Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miles Davis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miles Davis. Pokaż wszystkie posty

27 stycznia 2021

Bye Bye Blackbird – CoverToCover Vol. 116

Utwór „Bye Bye Blackbird” powstał w 1924 roku. Jak na tak starą piosenkę, dziś ma się całkiem dobrze i bywa wykonywany przez wykonawców kojarzonych raczej ze zdecydowanie nowocześniejszym repertuarem. Kompozycja powstała do tak zwanej szuflady, czyli nawet bez pomysłu na umieszczenie jej w konkretnym przedstawieniu teatralnym (na filmy z dźwiękiem trzeba było jeszcze parę lat poczekać). Za kompozycję odpowiedzialni są zawodowcy – kompozytor Ray Henderson i tekściarz Mort Dixon. Obaj mają na swoich kontach całkiem niezły twórczy dorobek, zarówno wspólny, jak i z innymi twórcami piosenek lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku. Dixon zmarł w 1956 roku, a Henderson dożywszy sędziwego wieku w 1970 roku, jednak obaj wycofali się z aktywności muzycznych w końcówce lat czterdziestych i cieszyli się życiem korzystając z praw autorskich do piosenek, które napisali przed drugą wojną światową.

Kiedy dziś patrzę na dorobek obu twórców, bez wątpienia „Bye Bye Blackbird” mogę uznać za najważniejszych utwór zarówno dla Dixona, jak i dla Hendersona. Wśród wielu kompozycji wczesnej epoki amerykańskiej muzyki rozrywkowej, ten uchował się znakomicie, pojawiając się do dziś w licznych interpretacjach zarówno instrumentalnych, jak i (to nawet w większości) wokalnych. Melodię Hendersona grywali od niemal stu lat zarówno ambitni muzycy jazzowi, często z kręgu awangardy swoich czasów – jak Miles Davis, John Coltrane, Kai Winding, Albert Ayler i Von Freeman. Utwór stał się już w początku lat pięćdziesiątych jazzowym standardem wykonywanym również przez mainstreamowych muzyków jazzowych – Oscara Petersona, Raya Browna, Tootsa Thielemansa, Kenny Dorhama, Jacky Terrasona i co najmniej setkę innych o rozpoznawalnych nazwiskach. Wśród wokalistów i wokalistek, którzy choćby raz nagrali utwór Dixona i Hendersona znajdziecie niemal wszystkie największe jazzowe nazwiska – Helen Merrill, Carmen McRae, Nina Simone, Jimmy Scott, Mel Torme, Patricia Barber i Rachelle Ferrell.

„Bye Bye Blackbird” istniej również w kręgu muzyki popularnej. Wśród najbardziej znanych popowych wykonań (choć dawno temu ten termin nie był jeszcze znany) znajdziecie nagrania Peggy Lee, Julie London, Rosemary Clooney, The Everly Brothers, Trini Lopeza, Sammy Davisa Juniora, Lizy Minnelli, Neila Sedaki, Rickie Lee Jones, Harry Connicka Juniora, Alison Moyet, i wielu innych wykonawców i zespołów. Wśród tych, którym trudno przypisać nieco stygmatyzującą etykietę muzyków pop warto pamiętać o nagraniach dokonanych przez Jose Feliciano, Joe Cockera, Ringo Starra, Paula McCartneya i Van Morrisona. W zasadzie to wyliczenie wraz ze stwierdzeniem, że sam Miles Davis nagrał „Bye Bye Blackbird” mniej więcej dwadzieścia razy, powinno wystarczyć za dowód wieloletniej światowej kariery tej melodii.

Historycznie pierwszego nagrania „Bye Bye Blackbird” dokonała orkiestra Samuela Lanina w 1926 roku. Pierwszym łatwiejszym do rozpoznania nazwiskiem na liście wykonawców utworu jest Peggy Lee (nagranie wokalne z 1955 roku) i Miles Davis (nagranie instrumentalne z 1956 roku). Za wzorzec uznaję zatem fantastyczne nagranie Davisa z albumu „‘Round About Midnight”. Żeby pokazać różne aranżacje i muzyczne style w których doskonale odnajduje się ta melodia, wybieram oprócz Milesa nagrania z różnymi instrumentami w rolach głównych – Jimmy Smitha (organy Hammonda z gitarą Kenny Burrella), Bena Webstera (saksofon z ważnym udziałem Oscara Petersona na fortepianie) i współczesny duet saksofonistów – Kenny Garretta reprezentującego młode pokolenie i dużo starszego Joe Hendersona. Do prezentacji tekstu wybieram Joe Cockera z jego debiutu nagraniowego z 1969 roku – albumu „With A Little Help From My Friends” z udziałem Jimmy Page’a, które powstało na kilka tygodni przed formalnym powstaniem Led Zeppelin.

Utwór: Bye Bye Blackbird
Album: ‘Round About Midnight
Wykonawca: Miles Davis
Wytwórnia: Columbia / Sony / Mastersound
Rok: 1956
Numer: SRCS 9101
Skład: Miles Davis – tp, John Coltrane – ts, Red Garland – p, Paul Chambers – b, Philly Joe Jones – dr.

Utwór: Bye Bye Blackbird
Album: On The Sunny Side (Standards)
Wykonawca: Jimmy Smith
Wytwórnia: Blue Note / Capitol / EMI
Rok: 1958 (1981)
Numer: 724382128229
Skład: Jimmy Smith – org, Kenny Burrell – g, Donald Bailey – dr.

Utwór: Bye Bye Blackbird
Album: Ben Webster Meets Oscar Peterson
Wykonawca: Ben Webster with Oscar Peterson
Wytwórnia: Verve
Rok: 1959
Numer: 731452144829
Skład: Ben Webster – ts, Oscar Peterson – p, Ray Brown – b, Ed Thigpen – dr.

Utwór: Bye Bye Blackbird
Album: With A Little Help From My Friends (Jimmy Page: Anthology 1964-1968)
Wykonawca: Joe Cocker
Wytwórnia: Regal Zonophone (Teichiku)
Rok: 1969
Numer: TECW-20425
Skład: Joe Cocker – voc, Jimmy Page – g, David Bennett Cohen – g, Tony Visconti – g, Chris Stainton – p, org, bg, Clem Catrini – dr, Madeleine Bell – b voc, Rosetta Hightower – b voc.

Utwór: Bye Bye Blackbird
Album: Black Hope
Wykonawca: Kenny Garrett
Wytwórnia: Warner
Rok: 1992
Numer: 093624501725
Skład: Kenny Garrett – as, Joe Henderson – ts, Kenny Kirkland – p, Charnett Moffett – b, Brian Blade – dr.

02 stycznia 2020

Human Nature – CoverToCover Vol. 23

Utwór Human Nature” napisał dla Quincy Jonesa wokalista zespołu Toto, Steve Porcaro, a tekst John Bettis, autor niezliczonej ilości przebojów najpierw The Carpenters, a później wielu innych sław muzyki pop, w tym Madonny, Whitney Houston, Diany Ross i innych. Według samego Quincy Jonesa, któremu w produkcji Thrillera” pomagali członkowie Toto, w tym Steve i Jeff Porcaro, utwór nie powstał z myślą o albumie Jacksona i gdyby ten przypadkiem nie usłyszał taśmy demo, być może żywot utworu zakończyłby się na jednej z płyt Toto. Stało się jednak inaczej. Quincy Jonesowi spodobała się melodia, jednak tekst uznał za niepasujący do „Thrillera”, więc zamówił nowy u Johna Bettisa. Tak przygotowana piosenka wyprodukowana jak cały album po mistrzowsku przez Quincy Jonesa, zaśpiewana przez Michaela Jacksona i nagrana z udziałem muzyków sesyjnych raczej z jazzem nie związanych (z wyjątkiem Paulinho Da Costy) stała się wielkim światowym przebojem, podobnie jak 6 innych utworów z tego albumu. Być może na paru niezbyt udanych próbach remiksów i wykonaniach koncertowych Jacksona kariera estradowa „Human Nature” dobiegłaby końca, gdyby nie kolejny jazzowy przypadek.


Melodia spodobała się Milesowi Davisowi, być może usłyszał ją w radiu, lub telewizji, albo dowiedział się o istnieniu „Human Nature” od muzyków, którzy brali udział w nagraniu „Thrillera” - Quincy Jonesa, Ndugu Chancellora, albo kogoś zupełnie innego? Znam kilka wersji tej historii, żadna jednak nie jest wystarczająco wiarygodna. Za to faktem potwierdzanym przez wiele osób, które były świadkami sesji, w czasie której powstał album „You’re Under Arrest”, nagranie „Human Nature” zakończyło współpracę Davisa z Alem Fosterem, który miał odmówić grania takich prostackich rytmów. Zniósł jeszcze „Time After Time” Cyndi Lauper, jednak „Human Nature” musiał zagrać już Vince Wilburn Jr., któremu było z pewnością bliżej do popowego grania. Niektórzy krytycy nie oszczędzili Davisowi cierpkich słów za cały album „You’re Under Arrest”, który ukazał się 3 lata po premierze „Thrillera”. Davis jednak grał „Human Nature” wielokrotnie na koncertach w zasadzie aż do swojej śmierci w 1991 roku. Ewolucję zespołu i pomysłu na jazzową interpretację tej kompozycji można doskonale prześledzić korzystając z wielu mniej lub bardziej oficjalnych wydawnictw koncertowych Milesa Davisa, już od 1985 roku. Pomijając przypadkowo nagrane i czasem niekoniecznie najbardziej udane koncerty, warto sięgnąć po gigantyczne archiwum Davisa w postaci 20 dyskowego zbioru jego nagrań z Montreux („The Complete Miles Davis At Montreux 1973-1991”). Tam Davis zawsze grał na poważnie. „Human Nature” pojawia się na rejestracji koncertów z 1985, 1986, 1988, 1989, 1990 i 1991 roku, czyli w programie każdego koncertu Davisa od momentu wydania „You’re Under Arrest”. Obserwacja ewolucji zespołu i gry Davisa z roku na rok jest niemal tak fascynująca jak nowe pomysły na granie jazzowych standardów każdego dnia w Plugged Nickel ponad 20 lat wcześniej („The Complete Live At The Plugged Nickel 1965”).

Jeśli utwór grał Miles Davis, wiedzieli o tym wszyscy muzycy jazzowi. Jednak „Human Nature” w jazzowej dyskografii pojawia się do dziś raczej nie jako jazzowy standard, ale jako część albumów poświęconych twórczości Michaela Jacksona, lub wspominającej Davisa. Jednym z wyjątków (choć w wypadku „Human Nature” mocno inspirowanym nagraniami Davisa jest wersja zarejestrowana przez Keiko Lee, koreańsko-japońską pianistkę i wokalistkę na albumie „Day Dreaming” w 1999 roku, choć grający na trąbce Issei Igarashi miał zadanie niemożliwe do wykonania, a Keiko Lee to nie Michael Jackson, moim zdaniem ta wersja jest jednym z najciekawszych wykonań tej kompozycji.

