24 grudnia 2011

Charles Lloyd – Mirror


Jakoś ostatnio zapomniałem o istnieniu Charlesa Lloyda. Nie da się pamiętać o wszystkich ważnych płytach. Jednak „Mirror” to płyta wyśmienita, choć nieco nierówna. Nie potrafię tej nierówności opisać, czasem podobają mi się nieco bardziej konwencjonalne ballady, kiedy indziej kompozycje lidera, które bez wątpienia są nieco bardziej eksperymentalne.

Na płycie „Mirror” usłyszymy w zasadzie wszystko, co na saksofonie można zagrać. Czasem myślę, że to podręczna encyklopedia tenorowego saksofonu. Charles Lloyd jest niesamowicie sprawnym technicznie saksofonistą. Potrafi zagrać niezwykle pewnym i stabilnym tonem piękną balladę, aby za chwilę, w kolejnym utworze posłużyć się nieco bardziej rozwubrowanym, granym z przydechem dźwiękiem.

Repertuar płyty to zarówno kompozycje własne lidera, jazzowe standardy, w szczególności kompozycje Theloniousa Monka, jak i przeróbki utworów muzyki popularnej. Charles Lloyd grał partie saksofonowe na kilu płytach The Beach Boys, w związku z czym na koncertach korzysta czasem z dorobku tego zespołu. Tym razem na płycie umieścił utwór, który jest luźną adaptacją kompozycji Briana Wilsona – „Caroline No”. Album otwiera jedna z piękniejszych adaptacji ballady „I Fall In Love Too Easily” jakie znam, zagrana, co dla lidera nietypowe na saksofonie altowym.

Z każdej nuty granej na saksofonie przez lidera emanuje swoista pewność tego, że to właśnie ta nuta powinna znaleźć się w tym miejscu i zagrana w taki właśnie sposób. To nie jest przekonanie o własnej nieomylności, ale owoc wielu lat kariery i rozległej muzycznej wiedzy. Znowu coś trudnego do opisania. To trzeba usłyszeć.

Płyta ukazała się w 2010 roku i została nagrana w towarzystwie muzyków młodego pokolenia, których nie było chyba jeszcze na świecie, kiedy Charles Llloyd nagrywał swoje najważniejsze płyty w końcu lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku (wraz z niezrównaną i ciągle chyba jego najlepszą – „Forest Flower”).

Niezależnie od tego, czy gra swoje własne kompozycje, czy wraca do znanych melodii sprzed wielu lat, jego sound jest niezwykle rozpoznawalny. Lider często gra na bardzo starych modelach saksofonów, co w połączeniu ze świetną realizacją nagrania pozwala zarejestrować wiele dźwięków, których zwykle na płytach saksofonistów nie słyszymy.

Osobną historią jest wyśmienity zespół towarzyszący liderowi. Na szczególną pochwałę zasługuje wyśmienity na tej płycie pianista Jason Moran. Kiedy dostaje szansę zagrania niecodłuższej solówki, pewnością gry dorównuje liderowi. To bowiem pewność jest słowem najważniejszym dla „Mirror”. Na tym albumie nie znajdziecie muzycznych poszukiwań. Tu nikt nie szuka, nie zastanawia się, co zagrać za chwilę, ani jaki powinien być najlepszy sposób na „Monk’s Mood”, czy „Ruby, My Dear”. Ten zespół to wie, z pewnością tej pewności dodaje doświadczenie lidera, jednak Jason Moran i jeden z obecnie najciekawszych perkusistów Eric Harland wcale nie pozostają w tyle. Nieco bardziej wycofany i sprowadzony do roli członka sekcji rytmicznej pozostaje basista Reuben Rogers, który na swoją chwilę musi poczekać do „The Water Is Wide”.

Płytę wydał ECM, to z pewnością jedna z najbardziej mainstreamowych płyt tej wytwórni ostatnich lat. Z pewnością będzie zaskoczeniem dla fanów klasycznego brzmienia ECM. Dla wszystkich fanów dobrego jazzu stanie się ważny częścią ich kolekcji. To płyta, którą z pewnością docenimy jeszcze bardziej z upływem lat.Mam wrażenie, co nie zdarza mi się często, że właśnie wpowstał jeden z klasyków, album, który za 20-30 lat będzie wymieniany jako jeden z najważniejszych powstałych na początku tego wieku.

