31 lipca 2019

Marek Bliziński – Wave– Polish Jazz – Kanon Polskiego Jazzu - V2

W naszym radiowym Kanonie polski jazz reprezentowany jest godnie i należycie, z pewnością jednak skompletowanie 20 najciekawszych i jednocześnie reprezentatywnych dla całej polskiej sceny jazzowej na przestrzeni dziejów gatunku płyt jest zadaniem ciekawym i całkiem niełatwym. Nietrudno znaleźć całkiem sporo doskonałym albumów. Dla fanów każdego z naszych wielkich muzyków wyzwaniem będzie wybranie najciekawszej płyty z dorobku ulubionego artysty i odrzucenie innych, tak, żeby zrobić miejsce dla pozostałych równie ważnych historycznie i artystycznie postaci. Każda z takich list układanych wielokrotnie różni się od innych, podobnie jak osobiste preferencje każdego słuchacza.


Na polskich listach przebojów jazzowych są oczywiście pozycje zupełnie bezdyskusyjne. Trudno wyobrazić sobie polski jazzowy top wszechczasów bez takich pozycji jak „Astigmatic” Krzysztofa Komedy, „Winobranie” Zbigniewa Namysłowskiego, czy „Time Killers” Wojciecha Karolaka, Tomasza Szukalskiego i Czesława Bartkowskiego. Ja przynajmniej takich zestawień nie spotkałem, oczywiście oprócz tych, które czynią niesłuszne założenie, że polski jazz zaczął się od Miłości, no może w zamierzchłych czasach od Young Power.

Oczywiście z czasem te najstarsze albumy trochę się starzeją, warto jednak do nich wracać, a także rozumieć, że nawet jeśli młodzi muzycy nie słuchają często starszych mistrzów, to muzyka ewoluuje w naturalny sposób i w każdym nowoczesnym graniu jest zawsze odrobina tradycji i doświadczeń starszych pokoleń muzyków.

W ciągu najbliższych 20 tygodni zamierzam przedstawić na antenie naszą redakcyjną listę 20, być może 25 najważniejszych polskich płyt jazzowych, w ramach projektu, nazwanego w dość oczywisty sposób Polish Jazz. Listy wybranych albumów nie uda się oczywiście do końca utrzymać w tajemnicy. To jednak nie będzie lista przebojów, nie będzie tu miejsca pierwszego, bo nie może też być wśród arcydzieł gatunku miejsca ostatniego. Poza tym wszystko, co podkreślam po raz kolejny, zależy od muzycznych preferencji.

Wśród naszych wyborów znajdziecie zarówno pozycje absolutnie oczekiwane, jak wspomniane już „Astigmatic”, „Winobranie”, czy „Time Killers”. Będzie też kilka pozycji mniej znanych, ale równie ważnych i muzycznie interesujących. Dlatego właśnie, żeby nie zaczynać zestawienia, tak jak większość podobnych, od „Astigmatic”, chciałbym zacząć od „Wave” Marka Blizińskiego, albumu, który znalazł się całkiem niedawno w naszym światowym Kanonie Jazzu, a który z pewnością również mieści się w moim i naszym redakcyjnym TOP 25 jazzu polskiego, pozostając jednak dla wielu, szczególnie młodszych słuchaczy pewną niespodzianką, co wiem po komentarzach do tego albumu, które pojawiały się po jego przedstawieniu w Kanonie światowym.

Marek Bliziński był i jest jedną z legendarnych postaci polskiego jazzu. Dziś mimo niezwykle ilościowo skromnego dorobku nagraniowego ciągle uważany jest za jednego z najważniejszych polskich gitarzystów. Album „Wave” stanowi w zasadzie jego jedyny autorski projekt.

Dyskografię Marka Blizińskiego uzupełnia kilka stricte jazzowych albumów nagranych z Januszem Muniakiem i Janem Ptaszynem Wróblewskim i całkiem dziś zapomniana płyta „Constellation” Ryszarda Szeremety. Fani mogą do tego dołożyć archiwalia zespołu Czterech i ciekawe nagrania grupy Bemibek oraz solówki zagrane na płytach Ewy Bem i Maryli Rodowicz.

„Wave” jest jedynym solowym albumem Marka Blizińskiego, który w latach osiemdziesiątych rywalizował o tytuł najciekawszego polskiego gitarzysty z Jarosławem Śmietaną. Rozwój jego talentu przerwała choroba, która doprowadziła do przedwczesnej śmierci w 1989 roku.