Utwór: Human Nature
Album: Thriller
Wykonawca: Michael Jackson
Wytwórnia: MJ Productions / Epic / Sony
Rok: 1982
Numer: 888750438621
Skład: Michael Jackson – voc, Steve Lukather – g, David Paich – synth, Steve Porcaro – synth, prog, Jeff Porcaro – dr, Paulinho Da Costa – perc, Michael Boddicker – effects.

Utwór: Human Nature
Album: You’re Under Arrest
Wykonawca: Miles Davis
Wytwórnia: Columbia / Sony
Rok: 1985
Numer: 5099746870324
Skład: Miles Davis – tp, John Scofield – g, Robert Irving III – synth, Darryl Jones – b, Vincent Wilburn Jr. – dr, Steve Thornton – perc.

Utwór: Human Nature
Album: Day Dreaming
Wykonawca: Keiko Lee
Wytwórnia: SME / Sony
Rok: 1999
Numer: 4988009894799
Skład: Keiko Lee – voc, el. p, Issei Igarashi – tp, Ron Carter – b, Ben Wittman – perc, Eriko Sato-Oel – concertmaster, Mitsura Tsubota, Marylin Reynolds, Karl Kawahara, Anca Nicolau, Laura J. Seaton, Naomi Katz, Mara Milkis, Gregor Kitzis – viol, Lois Martin, Ron Carbone, Liuh-Wen Ting, Ron Lawrence, Alexander Riz, Ann Roggen, Nicole Brockman – viola, Richard Locker, Karl Bennion, David Bakamjian, Eric Gaenslen, Peter Sanders – cello, John Feeny – b, Liz Mann, Kozo Watanabe, Tim Malosh – fl, John Moses, Virgil Blackwell – cl, Sara Cutler, Nina Kellman – harm.

03 grudnia 2019

Miles Davis – Bags Groove

Album „Bags Groove” jest w zasadzie przedmiotem z odzysku. Został przez Prestige złożony w 1957 roku z materiału wydanego trzy lata wcześniej na schodzących ze sceny długogrających płytach 10 calowych. W ten sposób powstała hybryda złożona z 2 sesji Milesa Davisa w różniących się istotnie składach. Kompozycja tytułowa w dwu wersjach została nagrana w 24 grudnia 1954 roku z Theloniousem Monkiem przy fortepianie i Miltem Jacksonem na wibrafonie, a reszta pół roku wcześniej z udziałem Horace Silvera i Sonny Rollinsa.


Pozostałe nagrania z legendarnej sesja z udziałem Monka ukazały się na płycie „Miles Davis And The Modern Jazz Giants”, która zawiera z kolei jedno nagranie z 1956 roku z Johnem Coltranem. Tej płyty nie pomylcie przypadkiem z albumem o podobnym tytule „Miles Davis And The Jazz Giants” – składance wydanej wiele lat później, której logiki do dziś nie rozumiem, obejmującej przeróżne, wcześniej publikowane nagrania okresu od 1951 do 1956 roku.

Sesja z 29 czerwca 1954 roku z Rollinsem i Silverem została za to zebrana na „Bags Groove” w całości, poprzednio materiał ukazał się na kilku 10 calowych płytach, choć w końcówce lat pięćdziesiątych owe wyśmienite nagrania zostały również użyte na kilku innych płytach Milesa Davisa.

Trochę było w tym zamieszania, ale Prestige, którego kontrakt z Milesem Davisem trwał od 1951 do 1956 roku jeszcze przez parę lat usiłował konkurować z sukcesem nagrań dla Columbii wydając pozornie nowe albumy Milesa na fali popularności nowszych nagrań dokonanych dla konkurencji.

Wokół spotkania Milesa Davisa i Theloniousa Monka narosło sporo historii o wzajemnych nieporozumieniach. Jako że obaj wielcy muzycy nie słynęli raczej z obiektywnych sądów i nie udzielali często wywiadów, informacje są szczątkowe i przedstawiają nieco inny obraz wydarzeń w Wigilię 1954 roku. Według Milesa sesja była niezwykle udana i w ciągu jednego wieczora powstała doskonała płyta „Miles Davis And The Modern Jazz Giants” i utwór tytułowy do „Bags Groove” w dwóch wersjach. Na okładce płyty zabrakło apostrofu w tytule kompozycji Milta Jacksona, która ukazała się wcześniej na jego płycie „Wizard of the Vibes”. Miles co prawda twierdził, że oczekiwał od Monka raczej oszczędnego grania w czasie jego własnych solówek, ze względu na to, że ten jakoby nigdy nie radził sobie z akompaniamentem dla instrumentów dętych. Jeśli tak powiedział Monkowi, to z pewnością nie wywołało to entuzjazmu pianisty, którego ego było równie wielkie, co Milesa. Miles sam kilkukrotnie, w tym w swojej autobiografii potwierdzał, że muzycy z całą pewnością nie zamierzali się bić, co jest jedną z najczęściej powtarzanych wersji wydarzeń z tego wieczoru.

Podobnie Monk, najpierw odgrażał się pytany o przebieg sesji, że jeśli doszłoby do bójki, to Miles ucierpiałby na tym z pewnością, a później przyjął wersję, że sam odpuścił granie w tle solówek trębacza, bo uznał, że tak będzie lepiej. Faktem jest, że w 1954 roku pozycja Milesa w wytwórni i jazzowym światku była zdecydowanie lepsza, niż Monka, który miał trudności z nagrywaniem własnych albumów i często bywał jedynie uczestnikiem sesji, co nie odpowiadało jego poczuciu wartości. Miał też raczej nieciekawą sytuację finansową, a na sesji spotkał 3 muzyków Modern Jazz Quartet, zespołu, który nie narzekał na dobre propozycje koncertowe i Milesa, który również był wtedy w dobrej sytuacji. Może odrobina zazdrości połączona z poczuciem własnej wartości nie zaspokojonym przez świat zewnętrzny zrobiła swoje. Powstała jednak doskonała muzyka.
Znam sporo osób, dla których „Bags Groove” było początkiem przygody z klasycznym hardbopem z lat pięćdziesiątych, za sprawą masowego wydania tego albumu przez rosyjską Melodię na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Do dziś to wydanie odnajduję często w koszach z używanymi płytami na bazarach w całej Europie. Album wydany został podobno na licencji japońskiego oddziału JVC. Ciekawe, czy w Japonii coś wiedzieli o tej licencji?

Grafikowi odpowiedzialnemu za okładkę nie było po drodze z apostrofem w tytule, więc postanowił go pominąć. Dlatego też tytuł płyty do dziś apostrofu nie ma w odróżnieniu od tytułowej kompozycji Milta Jacsona, który swój tytuł wzięła od jego pseudonimu – Bags.

Warto pamiętać, że to właśnie na „Bags Groove” po raz pierwszy zarejestrowane zostały słynne i grane do dziś standardy Sonny Rollinsa „Oleo”, „Airegin” i „Doxy”. Nie przypominam sobie drugiej takiej sesji w historii jazzu, kiedy to dość w sumie przypadkowo wynajęty do nagrania sideman (Sonny Rollins) przyniósłby trzy tak genialne i jak się miało okazać ponadczasowe kompozycje i pozwolił nagrać je po raz pierwszy na płycie, na której nie był liderem. Takie prezenty dostawał chyba tylko Miles Davis. Zatem jeśli chcecie posłuchać pierwszych wykonań tych standardów, to znajdziecie je na „Bags Groove”. Przy okazji anegdota spożywcza – tytuł „Oleo” wybrany przypadkowo nie ma żadnego związku z Hiszpanią i żadnym innym egzotycznym pomysłem. Jest skrótem potocznym od nazwy popularnego w 1954 roku taniego substytutu masła – oleomargaryny.

Kolejną ciekawostką związaną z „Bags Groove” jest fakt, że po raz pierwszy w studiu Miles użył wtedy w tak szerokim zakresie w czasie swojego sola w „Oleo” słynnego tłumika Harmon, którego brzmienie miało później stać się jego znakiem rozpoznawczym na wiele lat.

Sonny Rollins po raz pierwszy nagrał „Oleo” na płytach koncertowych z 1959 roku, a Miles zdążył już wtedy włączyć tą kompozycję, podobnie jak pozostałe dwie – „Airegin” i „Doxy” do stałego repertuaru koncertowego i studyjnego i nagrać je kilka razy z Johnem Coltranem.

Tylko jedno ekscentryczne solo Monka w obu wersjach tytułowego utworu wystarczy, żeby uznać ten album za jeden z najważniejszych albumów hardbopu. Krótko przed nagraniem tego albumu Miles porzucił heroinę i musiał udowodnić całemu światu, a przede wszystkim sobie, że wraca do wielkiej muzyki. Ten album nie jest oczywistym wyborem nawet dla fanów Milesa Davisa. Jeśli uznają spotkanie swojego idola z Theloniousem Monkiem za ważne – wybiorą raczej „Miles Davis And The Modern Jazz Giants” – tam znajdą więcej nagrań Monka z Davisem, w tym „Bemsha Swing”. Za chwilę w 1956 roku powstanie pierwszy kwintet z Johnem Coltrane’m i wiele płyt, które znają wszyscy. Dlatego właśnie warto przypomnieć ten nieco zapomniany album, równie dobry i ciekawy, jak wszystko co nagrał Miles w późniejszych latach. Odkrywajcie nową muzykę. Miles to nie tylko „Birth Of The Cool”, „Kind Of Blue”, „Bitches Brew” i „Tutu”. Kolejne kilkadziesiąt płyt Davisa czeka w kolejce do Kanonu.

