Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Keith Jarrett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Keith Jarrett. Pokaż wszystkie posty

04 czerwca 2021

Keith Jarrett – Budapest Concert

No i po co mam mieć na półce kolejny solowy recital Keitha Jarretta, w dodatku umieszczony na dwu płytach CD albo na dwu płytach analogowych i wydany, co w przypadku Jarreta dość oczywiste, przez ECM, czyli jedną z droższych wytwórni w polskiej dystrybucji. Wahałem się kilka miesięcy. W końcu brakowało mi do limitu darmowej wysyłki w jednym z moich ulubionych specjalizujących się w jazzie sklepach z płytami i dorzuciłem Jarretta, trochę z braku innych pomysłów.

Album trafił na półkę na kolejne tygodnie, bo przecież wiem czego się po tym nagraniu spodziewać, a w natłoku nowości, które mogą być niespodzianką, zawsze miałem po niego sięgnąć jutro. I wreszcie jutro nastąpiło, jak się domyślacie. Najnowszy – zarówno jeśli wziąć pod uwagę datę wydania, jak i nagrania album Jarretta – „Budapest Concert” niczym mnie nie zaskoczył. Nie jest ani w niczym lepszy, ani gorszy od innych jego solowych występów, w części improwizowanych, choć w tym przypadku akurat mam wrażenie, że na bazie wcześniej naszkicowanej kompozycji.

Jednak nie żałuję ani przez chwilę wydania niemałej sumy pieniędzy na kolejny album mistrza solowych fortepianowych improwizacji, nawet jeśli wolę, co jest akurat prawdą, Jarretta w trio grającego standardy, niż improwizującego i mamroczącego przy okazji coś do siebie samotnie na scenie.

Keith Jarrett może improwizować, grać standardy, cytować znane melodie, albo zagrać cokolwiek, on gra w innej lidze. W związku ze stanem zdrowia, od wielu lat koncertuje mało, należy więc zazdrościć węgierskiej publiczności, że mogła w 2016 roku usłyszeć go na żywo. Żaden z solowych koncertów Keitha Jarretta, jakich słuchałem na żywo niestety dotąd się nie ukazał, choć w przypadku tego artysty, nie musi to oznaczać, że uznał je za mniej udane.

Jarrett tym razem na pewno cytuje „Somewhere” Leonarda Bernsteina z „West Side Story” – w siódmej części improwizowanego koncertu, „Giant Steps” w części pierwszej i „Now’s The Time” Charlie Parkera w części piątej. Może odnajdziecie inne cytaty, których nie zauważyłem, to również za każdym razem ciekawa łamigłówka dostarczana systematycznie przez kolejne wydania jego koncertów. Znajomy, który słucha sporo muzyki poważnej, powiedział mi, że część siódma pachnie mu czymś napisanym przez Bella Bartoka, co wydaje się prawdopodobnym ukłonem w stronę wielkiego kompozytora, którego imię nosi sala koncertowa w Budapeszcie, w którym odbył się prezentowanych na płytach koncert artysty. Ja się na Bartoku nie znam i chyba bym tego nie odgadł.

Całkiem niedawno ukazał się również zapis innego koncertu Jarretta z 2016 roku – „Munich 2016”. Jeśli spodoba się Wam „Budapest Concert”, szykujcie się na kolejne wydatki i trzymajcie kciuki za zdrowie artysty, bo z nim nie jest podobno najlepiej. Tak przy okazji, polecam Wam angielską wersje prawie autoryzowanej jego biografii, napisanej przez Wolfganga Sandnera kilka lat temu po niemiecku i przetłumaczonej oraz uzupełnionej po angielsku przez jednego z brata artysty – również pianistę Chrisa Jarretta, której recenzję możecie obejrzeć na naszym redakcyjnym kanale na YouTube.

Keith Jarrett
Budapest Concert
Format: 2CD
Wytwórnia: ECM
Data pierwszego wydania: 2020
Numer: 602507301941

25 lutego 2021

How About You? – CoverToCover Vol. 127

Wiele jazzowych standardów zaczęło swoje życie w filmach, albo przedstawieniach teatralnych. Większość tego typu kompozycji, jeśli trafiły do świata jazzu, zrobiła karierę na dużo większą skalę niż filmy, czy przedstawienia do których powstały. Dobra muzyka nigdy się nie starzeje, z filmami jest trochę inaczej, technika realizacji, realia niezrozumiałe dla kolejnych pokoleń, zmiany obyczajowe i wiele innych czynników ma codziennie wpływ na to, że filmy stają się zwyczajnie ciekawostkami sprzed lat, a muzyka do nich napisana żyje własnym życiem. Tak jest również w przypadku kompozycji Burtona Layne’a z tekstem Ralpha Freeda „How About You?”. Obaj autorzy grali raczej w drugiej lidze twórców muzyki filmowej do amerykańskich produkcji. Nie udało im się razem, ani osobno stworzyć zbyt wielu kompozycji o których muzycy pamiętają do dzisiaj. Ich dorobek nie jest również ilościowo jakoś szczególnie imponujący, jeśli porówna się go z największymi twórcami muzyki filmowej. W katalogu jazzowych standardów znajdziecie kilka innych kompozycji, które powstały z udziałem obu twórców, wśród tych najczęściej nagrywanych są „Everything I Have Is Yours”, „I Hear Music”, „Old Devil Moon” i „You Leave Me Breathless”. Zdecydowanie więcej ciekawych tekstów ma na swoim koncie brat Ralpha Freeda – Arthur, który miał więcej szczęścia do pisania piosenek do lepszych filmów i dostał nawet Oscara za całokształt swojej filmowej twórczości w uznaniu zasług polegających jednak raczej na udanym wyprodukowaniu hitów ekranowych w rodzaju „Singin’ In The Rain” („Deszczowa piosenka” – tu był też autorem tekstu), „Wizard Of Oz”, „An American In Paris” i „Gigi”.