Charles Lloyd
Mirror
Format: CD
Wytwórnia: ECM
Numer: 0602527404998

22 grudnia 2011

Simple Songs Vol. 43


Poprzedni tydzień stał pod znakiem problemów technicznych naszego radia. W związku z tym, nie wiem, ilu z Was miało szansę wysłuchać audycji bez przeszkód. Zbliżają się święta, więc można tak, czy inaczej powtórzyć nieco tradycyjnych motywów świątecznych. Choć te płyty z zimową muzyką, które Wam proponujemy są zdecydowanie ponadczasowe, to z pewnością częściej sięgamy po takie motywy w okresie świąteczno – noworocznym.

Zacznijmy więc od mocniejszego uderzenia. Fragmenty płyty Brian Setzera „The Ultimate Christmas Collection” prezentowałem już w zeszłym tygodniu, ale z pewnością warto do tej płyty wrócić na dobry początek naszego ostatniego przedświątecznego spotkania.

* Brian Setzer – Santa Claus Is Coming To Town – The Ultimate Christmas Collection

Zanim już do końca zanurzymy się w atmosferze kolędowo – okazjonalnej, w ramach początku podsumowań, które wszyscy robimy w jakiś sposób w końcu roku, proponuję fragment dwu płyt, których chyba nigdy nie grałem w Simple Songs, a których słucham ostatnio często. Pierwszy utwór to będzie fragment płyty Nicka Drake’a – „Five Leaves Left”. O samym Nicku Drake’u pewnie niewielu z Was słyszało. O jego nagraniach przypomniała mi ostatnio Grażyna Auguścik, która przygotowuje płytę przypominającą niezwykłe wręcz teksty i kompozycje tego angielskiego muzyka z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych. Nie będę zanudzał Was dziś opowieściami o Nicku Drake’u. Z pewnością niedługo przygotuję audycję poświęconą jego muzyce. O samej płycie „Five Leaves Left” możecie przeczytać tutaj:


A teraz posłuchajmy kompozycji, którą można nazwać „przebojem” z tej płyty.

* Nick Drake – River Man – Five Leaves Left

Drugą ze wspomnianych płyt, do której wracamostatnio często jest „Affinity” Billa Evansa i Tootsa Thielemansa. O tej płycie przypomniał mi latem w czasie swojej ostatniej wizyty w Polsce sam Toots Thielemans, który uważa to nagranie za jedno z najważniejszych w swojej karierze. Sam Bill Evans, pianista Bill Evans to muzyk wybitny, jednak u mnie, mimo że bardzo cenię wiele jego nagrań, stoi na nieco przegranej pozycji. Jego problem na mojej półce polega na tym, że większość jego nagrań zamknięta jest w świetnie wydanym zestawie „The Complete Bill Evans On Verve”. To gustownie zardzewiała skrzynka zawierająca 18 wypełnionych po brzegi płyt CD, której zwyczajnie nie chce mi się otwierać. Gdybym wszystkie te płyty miał w formie osobnych wydawnictw, pewnie sięgałbym po nie częściej. „Affinity” jednak wydał Warner, więc to osobne pudełko i sięgam po nie często, bo to płyta wybitna, choć nie doczekała się jeszcze osobnej recenzji. Muszę to nadrobić. Na razie posłuchajmy fragmentu tego albumu.

* Bill Evans feat. Toots Thielemans – Blue And Green - Affinity

Teraz już będzie świątecznie… Jeśli chcecie jednak posłuchać Franka Sinatry, Tony Bennetta, albo Elli Fitzgerald, idźcie na zakupy do centrum handlowego… U mnie będzie nieco bardziej niestandardowo… Nie jestem zagorzałym fanem Wyntona Marsalisa, co stali słuchacze audycji zapewne już wiedzą. Jednak kiedy Wyntonowi się chce tak zwyczajnie zagrać trochę jazzu, to powstają wyśmienite nagrania. Jednym z takich wydawnictw jest zbiór nagrań z klubu Village Vanguard w Nowym Jorku z początku lat dziewięćdziesiątych. Wynton już wtedy był wielką gwiazdą. Całe wydawnictwo to 7 płyt z materiałem zebranym z różnych koncertów. Nagranie, które wybrałem na dzisiaj pochodzi z grudnia 1993 roku. To będzie mocno rozbudowana i zmieniona wersja popularnej okazjonalnej piosenki – „Winter Wonderland”.