Miles Davis
Bags Groove
Format: CD
Wytwórnia: Prestige / OJC
Numer: 02521862452

21 listopada 2019

Simple Songs 2019/2020 – Vol. 7 – 19.11.2019


Przegląd nowości wypada zacząć od słowa wyjaśnienia. W zeszłym tygodniu pozwoliłem sobie bowiem na komentarz, który pojawia się w moich audycjach niezbyt często, a raczej nawet niezwykle rzadko. Otóż odradzałem Wam zakup najnowszego z dostępnych albumów Milesa Davisa – „Rubberband”. Od wielu lat trzymam się zasady, żeby polecać rzeczy dobre, a te, które mi się nie podobają zwyczajnie ignorować. To rodzaj zabezpieczenia przed subiektywnym odbiorem muzyki przez każdego z nas osobno. W końcu fakt, że coś mi się nie spodobało, nawet jeśli wsparty argumentem merytorycznym, nie musi oznaczać, że dla kogoś innego nie będzie to niezwykłe muzyczne odkrycie. W przypadku „Rubberband” jest nas co najmniej dwóch – podobnie jak mi, efekt nie spodobał się Milesowi, który projekt odesłał na półkę i zajął się z Marcusem Millerem nagraniem „Tutu”. Dalej utrzymuję, że miał rację, choć uważam, że to może być opinia odosobniona – moja i Milesa. Dlatego właśnie posłuchajcie sami i zdecydujcie, czy warto…

* Rubberband of Life – Rubberband – Miles Davis

W przypadku kolejnego nagrania prawdopodobieństwo sukcesu było dość wysokie zanim płyta trafiła do mojego odtwarzacza. Gregoire Maret co prawda zwykle ciekawiej wypada w roli gościa specjalnego, jednak przypuszczałem, że nagyrwając dla ACT Music nie pozwoli sobie na coś, czego nie będę mógł uznać za udany dodatek do moich zbiorów. Nie zawiodłem się, choć wcześniej nie słyszałem o Edmarze Castaneda. W utworze, za pomocą którego postaram się Was zachęcić do bliższego poznania zawartości albumu „Harp vs Harp”, czyli w tym przypadku w tłumaczeniu „Harfa kontra harmonijka” w roli gościa wystąpił Bela Fleck.

* No Fear – Harp vs. Harp - Edmar Castaneda & Gregoire Maret feat. Bela Fleck

Dziś Australię będzie reprezentował pianista o dwu obliczach – jazzowym i klasycznym, a raczej bliższym muzyki współczesnej – Luke Howard. Tym razem w najnowszym (chyba) projekcie, któremu bliżej jednak do jazzu – „Open Heart Story”.

* In Praise of Shadows – Open Heart Story – Luke Howard

Kolejna dzisiejsza nowość pochodzi z Polski, choć brzmi jednak dość egzotycznie. Dawno nie słyszany przeze mnie Jarosław Bester przygotował album w duecie z Jorgosem Skoliasem. Brzmi intrygująco, choć ciągle jestem w fazie oswajania się z tym albumem. Z pewnością wrócę do niego wkrótce w dłuższym formacie na naszej antenie.

* Htes To Vradhi Sto Teke Mas – Rebetico Poloniko – Skolias & Bester

Klaus Paier i Asja Valcic mają wspólnie u mnie pewne priorytetowe miejsce w kolejce albumów z którymi trzeba się zapoznać natychmiast. Co prawda jest jeszcze bardziej priorytetowy stosik płyt bardziej niż natychmiast”, ale ten zwykle ma grubość nie przekraczającą wysokości mojego domowego odtwarzacza. Ten jednak pochodzi z dawnych czasów, kiedy liczyła się solidność mechanizmu, tłumienie drgań i nadmiarowe zasilanie. W związku z tym albumy w typie „natychmiast” czasem czekają kilka miesięcy. Klasu i Asja się doczekali i mogę razem z nimi świętować pierwsze 10 lat ich wspólnego grania. Jubileusz postanowili uczcić za pomocą albumu „Vision For Two”. Czas lecie, muzyka dobra jest ponadczasowa, tylko wszyscy jesteśmy starsi.

* Vision For Two – Vision For Two – Klaus Paier & Asja Valcic

Nowość polska, zupełnie mi nieznana i zaskakująca, która dotarła do naszego radia w postaci albumu sekstetu Dariusza Petera muszę pochwalić za jakość realizacji oraz staranne przygotowanie szaty wydawniczej. Muzykę oceńcie sami. Mnie cieszy, że młodsze pokolenie muzyków nie musi zawsze zmieniać świata, może zwyczajnie zagrać fantastyczną dawkę jazzowego środka wspartego szacunkiem dla tradycji pokoleń tych, co rewolucje w jazzie wymyślali.

* Flashover – Flashover – Petera Sextet

Na koniec przygotowałem fragment ognistego soulu zachwalanego osobiście z estrady przez samego Mike Stollera, autora niezliczonej liczby przebojów Elvisa Presleya, Bena E. Kinga, The Drifters i grup produkowanych przez Phila Spectora. Osobą polecaną jest obdarzony niezwykłą energią Little Steven. Kto widział ten wie. Niedawno prezentowałem Wam fragment premierowej płyty Summer Of Sorcery” Little Svevena, czyli Steve Van Zandta. Przy okazji żaliłem się, że obszerny materiał koncertowy „Soulfire Live!” jest dostępny jedynie jako materiał video. Sytuacja się zmieniła, bowiem ukazała się również wersja audio na 3 płytach CD, warta każdych pieniędzy.

* Soulfire – Soulfire Live! – Little Steven And The Disciples Of Soul

27 września 2019

Someday My Prince Will Come – CoverToCover Vol. 12

Kompozycja duetu specjalistów od muzyki do filmów animowanych z lat trzydziestych ubiegłego wieku, Francka Churchilla i Larry Moreya, nie miała łatwego startu. Swoją premierę „Someday My Prince Will Come” miała w 1937 roku za sprawą ścieżki dźwiękowej do filmu Walta Disneya o Królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach. W tym archiwalnym dziś, choć niepozbawionym uroku filmie głos królewny podkładała Adriana Caselotti, aktorka i piosenkarka, która zagrała również w kilku filmach z aktorami, jednak dziś nikt by o niej raczej nie pamiętał i nie przypominał tego nazwiska, gdyby nie pierwsze wykonanie „Someday My Prince Will Come”. Film był sporym kasowym sukcesem, jednak tej piosence i kolejnemu przebojowi z tej produkcji – „Heigh-Ho (The Dwarfs' Marching Song)” nie było łatwo przetrwać dłużej, niż filmowi na ekranach amerykańskich kin.


Do jazzowego świata muzykę z przedwojennych filmów Disneya wprowadził w 1957 roku Dave Brubeck nagrywając album „Dave Digs Disney” sięgając nie tylko Królewny Śnieżki, ale też do Pinokia z 1940 roku i nieco nowszej Alicji w Krainie Czarów z 1951 roku. Jak się miało później okazać, części utworów wybornie zagranych przez kwartet Brubecka nie udało się na stałe przenieść do katalogu jazzowych standardów, za to „Someday My Prince Will Come” miało zająć ważne miejsce w katalogu najczęściej granych, również przy okazji spontanicznych spotkań muzyków na jamach utworów. Sam Dave Brubeck starał się odwrócić uwagę świata od tego, że przypuszczalnie pomysłem na album „Dave Digs Disney” była próba zainteresowania muzyką kwartetu nieco szerszego grona odbiorców. W 1957 roku nikt nie mówił o komercyjnych wydawnictwach, choć sam album był jednak zaskoczeniem dla fanów Brubecka. Oficjalna historia mówi o wycieczce pianisty do Disneylandu z dziećmi i inspiracji usłyszanymi w parku rozrywki melodiami.

Jednak sam, nawet największy autorytet Dave Brubecka nie mógł wystarczyć, żeby na zawsze umieścić kompozycję Francka Churchilla w kanonie jazzowych standardów. O tekście Larry Moreya mało kto dziś pamięta. Podobnie stałoby się pewnie z melodią wyjątkowej nawet urody, gdyby nie geniusz Milesa Davisa, który w 1961 roku postanowił nie tylko nagrać utwór, ale również nazwać jego tytułem cały album. Od dnia premiery albumu Milesa Davisa „Someday My Prince Will Come” można już nazywać tą melodię jazzowym standardem, a nie tylko skrawkiem muzyki filmowej wykorzystanym jednorazowo przez Dave Brubecka.

Mam wrażenie, że często współczesne wykonania wspominają raczej album Milesa Davisa, a nie film Walta Disneya, co wcale nie jest czymś niewłaściwym. Po melodię sięgają współcześnie choćby Paul Bley, czy Fred Hersch i Bill Frisell na znakomitej płycie „Songs We Know”. W kąciku polskim można sięgnąć po nagrania naszych znakomitych pianistów – Mieczysława Kosza, Włodka Pawlika lub Joachima Mencla. Wybór jest trudny, jak w przypadku każdego dobrego jazzowego standardu. Faktem jednak jest, że mimo tego, że najbardziej znane wykonanie należy do trębacza – Milesa Davisa, a album o tym tytule ma również na swoim koncie Chet Baker, to „Someday My Prince Will Come” najbardziej leży pianistom, a czasem nawet duetom pianistów, w tym również jednemu z najwybitniejszych – jak na płycie „An Evening with Herbie Hancock and Chick Corea In Concert”. Nie znaczy to, że wśród wykonawców brakuje muzyków grających na innych instrumentach – są gitarzyści – John McLaughlin, Grant Green i Earl Klugh, basiści – Ron Carter, skrzypkowie – Didier Lockwood i oczywiście wokalistki.

Niekoniecznie zawsze zgadzam się z wyborem Teda Gioii, autora wyśmienitej książki „The Jazz Standards”. W przypadku „Someday My Prince Will Come” jego wybory popieram, choć z części musiałem zrezygnować w związku z ograniczeniem długości audycji. Zatem stawiam na klasyki – Dave Brubecka i Milesa Davisa, a poza tym na solowe nagranie Joe Passa, którego Gioia nie wybrał. Na mojej liście jest też inne nagranie Billa Evansa (nie można ciągle wracać tylko do wyśmienitej płyty „Portrait In Jazz”).

Pełna lista autorstwa Teda Gioii:
1.       Dave Brubeck – Dave Digs Disney
2.       Bill Evans – Portrait In Jazz
3.       Miles Davis – Someday My Prince Will Come
4.       Oscar Peterson with Milt Jackson – Reunion Blues
5.       Herbie Hancock – The Piano – tu wybrałbym duet Herbie Hancocka i Chicka Corea
6.       Paul Bley – Jazz ‘n (E)motion: Films
7.       Fred Hersch & Bill Frisell – Songs We Know
8.       Enrico Pieranunzi – Live In Paris… tej płyty nie znam, więc nie mam zdania…

Utwór: Someday My Prince Will Come
Album: Dave Digs Disney
Wykonawca: Dave Brubeck Quartet
Wytwórnia: Columbia / Sony
Rok: 1957
Numer: SRCS 9198
Skład: Dave Brubeck – p, Paul Desmond – as, Norman Bates – b, Joe Morello – dr.

Utwór: Someday My Prince Will Come
Album: Someday My Prince Will Come
Wykonawca: Miles Davis Sextet
Wytwórnia: Columbia / Sony
Rok: 1961
Numer: SRCS 9105
Skład: Miles Davis – tp, John Coltrane – ts, Hank Mobley – ts, Wynton Kelly – p, Paul Chambers – b, Jimmy Cobb – dr.