Piosenkę „How About You?” po raz pierwszy zaśpiewali Judy Garland i Mickey Rooney w 1941 roku w filmie muzycznym „Babes On Broadway”. Oryginalny tekst powstał z myślą o duecie damsko-męskim i później wykonywany przez solistów często był modyfikowany. Czas pokazał jednak, że to melodia miała okazać się bardziej atrakcyjna dla jazzowych muzyków, niż tekst dla wokalistów i wokalistek. Warto zatem pozostawić tekst wielbicielom Judy Garland i Franka Sinatry i skupić się na improwizowanych wersjach melodii Burtona Lane’a. Tych jest całkiem sporo, a większość z tych najciekawszych powstała z udziałem najwybitniejszych jazzowych pianistów. Odcinek CoverToCover poświęcony „How About You?” może być zatem szybkim przeglądem przeróżnych koncepcji jazzowej gry na fortepianie. Obok oszczędnego i eleganckiego Ahmada Jamala wystąpi zatem jak zwykle fantastycznie swingujący Oscar Peterson. Oba nagrania powstały w 1956 roku. Ahmad Jamal gra w klasycznym trio z basem i perkusją (Israel Crosby – b, Walter Perkins – dr), a Oscar Peterson w jednym ze swoich najlepszych składów z Herbem Ellisem na gitarze (fantastyczne solo) i Rayem Brownem na basie. Bębny nie były w tym składzie potrzebne. Inny wielki pianista zagrał „How About You?” sam ze sobą – Bill Evans nagrał w 1963 roku innowacyjną płytę „Conversation With Myself” na której połączył w studiu kilka ścieżek fortepianu. Mistrz nowoczesnego podejścia do jazzowych standardów – Keith Jarrett w mistrzowskim składzie z Gary Peacockiem i Jackiem DeJohnette zagrał tej utwór na jednym z koncertów, z których złożono sześciopłytowe wydawnictwo „Keith Jarrett At The Blue Note” – najlepszą współczesną 1994 rok encyklopedię jazzowych standardów zagranych na żywo. Całość prezentacji uzupełnia genialny skrzypek - Stephane Grappelly, który z każdej melodii potrafił zrobić romantyczne arcydzieło. A to wszystko tylko jedna z wielu prostych filmowych piosenek z filmu, o którym mało kto dziś pamięta. Świat jazzu jest niezwykle różnorodny.

Utwór: How About You?
Album: Count ‘Em 88
Wykonawca: Ahmad Jamal Trio
Wytwórnia: Argo
Rok: 1956
Numer: 5050457139520
Skład: Ahmad Jamal – p, Israel Crosby – b, Walter Perkins – dr.

Utwór: How About You?
Album: At The Stratford Shakespearean Festival
Wykonawca: Oscar Peterson Trio
Wytwórnia: Verve / Polygram
Rok: 1956
Numer: 731451375224
Skład: Oscar Peterson - p, Herb Ellis – g, Ray Brown – b.

Utwór: How About You?
Album: Conversation With Myself (The Complete Bill Evans On Verve)
Wykonawca: Bill Evans
Wytwórnia: Polygram / Verve
Rok: 1963
Numer: 731452795328
Skład: Bill Evans – p.

Utwór: How About You?
Album: Keith Jarrett At The Blue Note - The Complete Recordings (Disc 6) - Sunday June 5th 1994 2nd Set
Wykonawca: Keith Jarrett
Wytwórnia: ECM
Rok: 1994
Numer: 731452763822
Skład: Keith Jarrett – p, Gary Peacock – b, Jack DeJohnette – dr.

Utwór: How About You?
Album: Feeling + Finesse = Jazz
Wykonawca: Stephane Grappelly
Wytwórnia: Rhino / Atlantic / Warner
Rok: 1962
Numer: 075679014023
Skład: Stephane Grappelly – viol, Pierre Cavalli – g, Leo Petit – g, Guy Pedersen – b, Daniel Humair – dr.

11 czerwca 2020

Keith Jarrett - Keith Jarrett At The Blue Note - The Complete Recordings

Trio Keitha Jarretta z Gary Peacockiem i Jackiem DeJohnette to zespół doskonały. Ich interpretacje jazzowych standardów mogą uchodzić za wzorcowe i powinny być przedstawiane studentom muzyki jako punkt odniesienia. W 1994 roku muzycy grali przez trzy wieczory w Blue Note w Nowym Jorku. Obszerny, a być może nawet kompletny zapis tych trzech koncertów ukazał się kilka miesięcy później w postaci pudełka 6 płyt kompaktowych pod tytułem „Keith Jarrett At The Blue Note - The Complete Recordings”.


ECM to wytwórnia, która nie wydaje zbyt często takich obszernych wydawnictw. To w świecie jazzu rzecz spotykana naprawdę nieczęsto. Są oczywiście na rynku przeróżne wielopłytowe wydawnictwa kompilacyjne, jednak wydanie serii koncertów zagranych dzień po dniu w tym samym składzie na 6 płytach, to naprawdę wydarzenie niezwyczajne. Z tych znaczących i równie wysoko ocenianych przypominam sobie spacerując między własnymi półkami jedynie „Live At The Plugged Nickel” Milesa Davisa i „Cote d'Azur Concerts” Elli Fitzgerald i Duke Ellingtona oraz „The London House Sessions” Oscara Petersona. Nie liczę rzeczy zebranych z kilku lat, nawet jeśli zagranych w tym samym miejscu. W tej kategorii zdecydowanie wygrywa „The Complete Miles Davis At Montreux 1973-1991” i 20 genialnych płyt, choć konkurencja jest ostra.

W chwili wydania tego zestawu w 1995 roku trio miało już na swoim koncie 10 albumów z jazzowymi standardami, a do dziś ukazało się ich kolejne 10, a może więcej. Czy to, aby nie za dużo? To przecież proste, klasyczne jazzowe trio grające standardy. Dlaczego wydawcy zdecydowali się wydać 7 godzin muzyki w jednym pudełku sprzedawanym za niezbyt promocyjną cenę, której dotkliwość pamiętam do dzisiaj, choć minęło 25 lat?

Czy w te dni w nowojorskim Blue Note działo się coś wyjątkowego? Raczej nie, to były zwyczajne koncerty, choć z perspektywy Blue Note trochę inne, bo w czasie występów ponoć nie mogli swojej pracy wykonywać kelnerzy. Czy trio zagrało jakoś szczególnie lepiej, niż na innych koncertach wydanych na innych płytach – raczej nie, zagrali tak samo dobrze. Jakość realizacji technicznej też jest ponadprzeciętna, to dotyczy większości płyt Jarretta dla ECM, może z wyjątkiem, co jest pewnym paradoksem, jego chyba najbardziej popularnej płyty solowej – „The Koln Concert”. Czy repertuar był jakiś szczególnie niepowtarzalny – też nie, niektóre utwory nawet powtarzają się kilka razy, choć za każdym razem zagrane nieco inaczej.

Czy jakaś szczególna improwizacja udała się w sposób nadzwyczajny – nie, choć w zasadzie tak, wszystkie się udały nadzwyczajnie, jak w przypadku wszystkich koncertów tria – tych które znam z płyt i tych, które widziałem na żywo. Te niewydane można zresztą spokojnie wydawać co jakiś czas, z pewnością znajdą nabywców.