Według zgodnie brzmiących wspomnień tych, którzy z nim współpracowali, był perfekcjonistą. Z brzmienia genialnego albumu „Wave” nie był zadowolony. Rozpoczął budowę własnego studia nagraniowego, chcąc mieć pełną kontrolę nad brzmieniem swoich kolejnych produkcji. Po nagraniu debiutanckiego albumu współpracował z grupą Air Condition Zbigniewa Namysłowskiego i chcąc zebrać fundusze niezbędne do budowy wymarzonego studia, pływał na statkach wycieczkowych. To właśnie podróże spowodowały najprawdopodobniej pogorszenie jego stanu zdrowia, bowiem po podobno udanej operacji raka skóry lekarze zalecili mu spokojny tryb życia i unikanie słońca. To nie było możliwe na statkach pływających po karaibskich wyspach. Jego podręcznik „Gitara jazzowa” do dziś jest poszukiwaną przez początkujących gitarzystów i uznaną publikacją.

„Wave” zawiera melodie grywane często przez tych gitarzystów, których muzyka inspirowała Marka Blizińskiego. Uwielbiał klasyków jazzowej gitary – Jima Halla, Wesa Montgomery i Joe Passa. Sam dużo komponował, jednak na swojej pierwszej i jak się miało później okazać ostatniej płycie postanowił sięgnąć do jazzowych klasyków. Z dwu sekcji rytmicznych towarzyszących gitarzyście zdecydowanie lepiej wypadają nagrania dokonane w towarzystwie Zbigniewa Wegehaupta i Czesława Bartkowskiego. Jednak nawet niekoniecznie genialna w klasycznym swingującym repertuarze sekcja złożona z Pawła Jarzębskiego i Janusza Stefańskiego nie przeszkadza w prezentacji niezwykłego talentu Marka Blizińskiego.

Genialne wyczucie jazzowej frazy, swoboda improwizacyjna i doskonała artykulacja osiągnięta dzięki niekończącym się ćwiczeniom wyróżniają wszystkie nagrania Marka Blizińskiego. Wrażliwość, wiedza, inwencja i pomysłowość – to wszystko zawarł na swojej jedynej autorskiej płycie – Wave”, albumie, który jest jedną z najważniejszych polskich jazzowych płyt wszechczasów, nawet jeśli miał być tylko początkiem.

Marek Bliziński
Wave
Format: CD
Wytwórnia: Poljazz
Numer: 5907513047827

30 lipca 2019

The Long and The Short of It – The Piping Hot Chicken and Burger Grill – 27 lipiec 2019

W zasadzie ten koncert jest tylko pretekstem. Okazją do powrotu do bloga, sposobem na odrobinę refleksji o rynku muzycznym tu w Australii i tu w Polsce i wielu innych miejscach. Choć sama muzyka, jak zwykle w momencie, kiedy pojawia się w przestrzeni zawsze jest najważniejsza. Tym, którzy poświęcają jej cały swój czas dla naszej – słuchaczy przyjemności należy się najwyższy szacunek i dobrze byłoby, gdyby jeszcze godne wynagrodzenie. Artyści mają nie tylko swoje życie, ale też koszty działań artystycznych, których większość pracujących przy biurkach w korporacjach nie ma.

Są na świecie miejsca muzycznie przepiękne. Do takich należy Australia. Przynajmniej jej zamieszkała część, gdzie niezależnie od stanu i wielkości najbliższej wioski, czy miasteczka, a to dość umowne terminy w przypadku zaludnionego domkami kraju. Australię lubię za wiele spraw, za obowiązujące nie tylko na egzaminie zasady ruchu drogowego, za luz i pogodę ducha wszystkich w zasadzie mieszkańców, za szacunek i zadowolenie ze swojego zajęcia, choćby było takim, które w polskich warunkach chodzi za niegodne i wykonywane jest w atmosferze ogólnego obrażenia na brak zawodowego sukcesu. Mam tu na myśli wielu pracowników sektora usługowego, handlu i gastronomii w większości polskich dużych miast. W Australii znalazłem tylu niezadowolonych pracowników kawiarni, ilu w Polsce poznałem szczęśliwych ze swojego zajęcia. Jednym z istotnych elementów, za które można polubić Australię, jest niezwykła aura muzyczna. Niekoniecznie może bardzo kreatywna i odkrywcza, czasem nawet bardzo przewidywalna, ale jak cały kraj wesoła, wyluzowana i dla ludzi. Tu nie ma może wielkiej sztuki, ale jest fantastyczna muzyka tworzona przez artystów, którzy robią to dla ludzi i uwielbiają z publicznością rozmawiać. Zawsze. Przed koncertem i po nim, w czasie spotkań w sklepach muzycznych i kiedy są rozpoznawani jedząc śniadanie w lokalnej kawiarni. To zresztą również lokalna specjalność. Śniadanie złożone z hamburgera wyposażonego w co najmniej połowę rozgniecionego awokado i często górę frytek. Często owe minimum chips to jakieś pół kilograma.