* Wynton Marsalis Septet – Winter Wonderland – Live At The Village Vanguard

Sięgnijmy do naszych płyt tygodnia. Nie co roku ukazują się tak wyśmienite płyty świąteczne, jak „Jingle All The Way” Beli Flecka i The Flecktones. W związku z tym, dla takich płyt czas płynie wolniej, a że to płyta wyśmienita i już wielu z Was i całkiem pokaźna część naszej redakcji polubiła ten album, skorzystam z okazji i przypomnę Wam po raz kolejny dwa fragmenty tej płyty.

* Bela Fleck & The Flecktones – The Christmas Song – Jingle All The Way

Nie wszyscy obchodzą święta za kilka dni. Niektórzy nieco później, inni w ogóle, a jeszcze inni mają swoje najważniejsze dni już teraz. Hanuka trwa, zatem zagrajmy coś w temacie…

* Bela Fleck & The Flecktones – The Hanukkah Waltz – Jingle All The Way

Nasz świąteczny Kanon to płyta Jimi Smitha „Christmas Cookin’”. Oczywiście w kategorii absolutnej wybrałbym inny album Jimi Smitha, o czym napisałem w jego recenzji, jednak teraz mamy czas specyficzny. Album nagrano z orkiestrą, ale ona gra tylko muzyczne introdukcje. Są też kompozycje nagrane w klasycznym składzie Hammond, gitara i perkusja. W tym wypadku oprócz Jimi Smitha zagrają Quentin Warren – gitara i Billy Hart – perkusja.

* Jimmy Smith – Santa Claus Is Coming To Town – Christmas Cookin’

Kolejne nagranie pojawiło się w zeszłym tygodniu, to był jednak moment, kiedy technika powodowała zakłócenia w naszej transmisji. Postanowiłem więc prezentację powtórzyć. To będzie niemiecka, a właściwie austriacka XIX – wieczna pieśń świąteczna, „Silent Night” – tu stanowiąca bazę do solowej gitarowej improwizacji Stanleya Jordana.

* Stanley Jordan – Silent Night – Standards Volume 1

Na koniec wróćmy jeszcze do bigbandowych aranżacji Briana Setzera.

* Brian Setzer – The Nutcracker Suite – The Ultimate Christmas Collection
* Brian Setzer – You’re A Mean One, Mr. Grinch – The Ultimate Christmas Collection

21 grudnia 2011

Charles Mingus – Mingus Ah Um


Ta płyta, to klasyk absolutny. Znajduje się pewnie na każdej z list płyt wszechczasów, klasyfikacji gwiazdkowych, punktowych, owych „Core Collection”, „must have”, kamieni milowych jazzu i innych tego rodzaju zestawieniach. Z pewnością wśród tych, autorów owych list, mniej lub bardziej subiektywnie układanych nigdy nie wyprzedzi „Kind Of Blue”, czy „Giant Steps”, ale to jest ta sama liga, absolutny jazzowy top. Z pewnością to też jedna z dwu, może 3 najważniejszych płyt Charlesa Mingusa.

Na tej właśnie płycie Charles Mingus po raz pierwszy pokazał światu swoją najbardziej chyba znaną do dziś kompozycję – „Goodbye Pork Pie Hat”. A trzeba pamiętać, że Charles Mingus był przede wszystkim jazzowym kompozytorem i liderem zespołu, a dopiero w drugiej kolejności kontrabasistą. Już przez sam fakt premiery jednej z najczęściej grywanych jazzowych kompozycji wszech czasów płyta zyskała nieśmiertelność.

Na „Mingus Ah Um” nie można jednak patrzeć tylko jak na miejsce premiery „Goodbye Pork Pie Hat”. Tu też po raz pierwszy zostały zarejestrowane między innymi „Fables of Faubus” i „Better Git Hit In Your Soul” i „Open Letter To Duke”.

