06 lutego 2013

Pat Martino – Starbright / Joyous Lake

To z pewnością nie są najlepsze albumy Pata Martino. Fakt, że nie tylko ja mam takie zdanie, potwierdzony jest przez współczesny sposób wydania tych płyt. Nieco dziś zapomniane przez pierwotnego wydawcę – Warner Bros. Dostępne są dziś jedynie wciśnięte razem na powierzchnię jednej płyty CD wydanej przez istniejący gdzieś na peryferiach tego medialnego koncernu cykl Collectables firmowany przez Rhino A może to nawet zupełnie niezależna firma, wydająca to, czego nikt inny nie chce dziś umieścić w aktualnym katalogu, a co zgodnie z nazwą ma jedynie charakter kolekcjonerski?

Nie jest jednak aż tak źle. Oba albumu mają dziś wartość nie tylko historyczną i sentymentalną dla fanów artysty. Każdy z nich wymaga w zasadzie odrębnego omówienia, bowiem mimo dzisiejszej sprzedaży wiązanej, muzycznie płyty dzieli właściwie wszystko, a łączy jedynie postać lidera.

Zacznijmy więc chronologicznie od „Starbright”. Ten album to przede wszystkim efekt fascynacji Pata Martino nowymi w 1976 roku elektronicznymi instrumentami. To również pierwsza płyta nagrana przez artystę dla wytwórni Warner Bros., która miała w tym czasie wizję, uczynienia z nagrań Pata Martino sukcesu komercyjnego na miarę wydanego mniej więcej w tym samym czasie w 1976 roku albumu „Breezin’” George’a Bensona. To się z pewnością nie udało. Być może po części właśnie z powodu słabej sprzedaży, kolejna płyta – „Joyous Lake” została zarejestrowana z zupełnie innym zespołem i producentem, ale o tym za chwilę.

W 1976 roku Pat Martino nagrał i wydał trzy albumu, które dziś można traktować wspólnie, choć w związku z tym, że ukazały się w różnych wytwórniach, i dziś wydawane są oddzielnie. Poza ostatnim chronologicznie „Starbright” to również „Exit” w klasycznym kwartecie z Gilem Goldsteinem, Richardem Davisem i Billy Hartem oraz duet z Gilem Goldsteinem – „We’ll Be Together Again”.  Te albumy, to był nagraniowy debiut i start do wielkiej kariery Gila Goldsteina, to nagrania, które wspomina często do dzisiaj. Początkującego wtedy pianistę bez dorobku nagraniowego rekomendował Patowi Martino sam Jaco Pastorius, który grał z Patem na wspólnych koncertach w Filadelfii. W czasie sesji do „Starbright” Gil Goldstein poznał braci Brecker. Wspólnie nagrany utwór nigdy nie znalazł się na żadnej płycie i jest dziś jednym z najbardziej poszukiwanych przez fanów Pata Martino nagrań. Według wspomnień uczestników sesji w tym bezimiennym utworze, który nigdy nie ujrzał światła dziennego grali Michael Brecker, Randy Brecker, Mike Maineri, Will Lee, Gil Goldstein i Pat Martino. Niezły skład…

„Starbright” nie zniósł dobrze próby czasu. Kompozycja tytułowa wpada w ucho, choć z pewnością do przebojowości „This Masquerade”, czy „Breezin’” George’a Bensona nieco jej brakuje. Dalej nie jest już niestety tak dobrze. Całość nie tworzy spójnego albumu, a stanowi raczej zbiór luźnych szkiców i studyjnych wprawek i próby możliwości syntezatorów z dawnych lat. Pojawiająca się na koniec albumu gitarowa impresja zagrana solo przez Pata Martino na praktycznie akustycznej gitarze jest prawdopodobnie rodzajem muzycznego powrotu do korzeni, jeśli nie przyznaniem się do tego, że projekt przebojowego albumu raczej się nie udał. Może też zabrakło koncepcji na kolejne syntezatorowe demo…

