16 maja 2017

John Scofield & Pat Metheny – I Can See Your House From Here

Kiedy w 1994 roku ukazał się album „I Can See Your House From Here”, zastanawiałem się, dlaczego na pierwszym miejscy jego okładki znalazł się John Scofield, a nie Pat Metheny. Sądziłem, że powinny zadecydować względy komercyjne. Pat Metheny docierał i do dziś dociera do zdecydowanie szerszego kręgu publiczności, a wtedy większość muzyki sprzedawała się w sklepach w postaci fizycznych nośników. To skazywało album na umieszczenie w przegródce przeznaczonej dla albumów Johna Scofielda, gdzie przypuszczalnie nigdy nie odnalazła tego albumu większość fanów Pata Metheny, szczególnie tych, którzy nie śledzili jakoś szczególnie nowości wydawniczych.

Z muzycznego punktu widzenia to ma oczywiście głęboki sens – muzyce albumu zdecydowanie bliżej do ówczesnego bardziej jazzowego i nawet tego teraźniejszego, ludowego stylu Scofielda, niż klimatów Pat Metheny Group. Mimo tego, album dziś ma status klasyka i jest ważną pozycją w dyskografii obu muzyków. U mnie na półce stoi na końcu zbioru płyt Johna Scofielda, ale również na początku grupy albumów sygnowanych nazwiskiem Pata Metheny. W ten sposób nie musiałem decydować, czy ważniejszy jest prawy, czy lewy kanał finalnego miksu. Płytę przygotowano właśnie w ten sposób – w lewym kanale usłyszycie Johna Scofielda, a prawym Pata Metheny.

Album firmuje dwu, prawdopodobnie wtedy najważniejszych jazzowych gitarzystów. Mimo tego ich wspólne nagranie nie jest wirtuozerskim wyścigiem ani popisem możliwości technicznych, czy wciskaniem firmowych zagrywek w każde możliwe wolne miejsce. To raczej zrelaksowane, wypełnione luźnymi muzycznymi impresjami spotkanie ludzi, którzy niczego już nie muszą światu udowadniać, mogą cieszyć się swoim talentem, dobrze się bawić i dać fanom kilka wyśmienitych kompozycji, które w jazzowym świecie mogłyby być przebojami.

Album odniósł spory sukces komercyjny, doskonale godząc jazzowe improwizacje z chwytliwymi melodiami, bez artystycznych kompromisów i ukłonów w stronę jazzu za lekkiego i za łatwego. Nie sposób również pominąć doskonałej realizacji technicznej albumu, co w tamtym czasie nie było charakterystyczne dla Blue Note, ani kameralnych realizacji w Power Station – studiu specjalizującym się raczej w zdecydowanie głośniejszej muzyce. W kręgach audiofilskich album ma status kultowego i jest używany przez wielu recenzentów sprzętu audio, choć moim zdaniem dostępne przeróżne staranne tłoczenia analogowe w żaden sposób tej muzyce nie pomagają. Album najprawdopodobniej zarejestrowano w formie cyfrowej. Jeśli jakiś informacji w materiale źródłowym nie ma – nie odnajdziecie jej również w najstaranniej przygotowanych i wytłoczonych na najlepszym winylu tłoczeniach.

Być może zabrakło trochę interakcji, grania w stylu i na sposób podobny do najciekawszego utworu na płycie, kompozycji Johna Scofielda „Everybody’s Party”. Czy jednak ten album powinien być aż tak elektryczny? Ja zmieniam zdanie niemal za każdym razem, kiedy sięgam po tą płytę. To zwyczajnie zależy od nastroju. Czasem mam ochotę na nieco bardziej hałaśliwe granie – wtedy mogę sięgnąć po taki choćby „Uberjam”, a kiedy późno w nocy mam raczej nastrój na wyśmienitą jazzową balladę sięgam po „One Quiet Night”. Pomiędzy „Uberjam” Johna Scofielda i „One Quiet Night” Pata Metheny znajdziecie „I Can See Your House From Here”. To absolutny jazzowy klasyk, który powinien być w każdej kolekcji jazzowych nagrań.