Utwór: Someday My Prince Will Come
Album: The Complete Bill Evans On Verve (Disc 15: At The Montreux Jazz Festival)
Wykonawca: Bill Evans
Wytwórnia: Polygram / Verve
Rok: 1968
Numer: 731452795328
Skład: Bill Evans – p, Eddie Gomez – b, Jack DeJohnette – dr.

Utwór: Someday My Prince Will Come
Album: Virtuoso #4 (Disc 1)
Wykonawca: Joe Pass
Wytwórnia: Pablo / Fantasy
Rok: 1973
Numer: 02521841022
Skład: Joe Pass – g.

10 marca 2018

Miles Davis – Miles Ahead

Pełen paradoksów album Milesa Davisa, a właściwie Milesa Davisa i Gila Evansa (o tym za chwilę), niedawno powrócił na talerz mojego gramofonu i gości na nim całkiem często. Przyczyna jest dość prozaiczna – na parę lat zaginął w czeluści doskonałego zestawu „The Complete Columbia Studio Recordings”, wydanego w pierwotnej wersji w pudełku z masywnym metalowym grzbietem. Jeśli znajdziecie gdzieś to wydanie – kupujcie natychmiast, choć z pewnością część zawartej tam muzyki zgubicie na wieki. Jeśli podczas przeglądania półek z płytami nie trafia się na znane okładki, płyty giną na jakiś czas. U mnie tak zdarza się często, mimo tego, skuszony dodatkami w postaci niepublikowanych wersji alternatywnych i doskonałym opracowaniem dyskograficznym, często takie wydania kupuję.

Powrót do „Miles Ahead” odbył się za sprawą doskonale zachowanego wydania analogowego z pierwszej połowy lat sześćdziesiątych, które całkiem przypadkowo wpadło w moje ręce. Miałem nawet przez chwilę myśl, że wszedłem w posiadanie pierwszego tłoczenia – jednak niestety krótkie śledztwo przeprowadzone za pośrednictwem sprawdzonego serwisu Discogs szybko rozwiało wszelkie wątpliwości. Jednak doskonała muzyka wymyślona i zaaranżowana przez Gila Evansa wróciła i gości na talerzu mojego gramofonu od kilku miesięcy.

„Miles Ahead” to album pełen sprzeczności i ciekawych historii, a także jeden z tych, o których opowieści bywają sprzeczne i wykluczają się nawzajem. Oto bowiem pierwotna okładka o trudnym do ustalenia pochodzeniu była powodem niezłej awantury między Milesem Davisem i George’m Avakianem – ówcześnie (w 1957 roku) producentem i ważną postacią Columbii. Milesowi nie spodobał się kolor skóry umieszczonej na okładce modelki. Wiele późniejszych wydań na jego życzenie miało alternatywną okładkę ze zdjęciem muzyka. We wspomnianym wydaniu wszystkich nagrań Milesa Davisa i Gila Evansa tej okładki użyto do zapakowania jednego z krążków z alternatywnymi wersjami utworów.

Album był pierwszym nagraniem Milesa Davisa dla Columbii – pierwszej dużej i bogatej wytwórni. Wielu uważa, że głównym powodem nagrania albumu w tak dużym składzie po serii wyśmienitych nagrań dla Prestige kwintetu z Johnem Coltane’em. Wielu uważa, że Miles postanowił zwyczajnie przetestować wytrzymałość szefów Columbii i głębokość ich portfeli. Wedle innych źródeł, Miles bardzo chciał powrócić do współpracy z Gilem Evansem, z którym nagrał w początkach lat pięćdziesiątych materiał znany dziś jako „Birth Of The Cool”, który po raz pierwszy w całości ukazał się na płycie długogrającej mniej więcej w czasie, kiedy razem nagrywali „Miles Ahead”. Dodatkowym łącznikiem między oboma wydarzeniami jest postać Lee Konitza.

Wedle innej wersji historii powstania albumu – pomysł wynikał z faktu, że w owym czasie dla Columbii nagrywali Leopold Stokowski, Benny Goodman i Leonard Bernstein – postaci różne muzycznie, ale wszystkie ich nagrania dla Columbii i tego czasu łączy wystawna produkcja i wieloosobowe orkiestry.

Kolejna wersja zakłada, że Avakian, który odpowiadał w Columbii raczej za nagrania koncertowe (jeszcze przed drugą wojną światową nagrywał Benny Goodmana i później Louisa Armstronga), uwielbiał „Birth Of The Cool” i nonet Davisa z tego okresu. Są tacy, którzy wspominają, że w końcówce lat pięćdziesiątych Miles nie był muzykiem, z którym łatwo się pracowało i w zasadzie tylko Gil Evans potrafił się z nim dogadać.

Zawartość muzyczną albumu stanowią genialnie przearanżowane przez Gila Evansa utwory, które on sam zasugerował. Tu akurat większość źródeł jest zgodna – sam Miles zasugerował jedynie dwa utwory – „New Rhumba” Ahmada Jamala, którego wiele razy nazywał swoim ulubionym pianistą oraz „The Duke” Dave Brubecka. Kompozycja tytułowa – wedle większości współczesnych wydań, napisana wspólnie przez Davisa i Evansa, miała być narzędziem promocyjnym albumu, sugerującym nowoczesność.

Album jest wspólnym dziełem Milesa Davisa i Gila Evansa, mimo tego, że ze względów promocyjnych nazwisko Davisa jest oczywiście na okładce bardziej wyeksponowane. Podobno Evans nie miał też zbyt wielkich udziałów w zyskach ze sprzedaży, choć jego wkład w opracowanie muzyki z pewnością wykraczał poza tradycyjną rolę studyjnego aranżera. Evans uwielbiał grę zespołową, a także brzmienie waltorni i tuby, które pojawiły się już w 1949 roku, kiedy z Milesem nagrywał „Birth Of The Cool”.

Miles w czasie sesji często korzystał z dającej miękkie brzmienie trąbki skrzydłówki (flugelhorn), pozwalającej jednocześnie momentami wręcz chorobliwie perfekcyjnemu Evansowi na niekończące się kolejne podejścia do nagrania i późniejszą edycję nagranego materiału. To również nie było w tym czasie typowe dla muzyki jazzowej, ani dla wcześniejszych nagrań Davisa. Miało się jednak stać w jego wypadku niemal regułą, sposobem na poszukiwanie ideału wykorzystywanym przez Gila Evansa, a później w czasach elektrycznych przez Teo Macero.

„Miles Ahead” nie jest być może najwybitniejszą płytą Milesa Davisa – trębacza, jest jednak arcydziełem Gila Evansa – aranżera. Ich współpraca miała portwać jeszcze kilka lat i przyniosła kolejne ważne albumy – „Porgy And Bess”, „Sketches Of Spain” i „Quiet Nights”. Później mieli jeszcze spotkać się przy okazji „Filles de Kilimanjaro” i kilku późniejszych albumów Davisa, ale to już zupełnie inna historia.

Jeśli spodoba Wam się „Miles Ahead” – poszukajcie zestawu „The Complete Columbia Studio Recordings” firmowanego nazwiskami obu muzyków i zawierającego obszerne dodatkowe materiały z sesji, które dały nam 4 wybitne albumy na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. W tym wydania brakuje mi w zasadzie jedynie monofonicznej wersji albumu, która w pierwotnych wydaniach analogowych mocno faworyzowała kontrabas Paula Chambersa. Dlatego warto również poszukać starego wydania analogowego. Te tłoczone teraz zawierają materiał ponownie zmiksowany przez George’a Avakiana w 1997 roku.

Miles Davis
Miles Ahead
Format: LP
Wytwórnia: Columbia
Numer: CS 8633

17 czerwca 2017

Miles Davis - ’Round About Midnight

Ten album zwyczajnie wypada znać i wypada mieć co najmniej jedną edycję w swojej kolekcji. To pierwsza płyta nagrana przez Milesa Davisa dla Columbii, początek trwającej wiele lat współpracy, czasu kiedy Miles z jednego z wielu niezłych muzyków jazzowych stał się ikoną światowej kultury. Materiał, nagrany przez zespół nazywany dziś często pierwszym wielkim kwintetem Milesa Davisa z udziałem mało jeszcze wtedy znanego Johna Coltrane’a, powstawał niemal rok, od października 1955 do września 1956 roku.

Po latach dostępnych jest kilka ciekawych edycji z wartościowymi dodatkami. Oczywiście najlepiej jak zwykle mieć w kolekcji pierwsze analogowe wydanie, jednak z tych cyfrowych warto wybrań japońską edycję sprzed wielu lat (SRCS 9101) o moim zdaniem najciekawszym dźwięku, lub dwupłytową edycję Legacy, uzupełnioną o dobrze skatalogowane, choć zupełnie nie premierowe odrzuty z sesji do „’Round About Midnight”, które ukazały się na składankowych albumach „What Is Jazz”, „Jazz Omnibus”, „Basic Miles” i „Circle In The Round”. Prawdziwym rarytasem edycji Legacy jest jednak drugi krążek, wypełniony nagraniem wcześniej oficjalnie niepublikowanego koncertu z Pasadeny z lutego 1956 roku, uzupełniony z kolei o jedną ścieżkę z Newport zagraną przez zespół w zupełnie innym składzie.

Kiedy wydanie Legacy Edition ukazało się w 2005 roku, to był pierwszy oficjalnie dostępny koncert pierwszego wielkiego kwintetu Milesa. Dodatek z koncertu w Newport, choć skład zespołu jest zupełnie inny, ma swoje uzasadnienie, bowiem ten występ Milesa w 1955 roku był jednym z jego licznych wielkich powrotów, a tytułowy utwór albumu zagrał w towarzystwie jego kompozytora – Theloniousa Monka. To właśnie dwa utwory zagrane w Newport – „’Round About Midnight” i „Now’s The Time” – z sekcją rytmiczną Modern Jazz Quartet (Percy Heath i Connie Kay), saksofonistów Zoota Simsa i Gerry Mulligana oraz wspomnianego już Theloniousa Monka, zmieniły kompletnie bieg kariery powracającego po narkotykowych przygodach muzyka. „Now’s The Time” poświęcony został pamięci zmarłego krótko wcześniej Charlie Parkera, a jak się później okazało, „’Round About Midnight” miał być zapowiedzią pierwszego albumu dla Columbii.