Siłą tej płyty są jednak nie tylko kompozycje. Można zaryzykować twierdzenie, że lider nagrywając ten album miał najlepszy zespół z jakim grał w ciągu całej swojej kariery. Charles Mingus potrzebował nieco większego składu. Na tej płycie grają saksofoniści – Booker Ervin, John Handy i Shafi Hadi, a także puzoniści – Willie Dennis i Jimmy Knepper. Skład uzupełniają Horace Parlan (fortepian) i Dannie Richmond (perkusja).

Cechą dzieł klasycznych powinna być ponadczasowość. Dziś takie brzmienie i taki skład instrumentów do głównego nurtu jazzu nie należy. Dziś chyba nie ma nawet jazz głównego nurtu. Jednak „Mingus Ah Um” mógłby powstać w każdym momencie od 1959 roku do dziś i byłby tak samo aktualny. A już samo to jest dowodem na geniusz kompozytora i lidera, który również w dodatku wykreował magiczną sesję korzystając, co zresztą miał w zwyczaju, z muzyków niekoniecznie pierwszej ligi…

Kompozycje napisane na dzisiejszy album nie należą do najłatwiejszych, jednak zachowanu w nich perfekcyjny balans pomiędzy stopniem komplikacji i zaawansowania, a strawnością materiału dla mnie osłuchanego odbiorcy. Stąd też muzycy znajdą na „Mingus Ah Um” nietypowe rozwiązania rytmiczne i harmonie nieznane z innych płyt końca lat pięćdziesiątych, a słuchacze okazjonalnie sięgający po jazz wpadające w ucho i niebanalne melodie. To również cecha muzycznego geniuszu.

W 1959 roku nikt list przebojów jazzowych albumów nie prowadził. Jednak gdy dziś po wielu latach spróbujemy takie zestawienie sporządzić, ja nie będę potrafił ustalić konkretnych miejsc w pierwszej trójce 1959 roku, choć z pewnością wiem, że w tej trójce są „Kind Of Blue” Milesa Davisa, „Shape Of Jazz To Come” Ornette Colemana i „Mingus Ah Um” Charlesa Mingusa. Miles Davis wykorzystał wyśmienity gwiazdorski skład, podobnie jak Ornette Coleman, któremu dodatkowo pomogła etykietka uwczesnego największego innowatora. Charles Mingus zwyczajnie nagrał wybitną płytę, z przeciętnymi muzykami, nieco pospiesznie napisanymi kompozycjami. To pozornie nie powinno się udać, a jednak powstało arcydzieło…

Charles Mingus
Mingus Ah Um
Format: CD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: SRCS 9201

19 grudnia 2011

Nick Drake – Five Leaves Left


To będzie ciekawe doświadczenie. Według notatek tej płyty (a właściwie jej nieco zużytej wersji analogowej, słuchałem po raz ostatni w 1991 roku. Od tego czasu minęło już dwadzieścia lat. Dziś mam wersję cyfrową, którą kupiłem kilka lat temu na jakieś wyprzedaży, właściwie tylko po to, żeby mieć komplet w wersji CD, bowiem pozostałe dwie płyty Nicka Drake’a mam w takiej właśnie wersji. Pomyślałem sobie wtedy, że taka kompletna dyskografia pozwoli mi pojechać w jakąś samochodową podróż z niezwykłym, mało u nas znanym artystą. No i tak płyta czekała na swój czas kilka lat…

O muzyce Nicka Drake’a przypomniała mi ostatnio Grażyna Auguścik, która przygotowuje, na razie nieco tajemniczy, album z jego kompozycjami. Nie wiem, co takiego jest w kompozycjach Nicka Drake’a, ale one są uzależniające. To niby proste melodie, ale wystarczy posłuchać raz, żeby zostały w głowie na długo. W sumie to nie wiem, czemu „Five Leaves Left” słucham raz na 20 lat… Chociaż tak naprawdę to wiem…. Jest dużo innych płyt… Do muzyki Nicka Drake’a trzeba jednak nieco dojrzeć i kolejny raz sięgnę po jego debiutancką płytę na pewno nieco wcześniej niż za kolejne 20 lat.