Zastanawiałem się chwilę, czy nie wskazać, wspierając jakimś technicznym opisem któregoś z utworów, jednak szybko z tego zrezygnowałem, bo zrobiło się późno, kiedy zrozumiałem, że przypomnienie tego 7 godzinnego wydawnictwa będę musiał raczej rozłożyć sobie na dwa wieczory, choć może dla zachowania realizmu warto poświęcić na całość 3 wieczory, bowiem materiał w taki właśnie sposób został zarejestrowany. Trio Keitha Jarretta było genialne, raczej nie przypuszczam, żeby powstały nowe nagrania, choć zapewnie w archiwach Jarretta, albo Manfreda Eichera jest jeszcze mnóstwo nagranych koncertów, to wydawnictwo z koncertami z Blue Note jest najlepsze przez swoją kompletność i obszerność materiału. Za pomocą tej paczki płyt można udowodnić każdemu niedowiarkowi, że prosto nie znaczy nudno i że można słuchać godzinami dobrze znanych melodii z wielką przyjemnością.

Koncerty zarejestrowane na tych płytach odbyły się w początkach czerwca 1994 roku, więc dziś jest dobry czas, żeby przypomnieć sobie tą niezwykłą muzykę z okazji może nierównej, ale jednak rocznicy, tym bardziej, że niedawno ECM wznowiło to od jakiegoś czasu niedostępne wydawnictwo.

Dylemat czy Jarrett-Peacock-DeJohnette to trio ciekawsze niż moje ulubione – Evans-LaFaro-Motian nie jest możliwy do rozstrzygnięcia. To inne epoki, a poza tym muzyka to nie sport i warto cieszyć się nagraniami obu tych wybitnych zespołów, a z racji chronologii to w muzyce Jarretta wielu dopatruje się inspiracji Evansem, choć to wcale nie wstyd znać twórczość wielkiego mistrza.

Keith Jarrett
Keith Jarrett At The Blue Note - The Complete Recordings
Format: 6CD
Wytwórnia: ECM
Data pierwszego wydania: 1995
Numer: 731452763822

23 października 2018

Keith Jarrett, Gary Peacock, Jack DeJohnette – After The Fall

Jeśli nie mylę się w obliczeniach, „After The Fall” jest 22 pozycją w dyskografii tria Jarretta, Peacocka i DeJohnette’a, właściwie w całości poświęconej poszerzonym, kreatywnym i w dużej części improwizowanym interpretacjom jazzowych standardów. Niemal wszystkie z tych albumów to nagrania koncertowe, za wyjątkiem pierwszych 2 albumów nagranych wieki temu – w 1983 roku („Standards Vol. 1” i „Standards Vol. 2”). Wszystkie one dostępne są niemal bez problem, bowiem ECM należy do tych wytwórni, które dysponują doskonałą dystrybucją i zasobami finansowymi pozwalającymi na utrzymywanie dostępności niemal całego katalogu w ciągłej sprzedaży.


„After The Fall” jest nową pozycją w dyskografii zespołu. Podwójny koncertowy album ukazał się kilka tygodni temu, a materiał został zarejestrowany 20 lat temu, 14 listopada 1998 roku w czasie koncertu zespołu w Newark.

Dlaczego zatem możemy usłyszeć te nagrania dopiero teraz i dlaczego to właśnie ten koncert został uznany za ważny i warty umieszczenia w obszernej dyskografii zespołu? Argument szeroko opisywany przez samego Keitha Jarretta w krótkim tekście dołączonym do wydawnictwa wydaje się dość oczywisty – to był pierwszy koncert zespołu po niemal 2 latach przerwy spowodowanej chorobą pianisty uniemożliwiającą mu występy na żywo.

Koncert nie był rejestrowany z intencją jego umieszczenia na płycie, choć rejestracja, według samego Jarretta, sporządzona z zapisu kontrolnego zachowanego przez realizatorów dźwięku jest w pełni profesjonalna. Historyczny aspekt tego wydarzenia, oznaczającego powrót do działalności koncertowej zespołu i do solowych występów samego Keitha Jarretta jest istotny, jednak materiał muzyczny nie różni się wiele od innych mistrzowskich interpretacji standardów zawartych na niezliczonych płytach zespołu.

Znając ten historyczny kontekst można zrozumieć, dlaczego sam pianista gra nieco bardziej dynamicznie, niż zwykł to czynić przed przerwą w występach. Zwyczajnie próbuje czy jest już w pełni gotowy do powrotu na scenę. W ten sposób całkiem przypadkowo, „After The Fall” staje się jednym z najbardziej bebopowych, rytmicznych i dynamicznych nagrań zespołu. Również repertuar jest, jak na nagrania zespołu wyjątkowo jazzowy. W zestawie znajdziemy między innymi „Scrapple From The Apple” Charlie Parkera, „Bouncing With Bud” Buda Powella, „Doxy” Sonny Rollinsa i „Moment's Notice” Johna Coltrane’a. Ten koncert zawiera zatem wyjątkowo niewiele jazzowych standardów, których początki odnajdujemy w muzyce napisanej na potrzeby przedstawień teatralnych.

Najnowszy album zespołu jest jednym z ciekawszych w jego obszernej dyskografii. Choć koncert nie był rejestrowany z myślą o wydaniu na płytach, z pewnością nie jest jedynie próbą wydawniczego eksploatowania obszernych archiwów będących w posiadaniu Jarretta. Kilka jego solowych albumów skomponowanych w ostatnich latach w ten sposób nie jest tak udanych, jak „After The Fall”. Ten album będzie oprócz moim zdaniem najciekawszego obszernego boxu „Keith Jarrett At The Blue Note” moim ulubionym nagraniem niezwykłego tria. Mam nadzieję, że jego sukces wydawniczy sprawi, że muzycy, zechcą nagrać coś nowego (ostatnie pogłoski o śmierci Gary Peacocka okazały się na szczęście nieprawdziwe), lub sięgnąć do archiwum po kolejne równie doskonałe nagrania. Ja już ustawiam się w kolejce.

Keith Jarrett, Gary Peacock, Jack DeJohnette
After The Fall
Format: 2CD
Wytwórnia: ECM
Numer: 602567165064

22 czerwca 2013

Keith Jarrett / Gary Peacock / Jack DeJohnette – Somewhere

Trio Keitha Jarretta z Gary Peacockiem i Jackiem DeJohnette, to swoisty wzorzec metra, trio doskonałe, być może najdoskonalsze w dziejach gatunku. Podobnie doskonałe zespoły stworzyli jedynie Bill Evans, Oscar Peterson. Z obowiązku przypominania o sławach niedocenionych dołożyłbym jeszcze absolutnie genialne trio Phineasa Newborna Jr. z Paulem Chambersem i Philly Joe Jonesem, ale to nagrania dość trudne do zdobycia.