John Scofield & Pat Metheny
I Can See Your House From Here
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 724382776529

13 maja 2017

Bobby Hutcherson – Skyline

Ten album powstał w 1998 roku, więc na miejsce w Kanonie Jazzu jeszcze za wcześnie. Jednak już kilka razy sięgałem po niego z myślą o należnym historycznym miejscu w jazzowej kolekcji. Sięgałem w związku z jego nadzwyczajną jakością, w oczekiwaniu na właściwą datę. Postanowiłem nie czekać i napisać o tym jednym z najciekawszych albumów nagranych w 1998 roku już teraz. W jazzowym świecie nagrania 10, 15 letnie mają swoisty status odpowiadający samochodowym youngtimerom – nie są jeszcze klasykami, ale już wiadomo, że się nimi staną. Tak jest właśnie w przypadku „Skyline”, albumu jednego z najważniejszych jazzowych wibrafonistów, Bobby’ego Hutchersona.

Pamiętam niezwykle przychylne oceny krytyków, którzy ochoczo przyznawali tej płycie najwyższe oceny w okresie, kiedy się ukazała, co nie było takie znowu oczywiste, bowiem z pewnością końcówka XX wieku nie była okresem, kiedy modne w jakiś szczególny sposób było mainstreamowe granie, szczególnie z udziałem a nawet pod wodzą wibrafonisty – przedstawiciela muzycznego gatunku raczej znajdującego się pod ochroną w związku z niewielką ilością pozostałych jeszcze przy życiu przedstawicieli.

„Skyline” to jednak nie tylko Bobby Hutcherson, muzyk wtedy już zdecydowanie pokolenia dojrzałego (rocznik 1941), który swoje pierwsze nagrania realizował na początku lat sześćdziesiątych, a aktywnie działającym muzykiem pozostał niemal do śmierci (w roku 2016). Jego ostani wydany za życia album to pochodzące z 2014 roku nagranie „Enjoy The View”, które było zaskakującą nowością, o której pisałem tutaj:


„Skyline” to również zgrabnie skomponowany zespół, złożony z rówieśnika lidera – Ala Fostera i nieco młodszych towarzyszy i towarzyszek – Geri Allen, Kenny Garretta i Christiana McBride’a. Ten międzypokoleniowy kwintet brzmi, jakby grali ze sobą od zawsze, niezależnie od tego, czy wykonują jazzowe standardy starsze od lidera („I Only Have Eyes for You”), jego własne kompozycje, czy muzykę filmową („Can You Read My Mind – (Love Theme from Superman)”. Repertuar wydaje się dość przypadkowy, ale w takim składzie i w taki sposób mogliby zagrać równie doskonale w zasadzie każdą dobrą melodię. To przecież nie koncept album, czy jakieś przesłanie do świata, a zwyczajnie kawał dobrego ponadczasowego jazzu.

„Skyline” to album wyśmienity, choć raczej nigdy nie będzie moim ulubionym w dorobku Bybby Hutchersona. Z jego bogatej dyskografii wybrałbym pewnie płytę „Montara” z połowy lat siedemdziesiątych, „Stick-Up!” w absolutnie genialnym składzie z Joe Hendersonem i McCoy Tynerem, który stoi w kolejce do Kanonu Jazzu RadioJAZZ.FM, nagrania z Jackie McLeanem, czy Grantem Greenem. Możecie uznać, że Bobby Hutcherson był konserwatywnym szukającym solidnych melodii muzykiem środka. Większość jego dyskografii zdaje się potwierdzać taką tezę, sięgnijcie jednak po „Out To Lunch!” Eric’ka Dolphy, albo jego własnego albumu „San Francisco”, poznacie zupełnie innego Bobby Hutchersona.

Każdy utwór umieszczony na „Skyline” to zupełnie osobna muzyczna historia, dość nietypowo – zwykle zaczynam od końca, duet Geri Allen i Bobby Hutchersona w jego autorskiej kompozycji „Candle” jest o pół gwiazdki ciekawszy od pozostałej zawartości tego wyśmienitego albumu.