Często nasze postrzeganie muzyki zmienia się z wiekiem. To efekt doświadczenia życiowego, muzycznego i tego wszystkiego co nas otacza. Poza tym innej muzyki słucha się w letnie wieczory, a innej w zimowe. Choć tu są różne szkoły – czasem w zimie uciekam od ponurej szarości i wyciągam z półki ciepłe południowoamerykańskie, czy jamajskie klimaty, kiedy indziej dopasowuję się do zimowego nastroju i sięgam po zimne skandynawskie brzmienia, albo piosenki z tekstem wymagające nieco więcej skupienia i przemyślenia warstwy tekstowej kompozycji…

Nick Drake do rozweselających z pewnością nie należy. Powszechnie za najważniejszą jego płytę uważa się tą ostatnią – „Pink Moon”. Może dlatego, że nagrał ją jedynie solo akompaniując sobie na gitarze akustycznej. Tym samym powrócił do folkowych korzeni, albo raczej folkowego wzorca gatunku. Jego dwie pierwsze płyty – debiutancka „Five Leaves Left” i „Brytel Layter” zostały nagrane i wyprodukowane przez muzyków, którzy odkryli go grającego w jednym z podrzędnych angielskich barów, członków popularnej w swoich czasach grupy Fairport Convention.

Chętni z pewnością znajdą sobie niezwykłą historię życia Nicka Drake’a w licznych publikacjach książkowych, lub w pełnych mniej lub bardziej prawdziwych historii z jego życia zasobach internetu. To jednak nie esej o jego życiu. Powróćmy do „Five Leaves Left”. Chciałem napisać coś zupełnie nowego, ale to co zapisałem sobie w 1991 roku, po niewielkiej redakcji przystosowującej prywatne wtedy zapiski do standard tekstu dostępnego publicznie, pozostaje aktualne i dzisiaj.


To było więc latem 1991 roku…

Nick Drake. Ukryty skarb. Trochę w jego muzyce recepty na indywidualność. Wielu przeżywa na jakimś etapie wojego życia, często w czasach studenckich presudointelektualnych dysput fascynację śpiewającymi poetami. Każdy słucha Boba Dylana. Każdy uważa, że Bob Dylan jest wielkim poetą. Niektórzy potrafią jednak dostrzec, że są też inni, a wśród nich tacy, którzy mimo, że nie zrobili równie wielkiej światowej kariery, zasługiwali na nią z pewnością. Częścią legendy wielu muzyków jest ich krótkie, bądź pogmatwane życie… Do dziś znalazłem trzech takich mało znanych…, Tim Hardin i Tim Buckley – Amerykanie i jeden jedyny w gronie poetów rocka Anglik – Nick Drake. Dziś właśnie odkryłem go, a właściwie znałem go z opowiadań, a od dziś jest ze mną nieco zużyty egzemplarz jego debiutanckiej płyty „Five Leaves Left”. Co różni amerykański folk od angielskiego, a raczej Nicka Drake’a od pozostałych? Nie znam innych płyt Nicka Drake’a (dziś w 2011 roku już znam), ale z pewnością już debiutanca płyta to świetne muzycznie kompozycje. U Nicka Drake’a muzyka nie jest tylko dodatkiem do śpiewanego tekstu. Jest jego częścią, podkreślającą jego znaczenie nie tylko melodią, ale też aranżacją, wykorzystującą całkiem pokaźne instrumentarium do tworzenia mrocznej, co tu dużo ukrywać… depresyjnej aury. Te melodie i wykreowane przez producenta Joe Boyda i gitarzystę Fairport Convention Richarda Thompsona brzmienie tworzy nową folkową jakość. W ten sposób Nick Drake staje się muzykiem a nie tylko poetą z gitarą w ręku.