Właściwie od roku 1994, czyli od nagrania 6 płytowego albumu „Keith Jarrett At The Blue Note - The Complete Recordings” z Gary Peacockiem i Jackiem DeJohnette za każdym razem, kiedy ukazuje się kolejny album tego zespołu zastanawiam się po co i kto go kupi. Kiedy się nad tym zastanawiam, płyta już dawno jest w moim koszyku. Nie potrafię się powstrzymać, choć doskonale wiem, czego się spodziewać i w sumie nie spodziewam się czegoś istotnie lepszego, niż „Keith Jarrett At The Blue Note - The Complete Recordings”. Za każdym jednak razem nagrania zespołu okazują się po raz kolejny intrygujące, stają się kolejnym odcinkiem długiego cyklu odczytywania istoty jazzowych standardów.

Nikt nie potrafi tak jak Keith Jarrett uchwycić istoty znanych melodii, poruszając się na ich granicy, krążąc wokół głównego, znanego publiczności i słuchaczom tematu. Cytując znaną melodię, ale zawsze dodając coś od siebie. Idealnie trafiając w istotne, najważniejsze punkty kompozycji. Każda z melodii zagranych przez dziesięciolecia przez ten zespół ma swoich mistrzów, spora część ma genialne wykonania, takie, z którymi są te kompozycje kojarzone przez większość fanów jazzu.

Przyjrzyjmy się repertuarowi najnowszego albumu tria Keitha Jarretta – „Somewhere”. „Solar” Milesa Davisa ma z pewnością ten wzorzec w nagraniu z albumu, dla którego został napisany – „Walkin’” – tu na fortepianie sam Horace Silver. Z wykonań koncentrujących się na fortepianie warto przypomnieć Gonzalo Rubalcabę z „Montreal Tapes” Charlie Hadena, dość niespodziewanie wyśmienitego Kenny Barrona z albumu „Live At Bradley’s” i Geri Allen z wyśmienitej płyty Wallace Roney’a „Munchin’” z Ravi Coltrane’em, Christianem McBride’em i Kenny Washingtonem. „Stars Fell On Alabama” ma jeden wzór w mojej muzycznej pamięci – solowe wykonania Arta Tatuma.

„Between The Devil And The Deep Blue Sea” to Thelonious Monk – solo na fortepianie z albumu „Solo Monk” i z zespołem z „Straight, No Chaser” i John Lewis z jednej z płyt The Modern Jazz Quartet. „Somewhere” i „Tonight” to Oscar Peterson z „West Side Story” ze swoim najsłynniejszym składem – Ray Brown i Ed Thigpen. „I Thought About You” to niezliczone koncertowe wykonania różnych zespołów Milesa Davisa z których najważniejsze dla mnie są chyba trzy – z Herbie Hancockiem z Plugged Nickel z 1965 roku, z Wyntonem Kelly z 1961 roku z The Blackhawk i jeszcze jedno z Herbie Hancockiem z 1964 roku z albumu „The Complete Concert 1964 / My Funny Valentine + Four & More”. No i oczywiście prawykonanie Milesa ze studyjnej płyty „Someday My Prince Will Come”, ponownie z Wyntonem Kelly na fortepianie.

Czy można zatem w takim towarzystwie powiedzieć coś więcej na temat standardów. Można, ale to potrafi obecnie jedynie zespół Keitha Jarretta. Być może pomyślicie sobie, że ta płyta jest podobna do innych, które nagrało trio w ciągu ostatnich 30 lat. Będziecie mieli rację. Ale to jest album równie wspaniały, jak te poprzednie. W związku z tym, że to bez dwu zdań najlepsze jazzowe trio nieprzerwanie od owych 30 lat, to żadnego dźwięku zagranego przez ten zespół nie można opuścić.

Keith Jarrett / Gary Peacock / Jack DeJohnette
Somewhere
Format: CD
Wytwórnia: ECM

Numer: ECM 2200 / CD 276-6370

12 czerwca 2013

Keith Jarrett Trio – Somewhere Before

Gorącą nowością dla fanów Keitha Jarretta jest najnowszy album „Somewhere” tria pianisty z Gary Peacockiem i Jackiem DeJohnette. Ta czekająca jeszcze ciągle na swoją kolej nowość przypomniała mi jednak o klasycznym już nagraniu pianisty z 1968 roku w równie wybitnym towarzystwie Charlie Hadena i Paula Motiana. Taki to już jest Kanon Jazzu. Staram się w nim przypominać zarówno pozycje wybitne i ogólnie znane – nawet o najważniejszych i najpiękniejszych płytach czasem udaje się każdemu z nas zapomnieć. Z pewnością „Somewhere Before” nie jest najważniejszą płytą Keitha Jarretta. Być może ta najważniejsza jeszcze nie została nagrana. Jednak warta jest przypomnienia. To nie tylko historyczny dokument pokazujący młodego, poszukującego artystę. Ten album broni się również w kategorii absolutnej, jako świetnie zagrany, choć być może nieco gorzej nagrany koncert.

To były czasy początków wielkiej kariery Keitha Jarretta. Wytwórnia ECM jeszcze nie istniała. Pianista był członkiem wyśmienitego zespołu Charlesa Lloyda. Nagrania zarejestrowane na koncercie w Shelly’s Manne Hole ukazały się na płycie wydanej przez wytwórnię Vortex, której katalog dzisiaj w znacznej części należy do Atlantic. Album jest dostępny dziś w serii Atlantic Masters.

Występ tria rozpoczyna dość nietypowy w repertuarze Keitha Jarretta cover – „My Back Pages” Boba Dylana. To kompozycja z wydanego w 1964 roku albumu „My Back Pages”. Później zespół grał już niemal w całości repertuar autorski lidera. W 1968 roku Keith Jarrett ciągle poszukiwał swojego głosu. Grał w zespole Charlesa Lloyda, to zdecydowanie nie był standardowy jazzowy kwartet. Przygoda z Milesem Davisem była ciągle przed nim. W czasie jednego koncertu pojawia się wspomniana kompozycja Boba Dylana i free-jazzowa własna kompozycja „Moving Soon”. W 1968 roku stylistyki Cecila Taylora chciał spróbować każdy. Okres fascynacji muzyką Ornette Colemana miał wkrótce nadejść w postaci nagrań kwartetu z Dewey Redmanem.

Zestawienie wspomnianego „Moving Soon” z kolejnym utworem, tytułową balladą „Somewhere Before” to jeden z największych stylistycznych kontrastów w karierze pianisty. Otwierający album cover Boba Dylana wytwórnia Vortex wydała na singlu. To chyba jedyny singiel w karierze Keitha Jarretta.

Poziom techniczny rejestracji daleki jest od oryginału, podobnie jak brzmienie i techniczna sprawność fortepianu. Jednak to wyśmienity koncert zagrany w małym klubie, gdzie raczej nigdy pianista nie ma do dyspozycji doskonałego koncertowego fortepianu. Jednak prawdziwa muzyka rodzi się w wyobraźni artysty, a nie w technicznej doskonałości instrumentu. Choć mało znany, album „Somewhere Before” zasługuje na swoje miejsce w Kanonie Jazzu.