Z wielu źródeł biograficznych wiemy, że Monkowi gra Milesa się nie podobała, nawet pokłócili się o sposób grania „’Round About Midnight” w drodze powrotnej z koncertu, ale za to bardzo podobało się George’owi Avakianowi, który natychmiast podpisał z Milesem kontrakt pomimo tego, że ważna była trzyletnia umowa trębacza z Prestige. Żeby wywiązać się z tej umowy, Miles nagrał w pośpiechu albumy dziś uważane za arcydzieła – „Workin’”, „Steamin’”, „Relaxin’” i „Cookin’”, oraz album znany dziś pod tytułem „Miles”. Potem mógł już przystąpić do pracy ze swoim zespołem i ważnym dla całości Gilem Evansem nad „’Round About Midnight”.

Koncert w Pasadenie prowadził mało się wtedy znający na jazzie i młodych talentach Gene Norman, późniejszy właściciel wytwórni GNP Crescendo, wtedy lokalny radiowy prezenter, który przedstawiał ze sceny nieznanego wtedy w Kalifornii Coltrane’a jako Johnny’ego Coltrane’a. Taka prezentacja imienia jak wiemy, raczej się nie przyjęła. Na tym koncercie zespół Milesa grał utwory znane z sesji dla Prestige, jednak dziś okazuje się, że prawa do tego nagrania zdobyła Columbia.

Gry Wielkiego Kwintetu nie podejmuję się oceniać, jest bowiem poza wszelką skalą gwiazdkową, punktową, czy jakąkolwiek inną. To jedna z tych płyt, która powinna być w każdej kolekcji prywatnej, a także w szkolnych bibliotekach i programie nauczania muzyki. Sami posłuchajcie, jeśli nie znacie jeszcze genialnych aranżacji Gila Evansa i genialnej współpracy Milesa Davisa z Johnem Coltrane’em – trochę Wam zazdroszczę nowego odkrycia, ja znam te dźwięki na pamięć.

Miles Davis
’Round About Midnight
Format: CD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: SRCS 9101

23 maja 2017

Miles Davis - In Person: Friday And Saturday Nights At The Blackhawk Complete

Całkiem niedawno pisząc tekst o jednym z wczesnych albumów Herbie Hancocka – „My Point Of View” opisywałem zmiany personalne, które w zespole Milesa Davisa następowały w 1963 roku. Biografowie Milesa nazywają pewne składy wielkimi, kwintety genialnymi, nadając im numery, skazując tym samym na rodzaj niewypowiedzianego potępienia owe przejściowe i tymczasowe składy, jako muzycznie mniej wartościowe, no bo przecież gdzie takiemu Hankowi Mobleyowi do klasy Johna Coltrane’a. Takie porównania sensu nie mają, a z pozoru przypadkowe konfiguracje personalne mają swoje zalety, szczególnie w przypadku zespołów Milesa Davisa.

Największą zaletą słabszych, przynajmniej na papierze składów jest to, że sam Miles musiał brać na siebie trochę więcej obowiązków, bowiem im słabsi soliści, tym więcej musi grać lider. Hank Mobley należy do tych, którzy z Milesem spędzili niewiele czasu. Ich wspólne nagrania, to jedna płyta studyjna – „Someday My Prince Will Come” i dwa zestawy nagrań koncertowych – z Carnegie Hall i z Blackhawk. Dodatkowo, w takich okresach niestabilnego składu, Miles często wracał do utworów, znanych wszystkim w tamtych czasach, stąd w repertuarze koncertów „On Green Dolphin Street”, „’Round Midnight”, czy „Walkin’”. Jeśli lubicie słuchać znanych melodii, to takie nagrania z pewnością polubicie.

Materiał znany dziś pod pełnym okładkowym tytułem „In Person: Friday And Saturday Nights At The Blackhawk Complete”, lub często nazywany w skrócie „The Complete Blackhawk”, nagrany w czasie koncertów w małym klubie w San Francisco, który w latach świetności, od 1956 do mniej więcej 1962 roku był jednym z najważniejszych klubów jazzowych w Ameryce. W naszym Kanonie jest już koncert Ahmada Jamala z tego miejsca, a w kolejce czekają nagrania Dave Brubecka i Cala Tjadera. Z pewnością jednak świat jazzu pamięta o Blackhawk głównie z powodu nagrań Milesa Davisa.

Wśród historyków trwa dyskusja o dokładnych datach nagrań, jednak to dla jakości muzyki nie ma większego znaczenia. Materiał wypełniający dziś w edycji nazywanej kompletną (to się jeszcze okaże – przed nami 60-lecie nagrań, pewnie będzie jakieś jubileuszowe wydanie) po brzegi cztery płyty kompaktowe, ukazał się pierwotnie jako dwie płyty analogowe. Był bardzo oczekiwanym, bowiem to było pierwsze oficjalne nagranie koncertowe Milesa Davisa. Dziś dostępne są wcześniejsze koncerty, nawet w obiegu oficjalnym, jednak nagrania z Blackhawk zostały wydane w 1961 roku i wtedy był to jedyny oficjalnie dostępny album koncertowy Milesa Davisa. Całość opublikowano oficjalnie po raz pierwszy w 2003 roku, choć w zasadzie materiał znany był z publikacji nieoficjalnych, jednak ich jakość nie pozwalała w zasadzie na uznanie tych bootlegów za przedstawiające jakąkolwiek muzyczną wartość. W szczególności album „Transition” omijajcie z daleka.

Nie szukajcie jakichkolwiek wersji skróconych. W wypadku tego nagrania, wersje odrzucone pierwotnie są równie dobre zarówno artystycznie, jak i technicznie. W 1961 roku podwójny album był przedsięwzięciem ryzykownym dla wytwórni, nawet w przypadku takiej gwiazdy jak Miles Davis, a o większej ilości płyt w jednym pudełku raczej nikt nie myślał.

Dzisiejsza edycja zawiera pełen zapis koncertów, bez przerw między utworami, co pozwala poczuć atmosferę wydarzenia tak doskonale, jak to możliwe po tylu latach. Brak Johna Coltrane’a, Billa Evansa i Cannonballa Adderleya dla wielu może być dyskwalifikujący. Muzycy zespołu nie byli nawet pierwszym wyborem Milesa po przebudowie składu. Wtedy nie udało mu się namówić do wspólnego grania Sonny Rollisa i Wayne Shortera, o których zabiegał. Czasy były rewolucyjne, na najmodniejszych scenach nowe kierunki wyznaczali między innymi Eric Dolphy i Ornette Coleman, a Davis mógł grać tylko swoje najbardziej ograne numery. Zebrał więc ekipę muzyków w życiowej formie i dołożył nieco własnej magii, sprawiając, że dla wszystkich członków zespołu to było jedno z najważniejszych wydarzeń w ich bogatych dyskografiach.

Nie przeszkadza mi nawet to, że podobno z winy nadużywającego alkoholu i innych substancji Paula Chambersa, sekcja gubi czasem rytm. Nie przeszkadzają mi również bardzo uproszczone introdukcje na fortepianie serwowane przez Wyntona Kelly’ego. W zamian spokój Hanka Mobleya sprawił, że Miles musiał wziąć sprawy w swoje ręce i być główną atrakcją wieczoru. To właśnie z tego powodu ten album jest genialny.

Miles Davis
In Person: Friday And Saturday Nights At The Blackhawk Complete
Format: 4CD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 5099708710620

11 marca 2017

Miles Davis – Miles Davis At Newport 1955-1975, The Bootleg Series Vol. 4

Zestaw 4 płyt Milesa Davisa, mniej więcej w połowie zawierający premierowy materiał, teoretycznie powinien być niezłą okazją i wydawniczą sensacją na rynku. Jednak czwarta część wydawnictwa z serii oficjalnych bootlegów taką sensacją się nie stała, przynajmniej dla tych, którzy posiadają na swojej półce mniej więcej setkę najważniejszych albumów z bogatej oficjalnej i tej trochę mniej oficjalnej dyskografii Milesa Davisa.


Specjalnie wspominam o dyskografii nieoficjalnej i mnogości dostępnych nagrań koncertowych, bowiem to właśnie dla kolekcjonerów takich rarytasów rodzina i spadkobiercy Milesa Davisa i Columbia wymyślili serię „The Bootleg Series”. Być może również chcieli trochę zarobić na odkurzaniu zapomnianych archiwów, ale to już kwestie biznesowe, a nie artystyczne.

Czwarty odcinek serii oficjalnych bootlegów dokumentuje koncerty z udziałem Milesa Davisa z festiwalów w Newport (choć nie tylko z samego Newport, ale o tym za chwilę) z okresu od trudnego w karierze Milesa Davisa roku 1955 do triumfalnego elektrycznego okresu kończąc się na nagraniach z roku 1975.

To właśnie przekrojowość tego wydawnictwa jest jego największym atutem, szczególnie dla początkujących fanów jazzu, których nowe pokolenia ciągle poszukując nowych wydawnictw, nawet jeśli pochodzących sprzed lat. Tak działa rynek muzyczny. Nikt nie będzie przecież promował i reklamował „Kind Of Blue”, chyba, że ukaże się kolejna rocznicowa edycja. Promocja obejmuje od zawsze jedynie wydawnicze nowości. Tak więc na półkach sklepów muzycznych – tych realnych, tam, gdzie jeszcze istnieją, jazzowe klasyki trzeba sobie wyszukać w porządku alfabetycznym, a nowości same wpadają do koszyka i są dużo lepiej widoczne. Podobnie jest ze sklepami wirtualnymi – wszelakiego rodzaju listy nowości, recenzje, promocje i rekomendacje to domena wydawnictw świeżych i wcześniej niedostępnych. Oczywiście jest w tym pewna logika – nowe albumy można sprzedać nie tylko nowemu pokoleniu fanów, ale również tym, którzy kupili takie na przykład „Kind Of Blue” jako nowość ponad pół wieku temu.

Muzyczna zawartość „Miles Davis At Newport 1955-1975, The Bootleg Series Vol. 4” potwierdza intuicję producentów sprzed pół wieku. Nie ma żadnego przypadku w tym, że nagrania z 1958 roku niemal w całości ukazały się dawno temu, a te z 1955 czekały wiele lat na oficjalną premierę.

Z kolei obszernie udokumentowany okres początku lat siedemdziesiątych (2 krążki z zestawu) zawiera wiele nagrań oficjalnie premierowych, nie przynosi jednak żadnych istotnych nowości, bowiem fani mają zapewne w swoich kolekcjach wiele tych oficjalnych, jak i mniej oficjalnie wydanych koncertów zespołu z tego okresu.

Jakość techniczna wszystkich nagrań z zestawu, pomimo użycia oficjalnych archiwalnych taśm zarejestrowanych przez organizatorów nie jest jakaś szczególnie zachwycająca, choć jest akceptowalna, zarówno w zakresie dynamiki, jak i separacji poszczególnych instrumentów, nie utrudniając odbioru muzyki. Nie jest to jednak żadna techniczna rewelacja. Wiele koncertów z analogicznego okresu rozwoju technik rejestracji zachowało się w dużo lepszej technicznej kondycji.