Jednak nie to najbardziej odróżnia Nicka Drake’a od Boba Dylana, Tima Hardina i Tima Buckleya (dziś, w 2011 roku napisałbym, żeby nie mylić Tima Buckleya z jego synem Jeffem, za którego muzyką niezbyt przepadam, ale w 1991 roku Jeff Buckley chyba jeszcze nie rozpoczął swojej kariery muzycznej), to fakt, że śpiewa o swoich własnych, a nie cudzych emocjach i uczuciach. Bob Dylan pozostaje największym poetą rocka. Powinien dostać za to literackiego Nobla (niestety do dziś nie dostał…. A czasu na to pewnie coraz mniej, bo Nobla przyznaje się tylko żyjącym). Jednak Bob Dylan to głos pokolenia, Tim Hardin i Tim Buckley też śpiewają często komentując bieżące wydarzenia, czy opowiadając historie podsuwane przez innych. Wszyscy oni byli na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych głosem pokolenia. Taką tradycję odziedziczyli po poprzednimpokoleniu wędrujących bardów – Woodym Gutrie i Pete Seegerze. To samo w sobie nie jest złe, jednak za wszystkich śpiewać się nie da. Nick Drake tego nie chce robić, nie chce naprawiać świata, nic nie chce… poza śpiewaniem i opowiadaniem światu tego, co ma w głowie (coś mi podpowiada, że to ogarnięty nieśmiałością introwertyk)  (dziś wiem, że to prawda…). Nick Drake nie był głosem pokolenia, śpiewał o swoim świecie, nie o świecie innych. Był i do dziś jest w związku z tym prawdziwy…

Można rozkładać na czynniki pierwsze teksty wydrukowane na okładce. Można, nawet nie rozumiejąc do końca tekstu odgadywać, jakie to były emocje. Nie można jednak traktować Nicka Drake’a jako śpiewającego poety. Nick Drake to muzyk, dla którego tekst jest istotny. I dodajmy, tekst prawdziwy, nie artystyczna kreacja, a jego własne, nieudawana na potrzeby nagrania emocje. To słychać…

Poza tym Nick Drake potraif napisać melodie, które przyklejają się do ucha i nie potrafimy o nich zapomnieć. Niebanalne, nieoczywiste, a jednak trakie, które latami będziemy nucić nie wiedząc co to jest.

Pewnie Nick Drake ma grono wyznawców utrzymujących wiedzę o jego nagraniach w tajemnicy przed innymi. Pewnie jego wiersze czytają w angielskich szkołach średnich z wypiekami na twarzy… Być może. Z pewnością jest wielu takich, którzy z satysfakcją mówią w towarzystwie: Co tam Bob Dylan, znasz Nicka Drake’a… On jest ciekawszy… Z pewnością wiele w takich wypowiedziach snobizmu. Jest też w nich odrobina prawdy… Nick Drake jest prawdziwy i jest nie tylko poetą, ale muzykiem. Muzykiem, a nie podgrywającym sobie na gitarze autorem tekstów jak Bob Dylan.”


 Tyle w roku 1991… A dziś? W sumie tak samo, o jakieś 5.000 może więcej tysięcy płyt więcej w głowie a Nick Drake ciągle fascynuje swoją prostotą i tym, że jest zwyczajnie prawdziwy… Może lepiej nie przedawkować, bo delikatnie rzecz ujmując antydepresantem jego płyty nie są… Jednak to piękne kompozycje, wyśmienite teksty i świetnie zaaranżowane brzmienia, które już teraz można na pewno to napisać – są ponadczasowe. Dziś Nick Drake jest nieco bardziej znany, choć w kategoriach bezwzględnych to nadal artysta absolutnie niszowy… Jednak interesujący jest przecież nie dlatego, że świat go nie zna… Może kiedyś poznają się na nim inni? W sumie to mało ważne, tym co się już poznali na tym chyba nie zależy…

Dziś potrafię też odnaleźć w melodiach Nicka Drake’a zarówno elementy dawnej muzyki staroangielskiej, jak i zaszczepione przez muzyków Fairport Convention bluesowe frazy, ale to w sumie nie jest najważniejsze… Tej muzyki nie da się rozłożyć na czynniki pierwsze, bo nie trzeba… A to cecha nagrań najwyższej próby.

A dziś dzięki powrocie po dwudziestu latach do „Five Leaves Left”odkryłem pochodzenie jednej z melodii, która nie dawała mi spokoju i pozostawała w mojej głowie od wielu lat. To „Saturday Sun” zamykająca dzisiejszą płytę. Nie wiem czemu, bo z pewnością przebojem z tej płyty jest (jeśli można użyć tu terminu przebój..) „River Man”. Tak, czy inaczej,to wyśmienita płyta, podobnie jak pozostałe płyty Nicka Drake’a.