Keith Jarrett Trio
Somewhere Before
Format: CD
Wytwórnia: Atlantic / Warner
Numer: 081227659622

12 lutego 2013

Keith Jarrett – Life Between The Exit Signs


Według mojej najlepszej wiedzy, ten album jest debiutem nagraniowym Keitha Jarretta w roli lidera własnego składu. Niespełna 23 letni w momencie nagrania płyty muzyk był już wtedy okrzyknięty sensacją, nową nadzieją, wirtuozem wszechczasów i różnymi innymi epitetami w podobnym stylu, głównie w związku ze swoimi występami i kilkoma albumami nagranymi w kwartecie Charlesa Lloyda oraz uznaniem samego Arta Blajey’a i krótkiej przygodzie z Jazz Messengers.

Końcówka lat sześćdziesiątych należała zresztą w świecie jazzu do pianistów. To okres pierwszych znaczących nagrań nie tylko Keitha Jarretta, ale również Chicka Corea i nieco wcześniej Herbie Hancocka.

Dla autora muzyki i lidera zespołu, który nagrał „Life Between The Exit Signs” to był czas wewnętrznych rozterek. Tak przynajmniej ja odbieram tą ciekawą do dziś, choć nieco zapomnianą i wyblakłą na tle późniejszych wielkich nagrań dla ECM, zarówno tych solowych, jak i zespole zwanym z racji repertuaru, The Standards Trio.

Keith Jarrett spróbował na tej płycie wszystkiego, sprawnie poruszając się po  z pozoru nieistniejącej linii łączącej klasyczną pianistykę europejską z uwolnioną ekspresją Cecila Taylora, o którym otwarcie wtedy opowiadał, jako o swoim muzycznym idolu. Niezależnie od tego, bliżej którego końca muzycznej skali stylów i ekspresji znajdują się płynące z głośników dźwięki, większość słuchaczy znających późniejsze nagrania lidera bez wahania rozpozna, że to właśnie Keith Jarrett siedzi przy fortepianie.

To właśnie rozpoznawalny sound, ulotny i trudny do zdefiniowania amalgamat techniki gry, sposobu budowania improwizacji, stylu kompozycji i jeszcze wielu innych rzeczy, których nazwanie sprawiłoby, że zrozumieją tylko praktykujący muzycy po wielu latach formalnej edukacji, jest cechą Muzyków przez duże M. Sonny Rollins powiedział niedawno, że ciągle poszukuje swojego brzmienia. Ma je oczywiście już od jakiś 50 lat, ale fakt, że ciągle go poszukuje, daje wiele do myślenia.

Keith Jarrett w wieku 23 lat wiedział jak chce grać i potrafił uwiecznić tą koncepcję na płycie. Później nie sięgał już tak często po preparowane dźwięki fortepianu.

Płyta została wydana przez mało znaną wytwórnię Vortex, wchodzącą wtedy w skład rosnącego w siłę koncernu Atlantic. Produkcją zajął się sam George Avakian. Atlantic nie wierzył chyba do końca w komercyjne możliwości swojego artysty, wydając jego nagrania właśnie w satelickiej wytwórni Vortex. Dał za to artyście wolną rękę w wyborze muzyków towarzyszących, co zapewne wiązało się ze sporym ryzykiem finansowym, bowiem debiutujący Keith Jarrett nie wybrał jak to często w przypadku debiutów bywało, kolegów ze studiów, ale muzyków o uznanej renomie – Charlie Hadena i Paula Motiana. Być może chciał w ten sposób stworzyć klamrę pomiędzy klasycznym jazzowym graniem wypełnionym tradycją europejskiej pianistyki Billa Evansa zatrudniając Paula Motiana, który miał już wtedy za sobą sporo nagrań w trio Evansa, z odrobiną żywiołu Ornette Colemana, z którego zespołu wywodził się Charlie Haden osławiony udziałem choćby niemal dekadę przed nagraniem dzisiejszej płyty w projekcie „The Shape Of Jazz To Come”. Być może o ich zatrudnieniu zdecydowała raczej fascynacja obu muzyką europejską? Nie ma to wielkiego znaczenia. Sekcja Haden / Swallow okazała się wybitna, a dla Keitha Jarreta była tylko wstępem do stworzenia najbardziej klasycznego składu z Gary Peacockiem i Jackiem DeJohnette.

Definiujący muzyczną zawartość albumu tytuł dokumentuje rozterki twórcze lidera. Jak na ironię tytułowy utwór jest najbardziej tradycyjnym, klasycznie zagranym fortepianowym trio na całej płycie. Może to również świadectwo ostatecznego wyboru, deklaracja twórcza startującego do światowej kariery solowej muzyka, który w swoich jazzowych wcieleniach już nigdy nie będzie tak radykalny i niezdecydowany.

Niezależnie od tej całej historii można o niej zapomnieć i posłuchać świetnie napisanej i zagranej przez wyśmienitych muzyków płyty nie zastanawiając się nawet, kto i dlaczego tak pięknie gra…

Keith Jarrett
Life Between The Exit Signs
Format: CD
Wytwórnia: Vortex / Elektra / Atlantic
Numer: 081227375621

09 września 2012

Keith Jarrett, Jan Garbarek, Palle Danielsson, Jon Christensen – Sleeper: Tokyo, April 16, 1979


Taka nowa stara płyta. Wydobyta z archiwum. W 1979 roku się nie kwalifikowała a teraz jest dobra? Próba wyciągnięcia kasy od fanów? Zapchajdziura w związku z brakiem nowego materiału? W przypadku wytwórni ECM nie podejrzewam bałaganu w archiwum. Zresztą nie wyobrażam sobie, żeby o takiej taśmie ktoś zapomniał. To wyśmienita płyta. Czemu więc akurat teraz?

A jakie to w sumie ma znaczenie? W 2012 roku dostajemy muzykę z 1979 roku, pewnie dziś byłaby nieco lepiej technicznie nagrana. I tyle. Była aktualna wtedy i jest aktualna teraz. Mogłaby powstać też jeszcze 10 lat wcześniej. Też byłaby aktualna i na czasie.

Układ graficzny okładki albumu sugeruje występ 4 równorzędnych artystów. Jednak na pierwszym miejscu umieszczono nazwisko Keitha Jarretta. Myślę więc, że w wielu kolekcjach i na sklepowych półkach ten podwójny koncertowy album wyląduje w jego dyskografii. Całkiem zresztą niesłusznie. „Sleeper” może i powinien znaleźć się w każdej dobrej jazzowej kolekcji. W sumie to nieważne, na której półce się znajdzie. W sklepach szukajcie go na półce z nagraniami Keitha Jarretta.