Cała ta elektronika, nadmierne rozbudowanie składu o różne instrumenty perkusyjne, skrzypce, flet i inne incydentalne dźwięki nie wytrzymała próby czasu i w dodatku skutecznie zagłuszyła gitarę lidera. Całość za wyjątkiem wspomnianej kompozycji tytułowej brzmi dziś nieciekawie… Jestem wielkim fanem Pata Martino i przyznaje to naprawdę z wielkim żalem…

„Joyous Lake” to więcej żywej i prawdziwej muzyki. To ostatni album przed kłopotami zdrowotnymi i długą przerwą w muzy6cznej działalności Pata Martino. Tym razem Warner Bros. zaangażował więcej energii w wykreowanie przebojowego albumu, co udało się wyśmienicie, bowiem w 1978 roku album był całkiem dobrze sprzedającym się produktem. Do dziś podobno pozostaje największym komercyjnym sukcesem Pata Martino…

Do produkcji albumu Wytwórnia wyznaczyła samego Paula Rothchilda – autora sukcesów między innymi Earth Wind And Fire, The Doors, Janis Joplin, czy Neila Younga. Odbyły się przesłuchania kandydatów na członków zespołu. Kenwood Dennard wygrał o włos z Vinnie Colaiutą. Sam Pat Martino rozbudował swoje instrumentarium o dedykowane syntezatory gitarowe i zaangażował Delmara Browna. Kenwood Dennard i Mark Leonard stworzyli świetną sekcję rytmiczną, której zabrakło na „Starbright”, gdzie za cały Groove odpowiedzialny był osamotniony Will Lee. Na płycie zabrakło chwytliwego przeboju, ale z dzisiejszej perspektywy to świetny album fusion, doceniany przez fanów gatunku.

Czy warto kupić „Starbright / Joylous Lake”? Zdecydowanie tak, choć raczej dla tej drugiej płyty. A fani Pata Martino i tak będą bez końca dopatrywać się jakiegoś ukrytego sensu w „Starbright”. Ja słuchałem tej płyty wiele razy, też próbując zrozumieć, co jest w niej ukryte. Jednak oprócz świetnie napisanego tematu tytułowego tego ukrytego sensu jeszcze nie odnalazłem. Będę szukał dalej. Jak znajdę, na pewno się o tym dowiecie. A tak przy okazji – przypominam o mojej rozmowie z Patem Martino z 2011 roku: Pat Martino - wywiad . O innych płytach tego wybitnego gitarzysty też wiele na moim blogu przeczytacie... Wyszukiwarka działa...

Pat Martino
Starbright / Joyous Lake
Format: CD
Wytwórnia: Collectables / Rhino / Warner
Numer: 090431782927

04 lutego 2013

Grant Green – The Complete Quartets With Sonny Clark


Gdyby ktoś chciał mieć tylko jeden album Granta Greena, to powinien być właśnie zbiór nagrań „The Complete Quartets With Sonny Clark”. Może jeszcze „Born To Be Blue” – to album nagrany kilka miesięcy później, również  zudziałem Sonny Clarka i „Standards” z 1961 roku. Jednak to właśnie sesje w kwartecie z Sonny Clarkiem powszechnie uważane są za najlepsze nagrania Granta Greena i w tym akurat wypadku z tym zdaniem wielu krytyków i biografów jazzu się jak najbardziej zgadzam.

Nagrania powstały na przełomie 1961 i 1962 roku. Gitara Granta Greena i fortepian Sonny Clarka wyśmienicie się uzupełniają. Ich gra jest jak rozmowa starych przyjaciół, którzy rozumieją się bez słów. We wczesnych latach sześćdziesiątych było sporo tego rodzaju duetów – mój ulubiony – Dave Brubeck i Paul Desmond, równie ulubiony, choć zupełnie inny – McCoy Tyner i John Coltrane, a także J. J. Johnson i Kai Winding. Jest jeszcze nieco wcześniejszy – Clifford Brown i Max Roach, a także nieco dalszy od głównego nurtu jazzu a bliższy rdzennej muzyce bluesowej – Sonny Terry i Brownie McGhee.