Co zatem sprawia, że warto uzupełnić własną kolekcję nagrań Milesa Davisa o „Miles Davis At Newport 1955-1975, The Bootleg Series Vol. 4”? Nie tylko kolekcjonerska chęć posiadania wszystkich nagrań mistrza gatunku.

Najnowszy „The Bootleg Series” daje nam ważny i oficjalnie premierowy zapis koncertów z 1966 i 1967 roku. Założę się, że po kilku latach, kiedy wszyscy kupią już czteropłytowy zestaw, nagrania kwintetu z Wayne Shorterem, Herbie Hancockiem, Ronem Carterem i Tony Williamsem ukaża się jako osobne jednopłytowe wydawnictwo…

Ciekawa jest również historia koncertu z 1955 roku, w którym wystąpił zespół złożony z muzyków, którzy akurat wtedy nie potafili utrzymać własnych składów i z różnych względów artystycznych i życiowych w zasadzie byli bezrobotni – Zoot Sims, Gerry Mulligan, Thelonious Monk i Miles Davis… Takie to były czasy. Milesa Davisa nie było nawet w programie koncertu. Ten koncert był transmitowany przez radio, co dało okazję do zarobienia sporej ilości pieniędzy wydawcom bootlegów o jakości mało przekonującej, a w zasadzie uniemożliwiającej słuchanie muzyki z przyjemnością.

Trudno jednak było zrezygnować z tych nagrań Columbii w procesie selekcji materiału do „Miles Davis At Newport 1955-1975, The Bootleg Series Vol. 4”. To przecież właśnie dzięki temu występowi Miles Davis podpisał kontrakt z wytwórnią, a wiele biografii przypisuje część zasług niedoskonałości system nagłośnieniowego festiwalu, który zmusił trębacza do grania bezpośrednio do mikrofonu, co nadzwyczajnie wzmocniło potęgę i czystość tonu.

Reszta historii o występach Milesa Davisa w Newport i na europejskich edycjach tego festiwalu, zapisanych na 4 płytach zestawu „Miles Davis At Newport 1955-1975, The Bootleg Series Vol. 4” została błyskotliwie opowiedziana przez jednego z najlepszych krytyków jazzowych – Ashleya Kahna w obszernej książeczce dołączonej do zestawu. To ten tekst oraz zawartość muzyczna płyty numer 2 wystarczająco uzasadnia cenę zestawu. Reszta to już typowy bonus.

Miles Davis
Miles Davis At Newport 1955-1975, The Bootleg Series Vol. 4
Format: 4CD
Wytwórnia: Columbia / Legacy / Sony

Numer: 888750819529

03 stycznia 2017

Kanon Jazzu - płyta roku 2016

W przypadku radiowego Kanonu Jazzu podsumowanie jest zdecydowanie trudniejsze. Wśród zeszłorocznych nowości można drogą eliminacji i powtórnego odsłuchu wybranych tytułów ustalić krótką listę najważniejszych albumów, a wśród nich wybrać taki, który lubi się najbardziej, do którego najczęściej się wraca i poleca jako ciekawą nowość muzycznym przyjaciołom. Z Kanonem sprawa jest trudniejsza. Tu bowiem konkurują ze sobą albumy, które znalazły swoje miejsce w tej radiowej rubryce na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy, ale w czasach, kiedy były nowościami, każda z tych płyt zasługiwała z pewnością na miano płyt roku.

W Kanonie Jazzu prezentuję zarówno płyty historycznie ważne i oczywiste, wymieniane przez wszystkie podręczniki historii muzyki, jak i takie, które są dziś nieco zapomniane, ale warte każdej chwili spędzonej w ich muzycznym towarzystwie. Do Kanonu Jazzu trafiają płyty artystów wybitnych, ale również tych, którzy za życia byli niedoceniani, a później stali się źródłem inspiracji dla kolejnych pokoleń muzyków. Staram się przypominać mniej znane i rzadziej wznawiane albumy, ale również opowiadać historie o tych najbardziej znanych produkcjach. Wybór tej najważniejszej i najciekawszej płyty z listy prezentowanych w zeszłym roku nie jest więc łatwy.

W 2016 roku do Kanonu Jazzu trafiło wiele pozycji absolutnie wybitnych. „Duke Ellington’s Concert Of Sacred Music”, „Lady In Satin” Billie Holiday i „Lee-Way” jednego z moich ulubioncyh muzyków – Lee Morgana. Była taż znakomita próbka wszechstronności Lee Konitza – „The Lee Konitz Duets” i mało znana, choć absolutnie fenomenalna płyta Tete Montoliu – „Boleros”. Pojawił się Quincy Jones za sprawą jednego z najbardziej znanych albumów sprzed lat - „Big Band Bossa Nova”. Ten wydany w 1962 roku album zawiera między innymi jeden z największych przebojów jazzowego producenta wszechczasów – „Soul Bossa Nova”, wielokrotnie później nagrywany i wykorzystywany na ścieżkach dźwiękowych filmów i produkcji telewizyjnych.

Był też album absolutnie fenomenalny – jednak z tych płyt, które zabrałbym ze sobą w małej paczce na bezludną wyspę – „A Turtle’s Dream” Abbey Lincoln i genialnych gości specjalnych – Pata Metheny, Charlie Hadena, Kenny Barrona, Roya Hargrove’a i Lucky Petersona. Pisałem również o duecie Johna Coltrane’a i Kenny Burrella, mało znanej płycie w dyskografii Johna Coltrane’a, głownie dlatego, że chyba tylko w związku z porządkiem alfabetycznych album umieszczany jest w dyskografii Kenny Burrella i szukając go w sklepie na półce poświęconej Coltrane’owi go nie znajdziecie – „Kenny Burrell & John Coltrane”.

Do Kanonu trafił również album Jackie McLeana z Ornette Colemanem w roli trębacza – „New And Old Gospel”. Wśród tych wszystkich wspaniałości obejmujących również wiele płyt, o których powyżej nie wspomniałem, dla mnie najważniejsza była zapomniana perła w katalogu nagrań Milesa Davisa – album „Jazz Track”, a właściwie jego strona B. To jak dotąd jedyny przypadek w historii Kanonu Jazzu, kiedy jedna strona albumu zasłużyła na swoje miejsce w tym zestawieniu. To dźwięki absolutnie genialne i do dziś schowane w przeróżnych składankowych albumach, głownie dlatego, że niestety jest ich za mało na samodzielną płytę.

Miles Davis – „Jazz Track” – strona B.

Oto opowieść o magicznej, choć dziś nieco zapomnianej sesji nagraniowej. 26 maja 1958 roku w studiu nagraniowym wytwórni Columbia na Wschodniej 30 Ulicy w Nowym Jorku (czyli w słynnym z wielu nagrań Kościele) spotkali się ówcześni członkowie koncertowego zespołu Milesa Davisa – Julian Cannonball Adderley, John Coltrane, Bill Evans, Paul Chambers i Jimmy Cobb. Pod kierownictwem swojego mistrza nagrali jedynie 4 utwory i dwie odrzucone i wydane dużo później wersje alternatywne.

Ta sesja dla Milesa Davisa była zupełnie typowym, kolejnym nagraniem. Dla większości zespołu również to był kolejny, zwyczajny poniedziałek, jakich wiele. Ta sesja była jednak jedną z najważniejszych w życiu dla Billa Evansa. To właśnie tego dnia świat poznał geniusza, który już wtedy miał wielki wpływ na muzykę Milesa Davisa.

Niespełna 30 letni pianista miał już na swoim koncie pierwszą ważną płytę nagraną pod własnym nazwiskiem – „New Jazz Conception”. Nagrywał też z kilkoma mniej znanymi artystami, jak choćby Lucy Reed, Sahib Shihab, czy Jimmy Knipper. Miał też na swoim koncie udział w sesji George’a Russela – „The Jazz Workshop” i nagranie z Charlesem Mingusem – „East Coasting”. Mimo tego, że od kilku miesięcy grał z Milesem Davisem, był raczej zauważany przez krytyków, którzy zdążyli mu przyznać kilka ważnych wyróżnień, niż przez słuchaczy. Po kilku miesiącach od tego nagrania miało powstać „Kind Of Blue” z jego udziałem.

Materiał z tej sesji nie miał szczęścia. Znalazł się najpierw w części bez „Love For Sale” na kompilacyjnym albumie „Jazz Track” wydanym w Stanach Zjednoczonych w zasadzie jako reedycja znanej jedynie w Europie muzyki Milesa Davisa do filmu „Ascenseur pour l’echafaud” („Windą na szafot”) nagranej we Francji w towarzystwie muzyków lokalnych i paryskiego rezydenta – Kenny’ego Clarke. Sesja z 26 maja pełniła rolę wypełniacza drugiej strony tego albumu.

Kiedy już Bill Evans był gwiazdą największą z największych, a „Kind Of Blue” jazzowym albumem wszechczasów, okazało się, że na każdym nagraniu zespołu w tym samym składzie można zarobić sporo pieniędzy i Columbia wznowiła materiał w 1974 roku tym razem nazywając kolejny kompilacyjny album „1958 Miles” i umieszczając na jednej płycie nagrania z 26 maja (częściowo nieco inne wersje niż te z „Jazz Track”) z częścią występu promocyjnego zespołu dla oficjeli wytwórni z nowojorskiego hotelu Plaza z września tego samego roku. Ten drugi materiał w zasadzie nie powinien, ze względu na jakość techniczną rejestracji, nigdy się ukazać. Później powstała jeszcze inna kompilacja Columbii – „'58 Sessions Featuring Stella By Starlight”. Jeden utwór alternatywny upchnięto w 1975 roku na składance przeróżnych wykonawców – „Black Giants”, by wreszcie po  raz pierwszy umieścić go na kolejnej przedziwnej płycie Milesa Davisa – „Circle In The Round” w 1979 roku. Całość materiału najlepiej chronologicznie i dźwiękowo prezentuje się dziś w wersji z zestawu „The Complete Columbia Recordings 1955-1961: Miles Davis & John Coltrane” – płyty 3 i 4. Okazuje się, że ważna historycznie i muzycznie doskonała sesja musiała czekać na swoje wydanie do roku 2000, mimo tego, że całość materiału była wcześniej dostępna i nie mamy tu do czynienia z jakimś archiwalnym odkryciem. Ot taka wydawnicza ciekawostka.

Symbolicznym reprezentantem tej muzyki w naszym radiowym Kanonie Jazzu jest jednak album „Jazz Track” – pierwotne wydanie znacznej części materiału z 26 maja 1958 roku.