Bobby Hutcherson
Skyline
Format: CD
Wytwórnia: Verve / Polygram

Numer: 731455961621

12 maja 2017

Herbie Hancock – My Point Of View

Trudno sobie wyobrazić bardziej spektakularny początek kariery, niż ten w wykonaniu Herbie Hancocka. Kiedy po raz pierwszy pojawił się w studiach nagraniowych, miał 22 lata. W pierwszej połowie lat sześćdziesiątych stał się w ciągu kilkunastu miesięcy nie tylko gwiazdą nowego zespołu Milesa Davisa. Został również jednym z najbardziej znanych jazzowych pianistów, autorem kilku genialnych albumów wydanych pod własnym nazwiskiem, uczestnikiem wielu ważnych sesji ówczesnych gwiazd, jak choćby Donalda Byrda, Freddie Hubbarda, Granta Greena, Kenny Dorhama, Jackie McLeana i wielu innych. Skomponował muzykę do filmu „Powiększenie” Michelangelo Antonioniego. Napisał też kilka z największych jazzowych przebojów wszechczasów, potrafiąc pogodzić chwytliwe melodie ze złożonymi harmoniami. „Watermelon Man”, „Blind Man, Blind Man”, „Cantaloupe Island” to tylko te najbardziej znane przykłady melodii, które są grane i samplowane przez zupełnie nie jazzowych muzyków do dziś. Gdzieś między tym wszystkim znalazł też czas na nadążanie za zmianami technologicznymi i całym złożonym procesem powstawania elektrycznych instrumentów, by nieco później zostać jednym z ich pierwszych użytkowników w jazzowym świecie.

Debiut nagraniowy Herbie Hancocka w roli lidera własnego składu – „Takin’ Off” z 1962 roku i nagrana niemal trzy lata później płyta „Maiden Voyage” mają już swoje miejsce w Kanonie Jazzu. Album „My Point Of View” w żaden sposób nie jest od nich mniej ciekawy, musiał zwyczajnie poczekać na swoją kolej.

Za sprawą swoich pierwszych kilku albumów i wpływu własnych twórczych pomysłów na muzykę Milesa Davisa, Herbie Hancock stał się jedną z głównych i bardziej innowacyjnych postaci jazzowego świata lat sześćdziesiątych, dekady największych zmian i czasu powstania wielu nowych, obecnych do dziś na scenach pomysłów na jazzowe improwizacje. Największym wkładem Herbiego Hancocka – pianisty w rozwój jazzu wydaje się być wynalezienie na nowo harmonicznej nieokreśloności, specyficznej sztuki konstruowania kompozycji tak, żeby sugerować określone harmonie bez jednoznacznego ich zdefiniowania. To spowodowało, że z zachowaniem łatwej do rozpoznania melodii, muzycy grający z Hancockiem mieli więcej opcji do wyboru, kiedy chcieli improwizować. Muzyka nadal była dostępna dla większej liczby fanów, nie stawała się tak radykalna, jak powstające wówczas free jazzowe arcydzieła, zaspokajała zarówno potrzebę kreowania nowych rozwiązań, jak i pozwalała na nagrywanie przebojowych singli. Doskonałym przykładem takiej twórczej, kontrolowanej swobody jest kompozycja „King Cobra” z albumu „My Point Of View”. Pierwszych kilka autorskich płyt Herbie Hancocka trzeba traktować jako całość. Ta koncepcja przyjmuje najdoskonalszą formę w postaci genialnego „Speak Like A Child” z albumu o tej samej nazwie, nagranego w 1968 roku, zamykającego debiutancji, akustyczny okres w karierze Herbie Hancocka. Jego kolejny album – „The Prisoner” to już granie elektryczne, a na następnym – „Fat Albert Rotunda” po raz pierwszy w składzie pojawia się prawdziwie rockowy gitarzysta w jazzowym świecie – Eric Gale.

Według samego lidera – niezwykle istotnym składnikiem sukcesu „My Point Of View” jest fakt, że niemal wszyscy muzycy, za wyjątkiem Tony Williamsa, których zaprosił do nagrania tej płyty sami byli całkiem sprawnymi kompozytorami, co pomogło zinterpretować niezwykle różnorodne kompozycje przygotowane na ten album i strworzyć z nich spójny muzycznie produkt.