Łagodne, miękkie akordy Sonny Clarka tworzą idealny podkład dla pełnej swingu i energii, pozbawionej jednak cienia wirtuozerskiej agresji gry Granta Greena. Nieco późniejszy album „Born To Be Blue” – w którym pojawił się grający na saksofonie Ike Quebec nie ma już tej finezji. Grant Green eksploruje znane melodie i pokazuje je w zupełnie nowy, choć nie odbiegający zbyt daleko od oryginału sposób, wykorzystując jednocześnie możliwości harmoniczne nieproawdopodobnmie trafnie wypełniającego akordami puste miejsca w muzycznej przestrzeni dźwięków gitary, fortepianu Sonny Clarke’a. Skutecznie unika również zbędnej gitarowej wirtuozerii, mimo, że potrafi zagrać szybciej i więcej, niż wielu innych gitarzystów. Stara się zrozumieć melodie i o nich opowiedzieć. Ma na ich temat swoje zdanie i potrafi przedstawić je w niezwykle elegancji, pełen swingu, elegancji sposób. W ten sposób powstaje muzyka, która jak wszystkie największe dzieła gatunku, jest jednocześnie harmonicznie i rytmicznie niebanalna, ale także nadająca się do słuchania w towarzystkie osób, które na hasło jazz uciekają do drugiego pokoju…

Na repertur zebranych po latach pod wspólną nazwą „The Complete Quartets With Sonny Clark” sesji złożyły się jazzowe standardy – głównie Sonny Rollinsa, sporo melodii z desek teatralnych, które już wtedy były uznane przez świat muzyków jazzowych za własne – to utwory Cole Portera, Goerge’a i Iry Gershwin, czy Jule Style i Sammy Cahna i kilka kompozycji lidera. Wśród nich nie ma wykonań słabych, są jednak z pewnością takie, które lubię najbardziej To monumentalne i nietypowe rytmicznie rozwiązanie „I’t Ain’t Necessarily So”, a także zagrany szybciej niż zwykle „The Song Is You”.

To jedna z tych płyt, na których za każdym razem odkrywam coś nowego. Wydaje się zupełnie nieprawdopodobne, że przeważająca większość tej niezwykłej muzyki ukazała się pierwotnie jedynie w Japonii na płytach „Oleo”, „Nigeria” i „Gooden’s Corner”. Później była przez wiele lat niedostępna. Pierwsze wznowienie wydane zostało w końcu lat dziewięćdziesiątych przez Mosaic. Dziś najlepszym zakupem wydaje się być wydany w serii Doubletime przez Blue Note zremasterowany materiał „The Complete Quartets With Sonny Clark”.

Grant Green
The Complete Quartets With Sonny Clark
Fomat: 2CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 724385719424

03 lutego 2013

The Quartet - The Quartet: Sławomir Kulpowicz Complete Edition I Volume 1


Nie zaliczam się do grona wyznawców kultu legendarnego The Quartet. Za to każda nuta zagrana przez Tomasza Szukalskiego jest zwyczajnie genialna. Wydanie podwójnego albumu szczelnie wypełnionego muzyką zespołu, w którym pierwszoplanową postacią jest Szakal, szczególnie w sytuacji, kiedy jego nagrań, takich poważnych, jeśli odrzucić płyty na których pojawił się na jedną, dwie solówki nie ma wcale tak wiele jest wydarzeniem niezwykłym.