Gdyby nie waga nazwisk, być może na okładce powinno być nazwisko Jana Garbarka, grającego z sekcją – fortepian, kontrabas i perkusja. Nie chce tutaj zmniejszać znaczenia Keitha Jarretta dla tego albumu. On skomponował całość muzyki. Ja jednak wolę Keitha Jarretta solo (choć magenialne, dobre no i te nieco słabsze płyty). Lubię też kilka jego płyt z nagraniem muzyki klasycznej i większość nagrań standardów w trio z Gary Peakockiem i Jackiem DeJohnette. I kilka ciekawostek – na przykład mam słabość do „Treasure Island”.

Pierwsza płyta brzmi bardziej jak klasyczny jazzowy kwartet, druga jest niec bardziej free. Pewnie taki był program koncertu. Muzycy znali się przecież doskonale, już w 1974 roku nagrali całkiem niezły album „Belonging”. W swoim czasie Keith Jarrett nazywał ten skład European Quartet. W kwietniu 1979 roku zespół występował w Japonii. W latach osiemdziesiątych ukazał się album złożony z materiału z tych koncertów – „Personal Mountains”. Tam jest więcej Keitha Jarretta.

„Sleeper” to album wyśmienity. Szczególnie druga płyta. Dla mnie to przede wszystkim album Palle Danielssona. On gra tu wybitnie. Być może to jego najlepsza płyta. Choć zajęty słuchaniem „Sleeper” nie odświeżyłem sobie w pamięci muzycznej kilku jego innych płyt, w szczególności tych nagranych z Lee Konitzem i Michelem Petruccianim, które z tym albumem pewnie mogłyby konkurować.

W sumie to jest średni album Keitha Jarretta, całkiem niezły Jana Garbarka i genialny Palle Danielssona. I dla porządku trzeba dodać, że całkiem dobry Jona Christensena. Jeśli macie nieco mniej czasu, odrzućcie perkusyjny, nieco mniej udany eksperyment otwierający drugi krążek CD. Wszystko inne jest wyśmienite, głównie za sprawą Palle Danielssona. To jego nazwisko powinno być na okładce na pierwszym miejscu.

Keith Jarrett, Jan Garbarek, Palle Danielsson, Jon Christensen
Sleeper: Tokyo, April 16, 1979
Format: 2CD
Wytwórnia: ECM
Numer: 602537055708

15 maja 2012

Keith Jarrett – Treasure Island


Dawno, dawno temu, gdzieś w Ameryce…. Keith Jarrett komponował piękne melodie, muzycy zabawiali się instrumentami perkusyjnymi ponad miarę, a nagranie płyty jazzowej bez elektrycznej gitary, choćby w kilku utworach skazywało taki album na miano awangardy, czyli czegoś, co sprzeda się w ilości optymistycznie nazywanej śladową… Czyli na komercyjną klapę nie pozwalającą producentowi sfinansować nawet kosztów kawy wypitej w studio nagraniowym.

Był rok 1974. Szczyt popularności jazz-rocka. Keith Jarrett nie był już postacią nieznaną. Miał za sobą już sporo projektów solowych. O części z nich pewnie chciałby dziś zapomnieć – jak choćby o „Restoration Ruin”.

Jedną z najważniejszych cech wielkich artystów jest podążanie swoją drogą, nawet jeśli jest ona kręta i czasem niezbyt zgodna z tym, co dzieje się obok… Cały świat słucha i kupuje elektrycznego Milesa Davisa, tworzone na wyścigi przez muzyków jazzowych i rockowych zespoły naśladujące brzmienie „Bitches Brew”, a Keith Jarrett wydaje coś, co można nazwać z perspektywy czasu jazz-rockiem unplugged. Na „Treasure Island” w dwu utworach usłyszymy co prawda elektryczną gitarę w rękach całkiem sprawnego Sama Browna. To jednak zdecydowanie akustyczna muzyka zdominowana przez brzmienie fortepianu lidera.

Być może czasami za dużo tu instrumentów perkusyjnych, można mieć wrażenie, że to rodzaj popisywania się nowymi zabawkami… Tak się jednak wtedy grało… Musiało być gęsto i dużo dźwięków, w muzyce było mało przestrzeni… Choć na „Treasure Island” jest jej i tak, jak na rok 1974 zdecydowanie dużo.

W czasach kiedy nie było internetu i wszechobecnych wyszukiwarek można było na radiowej antenie zadawać pytania o ulubione solo na saksofonie Keitha Jarretta. Wtedy takie konkursy wygrywali prawdziwi fani, którzy pamiętali całkiem zgrabnie zagrane „Angels”. Dziś wygra ten, kto szybciej napisze maila z odpowiedzią i potrafi skomponować dobre pytanie w wyszukiwarce internetowej. Lata siedemdziesiąte nie wrócą. Niektóre płyty z tego okresu brzmią dziś archaicznie, inne tak samo dobrze jak wtedy. Czas działa dobrze na muzykę i wino. Na dobrą muzykę i dobre wino należałoby dodać. Czas dobrze podziałał na „Treasure Island”. To jest dziś nawet lepsza płyta, niż w czasie jej wydania, a to cecha najlepszych produkcji.

W partiach fortepianowych można do woli obserwować poszukiwanie własnej tożsamości przez lidera. Już za kilka miesięcy nagra przecież „Koln Concert” – płytę, która stworzy ECM i uczyni z Keitha Jarretta megagwiazdę już na zawsze…

Utwór tytułowy to wyśmienita, wpadająca w ucho kompozycja lidera. Świetnie brzmi również saksofon Dewey Redmana. Doskonała sekcja rytmiczna (Charlie Haden i Paul Motian) nieco ginie w gąszczu instrumentów perkusyjnych. Żeby ją docenić trzeba nieco bardziej wprawnego ucha. „Treasure Island” to jedna z tych mainstreamowych płyt jazzowych, która jest do przyjęcia dla każdego słuchacza, który jest w stanie skupić się na słuchaniu muzyki, a nie na czekaniu na przerwę na reklamę lub konkurs z nagrodami. To płyta, która jest typowym produktem swoich czasów, jednak gdyby powstała dziś byłaby równie dobra.

Keith Jarrett
Treasure Island
Format: CD
Wytwórnia: Impulse! / Verve / Universal
Numer: 602517967182

28 listopada 2011

Keith Jarrett – Rio


Dzisiejszy album jest, jak na produkcję ECM dość dużym zaskoczeniem. Poczynając od okładki, której kolor zupełnie do szaroburych zwykle projektów ECM nie pasuje. Wytwórnia nigdy nie usiłowała reklamować swoich płyt za pomocą krzykliwych okładek. A tu oprócz koloru mamy dowcipnie potraktowane na okładce liternictwo. To taka mała ecm-owa ekstrawagancja.

