17 maja 2012

Simple Songs Vol. 54


Wczoraj pogoda była zdecydowanie marcowa, a nie majowa, przynajmniej w Warszawie. Deszcz postanowił chyba nadrobić zaległości z całego miesiąca… Tematem audycji była kompozycja Billy Strayhorna – „Lush Life”. Trzeba się jednak zająć deszczem. Na taką pogodę jest jedno lekarstwo – wczoraj sprawdziło się po raz kolejny. To magiczne zaklęcie. Jadąc do studia przypomniałem sobie historię pewnego koncertu Bruce’a Springsteena z Dublina, z roku 2008 albo 2009. Cały dzień padało. Fani wiedzą jaka jest recepta Bossa na taką pogodę. To kompozycja Johna Fogerthy – „Who’ll Stop The Rain”. Zespół już jest w Europie, zaczął od słonecznej majowej Hiszpanii, więc na razie nie było okazji sprawdzić na żywo, czy zaklęcie nadal działa. Tego wieczora w Dublinie zadziałało perfekcyjnie. Już w połowie utworu na ciemnym niebie w zupełnie niespodziewany sposób powstała w chmurach dziura akurat wielkości stadionu, przez którą przedostały się pierwsze tego dnia promienie słońca, tworząc tęczę dokładnie nad sceną… Wczoraj też zadziałało… Wybrałem najlepszą chyba (przynajmniej technicznie) wersję, nagranie nigdy nie ukazało się na oficjalnej płycie Bruce’a Springsteena. Nie sięgam często do bootlegów, ale tym razem w związku z pogodą czułem się usprawiedliwiony.

* Bruce Springsteen – Who’ll Stop The Rain – Rockin’ Live From Italy 1993

Zanim przejdziemy do Billy Strayhorna i „Lush Life” posłuchamy jeszcze jednego krótkiego nagrania. To w audycji była mała zagadka… Kilka elektronicznych listów od słuchaczy pojawiło się natychmiast. Niezwykła osobowość, niezwykle osobiste, intymne wręcz teksty w połączeniu z zupełnie zdumiewającą i w części do dziś nie rozszyfrowaną techniką gry na gitarze. „Things Behind The Sun” – Nick Drake z ostatniego z 3 albumów, które zdążył nagrać w ciągu zaledwie kilku lat swojej muzycznej aktywności – „Pink Moon”. To muzyka, która pasuje do deszczowego popołudnia… A popularność Nicka Drake’a w Polsce niedługo wzrośnie… Wierzcie…. Będzie się działo… Choć i tak każdy muzyk, którego o Nicka pytam zna jego nagrania…

* Nick Drake – Things Behind The Sun – Pink Moon

Historia „Lush Life” jest zupełnie niewiarygodna. To utwór napisany w latach trzydziestych ubiegłego wieku przez Billy Strayhorna. „Lush Life” to nie tylko melodia, ale tekst, który w wypadku tej kompozycji jest co najmniej równie ważny. Trudno więc uwierzyć, że głęboko refleksyjny tekst o stosunkach damsko-męskich napisał niespełna 16 letni Billy Strayhorn… Tak jednak było. W związku z tym wypada zacząć od wersji z tekstem… Sam kompozytor nigdy nie nagrał swojej najbardziej znanej, obok „Take The A Train” kompozycji, a zagrał ją tylko raz z orkiestrą Duke Ellingtona w 1948 roku na koncercie w Carnegie Hall. Tego nagranie nie udało mi się odnaleźć w moich zbiorach. Istnieje jednak wersja, którą wielu uważa za wzorzec wykonania „Lush Life”. To nagranie z zarejestrowanej na kilku sesjach w 1957 i 1958 roku płyty „John Coltrane And Johnny Hartman”.