Miało być o muzyce. Australia jest ojczyzną tak zwanych tribute bands. Z początku nie byłem do nich szczególnie pozytywnie nastawiony. To filozofia, którą trzeba zrozumieć. Sprawne posługiwanie się instrumentami niekoniecznie oznacza, że uda się obronić na scenie własne kompozycje. Ale jeśli sięgnąć po sprawdzone przeboje, można dać wiele przyjemności ludziom w barach, kawiarniach, na festynach i wszelkich innych wydarzeniach, które można ulepszyć serwując muzykę na żywo połączoną z nieodłącznym grillem. Można grać Carlosa Santanę, Johnny Casha, Ninę Simone, Johna Fogerty, Arethę Franklin, The Doors, Led Zeppelin, Nirvanę, Pink Floyd, albo Davida Bowie. Można grać cokolwiek, co ludzie znają i dać im całą masę dobrej zabawy. Bez pretensji do wielkiej sztuki i gwiazdorstwa. Można też grać na ulicy. Nigdzie na świecie nie słyszałem tylu dobrych i wyśmienitych muzyków zbierających grosze do kapelusza, co w Melbourne.

The Long and The Short of It – The Piping Hot Chicken and Burger Grill

Wszyscy wydają sami swoje płyty, sprzedają je na koncertach i czasem w dobrze prosperujących niezależnych sklepach muzycznych. Miejsca takie jak The Basement Discs w Melbourne, czy Red Eye Records w Sydney to piwnice, w których mógłbym spędzić resztę życia. Nie wierzcie tylko we wszystko, co polecą Wam sprzedawcy – dla nich wszystko jest cool. Taki tu zwyczaj. Zanim to zrozumiałem, zdążyłem skompletować całkiem spory stosik płyt, do których nigdy nie wrócę.

Zawsze warto jednak kupić płytę na koncercie. To będzie pamiątka zawsze dobrej zabawy i okazja do pomocy artyście. Bilety zwykle w cenie dwóch butelek piwa (tu nie ma kufli – kolejna okazja do wygodnej pracy obsługi baru), więc płyta za 15 albo dwadzieścia dolarów będzie dobrą pamiątką.

Zespół The Long and The Short of It i jego koncert w niezwykłym The Piping Hot Chicken and Burger Grill w Ocean Grove to tylko okazja i reprezentatywny przykład tego co dzieje się w pobliżu. W odległym o pół godziny jazdy Geelong jest kilka miejsc, gdzie muzyka na żywo pojawia się codziennie, nawet teraz – czyli w zimie. To miasto spore jak na warunki Australii, ale wyobraźcie sobie powiedzmy Radom, gdzie działałyby 2 kluby bluesowe, jeden z muzyką country, kilka miejsc rockowych z muzyką 2 razy w tygodniu, 3 orkiestry symfoniczne i dęte, jazzowy big band i grupę baletową. Chciałbym, żeby tak było.


The Long and The Short of It – The Piping Hot Chicken and Burger Grill

The Long and Short of It to typowy australijski zespół barowy. Dobry kontakt z publicznością, luz i repertuar niezwykle rozbudowany – od Boba Dylana i Johna Fogerty do Leonarda Cohena, Eltona Johna, Jamesa Taylora i Dolly Parton, country, bluesa i całkiem udanych własnych utworów. Barowy zespół z dorobkiem jakiś 10 własnych albumów, pięcioro muzyków cieszących się własnym zajęciem i dawaniem radości słuchaczom w setkach miejsc, gdzie ludzie chcą się bawić przy muzyce na żywo.

04 grudnia 2018

Bootsy Collins – World Wide Funk

Dla fanów Bootsy Collinsa „World Wide Funk” nie będzie zaskoczeniem. Najnowszy album króla szaleńczego funku jest tym, czego się spodziewają. Najnowsze dzieło szalonego muzyka utrzymuje wysoki poziom wyznaczony przez niego samego dekady temu. Nieustająca impreza w studiu – chyba nie mogło być inaczej. Nagrania posklejane z małych skrawków zarejestrowanych wśród przyjaciół i później starannie wyprodukowanych. Nie biorę pod uwagę możliwości zarejestrowania tych dźwięków na żywo, choć Bootsy Collins grywa koncerty i są one równie szalone, jak jego studyjne nagrania.


