25 maja 2020

Caroline, No – CoverToCover Vol. 47

Utwór napisany przez Briana Wilsona zamyka monumentalny album „Pet Sounds” The Beach Boys. Nie był z pewnością zaplanowany na przebój. Zresztą cały album, wymieniany często jako jeden z najważniejszych albumów rockowych nie obfitował w przeboje. Na singlach ukazały się zaledwie dwa utwory – „Sloop John B” i „Wouldn't It Be Nice”. „Caroline, No” też ukazał się na singlu i to nawet wcześniej, niż wymienione powyżej utwory, jednak był wtedy podpisywany jedynie nazwiskiem Briana Wilsona, który niemal rok przed wydaniem albumu de facto rozstał się z zespołem, skupiając się na pracy w studiu. Singiel zapowiadał album „Pet Sounds”, jednak specjalnej kariery na światowych listach przebojów nie zrobił. Być może dlatego właśnie dziś album jest płytą zespołu The Beach Boys, a nie Briana Wilsona. Zarówno w 1966 roku, jak i ponad pół wieku później marka umieszczona na produkcie ma znaczenie czasem nawet istotniejsze, niż jakość samego produktu.


Piosenka miała być skierowana do nastolatków, sam Wilson, który zdecydowanie już nastolatkiem nie był, dokonał studyjnej manipulacji przyspieszając o pół tonu taśmę z nagraniem, podwyższając jednocześnie tonację swojego głosu. Chciał, żeby zabrzmiało młodziej. Na singlu piosence towarzyszył wydany wcześniej na płycie „Summer Days (And Summer Nights)” The Beach Boys utwór instrumentalny „Summer Means New Love”. Jak na zapowiedź albumu, który według samego Briana Wilsona miała być pierwszą wielką rockową płytą bez niepotrzebnych utworów wypełniających niepokojąco pustą powierzchnię krążka zespołu, któremu zabrakło pomysłów na wielkie przeboje, wypadło raczej skromnie.

Piosenka miała być klasycznym wyciskaczem łez wzorowanym na kompozycji „Hey Girl” Gerry Gofina i Carole King. Całkiem niedawno Brian Wilson wydał długo oczekiwaną autobiografię, którą napisał z pomocą doświadczonego dziennikarza i autora wielu publikacji Bena Greenmana. Pisząc o „Pet Sounds” Wilson wspomina, że według niego najlepszą kompozycją na płycie jest „God Only Knows”, ale jego ulubioną właśnie „Caroline, No”. Kiedy powstawał materiał na „Pet Sounds” małżeństwo Briana Wilsona miało się całkiem nieźle, ale zaczął odczuwać upływ czasu i dostrzegać, że żony też się starzeją. W ten sposób powstał pomysł na tekst do utworu. Szczekanie, które słychać w końcówce Brian Wilson nagrał sam wykorzystując swoje własne psy – Louie i Banana. Zresztą całą płytę pewnie zrobiłby sam, gdyby miał więcej czasu. Taki los perfekcjonistów, a Brian Wilson jest perfekcjonistą jakich w muzycznym świecie mało.

Przy okazji warto wyjaśnić ostatecznie genezę powstania nazwy albumu, która była przez lata źródłem wielu spekulacji, mimo faktu umieszczenia instrumentalnej kompozycji o tym tytule na płycie. Z pewnością utwór „Pet Sounds” nazywa się tak, bo wypadało mieć na płycie utwór tytułowy. Z pewnością nie jest też najważniejszym fragmentem muzyki na tym krążku. Sam Wilson we wspomnianej już autobiografii stwierdza, że tytuł powstał z połączenia chęci uwiecznienia fascynacji brzmieniem stworzonym przez Phila Spectora (zakodowane inicjały P.S.) z chęcią uwiecznienia dwóch ulubionych psów Wilsona, których szczekanie zamyka album. Dodatkowo muzyka była bardzo prywatna, osobista i stąd Wilson traktował ją jak odgłosy własnego domowego zwierzęcia. Okładka powstała później i nie jest źródłem tytułu albumu.

W oficjalnych opisach dyskograficznych, w tym na okładce albumu figurują członkowie zespołu The Beach Boys, jednak utwór został nagrany przede wszystkim z udziałem muzyków znanych jako The Wrecking Crew. W składzie tego zespołu, w nagraniu „Pet Sounds” wziął udział gitarzysta Barney Kessel. The Beach Boys na scenie byli zupełnie innym zespołem niż w studiu kontrolowanym przez Briana Wilsona. To miało się wkrótce stać źródłem ich kłopotów. To jednak historia, którą możecie poznać z pierwszej ręki czytając „I Am Brian Wilson”.

Po repertuar z „Pet Sounds” sięga wielu jazzowych wykonawców. To doskonałe, choć niekoniecznie w banalny sposób chwytliwe i przebojowe kompozycje. Dlatego też do prezentacji w cyklu CoverToCover wybieram ciekawą wersję instrumentalną w wykonaniu Charlesa Lloyda i całkiem nowe wykonanie Chrissie Hynde (The Pretenders), która z całkiem niezłym skutkiem na emeryturze postanowiła zostać wokalistką jazzową.