* John Coltrane And Johnny Hartman – Lush Life - John Coltrane And Johnny Hartman

Nawet w tak wolnym tempie i balladowym nastroju John Coltrane w partii solowej nie potrafił powstrzymać się od próby poszukiwania alternatywnych akordów. Ten album jest często uznawany przez wielu fanów saksofonisty za zupełnie niepotrzebny w jego dyskografii. Jestem innego zdania. To jeden z najpiękniejszych męskich albumów wokalnych w całej historii jazzu. Być może w tym miejscu powinno pojawić się nagranie Nat King Cole’a, jednak jego również nie udało mi się w moich zbiorach odnaleźć. Przygotowanie audycji o „Lush Life” stało pod znakiem odkrywania potrzeby uzupełnienia zbiorów… Lista płyt, które znam i które powinny się tu dziś znaleźć, a których nie posiadam została uzupełniona o albumy Nat King Cole’a, Cheta Bakera i Blossom Dearie… O nagraniu Elli Fitzgerald z Oscarem Petersonem zwyczajnie zapomniałem… To z pewnością trzeba będzie w najbliższym czasie nadrobić, bowiem co najmniej jedno z nich (znam 3 z różnych okresów współpracy tych artystów) powinno się w audycji poświęconej „Lush Life” znaleźć.

„Lush Life” poleciła mi jako temat audycji Aga Zaryan – to była po raz kolejny odpowiedź na pytanie – jaki jest pierwszy standard, który masz na myśli….

„Lush Life” to nie tylko tekst… To również wyśmienita kompozycja i jak każdy standard może zostać zagrana w bardzo różny sposób na każdym właściwie instrumencie. Wśród wielu wersji instrumentalnych, moją ulubioną jest solowe nagranie fortepianowe umieszczone na płycie Michela Petrucciani – „Promenade With Duke” poświęconej Duke Ellingtonowi. Tu „Lush Life” jest nieco przy okazji, bowiem jedynym związkiem tej kompozycji z Duke Ellingtonem jest fakt, że kompozytor był przez wiele lat związany z jego orkiestrą…

* Michel Petrucciani – Lush Life – Promenade With Duke

Do tego albumu Michela Petruccianiego wracam bardzo często…

Dla wielu artystów, których dziś usłyszymy „Lush Life” ma szczególne znaczenie. Ich albumy często od „Lush Life” się rozpoczynają, albo kończą tą kompozycją. Czasem też „Lush Life” pojawia się w tytule płyty, albo jest wyróżnione innym, niż w pozostałych nagraniach składem instrumentalnym… Czyli jest potraktowane odmiennie… Tak będzie już do końca naszego spotkania… Posłuchajmy zatem fragmentu płyty „Lush Life” Jacinhy. Ta egzotyczna wokalistka współpracuje w wielu nagraniowych sytuacjach z Darkiem Oleszkiewiczem, mamy zatem polski akcent, jednak to jeszcze nie polski kącik w encyklopedii standardów… Polskie wykonanie jeszcze przed nami…

* Jacintha – Lush Life – Lush Life

W latach siedemdziesiątych Joe Pass nagrał z pomocą producenta Normana Granza niezliczone ilości płyt, w większości wyjątkowo dobrych, a z pewnością stanowiących niedościgniony do dziś skarbiec gitarowych improwizacji. Do płyt z serii „Virtuoso” w związku z prezentacją różnych wykonań tych najpopularniejszych jazzowych kompozycji również często sięgam w audycji. „Lush Life” otwiera dwupłytowy w wersji cyfrowej album „Virtuoso #4”. Na gitarze akustycznej opowie nam o swojej wizji „Lush Life” Joe Pass.

* Joe Pass – Lush Life – Virtuoso #4

Teraz kącik polski. Ewa Bem nagrywając płytę z największymi przebojami Elli Fitzgerald, zaliczyła do nich „Lush Life”. W nagraniach uczestniczyła cała plejada najwybitniejszych polskich muzyków, między innymi Jan Ptaszyn Wróblewski, Henryk Majewski i Henryk Miśkiewicz i Andrzej Jagodziński. Aranżacje przygotowywał specjalnie na ten album Jan Ptaszyn Wróblewski. Jednak po raz kolejny „Lush Life” potraktowano odmiennie… To duet z fortepianem Andrzeja Jagodzińskiego.