Album powstał 19 marca 1963 roku. Mniej więcej w tym czasie Herbie Hancock zarabiał na życie akompaniując pewnej zupełnie dziś zapomnianej wokalistce w Village Gate w Nowym Jorku. Zespół Milesa Davisa rozsypał się po odejściu Johna Coltrane’a, a także z powodu problemów z prawem Paula Chambersa i rozpoczęciu solowych karier przez Hanka Mobleya i Wyntona Kelly. Odchodzący Mobley i Kelly zabrali ze sobą Paula Chambersa i Jimmy Cobba. Z rekomendacji Philly Joe Jonesa, do nowego zespołu Milesa Davisa trafił Tony Williams, który z kolei polecił zaledwie kilka lat starszego Herbie Hancocka. W ten sposób powstał nowy Kwintet z George Colemanem i Ronem Carterem, który w czasie dwu sesji, w kwietniu i maju 1963 roku nagrał album „Seven Steps To Heaven”. W drugiej z tych sesji, zaledwie dwa miesiące po nagraniu „My Point Of View” udział wzięli Tony Williams i Herbie Hancock, zastępując Franka Butlera i Victora Feldmana. Ale to już zupełnie inna historia. W ten sposób Herbie Hancock w niemal dwa lata od pierwszej wizyty w studiu w roli pianisty w zespole Donalda Byrda, dotarł na szczyt jazzowej kariery, z którego nie schodzi do dziś.

Herbie Hancock
My Point Of View
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note

Numer: 724349556928 (część zestawu „The Complete Blue Note Sixties Sessions”)

08 maja 2017

Stephan Crump / Ingrid Laubrock / Cory Smythe - Planktonic Finales

„Planktonic Finales” to kolejna z tegorocznych nowości szwajcarskiej wytwórni Intakt, która jest jedną z prężniej działających w Europie artystycznych przystani dla spontanicznie improwizujących, poszukujących muzyków, których kreatywności wykracza poza gatunkowe ramy, nawet tak szerokiego pojęcia, jak jazz. Czy zatem najnowszą wspólną produkcję Stephana Crumpa, Ingrid Laubrock i Cory Smythe’a można nazwać albumem jazzowym? To oczywiście zależy od definicji samego jazzu, jednak niezależnie od tego, czy uznacie „Planktonic Finales” za jazz, czy niekoniecznie, z pewnością jest w tej muzyce coś niezwykle intrygującego.

Odpowiedzialni za powstanie albumu muzycy z pewnością nie należą do grona najbardziej znanych bywalców letnich jazzowych festiwali dla kuracjuszów i znudzonych urlopowiczów, wypada więc ich przedstawić.

Stephan Crump jest kontrabasista w demokratycznym zespole pozbawionym lidera, jego nazwisko znalazło się na początku najprawdopodobniej w związku z alfabetycznym porządkiem ustanowionym na okładce albumu. Muzyk odnajdujący się zarówno w awangardowych klimatach, którym sprzyja środowisko wytwórni Intakt, jak i w całkiem innym muzycznym otoczeniu – jako członek zespołu Vijaya Iyera. Eksperymentuje także z Mary Halvorson i Ellery Eskelinem. Jako muzyk sesyjny uczestniczy w nagraniach muzyki filmowej. Grywa dobrze przyjmowane solowe koncerty, choć wiem o tym jedynie z opowieści tych, co mieli okazję ich posłuchać.

Ingrid Laubrock, jak sami muzycy przyznają – inicjatorka nagrania albumu, który powstał podobno bez żadnych wcześniejszych przygotowań, szkiców kompozycji, czy wspólnych prób. Muzycy spotkali się w jednym z nowojorskich studiów nagraniowych i spontanicznie zagrali nie zapominając włączyć urządzeń nagrywających, tworząc w ten sposób album „Planktonic Finales”. Jak zwykle, sceptycznie podchodzę do tego rodzaju historii, bowiem z pewnością organizując taką sesję, rozmawiali o tym, co chcieliby zagrać. To jednak tylko przypuszczenia, więc być może powinienem wykazać odrobinę wiary w deklaracje samych twórców. Ingrid Laubrock to urodzona w Niemczech saksofonistka, grająca z równą wprawą na saksofonie tenorowym i sopranie. Zanim wylądowała w Nowym Jorku, sporą część swojego muzycznego życia spędziła w Londynie. Na liście muzyków, z którymi współpracowała znajdziecie między innymi Dave’a Douglasa i Anthony Braxtona, choć ja pamiętam ją jedynie z kilku płyt wytwórni Intakt, które nie zrobiły na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia.