Bill Evans zastąpił w zespole Milesa Davisa Reda Garlanda, z którego Miles wcale nie był jakoś szczególnie niezadowolony, jednak zawsze chciał iść do przodu. Z udziałem Reda Garlanda powstały między innymi słynne „Workin’”, „Steamin’”, „Relaxin’” i „Cookin’”. Nieznanego wówczas Billa Evansa do zespołu Milesa rekomendował George Russell. Miles poszukiwał pianisty dającego mu wiele muzycznej przestrzeni, delikatnie traktującego klawiaturę o równej jemu inwencji harmonicznej.  Wersji ich pierwszego spotkania jest przynajmniej kilka. Bill Evans został regularnych członkiem zespołu w okolicach kwietnia 1958 roku, czyli zaledwie 6-7 tygodni przed nagraniem „Jazz Track”. W tygodniu poprzedzającym nagranie do zespołu dołączył Jimmy Cobb, a muzycy grali codziennie w Village Vanguard. W poniedziałki klub był zamknięty i dzięki temu właśnie możemy dziś posłuchać „Jazz Track”.

Otwierający sesję wstęp do „On Green Dolphin Street” w zasadzie definiuje styl gry Billa Evansa już na zawsze… cała reszta to historia zapisana na dziesiątkach wybitnych albumów, z których kolejnymi miały być „Kind Of Blue”, a jeszcze wcześniej w 1958 roku „Everybody Digs Bill Evans”. W przypadku tego albumu warto również docenić polski wkład w to historyczne wydarzenie. „On Green Dolphin Street” to przecież kompozycja Bronisława Kapera, a „Stella By Starlight” Victora Popular Younga, który urodził się w Stanach Zjednoczonych, ale jego matka była Polką. Sam Victor Young po śmierci matki przyjechał do Warszawy, gdzie skończył Konserwatorium by w wieku 15 lat zostać asystentem dyrygenta Filharmonii Warszawskiej. Kiedy wyjechał do USA został jednym z najlepszych i niezwykle pracowitych kompozytorów muzyki filmowej.

Jeśli chcecie posłuchać jak powstawało „Kind Of Blue” – poznajcie „Jazz Track”, to prapoczątki najpiękniejszego jazzowego albumu wszechczasów.

Miles Davis
Jazz Track
Format: CD
Wytwórnia: Columbia
Numer: 074646583326 (część zestawu „The Complete Columbia Recordings 1955-1961: Miles Davis & John Coltrane”)

06 lutego 2016

Miles Davis – Jazz Track – strona B

Oto opowieść o magicznej, choć dziś nieco zapomnianej sesji nagraniowej. 26 maja 1958 roku w studiu nagraniowym wytwórni Columbia na Wschodniej 30 Ulicy w Nowym Jorku (czyli w słynnym z wielu nagrań Kościele) spotkali się ówcześni członkowie koncertowego zespołu Milesa Davisa – Julian Cannonball Adderley, John Coltrane, Bill Evans, Paul Chambers i Jimmy Cobb. Pod kierownictwem swojego mistrza nagrali jedynie 4 utwory i dwie odrzucone i wydane dużo później wersje alternatywne.

Ta sesja dla Milesa Davisa była zupełnie typowym, kolejnym nagraniem. Dla większości zespołu również to był kolejny, zwyczajny poniedziałek, jakich wiele. Ta sesja była jednak jedną z najważniejszych w życiu dla Billa Evansa. To właśnie tego dnia świat poznał geniusza, który już wtedy miał wielki wpływ na muzykę Milesa Davisa.

Niespełna 30 letni pianista miał już na swoim koncie pierwszą ważną płytę nagraną pod własnym nazwiskiem – „New Jazz Conception”. Nagrywał też z kilkoma mniej znanymi artystami, jak choćby Lucy Reed, Sahib Shihab, czy Jimmy Knipper. Miał też na swoim koncie udział w sesji George’a Russela – „The Jazz Workshop” i nagranie z Charlesem Mingusem – „East Coasting”. Mimo tego, że od kilku miesięcy grał z Milesem Davisem, był raczej zauważany przez krytyków, którzy zdążyli mu przyznać kilka ważnych wyróżnień, niż przez słuchaczy. Po kilku miesiącach od tego nagrania miało powstać „Kind Of Blue” z jego udziałem.

Materiał z tej sesji nie miał szczęścia. Znalazł się najpierw w części bez „Love For Sale” na kompilacyjnym albumie „Jazz Track” wydanym w Stanach Zjednoczonych w zasadzie jako reedycja znanej jedynie w Europie muzyki Milesa Davisa do filmu „Ascenseur pour l’echafaud” („Windą na szafot”) nagranej we Francji w towarzystwie muzyków lokalnych i paryskiego rezydenta – Kenny’ego Clarke. Sesja z 26 maja pełniła rolę wypełniacza drugiej strony tego albumu.

Kiedy już Bill Evans był gwiazdą największą z największych, a „Kind Of Blue” jazzowym albumem wszechczasów, okazało się, że na każdym nagraniu zespołu w tym samym składzie można zarobić sporo pieniędzy i Columbia wznowiła materiał w 1974 roku tym razem nazywając kolejny kompilacyjny album „1958 Miles” i umieszczając na jednej płycie nagrania z 26 maja (częściowo nieco inne wersje niż te z „Jazz Track”) z częścią występu promocyjnego zespołu dla oficjeli wytwórni z nowojorskiego hotelu Plaza z września tego samego roku. Ten drugi materiał w zasadzie nie powinien, ze względu na jakość techniczną rejestracji, nigdy się ukazać. Później powstała jeszcze inna kompilacja Columbii – „'58 Sessions Featuring Stella By Starlight”. Jeden utwór alternatywny upchnięto w 1975 roku na składance przeróżnych wykonawców – „Black Giants”, by wreszcie po  raz pierwszy umieścić go na kolejnej przedziwnej płycie Milesa Davisa – „Circle In The Round” w 1979 roku. Całość materiału najlepiej chronologicznie i dźwiękowo prezentuje się dziś w wersji z zestawu „The Complete Columbia Recordings 1955-1961: Miles Davis & John Coltrane” – płyty 3 i 4. Okazuje się, że ważna historycznie i muzycznie doskonała sesja musiała czekać na swoje wydanie do roku 2000, mimo tego, że całość materiału była wcześniej dostępna i nie mamy tu do czynienia z jakimś archiwalnym odkryciem. Ot taka wydawnicza ciekawostka.

Symbolicznym reprezentantem tej muzyki w naszym radiowym Kanonie Jazzu jest jednak album „Jazz Track” – pierwotne wydanie znacznej części materiału z 26 maja 1958 roku.

Bill Evans zastąpił w zespole Milesa Davisa Reda Garlanda, z którego Miles wcale nie był jakoś szczególnie niezadowolony, jednak zawsze chciał iść do przodu. Z udziałem Reda Garlanda powstały między innymi słynne „Workin’”, „Steamin’”, „Relaxin’” i „Cookin’”. Nieznanego wówczas Billa Evansa do zespołu Milesa rekomendował George Russell. Miles poszukiwał pianisty dającego mu wiele muzycznej przestrzeni, delikatnie traktującego klawiaturę o równej jemu inwencji harmonicznej.  Wersji ich pierwszego spotkania jest przynajmniej kilka. Bill Evans został regularnych członkiem zespołu w okolicach kwietnia 1958 roku, czyli zaledwie 6-7 tygodni przed nagraniem „Jazz Track”. W tygodniu poprzedzającym nagranie do zespołu dołączył Jimmy Cobb, a muzycy grali codziennie w Village Vanguard. W poniedziałki klub był zamknięty i dzięki temu właśnie możemy dziś posłuchać „Jazz Track”.

Otwierający sesję wstęp do „On Green Dolphin Street” w zasadzie definiuje styl gry Billa Evansa już na zawsze… cała reszta to historia zapisana na dziesiątkach wybitnych albumów, z których kolejnymi miały być „Kind Of Blue”, a jeszcze wcześniej w 1958 roku „Everybody Digs Bill Evans”. W przypadku tego albumu warto również docenić polski wkład w to historyczne wydarzenie. „On Green Dolphin Street” to przecież kompozycja Bronisława Kapera, a „Stella By Starlight” Victora Popular Younga, który urodził się w Stanach Zjednoczonych, ale jego matka była Polką. Sam Victor Young po śmierci matki przyjechał do Warszawy, gdzie skończył Konserwatorium by w wieku 15 lat zostać asystentem dyrygenta Filharmonii Warszawskiej. Kiedy wyjechał do USA został jednym z najlepszych i niezwykle pracowitych kompozytorów muzyki filmowej.

Jeśli chcecie posłuchać jak powstawało „Kind Of Blue” – poznajcie „Jazz Track”, to prapoczątki najpiękniejszego jazzowego albumu wszechczasów.

Miles Davis
Jazz Track
Format: CD
Wytwórnia: Columbia
Numer: 074646583326 (część zestawu „The Complete Columbia Recordings 1955-1961: Miles Davis & John Coltrane”)

08 września 2015

Miles Davis – Water Babies

„Water Babies” to taki jazzowy kotlet mielony, album sporządzony ze skrawków różnych nagrań. Oczywiście w zależności od jakości owych mniejszych lub większych kawałeczków pomieszanych i podanych w formie jednego krążka zależy jakość całości.

Album ukazał się w 1976 roku, w czasie, kiedy z wielu różnych powodów sam mistrz Miles niekoniecznie interesował się muzyką, choć na temat jego przejściowej twórczej niemocy teorii występuje co najmniej tyle, ile jest nieautoryzowanych biografii. Pewnie trochę racji jest we wszystkich, poczynając od zdrowia, poprzez narkotyki, kobiety, niemoc twórczą, problemy ze skompletowaniem sensownego zespołu, aż po brak możliwości realnego nadążenia za popularnością muzyki rockowej, bez porzucania muzycznych ideałów. Tak więc Miles nie grał, a kontrakt z Columbia Records obowiązywał.

„Water Babies” zawiera w połowie (kiedyś to była pierwsza strona analogowej płyty) nagrania z czerwca 1967 roku z sesji w czasie której powstał album „Nefertiti”, nagrane w składzie kwintetu słusznie nazywanego Wielkim – czyli Miles Davis / Wayne Shorter / Herbie Hancock / Ron Carter / Tony Williams. Z jakiejś przyczyny owe nagrania nie znalazły się na „Nefretiti”. Zgadnijcie czemu? Tak, jedyna logiczna odpowiedź, to że w 1968 roku Teo Macero (producent płyty), albo sam Miles uznał, że są słabsze od tych, które znalazły się na wydawanym wtedy albumie.