* Ewa Bem – Lush Life – Bright Ella’s Memorial

Podobna sytuacja miała miejsce w 1991 roku, kiedy na do studia nagraniowego wracał w roli lidera po wielu latach przerwy Joe Henderson. Dysponował absolutnie fenomenalnym gwiazdorskim składem. Na jego płycie poświęconej muzyce Billy Strayhorna – albumie nazwanym „Lush Life: The Music Of Billy Strayhorn” – po raz kolejny „Lush Life” w nazwie płyty, zagrali Wynton Marsalis, Stephen Scott, Christian McBride i Gregory Hutchinson. Nawet w drugim szeregu ludzi odpowiedzialnych za płytę była absolutna ekstraklasa – za dźwięk odpowiadał Rudy Van Gelder, płytę wyprodukował Richard Seidel, wstępniaka napisał sam Stanley Crouch, a zdjęcia zrobił William Claxton… Ale „Lush Life” Joe Henderson postanowił zagrać zupełnie sam na swoim saksofonie i umieścić na końcu albumu…

* Joe Henderson – Lush Life – Lush Life: The Music Of Billy Strayhorn

Na zakończenie kolejne nagraniu kończące album - „My Romance” Kevina Mahogany. „Lush Life” należy do kompozycji często wybieranych przez jazzowych wokalistów… Na koniec jeszcze odrobina usprawiedliwienia… Na „Lush Life” z płyty Johna Coltrane’a pod tym samym tytułem zwyczajnie zabrakło czasu…

* Kevin Mahogany – Lush Life – My Romance

15 maja 2012

Keith Jarrett – Treasure Island


Dawno, dawno temu, gdzieś w Ameryce…. Keith Jarrett komponował piękne melodie, muzycy zabawiali się instrumentami perkusyjnymi ponad miarę, a nagranie płyty jazzowej bez elektrycznej gitary, choćby w kilku utworach skazywało taki album na miano awangardy, czyli czegoś, co sprzeda się w ilości optymistycznie nazywanej śladową… Czyli na komercyjną klapę nie pozwalającą producentowi sfinansować nawet kosztów kawy wypitej w studio nagraniowym.

Był rok 1974. Szczyt popularności jazz-rocka. Keith Jarrett nie był już postacią nieznaną. Miał za sobą już sporo projektów solowych. O części z nich pewnie chciałby dziś zapomnieć – jak choćby o „Restoration Ruin”.

Jedną z najważniejszych cech wielkich artystów jest podążanie swoją drogą, nawet jeśli jest ona kręta i czasem niezbyt zgodna z tym, co dzieje się obok… Cały świat słucha i kupuje elektrycznego Milesa Davisa, tworzone na wyścigi przez muzyków jazzowych i rockowych zespoły naśladujące brzmienie „Bitches Brew”, a Keith Jarrett wydaje coś, co można nazwać z perspektywy czasu jazz-rockiem unplugged. Na „Treasure Island” w dwu utworach usłyszymy co prawda elektryczną gitarę w rękach całkiem sprawnego Sama Browna. To jednak zdecydowanie akustyczna muzyka zdominowana przez brzmienie fortepianu lidera.

Być może czasami za dużo tu instrumentów perkusyjnych, można mieć wrażenie, że to rodzaj popisywania się nowymi zabawkami… Tak się jednak wtedy grało… Musiało być gęsto i dużo dźwięków, w muzyce było mało przestrzeni… Choć na „Treasure Island” jest jej i tak, jak na rok 1974 zdecydowanie dużo.

W czasach kiedy nie było internetu i wszechobecnych wyszukiwarek można było na radiowej antenie zadawać pytania o ulubione solo na saksofonie Keitha Jarretta. Wtedy takie konkursy wygrywali prawdziwi fani, którzy pamiętali całkiem zgrabnie zagrane „Angels”. Dziś wygra ten, kto szybciej napisze maila z odpowiedzią i potrafi skomponować dobre pytanie w wyszukiwarce internetowej. Lata siedemdziesiąte nie wrócą. Niektóre płyty z tego okresu brzmią dziś archaicznie, inne tak samo dobrze jak wtedy. Czas działa dobrze na muzykę i wino. Na dobrą muzykę i dobre wino należałoby dodać. Czas dobrze podziałał na „Treasure Island”. To jest dziś nawet lepsza płyta, niż w czasie jej wydania, a to cecha najlepszych produkcji.

