncertuje już zbyt często, teraz już tylko w USA, jednak z pewnością bez fragmentów „Time Out” nie może się odbyć żaden jego koncert, mimo tego, że od 1959 roku skomponował i nagrał wiele świetnej muzyki.

Dla polskiego jazzu Dave Brubeck to również ważna historycznie postać. Był pierwszych tak znanym muzykiem, który przyjechał do Polski na cykl koncertów w 1958 roku, będąc już wtedy u szczytu sławy.

Dave Brubeck
Time Out
Format: CD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 5099706512226