Dwupłytowy album jest rejestracją solowego koncertu Keitha Jarretta z 9 kwietnia 2011 roku z Rio de Janeiro. Niepostrzeżenie minęło niedawno 40 lat od czasu, kiedy pierwszy solowy album Keitha Jarretta dla ECM ujrzał światło dzienne, stając się w swoim czasie nie lada sensacją. Jednak to nie znakomity „Facing You”, nagrany w studio w Oslo, ale „The Koln Concert” pamiętają chyba najbardziej wszyscy fani z lat siedemdziesiątych. Później Keith Jarrett zagrał zapewne setki równie dobrych koncertów, z których wiele zostało wydanych na płytach przez ECM.

Tak więc dla wydawcy to niełatwy produkt. Jak sprawić, by kolejne solowe improwizacje stały się interesujące dla tych, którzy już mają w swoich kolekcjach kilka podobnych albumów artysty? Jak zainteresować akurat tą płytą nowych fanów? Czy nie powinni oni wybrać bezpiecznie, na przykład koncertu z Kolonii, Paryża, czy albumu „La Scala”? Czym różni się „Rio” od solowych koncertów sprzed 10, 20, 30 i 40 lat?

Uważni słuchacze w niektórych utworach odnajdą muzyczne struktury znane z innych nagrań artysty. Nie sposób przecież przez tyle lat na każdym koncercie wymyślać zupełnie nowe melodie. Zapewne fani długo będą dyskutować, czy to właśnie w Rio de Janeiro wydarzyło się coś muzycznie znaczącego, co powoduje, że właśnie ten koncert zasłużył sobie na płytową edycję. A może wzorem kilku zespołów rockowych, Keith Jarrett powinien wydawać każdy swój koncert?

Te wszystkie wątpliwości wynikają jednak z umieszczenia nowego albumu Keitha Jarretta w kontekście innych jego nagrań. Ten kontekst, działający na niekorzyść nowego wydawnictwa, jest jednak zmartwieniem ludzi odpowiedzialnych za sprzedaż w ECM. Pewnie każdy fan jazzu ma na swojej półce kilka solowych płyt Keitha Jarretta i też będzie w nieuchronny sposób porównywał. To jednak nie jest wina artysty, że gra od tylu lat absolutnie niewiarygodne koncerty i nie chce zmieniać ich formuły. Sam widziałem kilka i każdy z nich na żywo brzmiał lepiej niż najlepsze jego płyty…

Tak więc wykonajmy eksperyment myślowy pozwalający zwyczajnie cieszyć się muzyką. Zapomnijmy o „The Koln Concert”, „Paris Concert”, „La Scala”, „Solo Concerts Bremmen/Lausanne”,  “Sun Bear Concerts”, “Concerts: Bregentz / Monachium”,  „Last Solo”  i tuzinie innych równie wybitnych nagrań… Pomyślmy przez chwilę, że ich nie ma… Wiem, że to nie wykonalne, bo kto raz wysłucha którejkolwiek z tych płyt z należytą uwagą i skupieniem, dźwiękowego obrazu improwizacji Keitha Jarretta z dźwiękowej pamięci nie wymaże już nigdy… Ale spróbujmy…

Patrząc w ten sposób na „Rio” otrzymamy absolutnie rewelacyjny album… Czy warto więc go kupić. Tak, zdecydowanie tak, nawet jeśli macie już wszystkie poprzednie. Czyż nie chodzimy na koncerty naszych ulubionych artystów co roku? Keith Jarrett niestety nie gra każdego lata w Polsce…  Gdyby grał, być może tego albumu bym nie kupił, a tak, zamiast koncertu na żywo mamy kolejny wyśmienity koncert na płycie… Jak dla mnie Keith Jarrett może kolejne koncerty tytułować ich datą, bo nazwy miast niedługo się skończą…. I tak na każdy kolejny album będę czekał, jak na trasę koncertową wybitnego artysty…

„Rio” mależy niewątpliwie do tych lżejszych, cieplejszych i nieco prostszych w formie albumów. Odejście od monumentalnych wielominutowych improwizacji na rzecz krótszych form czyni muzykę Keitha Jarretta bardziej przystępną i nieco łatwiejszą, co nie oznacza muzycznego banału. W jakiś magiczny sposób potrafi on przykuć uwagę słuchacza, nawet tego niechętnego bardziej skomplikowanym formom muzycznym do głośników już od pierwszych dźwięków. Można oczywiście szukać tu bluesa, inspiracji barokowych, romantycznych, rozmieniać na drobne frazy, rozważać aspekty techniki gry. Próbować nazwać ten gatunek. To nie ma sensu. Ten gatunek już od czasu „Facing You” ma swoją nazwę, to Muzyka Keitha Jarretta…

Jak to zwykle bywa w przypadku solowych improwizowanych koncertów Keitha Jarretta, kompozycje nie mają tytułów, nie są w sensie formalnym kompozycjami, zapewne nigdy nie zostaną wydane w formie nutowych transkrypcji. Wydanie „The Koln Concert” zajęło wiele lat i do dziś nie zostało w pełni przez Keitha Jarretta autoryzowane… Zabawmy się jednak w skojarzenia. Zapewne każdy będzie miał inne. Moje tytuły utworów są następujące:

CD1:
  1. Chaos
  2. Patos
  3. Mainstream
  4. Ballada
  5. Free Ragtime
  6. Bolero

CD2:
  1. Polskie Drogi
  2. Mazurek
  3. Zimowa Pobudka
  4. Oto ja
  5. 100% Jarrett
  6. Muszę pomyśleć co dalej
  7. Steinway & Sons
  8. Blues na bis
  9. Fantazja

„Rio” to wyśmienita technicznie rejestracja świetnego koncertu, jednego z tych, na których chciałbym znaleźć się na widowni… Jedyny problem w tym, że już mam kilka takich płyt Keitha Jarretta.

Keith Jarrett
Rio
Format: 2CD
Wytwórnia: ECM
Numer: 602527766454

08 listopada 2011

Keith Jarrett - The Koln Concert


„The Koln Concert” to Keith Jarrett w pigułce. Gdybym musiał wybrać tę jedną, jedyną płytę Keitha Jarretta, to całkiem prawdopodobne, że byłby to właśnie ten album. Choć może przez chwilę pomyślałbym o „At Blue Note: A Complete Recordings”, choć to nagranie w trio, a to już zupełnie inna kategoria. To koncert w całości improwizowany, choć zapewne w części wcześniej nieco przemyślany przez wykonawcę. Keith Jarrett zagrał wiele podobnych koncertów i gra nadal, a trzeba pamiętać, że od nagrania tego albumu minęło już 36 lat. Czemu więc właśnie ta płyta? Tego dnia udało się wszystko. Być może to najlepzy koncert jaki Keith Jarrett zagrał w życiu.