Przeczytanie listy ludzi, którzy wzięli udział w rejestracji albumu zajmuje mniej więcej tyle czasu, ile jego wysłuchanie. Część tych artystów jest zupełnie nieznana, pojawiają się jednak również niekwestionowane gwiazdy rapu i nowoczesnej produkcji przebojów dla młodych słuchaczy w rodzaju Snoop Dogga, czy Big Daddy Kane’a, znanych również z innych przebojowych jazzowych produkcji spod znaku Quincy Jonesa. Zresztą recepta na muzykę Bootsy Collinsa jest dość podobna do tej z ostatnich albumów QJ – zaprosić mnóstwo gości, napisać dobre piosenki i posiedzieć trochę nad konsoletą. Tyle tylko, że produkcje Quincy Jonesa są bardziej wyważone, a te w wykonaniu Bootsy Collinsa zupełnie szalone, momentami wręcz radykalne. Dla każdego to, co mu pasuje. Ja sięgam od czasu do czasu po muzykę Bootsy Collinsa, zawiera niesamowitą wręcz dawkę energii.

Tym razem w studiu pojawili się również artyści o dużych jazzowych nazwiskach - Dennis Chambers, Stanley Clarke i Victor Lemonte Wooten. Ich udział jest jednak symboliczny. Utalentowany lider mógłby chyba wszystkie dźwięki zawarte na swojej najnowszej płycie zagrać sam, ale wtedy nie byłoby imprezy i okazji do umieszczenia szacownych nazwisk na specjalnej naklejce dumnie zdobiącej okładkę.

Często można spotkać się z opinią, że w twórczości Bootsy Collinsa więcej jest kiczu i udawania, niż prawdziwej muzyki. Niezwykle barwne stroje, konstruowane na zamówienie instrumenty i sceniczne spektakle to oczywiście nieodzowny element zjawiska kulturowego znanego jako Bootsy Collins. Nie można jednak ignorować szalonej i wymykającej się wszelkim próbom kategoryzacji muzyki tworzonej przy okazji tego szaleństwa. Kiedyś podobnie pisało się w jazzowym światku o sceniczny ekscesach Sun Ra, czy szalenie szerokich muzycznych horyzontach Johna Zorna. Dziś nikt nie kwestionuje ich muzycznych dokonań. Podobnie jest z Bootsy Collinsem, artystą, który na swój sposób szokuje publiczność już od niemal 50 lat, od momentu, kiedy jego pierwszy zespół – The Pacemakers stał się grupą akompaniującą Jamesowi Brownowi.

Czasem żałuję, że w jego autorskich projektach ma mało okazji do wykazania się swoim mistrzostwem gry na gitarze basowej i całkiem niezłym wokalem. Zatłoczone studio nie sprzyja popisom solowym. Taka od lat pozostaje konwencja muzyki Bootsy Collinsa. Dla tych, którzy chcą usłyszeć więcej samego lidera – pozostaje śledzenie jego całkiem licznych gościnnych występów na płytach innych gwiazd, od Keitha Richardsa poprzez Fatboy Slima, na Herbie Hancocku skończywszy.

Album jest również wzruszającym pożegnaniem Bernie Worrella, jednego z najwierniejszych muzycznych towarzyszy Bootsy Collinsa od początku jego muzycznej drogi, człona zespołów Parliament i Funkadelic, współpracującego również długo z Talking Heads. W kompozycji „A Salute To Bernie” wykorzystano fragmenty nagrane przez Worrella krótko przed jego śmiercią w 2016 roku.
„World Wide Funk” ukazał się po niemal 7 latach od ostatniej płyty Bootsy Collinsa – „Tha Funk Capital of the World”. Mam nadzieję, że na kolejny album nie będzie trzeba czekać aż tak długo, bowiem mistrz funku pozostaje w doskonałej dyspozycji i mimo faktu, że jego produkcje wydają się dość powtarzalne i przewidywalne, lubię jego styl i czekam na kolejne nagrania.