Większość nagrań to wydawnicza premiera, niektóre zostały kiedyś już wydane, ale ich zdobycie graniczy z cudem, podobnie, jak płyty „Loaded” wydanej w 1978 roku przez zespół w fińskiej wytwórni Leo Records. Gdyby ktoś z Was słyszał o możliwości zakupu tego albumu – proszę o kontakt. Co do legalności niektórych współczesnych reedycji mam spore wątpliwości…

Wydanie „The Quartet: Sławomir Kulpowicz Complete Edition I Volume 1” to sensacja tym bardziej ogromna, bowiem nie są to jakieś odrzuty z sesji nagraniowych, czy dyskusje z reżyserem dźwięku prowadzone przez studyjne mikrofony lub inne falstarty. Pierwsza płyta zestawu zawiera nagrania radiowe zespołu z lat 1977 – 1979. Tak było jeszcze wtedy, choć to już ostatnie momenty, kiedy Polskie Radio tak zwyczajnie, bez jakiegoś konkretnego komercyjnego celu nagrywało przeróżną, nie tylko jazzową muzykę. Nagrania trafiały do przepastnych archiwów. Celu komercyjnego nie było, bowiem owego słowa gospodarka w 1979 roku właściwie jeszcze nie znała. Pierwsze zastosowanie tego słowa na szeroką skalę to tak zwana komercyjna cena benzyny od 1981 roku. Ale to zupełnie inna historia.

Druga płyta to obszerny, choć niekoniecznie kompletny zapis koncertu z sali Filharmonii Narodowej w Warszawie, zwanej często po angielsku Warsaw Philharmonic Hall. Nie za bardzo rozumiem, dlaczego angielska wersja Filhamronii nie może być w wydaniu naszych tłumaczy Narodowa. Dodam od razu, że ta płyta podoba mi się dużo bardziej, niż nieco pozbawione emocji związanych z kontaktem z publicznością nagrania radiowe. Improwizacje udają się najlepiej na scenie, a tutaj mamy kolejne potwierdzenie tej prawidłowości.

Sławomir Kulpowicz, Paweł Jarzębski i Janusz Stefański to świetni specjaliści w swoim fachu, jednak nie zastąpią McCoy Tynera, Steve Davisa i Elvina Jonesa. Za to Tomasz Szukalski Johna Coltrane’a zastąpić potrafi, nie porzucając przy tym swoich wynikających z miejsca urodzenia muzycznych korzeni. Wiem, że wielu wyznawców kultu Johna Coltrane’a może uznać, że to gruba przesada, jednak pomyślcie co zagrałby Tomasz Szukalski, gdyby urodził się w Nowym Jorku, a nie w Warszawie? Znam również takich, którzy uważają, że Szakal to największy z największych saksofonistów, jacy kiedykolwiek grali na tym świecie. Oni nie rozmijają się z prawdą zbyt wiele. Miejsce pierwsze może być tylko jedno. Muzyka to nie sport i miejsc przyznawać nie należy. Prawdą niezaprzeczalną jednak jest, że koncertowy krążek z „The Quartet: Sławomir Kulpowicz Complete Edition I Volume 1” to płyta genialna, a studyjny co najmniej bardzo dobra.

Istotą sukcesu gry Tomasza Szukalskiego jest prawda. To niezależne od techniki, klasy instrumentu, czy jakości nagrania. Prawdziwe emocje w muzyce słychać zawsze. Szczególnie na scenie, przed publicznością nie da się udawać. To od razu słychać. Szakal był prawdziwy i w zasadzie jest wyczerpująca recenzja jego geniuszu. Niezależnie od tempa utworu, czy jego formalnej konstrukcji, zawsze pozostawał sobą. Podobnie jak John Coltrane i dlatego obydwaj byli równie genialni.