To płyta magiczna, choć ja miałem z nią różne przygody. W latach osiemdziesiątych była jedną z moich ulubionych płyt, słuchałem jej co najmniej raz na tydzień, czasem przy niej zasypiałem. Nieco później, kiedy miałem też wersję cyfrową, bo częste słuchanie analogu sfatygowało go nieco, nie tylko zasypiałem, ale też się przy dźwiękach fortepianu Keitha Jarretta budziłem. Później nastąpił nieunikniony przesyt… Nawet najpiękniejsza muzyka może się znudzić. Dziś sięgam po nią czasem, większe muzyczne doświadczenie pozwala mi znaleźć w niej więcej cytatów. Odpocząłem od „The Koln Concert” jakieś 10 lat i dziś znowu słucham jej z największą przyjemnością. Oczywiście dziś Keith Jarrett jest lepszym technicznie pianistą. Oczywiście i dziś nagrywa wspaniałe płyty. Niedługo będzie kolejna – „Rio”. A może już jest. Obok „The Koln Concert” można śmiało postawić takie nagrania jak „The Paris Concert”, „La Scala”, czy „Concerts”. To jednak koncert z Kolonii ciągle wśród starszych i tych najnowszych płyt jest najciekawszy.

W tej muzyce jest jakiś niewytłumaczalny magnetyzm. To nie jest najłatwiejszy fortepian solo. To jednak taki rodzaj improwizacji, który wciąga słuchacza błyskawicznie i sprawi, że płyty słucha się w skupieniu od pierwszego do ostatniego dźwięku, nawet jeśli zna się ją na pamięć i nie ma mowy o efekcie nieprzewidywalności.

Tego wieczoru nastąpił zapewne zbieg wielu okoliczności, które złożyły się na tak wybitne nagranie. Sala, komplet publiczności, nastrój dnia, to oczywiste. Przypuszczalnie również przypadkowo i omyłkowo postawiony na scenie mały i niezbyt dobrze brzmiący i działający fortepian, który zmusił Keith Jarretta do operowania w środkowych rejestrach. Powtarzanie czasem przez wiele minut improwizacji na bazie jednego akordu stworzyło efekt wciągającej mantry, który spotęgowało nietypowe brzmienie fortepianu.

„The Koln Concert”  to też absolutny bestseller wielce zasłużonej dla jazzu wytwórni ECM. To jeden z nielicznych przykładów nagrania, które odniosło jednocześnie niezwykły w świecie muzyki improwizowanej sukces komercyjny właściwie od pierwszego dnia po wydaniu, bez komercyjnych kompromisów i ukłonów w stronę mniej wymagającego słuchacza.

Choć wcześniej podobne solowe płyty nagrywał Bill Evans, to żadnej z nich nie udało się osiągnąć sukcesu choćby zbliżonego do tego, który odniósł Keith Jarrett.

Keith Jarrett
The Koln Concert
Format: LP
Wytwórnia: ECM
Numer: ECM 1064

21 lutego 2011

Miles Davis - Bitches Brew: 40th Anniversary Collector’s Edition - Tanglewood Live 1970

Dzisiejsza płyta to ważny, a być może najważniejszy element zestawu Bitches Brew: 40th Anniversary Collector’s Edition, o którego zawartości pisałem tutaj:


Materiał umieszczony na dziejszej płycie został zarejestrowany równo rok po nagraniu większości materiału do studyjnej płyty Bitches Brew. Zespół był tego dnia w wyśmienitym i zupełnie wystarczającym do prezentacji nowego materiału składzie obejmującym prawie wszystkich kluczowych dla klimatu Bitches Brew muzyków. Na koncercie 18 sierpnia 1970 roku z Milesem Davisem zagrali: Gary Bartz na saksofonach, Chick Corea na elektrycznym fortepianie, Keith Jarrett na organach, Dave Holland na basie, Jack DeJohnette na bębnach i Airto Moreira na instrumentach perkusyjnych.

Być może znawcy tematu uznają, że Gary Bartz nie jest tak wybitnym partnerem dla Milesa Davisa jak Wayne Shorter, w studiu dodatkowo wspomagany przez ważnego dla sesji Bitches Brew, często grywającego ostatnio w Polsce Bennie Maupina, a Keith Jarrett to nie Herbie Hancock – przynajmniej w 1970 roku był on z pewnością muzykiem mniej doświadczonym. Jednak w muzyce Milesa Davisa z tego okresu z pewnością ważniejsza było świeże, pełne własnych pomysłów spojrzenie i młodzieńcza fantazja niż wirtuozeria techniczna i wysublimowane harmonie.

Co różni wersje studyjne od dzisiejszej płyty? Różnice są subtelne, jednak dość istotne. Pozbawienie aranżacji (o ile tu można mówić o aranżacji) ozdobników przyniesionych do studia Bitches Brew przez gości – sitar, gitara, instrumenty perkusyjne, konga itp., w połączeniu z wyeksponowaniem rytmu uczyniło z kompozycji w rodzaju Sanctuary, Miles Runs The Voodoo Down, czy Spanish Key koncertowe przeboje. Dzięki tym zabiegom muzyka brzmi świeżo, jeszcze bardziej rockowo. W końcu tego dnia na tej samej scenie dla tych samych widzów grał Carlos Santana. Być może tego dnia powstało słynne wspólne zdjęcie muzyków…

Według wydawcy koncert nie był nigdy wcześniej wydany oficjalnie. Dla mnie to materiał premierowy. I jako taki brzmi rewelacyjnie. Jest dobry technicznie i odkrywczy muzycznie. Brak Bennie Maupina pozwolił zagrać więcej Dave Hollandowi. Sam mistrz Miles też grał tego wieczora dużo, jakby czując, że nie schowa się za Wayne Shorterem, którego dzielnie próbuje zastąpić Gary Bartz, jednak Shortera zastąpić nie jest łatwo…

Mimo wszystko Gary Bartz jest tu lepszym wyborem niż Steve Grossman na kilka tygodni wcześniej zarejestrowanej Live At The Fillmore East. Pozostawia też więcej muzycznej przestrzeni dla Milesa niż Wayne Shorter w kilka miesięcy wcześniejszej wersji koncertowej tych samych kompozycji - Live At The Fillmore East (March 7, 1970): It's About That Time.

W odróżnieniu od rejestracji studyjnych, wymęczonych zabiegami realizatorskimi – co dotyczy zarówno Bitches Brew i w jeszcze większym stopniu nieco późniejszych – On The Corner i Agharta), wersje koncertowe brzmią świeżo. To prawdziwa rejestracja koncertowa, znajdująca zespół i lidera w wyśmienitej formie. Ta płyta powinna zostać wydana jako niezależny produkt dla tych kolekcjonerów, którzy nie chcą kupować kolejnej wersji Bitches Brew!

Miles Davis
Bitches Brew: 40th Anniversary Collector’s Edition
Format: 2LP + 3CD + DVD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer katalogowy: 886977552021