Pozostała muzyka powstała w 1968 roku, niby niewiele później, ale to już u Milesa były zupełnie inne czasy – Rona Cartera zastąpił Dave Holland, a u boku grającego na elektrycznym fortepianie Herbie Hancocka pojawił się Chick Corea – nagrania ze strony drugiej analogowej wersji „Water Babies” pochodzą bezpośrednio z sesji do „In A Silent Way”, lub z tego samego czasu.

Czemu ta płyta ukazała się w 1976 roku – z pewnością z braku aktualnych nagrań oraz chęci wydania kolejnego albumu Milesa Davisa, którego z pewnością domagali się fani. Czyli klasyczny skok na kasę z wykorzystaniem wcześniej odrzuconych jako gorsze nagrań. I tu dochodzimy do istoty rzeczy – czy gorsze od wyśmienitych ścieżek z „In A Silent Way” i „Nefertiti” oznaczają słabe, albo niewarte uwagi? Niekoniecznie. Osobiście jestem wielkim fanem Milesa Davisa, choć faktem jest, że miewał okresy słabsze, choć nawet te najsłabsze są momentami genialne. Tak jak właśnie „Water Babies”.

Ten album nie jest oczywiście pierwszym wyborem dla fanów Milesa Davisa. Nie jest też najbardziej poszukiwaną pozycją dla tych, którzy uwielbiają Wielki Kwintet, albo jak kto woli z szacunku dla Johna Coltrane’a – Drugi Wielki Kwintet – tym polecam, mam wrażenie, że ciągle niedoceniane nagrania z Plugged Nickel z 1965 roku i to koniecznie w postaci kompletnej. Dla tych, którzy lubią elektrycznego Milesa, z pewnością najlepszym wyborem będzie „Bitches Brew”. Jednak wszyscy kiedyś sięgną po ten album, kiedy zbiorą te bardziej podstawowe i ważniejsze w dyskografii Milesa albumy. Może właśnie dlatego Columbia zdecydowała się wydać tą muzykę, podobnie jak dziś wydaje wybitną serię The Bootle Series.

Wszystkie trzy utwory z pierwszej strony oryginalnego wydania – tytułowy „Water Babies”, „Capricorn” i „Sweet Pea” zostały napisane przez Wayne Shortera z myślą o „Nefertiti”, porzucone wtedy znalazły miejsce na wydanej w 1969 roku płycie kompozytora – „Super Nova”, gdzie zyskały zupełnie inny, bardziej elektryczny wymiar w towarzystwie takich muzyków, jak gitarzyści Sonny Sharrock i John McLaughlin i grający na elektrycznych instrumentach Chick Corea. Sam lider zagrał wtedy na sopranie.

Czy zatem „Water Babies” to niechciane odrzuty? Krótko po wydaniu album zbierał dość mieszane recenzje, sam Miles Davis niewiele o nim opowiada w swojej autobiografii, a członkowie zespołu też raczej nie uważają tej płyty za swoje największe osiągnięcie we współpracy z Milesem. Ja uważam ten album za niesłusznie niedocenianą pozycję w dyskografii Milesa Davisa. Już sam „Dual Mr. Anthony Tillmon Williams Process” sprawia, że ta płyta warta jest każdych pieniędzy. Spróbujcie posłuchać tej fascynującej, trwającej ponad 13 minut skomplikowanej figury rytmicznej i wielkiego Milesa ponad geniuszem Tony Williamsa bez uprzedzenia i wiedzy, że to odrzucony wcześniej materiał…

Spróbujcie porównać kompozycje Wayne Shortera z wersjami nagranymi na jego autorskiej płycie, a docenicie geniusz Milesa w prowadzeniu zespołu i godzeniu solistycznych ambicji członków zespołu. Pewnie zupełnie przypadkowo powstał album – dokument elektrycznej przemiany Milesa Davisa – przez niektórych porównywany do „Bring It All Back Home” Boba Dylana, albumu również złożonego w połowie z nagrań elektrycznych i w połowie z akustycznych – to jednak był celowy wybór artysty. W przypadku płyty Milesa – przypuszczam, że wyszło przez przypadek. Dodatkowo dostajemy kolejny dokument okresu, w którym za radą Milesa, Herbie Hancock grał prawie wyłącznie prawą ręką, a to historia świetnie opisana przez samego pianistę w świeżo i całkiem nieźle przetłumaczonej na język polski autobiografii.

Miles Davis
Water Babies
Format: CD
Wytwórnia: Columbia / Sony

Numer: SRCS 9307

03 września 2015

Miles Davis All Stars – Walkin’

Kiedy we wrześniu 2011 roku rozpoczynaliśmy na antenie RadioJAZZ.FM Kanon Jazzu, parę dni trwała redakcyjna dyskusja, która płyta powinna zostać zaprezentowana jako pierwsza. Propozycji było kilka. Postanowiliśmy przyznać owo symboliczne pierwsze miejsce  najbardziej znanemu z albumów Milesa Davisa - „Kind Of Blue”. Dziś, kiedy po kilku miesiącach przerwy Kanon Jazzu wraca na antenę reaktywowanego radia, ową dyskusję na temat tego, jaki album powinien być pierwszy, odbyłem sam, a dodatkowym czynnikiem był fakt, że w Kanonie znalazło się już niemal 200 albumów, więc wybór staje się coraz trudniejszy.

Nie oznacza to, że nie ma z czego wybierać. Do tej pory starałem się zaspokoić potrzeby wielbicieli wszelkich odmian muzyki jazzowej oraz zadbać o to, żeby jak największa grupa muzyków została swoim udziałem w Kanonie uhonorowana, a ich dorobek przypomniany tym, którzy pamiętają dawne czasy i przedstawiony młodszemu pokoleniu słuchaczy RadioJAZZ.FM i czytelnikom JazzPRESSu, a także mojego bloga. W ten oto sposób, przez parę lat co tydzień odrzucałem pomysł opisania wielu wybitnych płyt tylko dlatego, że ich autorzy już w Kanonie Jazzu się pojawili i to czasem kilka razy.

Czas trochę zmodyfikować strategię układania kolejki płyt oczekujących na opisanie w Kanonie Jazzu. Od teraz będziemy sięgać nieco częściej po płyty największych sław. Stąd też na początek nowego wydania cyklu album niezwykle zasłużony dla historii gatunku, choć w chwili nagrania będący zwyczajnie kolejnym albumem w dyskografii Milesa Davisa.

Wielu historyków jazzu uznaje „Walkin’” za początek i praźródło hard-bopu, mojego ulubionego jazzowego gatunku, który dał światu tak doskonałych trębaczy jak Lee Morgan, Nat Adderley, Clifford Brown, czy Freddie Hubbard. No i oczywiście Miles Davis, który był gwiazdą wszelkich jazzowych stylów przez ponad pół wieku, a niektóre z nich nawet stworzył, co zresztą sam dowcipnie opisał w swojej autobiografii przytaczając fragment rozmowy podczas uroczystej kolacji w Białym Domu, kiedy to Nancy Reagan zapytała go, czym zasłużył sobie na zaproszenie. Miles powiedział wtedy, że w sumie to niewiele, tylko pięć albo sześć razy kompletnie zmienił historię światowej muzyki. Jak opisał swoje przypuszczenie co do zasług Nancy Reagan – to musicie już odnaleźć w książce Quincy Troupe’a sami…

„Walkin’” to jedynie pięć utworów, nagranych podczas dwu sesji w kwietniu 1954 roku, w dość przypadkowym składzie, obejmującym między innymi mało znanego saksofonistę Davida Schildkrauta, który całkiem nieźle kopiował zagrywki Charlie Parkera, co jednak w 1954 roku było w zasadzie normą i czego nikt nie uznawał za wadę.

Zgodnie z komentarzem samego lidera, jedynym świadomym wyborem była zmiana na stanowisku perkusisty – Arta Blakey’a, który grał z Milesem jeszcze miesiąc wcześniej na płycie „Miles Davis Vol. 2” zastąpił Kenny Clarke, który był w owym czasie mistrzem gry szczoteczkami, czego zresztą dowodzi jego gra na „Walkin’”. Udział Lucky Thompsona też jest raczej przypadkowy, w okresie pomiędzy zakończeniem współpracy z Charlie Parkerem w 1953 roku, a pierwszymi nagraniami z Johnem Coltrane’em w 1955 przez zespół Milesa przewinęło się kilku saksofonistów, w tym między innymi Sonny Rollins.

Czym zatem album „Walkin’” zasłużył sobie na miano początku historii hard-bopu? Czemu za taki historyczny moment nie uznaje się wydania albumu „Bag Groove” z premierowymi w formacie LP nagraniami słynnych hard-bopowych kompozycji Sonny Rollinsa „Airegin” i „Oleo”? Czy tylko dlatego, że ukazał się kilka tygodni wcześniej? Po części to właśnie chronologia.

„Walkin’” to nie była jednak przypadkowa sesja. 1954 rok nie był dla Milesa jakiś szczególnie dobry. Miles bardzo potrzebował sukcesu, walczył z narkotykowymi nałogami, chciał grać jak najwięcej, czuł rosnącą popularność stylu cool, wiedział, że staranne aranżacje „Birth Of The Cool” nie dają szans na status megagwiazdy. W desperacji wpychał się na scenę nawet tam, gdzie niekoniecznie był oczekiwany, czego dowód istnieje choćby w postaci całkiem niezłych nagrań z Lighthouse z jesieni 1953 roku.

Obie sesje, które złożyły się na „Walkin’” Miles Davis zagrał z tłumikiem, który później stał się jego znakiem rozpoznawczym. Utwór „Solar” – prosta wariacja na temat „How High The Moon” stał się jazzowym standardem, Horace Silver został ikoną hard-bopu. „Blue ‘N’ Boogie” był wyzwaniem rzuconym Dizzy Gillespie’mu. Ja zdecydowanie częściej wracam do końcówki albumu, w szczególności do „Love Me Or Leave Me”, w którym to nagraniu gwiazdą jest Kenny Clarke i jego wspomniane już szczoteczki.

A Miles Davis – to był drugi raz, kiedy zmienił bieg światowej muzyki. „Walkin’” to był w zasadzie początek jego wielkiej kariery i początek mojego ukochanego hard-bopu, który miał przyjąć jeszcze bardziej przebojowy, rytmiczny charakter, dając wiele koncertowych okazji do niebywałych solówek i niekończących się improwizacji, podobnie, jak dekadę wcześniej wymyślony przez Dizzy Gillespie’go, Charlie Parkera i Theloniousa Monka be-bop. W ten sposób jazz wrócił z kalifornijskich plaży i wykwintnych sal koncertowych do podziemnych klubów i znowu na chwilę nawiązał nierówną walkę z rock-and-rollem.

Miles Davis All Stars
Walkin’
Format: CD
Wytwórnia: Prestige / OJC
Numer: 02521862132