Cory Smythe jest pianistą z wyraźnymi klasycznymi korzeniami. Album „Planktonic Finales” jest pierwszym jego nagraniem, którego miałem okazję posłuchać. Wśród jego jazzowych partnerów muzycznych znajdziecie Vijaya Iyera i Anthony Braxtona. Z całej trójki pozostaje dla mnie najbardziej zagadkowym muzykiem.

W efekcie współpracy trójki kreatywnych artystów powstał zapis zbiorowej improwizacji, skoncentrowanej na eksplorowaniu brzmienia instrumentów, zarówno w wyciszonym, pełnym przestrzeni formacie niemal balladowym („Inscribed In Trees”, „Tones For Climbing Plants”), jak i demonicznym, pełnym saksofonowego szaleństwa „Bite Bright Sunlight”. W efekcie powstał jeden z tych albumów, o których można powiedzieć, że uczestnicy nagrania stworzyli zespół wart więcej niż suma ich muzycznej inwencji. Owa synergia potwierdza intuicję Ingrid Laubrock, która zaprosiła pozostałych muzyków do wspólnego grania. Co w tej muzyce usłyszycie, z pewnością wiele historii, których ja nie rozpoznaję, to bowiem niezwykle inspirujące, poszukujące i dodatkowo doskonale nagrane dzieło, które stymulując wyobraźnię niemal zmusza do spędzenia kolejnego wieczoru w towarzystwie tego niezwykłego albumu.

Stephan Crump / Ingrid Laubrock / Cory Smythe
Planktonic Finales
Format: CD
Wytwórnia: Intakt
Numer: CD 285/2017

05 maja 2017

Led Zeppelin – Celebration Day

Po raz kolejny w ramach porządków na nieczęsto odwiedzanych półkach obejrzałem „Celebration Day”. Celowo wspominam o obejrzeniu. Album audio do najciekawszych dzieł Led Zeppelin z pewnością nie należy, nawet w opinni najzagorzalszych fanów zespołu. Teoretycznie można próbować ratować się nadzieją, że dobra realizacja obrazu i otoczka ekskluzywności wydarzenia doda nieco dynamiki do pozbawionego jej zapisu audio, który w warstwie muzycznej jest identyczny i zajmuje dwie płyty CD.

Niestety niemal dwie godziny spędzone z dokumentalnym zapisem próby powrotu Led Zeppelin do dawnej przeszłości nie należały do najciekawszych. Oglądałem ten koncert już kilka razy i ciągle mam nadzieję, że zobaczę lub usłyszę na tej płycie coś, co sprawi, że zmienię zdanie. Znowu się nie udało.

Zaliczam się do grona całkiem oddanych i zaawansowanych w muzycznej wiedzy fanów zespołu Led Zeppelin. Dawnego Led Zeppelin. Byłem jednym z rekordowych 20 milionów tych, którzy mieli nadzieję wylosować bilet na koncert w Londynie, którego zapis umieszczony jest na krążku „Celebration Day”. Perspektywą powrotu zespołu po latach byłem całkiem poważnie zachwycony i podekscytowany. Wszyscy muzycy coś muzycznego przez te wszystkie lata robili, pozostają do dziś zresztą w całkiem dobrej muzycznej formie. Robert Plant robi nawet muzykę zwyczajnie fantastyczną, choć mocno odbiegającą od tego, co proponował Led Zeppelin.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem zapis koncertu z płyty w wersji audio, ucieszyłem się, że nie wylosowałem biletu. Muzycy nie zaproponowali niczego, czego nie znałem z ich dawnych płyt. Zabrakło pasji, odrobiny szaleństwa i chęci do wykorzystania nabytych przez lata umiejętności i doświadczeń. No i oczywiście zabrakło Johna Bonhama, bo Jason jest jedynie poprawnie trzymającym rytm rockowym perkusistą, a jego ojciec był geniuszem. Ktoś kiedyś powiedział, że był Jaco Pastoriusem perkusji i ja się z tym nawet potrafię zgodzić..