W partiach fortepianowych można do woli obserwować poszukiwanie własnej tożsamości przez lidera. Już za kilka miesięcy nagra przecież „Koln Concert” – płytę, która stworzy ECM i uczyni z Keitha Jarretta megagwiazdę już na zawsze…

Utwór tytułowy to wyśmienita, wpadająca w ucho kompozycja lidera. Świetnie brzmi również saksofon Dewey Redmana. Doskonała sekcja rytmiczna (Charlie Haden i Paul Motian) nieco ginie w gąszczu instrumentów perkusyjnych. Żeby ją docenić trzeba nieco bardziej wprawnego ucha. „Treasure Island” to jedna z tych mainstreamowych płyt jazzowych, która jest do przyjęcia dla każdego słuchacza, który jest w stanie skupić się na słuchaniu muzyki, a nie na czekaniu na przerwę na reklamę lub konkurs z nagrodami. To płyta, która jest typowym produktem swoich czasów, jednak gdyby powstała dziś byłaby równie dobra.

Keith Jarrett
Treasure Island
Format: CD
Wytwórnia: Impulse! / Verve / Universal
Numer: 602517967182

13 maja 2012

The Dave Brubeck Quartet – Jazz Goes To College


„Jazz Goes To College” … Chciałbym chodzić do takiego college’u… Dziś już takich szkół nie ma. To znaczy są, czasem to te same szkoły co wtedy, w 1954 roku. Tylko muzyka na nich gra zupełnie inna, czasy inne… Chyba, że organizują imprezę dla seniorów…

Na szczęście mamy takie płyty, nie tylko ważne historycznie, ale zupełnie ponadczasowe, zwyczajnie piękne. Muzyka kwartetu Dave Brubecka będzie bowiem z nami zawsze, nawet wtedy, kiedy świat już dawno zapomni o tym, czego dziś słuchają studenci.

Mimo wszystko jednak, chciałbym chodzić do takiej szkoły, gdzie w szkolnych audytoriach i amfiteatrach grywałby w niedzielne popołudnia kwartet Dave Brubecka… To byłoby naprawdę coś…

Pewnie wielu z Was zapyta, czemu akurat ta płyta Dave Brubecka. Przecież z pozoru oczywistym wyborem jest „Time Out” ze słynnym przebojem „Take Five”, albo koncert z Carnegie Hall, albo z Blackhawk… Albo jeszcze z 5 innych wyśmienitych albumów.

To jednak właśnie „Jazz Goest To College” to niewymuszone, zrelaksowane i pełne wyśmienitych partii solowych granie. To także kwintesencja kwartetu Dave Brubecka. Zespołu, jednego z kilku zaledwie tak doskonałych w historii fortepianowych składów. Pamiętajmy, że to ta sama liga, co słynne trio Keitha Jarretta, czy zespołu Billa Evansa. To zwyczajnie najwyższa fortepianowa liga. To również zespół, który nominalnie miał jednego lidera i kierownika muzycznego – Dave Brubecka. To jednak z dzisiejszej perspektywy dość nieuczciwa nazwa – The Dave Brubeck Quartet. Chcąc w pełni odzwierciedlić w nazwie naturę zespołu i muzyki, dziś zapewne powstałby Dave Brubeck / Paul Desmond Quartet, albo nawet Paul Desmond Quartet… Biorąc pod uwagę ilość i jakość partii solowych, Pual Desmond jest co najmniej równym partnerem nominalnego lidera. To także on napisał największy przebój zespołu, wspomniany już „Take Five”. To jednak nastąpiło parę lat po nagraniu „Jazz Goes To College”.

Trudno na tej płycie wskazać najlepsze fragmenty. Jej jedyną wadą jest fakt, że nie mamy tu do czynienia z nagraniem jednego koncertu, ale wybranymi fragmentami kilku koncertów, w dodatku zagranych w różnych salach. Trochę na tym traci atmosfera nagrania. Myślę, że każdy z tych koncertów, z których producenci pobrali fragmenty i umieścili na płycie, wydany w całości byłby świetną płytą… Może takie taśmy gdzieś istnieją i odnajdą się w cudowny sposób, kiedy będzie potrzeba jakiegoś jubileuszowego wznowienia...
Ta płyta, to był też pierwszy większy komercyjny sukces zespołu Dave Brubecka, muzyka, który jk mało kto w tamtych czasach potrafił pogodzić poszukiwanie nowej publiczności – na przykład na uniwersytetach, z całkiem skomplikowanymi harmonicznie kompozycjami i wieloma inspiracjami pochodzącymi z muzyki klasycznej… Autorski pomysł żony artysty, która niestrudzenie organizowała dziesiątki koncertów w całym kraju zaowocował całą serią koncertów i później płyt – „Jazz At The College Of The Pacific”, „Jazz Goest To College” i „Jazz Goes To Junior College”.