Do całego przygotowanego niezwykle starannie wydawnictwa, będącego początkiem, liczącej na razie 4 krążki serii można mieć w zasadzie jedynie jedno zastrzeżenie. Jedyny na płytach utwór, który nie jest autorstwa Sławomira Kulpowicza – „I Want To Talk About You” to nie jest moim zdaniem kompozycja Johna Coltrane’a, a Billy Eckstine’a, choć wielokrotnie nagrywana i grana na koncertach przez Johna Coltrane’a. Najbardziej znane wykonanie, z tych pochodzących z oficjalnej dyskografii – to wersja z płyty „Soultrane” z 1958 roku. Mam nadzieję, że na 4 płytach z cyklu archiwalnych nagrań Sławomira Kulpowicza się nie skończy i że w kolejnych wydawnictwach znowu odnajdzie się jakaś perełka z Tomaszem Szukalskim w roli głównej. Dla mnie The Quartet to zespół Tomasza Szukalskiego…

The Quartet
The Quartet: Sławomir Kulpowicz Complete Edition I Volume 1
Format: 2CD
Wytwórnia: Polskie Radio
Numer: 5907812242466

02 lutego 2013

Simple Songs Vol. 76


Zacznijmy od zdumiewającej muzycznej koincydencji, która jest jednocześnie, niezależnie od wszystkiego innego wyśmienitą muzyką. Podróżujący po świecie kwartat Dave Brubecka nagrał cały cykl płyt zwany dziś, choć nie wszystkie noszą ten tytuł „Jazz Impressions Of…”. Jednym z odcinków muzycznej podróży po świecie jest „Jazz Impressions Of Japan”. Na tej płycie muzykom udało się przy użyciu zadziwiająco prostych środków wyrazu w postaci kilku egzotycznych instrumentów perkusyjnych i paru egzotycznych fraz odtworzyć klimat tego niezwykłego, również muzycznie kraju. Zespół odwiedził również Polskę, ale impresje z Polski nigdy nie powstały. W czasie słynnej trasy koncertowej po Polsce w 1958 roku śladami zespołu podążał rozpoczynający wtedy swoją muzyczną przygodę Krzysztof Komeda. Prawie 10 lat później komponował muzykę do filmu Romana Polańskiego znanego pod polskim tytułem „Dziecko Rosemary”. Z pewnością znał album „Jazz Impressions Of Japan”. Z pewnością również zachwycał się nie tylko kompozycjami lidera, ale również grą Paula Desmonda. Być może szczególnie zapamiętał utwór, którego posłuchamy za chwilę…

* Dave Brubeck Quartet – Fujiyama – Jazz Impressions Of Japan

O albumie „Jazz Impressions Of Japan” pisałem niedawno tutaj: The Dave Brubeck Quartet - Jazz Impressions Of Japan

A teraz światowa premiera. Szanse na to, że znacie nagranie, które zaprezentuję za chwilę są znikome. To bowiem absolutna nowość, a nawet można powiedzieć, że nowość w wersji przedprodukcyjnej. Dotarła bowiem do mnie płyta, która zawiera kilka muzycznych szkiców do płyty, która jeszcze w całości nie powstała. Według dołączonej do krążka CD informacji, Kuba Stankiewicz ciągle pracuje nad solowymi nagraniami kompozycji filmowych Wojciecha Kilara. Album powstaje na słynnym wśród polskich pianistów fortepianie Fazioli w studiu RecPublica w Lubrzy. Premiera albumu przwwidziana jest na przełom wiesny i lata tego roku. Muzyka zapowiada się wyśmienicie. U nas fragmentu możecie posłuchać już dzisiaj.

* Kuba Stankiewicz – Rodzina Połanieckich – Kuba Stankiewicz Plays Wojciech Kilar

Od wielu miesięcy na blogu, który właśnie czytacie pierwsze miejsce wśród najbardziej popularnych postów zawiera ten opowiadający o albumie „The 25th Anniversary: Rock & Roll Hall Of Fame Concerts”, co możecie zobaczyć po prawej stronie Waszego ekranu. Kiedyś się to zmieni, więc czytających powiedzmy w 2035 roku przepraszam za nieaktualność. Jednak dziś chciałbym się muzycznie do tego odnieść. Wspomniany tekst opisuje wersję video, jednak album został też wydany w postaci zbioru 4 płyt CD, które różnią się nieznacznie od wersji video wydanych w wyśmienitej jakościowo postaci płyt Blue-Ray.