Trochę szkoda, że nie udało się lepiej wykorzystać potencjału basistów zgromadzonych do nagrania „Bass-Rigged-System” – po utworze z udziałem Vctora Wootena, Stanleya Clarke’a, Manou Gallo i wschodzącej gwiazdy funku – Alissii Benveniste oraz samego lidera spodziewałem się więcej basu… Jednak album i tak uważam za doskonały.

Bootsy Collins
World Wide Funk
Format: CD
Wytwórnia: Mascot
Numer: 819873014751

03 grudnia 2018

Charles Lloyd Quartet - Charles Lloyd In The Soviet Union

Album został zarejestrowany podczas występu kwartetu Charlesa Lloyda w Tallinnie, mieście wtedy będącym częścią Związku Radzieckiego, choć cieszącym się nieco większą swobodą kulturalną w związku z bliskością Finlandii i sporą odległością od Moskwy. W 1967 roku jazz nie był najbardziej lubianą przez tamtejszą władzę formą rozrywki.


Jednak nie ze względu na nietypowe okoliczności występu płyta zasługuje na uwagę. W owym czasie, objęta praktycznym kulturalnym embargiem publiczność przyjęłaby nawet słaby występ muzyków zza żelaznej kurtyny entuzjastycznie. Sam fakt tego występu był sensacją, nie jedyną, bowiem do Związku Radzieckiego przyjeżdżali okazjonalnie znani amerykańscy muzycy, których trasy koncertowe po wrogich krajach były ówcześnie sponsorowane przez amerykański Departament Stanu. W ramach takich tras między innymi w samej Moskwie wystąpiła orkiestra Dizzy Gillespiego. Wkrótce po słynnym koncercie grupy Charlesa Lloyda w Tallinnie, w Moskwie pojawił się Gerry Mulligan i jakimś cudem udało mu się zagrać kilka skromnych koncertów z radzieckimi muzykami. Do Związku Radzieckiego, podobnie jak do Polski docierały audycje Willisa Conovera. Zainteresowanym tematem polecam wyśmienite opracowanie Lisy E. Davenport „Jazz Diplomacy”.

Festiwal w Tallinnie, tym za żelazną kurtyną odbył się w zasadzie jedynie w 1966 i 1967 roku. Wtedy na tej samej scenie co Charles Lloyd wystąpił również Zbigniew Namysłowski z Adamem Makowiczem. Później już władza nie pozwoliła na kontynuowanie imprezy.

Niezależnie od okoliczności występu, zespół działający w składzie: Charles Lloyd, Keith Jarrett, Ron McClure i Jack DeJohnette nie mógł być słaby, nawet jeśli Keith Jarrett miał jeszcze całą swoją wielką karierę przed sobą. W 1967 roku – kiedy zarejestrowano album „Charles Lloyd In The Soviet Union”, Keith Jarrett wydał swoją debiutancką płytę „Life Between the Exit Signs”, na którą też pewnie przyjdzie czas w Kanonie Jazzu. W końcówce lat sześćdziesiątych kwartet Charlesa Lloyda był niezwykle aktywny. W samym tylko 1966 roku ukazały się 4 albumy tej formacji, podobnie w 1967 roku. Jedna z tych płyt – „Journey Within”, całkiem niedawno pojawiła się w naszym radiowym Kanonie Jazzu.

Zespół w tym czasie dużo koncertował i muzycy byli w wyśmienitej formie. Charles Lloyd potrafił z sukcesem porzucić etykietę naśladowcy Johna Coltrane’a, którą wówczas obdarzano właściwie każdego eksperymentującego tenorzystę. Coraz częściej sięgał również po flet, który przestał być w jego rękach jedynie brzmieniową ciekawostką.

„Charles Lloyd In The Soviet Union” do doskonała koncertowa rejestracja – dokument, pozwalający powrócić nam dziś do 1967 roku, kiedy obok zespołów Cannonballa Adderleya i Milesa Davisa, kwartet Charlesa Lloyda był jednym z najbardziej twórczych i jednocześnie najmniej komercyjnych jazzowych formacji swoich czasów. Miles miał właśnie nagrać „Miles In The Sky”, Cannonball miał na swoim koncie „Mercy, Mercy, Mercy”, a Charles Lloyd w towarzystwie dobrze się zapowiadającego pianisty – Keitha Jarretta robił swoje stojąc na straży jazzowego mainstreamu z odrobiną improwizacyjnego szaleństwa. Warto zauważyć, że we wszystkich 3 formacjach pierwsze kroki stawiali pianiści, którzy mieli już kilka lat później przejąć od swoich liderów rolę wyznaczających nowe jazzowe kierunki – u Cannonballa – Joe Zawinul, u Milesa sięgający po elektronikę Herbie Hancock, a u Charlesa Lloyda – Keith Jarrett.