Dla mnie to jednak przede wszystkim jedna z najlepszych płyt Paula Desmonda… To dla jego saksofonowych solówek często wracam do tego albumu…

The Dave Brubeck Quartet
Jazz Goes To College
Format: CD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 886975696321

11 maja 2012

Chano Dominguez - Flamenco Sketches


„Flamenco Sketches” po hiszpańsku… To nie powinno nikogo zdziwić, ale już „Freddie Freeloader”, czy „So What” z hiszpańskimi wokalizami przypominającymi klimatem flamenco to coś niespodziewanego. A takie właśnie pomysły oferuje nam Chano Dominguez.

Nigdy wcześniej nie słyszałem nagrań tego hiszpańskiego pianisty, jednak spoglądając na sklepową półkę w jego rodzinnym kraju nie sposób było zignorować kilkunastu dostępnych od ręki płyt, które z pewnością nie wyczerpują jego bogatej dyskografii. Wybrałem pozycję najnowszą, bowiem zaintrygował mnie wybór utworów, no i fakt, że to nagranie koncertowe, a te z reguły są najlepszą wizytówką artysty, przynajmniej na początek…

Zaryzykowałem więc nieco w ciemno zaintrygowany zestawieniem największych klasyków skomponowanych przez Milesa Davisa i to ryzyko opłaciło się. To bowiem wyśmienita płyta, zresztą jeśli nie byłaby co najmniej bardzo dobra, nie znalazłaby się w tym miejscu.

Wydawnictwo ukazało się kilka tygodni temu i jest tak nowe, że nie wspomina o nim nawet oficjalna strona internetowa artysty. Przynajmniej w chwili, kiedy piszę ten tekst. Blue Note – wydawca albumu, też chyba nie traktuje tej pozycji z jakąś szczególną atencją… Przynajmniej w Polsce nikt nie zadbał choćby o informację prasową o tym tytule… A szkoda, bo pozycja to wyśmienita.

Wystarczy popatrzeć choćby na zestawienie tytułów…  „Flamenco Sketches”, „Freddie Freeloader”, „Blue In Green”, „So What”, „All Blues”, „Nardis” i „Serpent's Tooth”. To same klasyczne kompozycje Milesa Davisa. Wyobraźmy sobie przez chwilę taka składankę, która nigdy zapewne nie powstanie.

„Flamenco Sketches” i „Freddie Freelowader” – biorę bez zbędnego zastanawiania się nad innymi wersjami z „Kind Of Blue” – to pierwotnie Columbia (teraz Sony). „Blue In Green” pewnie też nie znajdziemy w ciekawszej wersji…

„So What” – tu już zaczynają się schody… Kilkanaście wersji koncertowych dostępnych na oficjalnie wydanych albumach Milesa w różnych składach… Nagranie koncertowe z Carnegie Hall z 1961 roku… Rejestracja koncertu ze Sztokholmu z 1960 roku z Johnem Coltrane’m – to może nie do końca oficjalne wydawnictwo, ale jakością dźwięku i przede wszystkim muzyki dorównuje tym najlepszym. Kolejny koncert z Blackhawk – tym razem z Hankiem Mobleyem („In Person Friday And Saturday Nights At The Blackhawk”). Ja jednak mam tu niepodważalnego faworyta – zagraną w chyba najszybszym możliwym tempie wersję z jednej z moich absolutnie ulubionych płyt Milesa Davisa – „The Complete Concert 1964 My Funny Valentine + Four & More”. Tutaj gra już Herbie Hancock i Tony Williams. Jest też Ron Carter. I mimo to, że George Coleman z pewnością nie jest najlepszym saksofonistą z jakim grał Miles, ale ta płyta jest magiczna.

„All Blues” – to znowu trudny wybór. Klasyka – czyli „Kind Of Blue”, koncerty z Plugged Nickel z Herbie Hancockiem i Wayne Shorterem z 1965 roku, a może „The Complete Concert 1964 My Funny Valentine + Four & More”, albo wspomniany już koncert ze Sztokholmu, a raczej zbiorowe wydanie dwu koncertów – „In Stockholm 1960, Complete” – tu można wybrać wersję wiosenną z Johnem Coltrane’m i jesienną z Sonny Stittem. Tutaj chyba zdecydowałbym się na koncert z Plugged Nickel.