Jednym z najmocniejszych punktów całego programu tego wydarzenia był set zagrany przez zespół ciągle pozostającego w wyśmienitej formie Stevie Wondera. Takie wydarzenia, to często niezwykłe spotkania po latach. Od czegoś takiego właśnie zaczniemy prezentację nagrań z albumu „The 25th Anniversary: Rock & Roll Hall Of Fame Concerts”. Jeśli pamiętacie przebojową i przełomową dla kariery Stevie Wondera płytę „Talking Book” z 1972 roku, to wspólne wykonanie „Superstition” przez Jeffa Becka i Stevie Wondera pobudzi Wasze wspomnienia.

* Stevie Wonder & Jeff Beck – Superstition - The 25th Anniversary: Rock & Roll Hall Of Fame Concerts

Z tego samego fragmentuy koncertu posłuchajmy jeszcze duetu Stevie Wondera z B. B. Kingiem. Blues w czystej postaci wspomagany przez pełną energii sekcję dętą.

* Stevie Wonder & B. B. King – The Thrill Is Gone - The 25th Anniversary: Rock & Roll Hall Of Fame Concerts

Kolejnym mocnym punktem program, co oczywiste, był występ Bruce’a Springsteena z zespołem. Obdarzony niezwykłą sceniczną charyzmą lider zaprezentował kilka największych przebojów, jednak jak zwykle w takim wypadku ozdobą okazały się niemożliwe do powtórzenia w innych warunkach, niż jubileuszowy koncert organizacji Rock & Roll Hall Of Fame duety. Posłuchajmy zatem jak Bruce zaśpiewa jeden z hymnów Nowego Jorku – miasta, gdzie odbyło się owe niezwykłe wydarzenie wraz z grającym na fortepianie Billy Joelem.

* Bruce Springsteen & The E Street Band With Billy Joel – New York State Of Mind - The 25th Anniversary: Rock & Roll Hall Of Fame Concerts

Skoro pojawiły się już fragment z występów Stevie Wondera i Bruce’a Springsteena, to trzeba koniecznie posłuchać trzeciego, równie wybitnego setu w wykonaniu Jeffa Becka. Najpierw duet z Billy Gibbonsem, a potem pokaz niezwykłej techniki gry, pozwalającej zaśpiewać największe przeboje przy pomocy gitary, nawet jeśli nie ma się głosu…

* Jeff Beck & Billy Gibbons – Foxey Lady - The 25th Anniversary: Rock & Roll Hall Of Fame Concerts

* Jeff Beck – A Day In The Life - The 25th Anniversary: Rock & Roll Hall Of Fame Concerts

Na koniec fragment koncertu U2. Kolejne spotkanie po latach Bruce’a Springsteena i Patti Smith – współautorów wielkiego przeboju „Because The Night” oraz muzyczny dowód na to, kto na scenie jest prawdziwy i daje z siebie wszystko. Oceńcie sami.

* U2 with Bruce Springsteen, Patti Smith And Roy Bittan – Because The Night - The 25th Anniversary: Rock & Roll Hall Of Fame Concerts

* U2 with Bruce Springsteen – I Still Haven’t Found What I’m Looking For - The 25th Anniversary: Rock & Roll Hall Of Fame Concerts

O płycie „The 25th Anniversary: Rock & Roll Hall Of Fame Concerts” więcej przeczytacie tutaj:

01 lutego 2013

Baszta – Baszta: Swingujące 3 Miasto


Cóż zrobić z takim albumem? Baszta to w gdańskim środowisku jazzowym formacja legendarna. Legenda narastała z biegiem lat. Opierała się w zasadzie jedynie na pamięci tych, którzy zespół słyszeli na koncertach. Pamięć bywa zawodna, a również z upływem czasu zmienia się perspektywa muzyczna tych, co koncerty widzieli. 1978 rok to jednak było dawno temu.