Charles Lloyd Quartet
Charles Lloyd In The Soviet Union
Format: CD
Wytwórnia: Rhino / Atlantic / Warner
Numer: WPCR-27265

02 grudnia 2018

Dr. Lonnie Smith - All In My Mind

„Evolution” – poprzedni album Dr. Lonnie Smitha, był niezwykle udanym powrotem tego muzyka do wytwórni Blue Note. Wtedy w nagraniu uczestniczyli goście specjalni – Joe Lovano i Robert Glasper. Tym razem dużych nazwisk zabrakło, liderowi towarzyszył jego stały zespół, a album zarejestrowana na jednym z koncertów. W efekcie powstała nowoczesna płyta, będąca zapisem bieżącej wyśmienitej formy artystycznej 75-letniego Dr. Lonnie Smitha.


Czasy świetności zespołów opartych o organy Hammonda i gitarę przypadały na końcówkę lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, jednak wymyślona wtedy formuła melodyjnego grania przebojów znanych koncertowej publiczności jest ponadczasowa i aktualna do dziś. Album taki jak „All In My Mind” mógłby powstać równie dobrze ćwierć wieku temu. Współcześnie brzmienie klasycznego Hammonda można uzupełnić o inne instrumenty klawiszowe, z czego jednak, Dr. Lonnie Smith korzysta dość sporadycznie. Ten umiar w wykorzystaniu elektroniki jest doskonałą decyzją, pozwala wzbogacić brzmienie, ale zespół dalej porusza się w ramach sprawdzonej formuły. Uważam, że owych dodatkowych instrumentów nie powinno być więcej. Nowoczesną elektronikę warto zostawić innym.

Brzmieniową zagadką tego albumu jest dla mnie intro do „Alhambry”. Nie podejrzewam Dr. Lonnie Smitha użycie wcześniej przygotowanego fragmentu zagranego przez kogoś na trąbce, to raczej jakieś dobrze wykorzystane możliwości syntezatora pozwoliły na chwilę wyczarować trąbkę z tłumikiem w stylu Milesa Davisa z okresu nagrań dla Prestige.

To właśnie „Alhambra” – utwór skomponowany przez lidera jest tym utworem, dla którego będę często wracał do tego albumu – pierwszej istotnej wydanej w 2018 roku jazzowej płyty, firmowanej przez wielką kiedyś jazzową wytwórnię i wyprodukowanego przez Dona Wasa, producenta z dużym dorobkiem, mającego jednak „na sumieniu” sporo prostych, banalnych i komercyjnych produkcji. Jego współpraca z Dr. Lonnie Smithem nie stanowi jednak próby uczynienia z tego doskonałego muzyka dostawcy przebojów dla poszukującej nowej tożsamości legendarnej wytwórni. „All In My Mind” to jazzowy klasyk, podobnie jak poprzedni album muzyka wyprodukowany przez Dona Wasa – „Evolution”.

Zestaw utworów jest typowy dla koncertowego repertuaru zespołów działających w podobnym składzie. Zapewnia wyeksponowanie brzmienia organów, okazję do zagrania chwytliwych melodii na gitarze i przestrzeń dla solówek dla wszystkich. Dodatkowy gościnny udział drugiego perkusisty (Joe Dyson) i wokalistki (Alicii Olatuja) urozmaica program występu. Zestawienie nowych utworów własnych („Alhambra”) ze sprawdzonymi klasykami – utwór tytułowy pojawił się po raz pierwszy na płycie „Funk Reaction” w 1977 roku uzupełniają klasyki jazzowe – „Juju” Wayne Shortera i „On a Misty Night” Tadda Damerona, a także zaskakujące covery zaczerpnięte z muzyki popularnej – „50 Ways to Leave Your Lover” Paula Simona.

Występami w nowojorskim Jazz Standard Dr. Lonnie Smith świętował swoje 75 urodziny. W takiej formule można nagrywać co chwilę nowy album, an przykład z okazji każdych kolejnych urodzin, a ja po każdy z nich ustawię się w kolejce. „All In My Mind” nie jest płytą historycznie ważną, przełomową ani zaskakującą. Jest tylko i aż doskonałą jazzową płytą, w szczególności wartą polecenia tym, którzy tak jak ja uwielbiają brzmienie klasycznych organów Hammonda.

Dr. Lonnie Smith
All In My Mind
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 00602567218722