„Nardis” – to ciekawostka. Sytuacja w sumie jest niejasna… Miles Davis nigdy nie nagrał tego utworu. Nie znalazłem go również w żadnej wersji koncertowej. To kompozycja kojarzona z Billem Evansem, który sam przypisywał autorstwo Milesowi Davisowi, jednak wielu twierdzi, że to właśnie Bill Evans napisał „Nardis”. Historia tej kompozycji wypełniłaby wiele stron… Faktem jest, że nie da się znaleźć nagrania z udziałem formalnego jej kompozytora. Tak więc w naszej hipotetycznej składance miejsce znalazłaby nagranie z albumu Billa Evansa – „Trio Live” z 1964 roku, albo to historycznie najwcześniejsze, pochodzące z płyty Juliana Cannonballa Adderleya z 1958 roku – „Portrait Of Cannonball” z Billem Evansem i Blue Mitchellem na trąbce.

Na koniec trzeba wybrać jakieś wykonanie „Serpent's Tooth” – tutaj wybór jest prosty – nieco zapomniany album Milesa Davisa „Collector’s Items” i nagranie z 1953 roku z udziałem Charlie Parkera i Sonny Rollinsa.

Tak to wyglądałaby składanka największych przebojów skomponowanych przez Milesa Davisa, choć każdy znawca tematu z pewnością dorzuciłby parę swoich typów. Ta lista to jednak osobisty wybór Chano Domingueza i muszę przyznać, że wybór bardzo dobry, choć oczywiście, co widać od razu – to wybór pianisty…

Pomysł na luźne potraktowanie tematów i przyprawienie ich całkiem sporą dawką hiszpańskiego folkloru i ekspresji flamenco wydaje się sensowny w przypadku „Flamenco Sketches”, ale dość ryzykowny w przypadku choćby „All Blues”. Jednak całość brzmi wyśmienicie, nowocześnie, a zarazem z szacunkiem do oryginalnych kompozycji. Chano Dominguez to nie tylko doskonały warsztatowo pianista. Takich jest wielu. To również muzyk z oryginalnymi pomysłami. Podjął spore ryzyko stając obok Billa Evansa i Wyntona Kelly, których nagraniu większości prezentowanego na płycie repertuaru większość potencjalnych nabywców płyty zna na pamięć. Podjął to ryzyko i pokazał, że ciągle można zrobić coś ciekawego…

„Flamenco Sketches” to niezwykle oryginalny, zaskakujący, pełen energii i ciekawych pomysłów album.

Chano Dominguez
Flamenco Sketches
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 5099967945320

Simple Songs Vol. 54


So What” to królewski standard. Znają go wszyscy fani jazzu. To on rozpoczyna słynny album „Kind Of Blue” Milesa Davisa. I to jest jego premierowe wykonanie z tych utrwalonych na płycie, a jak twierdzą świadkowie wydarzeń, również to właśnie podczas tej sesji został po raz pierwszy zagrany. Nie wypada więc zacząć od jakiegokolwiek innego wykonania… Zagrają oprócz Milesa Davisa (trąbka) również John Coltrane i Julian Cannonball Adderley na saksofonach, Bill Evans na fortepianie, Paul Chambers na kontrabasie i Jimmy Cobb na bębnach.