Wtedy w O2 Arenie muzycy zagrali zestaw swoich najbardziej znanych utworów, w zasadzie w żadnym z nich nie zaskakując. Gdyby to był jeden z licznych koncertów, kolejny objazd wokół globu organizowany co 2 albo 3 lata, uznałbym, że pojechali na wakacje, na które zrzucają się fani. To byłoby w porządku, ale taki wielki powrót, który wcale nie był wielkim – oznacza porażkę. Wiem, że było ich stać na więcej.

Realizacji telewizyjnej można zarzucić brak pomysłu i powtarzanie w kółko tych samych sekwencji ujęć. Rejstracji audio brak życia i nawet duże poziomy głośności odsłuchu, niezależnie od tego, czy z płyty CD, czy BD jej nie ratują. Led Zeppelin zawsze przecież należało głośno słuchać…

W ten sposób powrót Led Zeppelin po niemal 30 latach milczenia stał się dla mnie jednym z największych muzycznych rozczarowań XXI wieku. Zaraz obok Reunion Tour zespołu The Police. Na The Police nawet wybrałem się specjalnie do Londynu, licząc na najlepszy koncert z całej trasy, zagrany dla fanów znających na pamięć teksty i pamiętających dawną sławę Stewarda Copelanda, Andy Summersa no i Stinga. Liczyłem na chóralne odśpiewanie hitów razem z zespołem i jakąś specjalną celebrę. Nic takiego się nie wydarzyło, zagrali, zaśpiewali, ludzie wysłuchali i poszli do domu, ot kolejny dobry rockowy koncert i tylko tyle.

Wracając do „Celebration Day” – nie dziwię się, że kilka lat zespół zastanawiał się, czy warto wydać ten album. Mimo tego, że jest słabszy od wszystkich bez wyjątku albumów zespołu sprzed lat, uważam, że powinien się ukazać, przynajmniej dla tych, którzy nie wylosowali biletów, gdyby wszyscy go kupili, byłby światowy bestseller, Albumu z pewnością nie kupiło 20 milionów fanów, ale sprzedawał się całkiem nieźle.

Mam jeszcze kilka uwag – w mojej wersji wydawnictwa jest dodatkowa płyta DVD z zapisem próby – to jest zwyczajne oszustwo. Materiał nakręcony jedną kamerą umieszczoną daleko od sceny, dokumentuje zapis jednej z ostatnich prób, w czasie której testowano również oświetlenie i wszystkie inne efekty sceniczne. Obejrzałem kiedyś i tą płytę, dodatkowo utwierdziła mnie w przekonaniu, że żadnej spontaniczności w powrocie Led Zellepin nie było. Zespół zagrał niemal dokładnie to co kilka dni później w czasie koncertu. Czemu miała służyć taka płyta – widać i słychać gorzej niż w wersji koncertowej, a w muzyce nie ma niczego unikalnego.

To wszystko mocne słowa. W dodatku dowolny archiwalny koncert zespołu jest tysiące razy ciekawszy, choćby pierwszy z brzegu z Madison Square Garden z 1973 roku, albo ten z 1970 z Royal Albert Hall, albo każdy inny.

Dzięki maggi czasów które już nigdy nie wrócą i wspomnieniach sprzed lat, wytrzymałem jednak dzielnie dwie godziny i wcale tego czasu nie żałuję. Jednak kupcie sobie lepiej „The Song Remains The Same”, albo wydawnictwo nazwane enigmatycznie „Led Zeppelin” zawierające wspomniane powyżej dwa koncerty i sporo bonusów (obszerne fragmenty z Earls Court i Knebworth) na dwóch płytach DVD. Dostaniecie wtedy większość repertuaru „Celebration Day”, więcej gitarowego szaleństwa i najlepszego rockowego perkusistę wszechczasów na dokładkę.

O „The Song Remains The Same” przeczytacie tutaj:

Led Zeppelin - The Song Remains The Same

Led Zeppelin
Celebration Day
Format: 2CD + BD + DVD
Wytwórnia: Swan Song / Atlantic / Warner

Numer: 081227968816