Nick Drake
Five Leaves Left
Format:CD
Wytwórnia: Island
Numer: 042284291521

18 grudnia 2011

Jimmy Smith – Christmas Cookin’


To płyta z pewnością świąteczna – wystarczy popatrzeć na okładkę. Jest Mikołaj, choinka, prezenty, wszystko w duchu innych okładek płyt Jimi Smitha… To nie jest muzyczne arcydzieło. W katalogu Jimi Smitha znajdziecie parę lepszych albumów. W kategorii płyt świątecznych to jednak pozycja wybitna. Tu kryteria są dwa (oprócz oczywiście bezwzględnej jakości muzycznej). Po pierwsze – ta płyta sprawdza się nie tylko w czasie świąt. Po drugie nie jest muzycznie banalna i patetyczna, pomimo tego, że sporą część utworów nagrano z orkiestrą, w tym wypadku Billy Byersa.

Nie ma tu zbyt wielu smyczków i dzwoneczków, a to zmora świątecznych produkcji. Jest trochę walenia w kotły, ale da się te fragmenty przeczekać. Znam tą płytę od jakiś 15 lat, zawsze w jakimś kontekście wraca na święta. Wspomniana orkiestra gra raczej wstępy do poszczególnych utworów, tak jakby dała się zdominować przez organy Hammonda Jimi Smitha. Być może takie było założenie od samego początku, ale wtedy po co w ogóle było zapraszać do studia całą masę muzyków?

Wystarczy posłuchać otwierającego płytę „God Rest Ye Merry Gentlemen” – lider wstrzymuje oddech na jakieś półtorej minuty, potem wybucha w swoim charakterystycznym stylu kaskadą organowych akordów. I tak jest właściwie w każdym nagraniu z orkiestrą – krótki orkiestrowy wstęp i ewentualnie kilkutaktowe breaki gdzieś pośród organowych melodii.

Najlepsze momenty tej płyty, to z pewnością wspomniane już nagranie otwierające album, pełne swingu „Jingle Bells” i trudna do poznania „Silent Night”. Ten ostatni utwór mógłby znaleźć się na dowolnej innej płycie Jimi Smitha i zapewne nikt nie rozpoznałby świątecznego pochodzenia tej melodii, która potraktowana jest jako pretekst do improwizacji tak dobry, jak każdy inny, jeśli umie się to robić tak, jak Jimi Smith.

Na płycie oprócz utworów nagranych z orkiestrą jest też kilka melodii zagranych w mniejszych, typowych dla Jimi Smitha składach z gitarzystami – Wesem Montgomery i Kenny Burrellem. Możnaby przypuszczać, że wypadną lepiej… Są tak samo dobre, pozbawione jedynie orkiestrowych wstępów. Jimi Smith przechodzi w nich od razu do rzeczy.

Może nie jest to najlepsza płyta Jimi Smitha. Nawet na pewno nie jest. Jeśli chcecie mieć jedną płytę tego muzyka, poszukajcie raczej „Groovin’ At Smalls’ Paradise”, czy „A New Sound… A New Star… Jimmy Smith At The Organ”, albo „Bashin’”. Omijajcie jego późne nagrania z ostatnich lat kariery. Jeśli jednak chcecie mieć świetną płytę z nasyconymi bluesem i swingiem wersjami świątecznych przebojów, to jedna z najlepszych opcji.

Fanów artysty tandetna okładka zapewne nie odstrzaszy… Wszystkie płyty Jimi Smitha z lat sześćdziesiątych mają takie… To jednak jeszcze nic w porównaniu z okładką a właściwie trzema jej stronami świątecznej płyty Boba Dylana… To już zupełna abstrakcja…

To też kolejna z tych płyt, których słuchając zastanawiam się, czy oni to grali na serio, czy zrobili sobie dowcip z producentów oczekujących sezonowego produktu. Mimo wszystko uszu nie obraża. Gdybym miał wybrać jedną, jedyną płytę Jimi Smitha do naszego Kanonu Jazzu, z pewnością nie byłaby to „Christmas Cookin’”, ale święta rządzą się swoimi prawami…

Jimmy Smith
Christmas Cookin’
Format: CD
Wytwórnia: Verve / Polygram
Numer: 731451371127