Wydany na początku 2012 roku album „Baszta”, będący w zasadzie wydawniczym debiutem zespołu ma z pewnością wartość dokumentalną. Zawiera nagrania z właściwie całego okresu działalności zespołu, który powstał w 1976 roku i zakończył formalnie działalność w 1980 roku, jednak już w 1978 zespół opuścił jego założyciel i lider – trębacz Edward Kolczyński. Tak więc prawdziwa Baszta, to właśnie lata 1976 – 1978.

Wydany po latach album zawiera nagrania studyjne, zarejestrowane w gdańskim studiu Polskiego Radia i koncertowe, co dość oczywiste dla gdańskiej formacji – z klubu Żak. Wydawca dokonał nawet graficznego podziału na nagrania koncertowe i studyjne na tylnej stronie okładki albumu. Ten podział nie jest przypadkowy. Nagrania studyjne bronią się po latach całkiem dobrze. Nie są może przełomowe, kompozycje własne lidera brzmią poprawnie, a aranżacje światowych przebojów definiujących muzyczne fascynacje członków grupy kopiują najlepsze wzorce gatunku. Zarejestrowanie w studiu „Watermelon Man” Herbie Hancocka i „In A Silent Way” Joe Zawinula podpowiada tym, co Baszty nie pamiętają, jakich klimatów można spodziewać się na płycie.

Część druga albumu zawiera nagrania koncertowe. Te mają niestety walor jedynie sentymentalno – historyczny. Ich jakość techniczna nie jest najlepsza, ale to nie przeszkadza aż tak bardzo… Znam parę arcydzieł jazzu, które jedynie sugerują słuchaczowi, co tak naprawdę działo się na koncercie – choćby „Jazz At Massey Hall” supergrupy w składzie Dizzy Gillespie, Charles Mingus, Charlie Parker, Bud Powell i Max Roach, czy „Live At The Five Spot Discovery!” Theloniousa Monka z gościnnym udziałem JohnaColtrane’a. Baszta jest oczywiście o lata świetlne od takich arcydzieł. Jest nawet o lata świetlne od całkiem niezłych swoich własnych nagrań studyjnych.

Kłopot zaczyna się od repertuaru – prosto zaaranżowane i zagrane kompozycje Johna Lennona i Paula McCartney’a, czy Stevie Wondera z pewnością w połowie lat siedemdziesiątych były modne i bardziej znane niż twórczość Herbie Hancocka, czy Weather Report. Jednak do tych utworów trzeba mieć wokalistę, a partie wokalne Leszka Dranickiego dziś nie brzmią najlepiej. Za to partie instrumentalne z pewnością są ciekawsze niż wielu młodzieżowych zespołów popularnych tamtych czasów. Gdyby tak połączyć zdolnych i pomysłowych muzyków Baszty z jakimś dobrym wokalistą powstałby całkiem niezły zespół.

Tak się nie stało, a Baszty już dawno nie ma. Warto więc, żeby zachować w pamięci legendę, skupić się na pierwszych 10 utworach z tej płyty. Nie zaglądajcie poza utwór 10. Ja nigdy na koncercie zespołu nie byłem. Nagrania studyjne są całkiem niezłe. Gdyby płyta wyszła w takiej postaci, byłaby chyba lepsza. W serii Solitionu - Swingujące 3 Miasto są zdecydowanie ciekawsze albumy - jak choćby nagrania zespołu Antykwintet.

Baszta
Baszta: Swingujące 3 Miasto
Format: CD
Wytwórnia: Solition
Numer: 5901549899740