* Miles Davis – So What – Kind Of Blue

Wybierając utwory do tej audycji zauważyłem dość ciekawą, choc również z wielu względów oczywistą prawidłowość. Otóż „So What” to kompozycja często grywana przez pianistów, a prawie wcale przez trębaczy. Oczywiście oprócz jej kompozytora – czyli Milesa Davisa, który nagrywał „So What” wiele razy. Zresztą do jego nagrań jeszcze powrócimy. Teraz posłuchajmy jeszcze ciepłej nowości. To będzie fragment bardzo ciekawego albumu ze słynnymi kompozycjami Milesa Davisa, nagranego całkiem niedawno przez Chano Domingueza, a wydanego zaledwie kilka tygodni temu przez Blue Note i dostępnego na razie chyba tylko w rodzinnej dla lidera Hiszpanii. Ta płyta z pewnością zasługuje na szerszą prezentację, zawiera bowiem ciekawą mieszankę całkiem dobrego fortepianu, hiszpańskiego folkloru i autorskiego spojrzenia na wielkie utwory Milesa Davisa w rodzaju „So What”, tytułowego „Flamenco Sketches”, „All Blues”, czy „Nardis”. To wszystko w atmosferze koncertowej dodającej hiszpańskim muzykom skrzydeł… Oprócz lidera grającego na fortepianie usłyszymy jeszcze kontrabas i instrumenty perkusyjne. W niektórych utworach pojawiają się fragmenty wokalizy inspirowane muzyką hiszpańską. Nie znałem wcześniej twórczości Chano Domingueza, z pewnością jednak przy najbliższej okazji przyjrzę się jego innym płytom…

* Chano Dominguez – So What – Flamenco Sketches

W wielu książkowych biografiach artystów zaangażowanych w powstanie „Kind Of Blue”, a także w tych poświęconych jedynie tej, dla wielu najważniejszej sesji w historii jazzu, znajdziemy sugestię, że szkielet kompozycji „So What” napisał Gil Evans dla Billa Evansa. Istotnie użycie dość nietypowych skal i dominującego w pierwotnej wersji powtarzanego fortepianowego rffu tą historię wspiera muzycznie. Jednak nikt z bezpośrednio w temat zaangażowanych osób nigdy nie upomniał się o współautorstwo, choć jest się o co bić, biorąc pod uwagę poziom sprzedaży jedynie pierwotnego nagrania, nie mający sobie równych w całej historii muzyki improwizowanej… To mogłoby też wyjaśniać popularność tej kompozycji wśród pianistów…

Można jednak znaleźć trębaczy, którzy nie mają oporów zmierzyć się z tą kompozycją i wychodzą z tego obronną ręką. Posłuchajmy zatem jednego z nich. To będzie Michael Patches Stewart w towarzystwie między innymi Marcusa Millera, Poogie Bella i mającego jeszcze trudniejsze od trębacza zadanie – zastąpienia Johna Coltrane’a i Juliana Cannonballa Adderleya – Rogera Byama.

* Marcus Miller – So What – The Ozell Tapes

Do „So What” istnieje również tekst, ale wykonania wokalnego nie usłyszymy, wszystkie te, które udało mi się odnaleźć przegrały konkurencję z wyśmienitymi wykonaniami instrumentalnymi.  Będzie jednak za chwilę kącik polski… „So What” grało wielu polskich muzyków, my posłuchamy pochodzącego z 2004 roku nagrania koncertowego – na mocno preparowanym fortepianie, który momentami zabrzmi jak harfa zagra Leszek Możdźer.

* Leszek Możdżer – So What – Piano Live

„So What:” grali również gitarzyści… Słyszeliśmy już Deana Browna w zespole Marcusa Millera. Tym razem gitarzysta będzie liderem. Posłuchamy fragmentu albumu „Beyond The Blue Horizon” George’a Bensona z początków lat siedemdziesiątych. Zagra również wyśmienita sekcja rytmiczna – Ron Carter i Jack DeJohnette. Oprócz tego usłyszymy organy i instrumenty perkusyjne obsługiwane przez mniej znanych muzyków. „So What” musiało być wtedy dla George’a Bensona ważne, bowiem ta kompozycja album otwiera, a wtedy, jeśli nie wydawało się singli – to był najważniejszy moment na płycie…

* George Benson – So What – Beyond The Blue Horizon

Na koniec powróćmy do Milesa Davisa. To będzie jedno z najbardziej dynamicznych i najszybszych wykonań „So What”. Zespół być może nie najlepszy – trudno za taki uznać kwintet z udziałem George’a Colemana z 1964 roku… Jednak płyta „The Complete Concert 1964 My Funny Valentine + Four & More” należy do moich ulubionych albumów Milesa. To co na tej płycie zagrał w „My Funny Valentine” jest absolutnie powalające. A „So What” też brzmi tu świetnie, choć nieco niespodziewanie szybko… Zagrają oprócz lidera i wspomnianego George’a Colemana, Herbie Hancock, Ron Carter i Tony Williams.

* Miles Davis – So What – The Complete Concert 1964: My Funny Valentine + Four & More