O płycie Chrissie Hynde przeczytacie tutaj: Chrissie Hynde with The Valve Bone Woe Ensemble – Valve Bone Woe.

O płycie Charlesa Lloyda przeczytacie tutaj: Charles Lloyd - Mirror

Utwór: Caroline, No
Album: Pet Sounds
Wykonawca: The Beach Boys
Wytwórnia: Capitol / EMI
Rok: 1966
Numer: 724352731923
Skład: Brian Wilson – voc, Carl Wilson – voc, Dennis Wilson – voc, Glen Campbell – g, Barney Kessel – g, Lyle Ritz - ukelele, Steve Douglas – ts, Bill Green – fl, Jim Horn – fl, Jay Migliori - fl, Pias Johnson - fl, Carol Kaye – bg, Hal Blaine – dr, Richie Frost – dr, perc, Frank Capp – vib, Al DeLory – harpsichord, org, p, Gary Coleman – bongos, tympani.

Utwór: Caroline, No
Album: Mirror
Wykonawca: Charles Lloyd Quartet
Wytwórnia: ECM
Rok: 2010
Numer: 602527404998
Skład: Charles Lloyd – ts, Jason Moran – p, Ruben Rogers – b, Eric Harland – dr.

Utwór: Caroline, No
Album: Valve Bone Woe
Wykonawca: Chrissie Hynde And The Valve Bone Woe Ensemble
Wytwórnia: BMG
Rok: 2019
Numer: 4050538504484
Skład: Chrissie Hynde – voc, James Walbourne – g, Peter Roth – g, Mike Lovatt – tp, flug, Tom Rees-Roberts – tp, Neil Sidwell – tromb, Andy Wood – tromb, Gordon Campbell – tromb, Martin Robertson – cl, Andy Panayi – alt fl, Nick Moss – fl, David Hartley – p, Eldad Guetta – kbd, g, tp, b, perc, Matt Robertson – kbd, prog, Marius De Vries – synth, p, Ben De Vries – prog, David Hartley – Rhodes, Liran Donin – b, Ian Thomas – dr.

24 maja 2020

Błoto – Erozje

Formacja Błoto, to nowe, nieco okrojone wcielenie zespołu znanego jako EABS. Błyskotliwe odczytanie muzycznych idei Krzysztofa Komedy zdobyło w październiku 2017 roku tytuł naszej radiowej płyty tygodnia („Repetitions (Letters To Krzysztof Komeda)”). Kolejna produkcja zespołu, jak dla mnie wyróżniła się jedynie jednym z najobszerniejszych tekstów dołączonych do jednego krążka CD, jakie w życiu widziałem. Muzyka mnie nie przekonała. Zanotowałem sobie, że to jakieś przekombinowane, To było we wrześniu ubiegłego roku. Przy okazji najnowszego albumu muzyków EABS – „Erozje” wróciłem do „Slavic Spirit” i dalej nie udało mi się rozwiązać zagadki tego albumu. Być może zmniejszenie składu zmieniło muzykę w stronę dla mnie korzystną – bardziej spontaniczną i improwizowaną. Nie zamierzam przekonywać Was, że „Slavic Spirit” nie jest albumem wartym uwagi. Sprawdźcie sami. Za to „Erozje” zdecydowanie mogę Wam polecić.


Album przygotowała czwórka muzyków zespołu EABS - Marek Pędziwiatr, Paweł Stachowiak, Olaf Węgier i Marcin Rak. Według krótkiego oświadczenia muzyków na ekologicznej okładce, cały materiał został wymyślony w czasie jednej wieczornej sesji nagraniowej. Jeśli tak istotnie było, to może muzycy powinni spotykać się w takich swobodnie improwizowanych i spontanicznych okolicznościach częściej, bo wyszło wyśmienicie.

„Erozje” to nowoczesna muzyczna magma, w której jazzowe tradycje zlewają się z psychodelią i transowymi rytmami rodem z zupełnie innej muzycznej bajki. Być może album okaże się zbyt nowoczesny dla fanów jazzowo mainstreamu, jednak jego spontaniczność, świeżość i otwarte podejście do kompozycji pozwala postawić go na półce z najlepszymi jazzowymi albumami ostatnich lat. Nie ma przecież niczego złego w twórczym przetwarzaniu otaczającej nas muzycznej rzeczywistości. W czasach największej świetności jazzu muzycy sięgali po proste melodii pisane dla rozrywkowego teatru i kina. Dziś wiele z nich nazywamy jazzowymi standardami. Muzycy formacji Błoto / EABS w podobny sposób przetwarzają dzisiejsze modne rytmy hip-hopu i transowe melodie. Być może za kolejne pół wieku uznamy, że to jazzowe standardy sprzed lat.

Być może „Bielice” są sygnałem ostatecznej dekompozycji klasycznego swingu, a sklejone razem „Czarnoziemy”, „Bagna” i „Czarne Ziemie” najbardziej ciekawym setem DJskim, jaki udało się spontanicznie stworzyć. Być może alarmujące syreny w „Glinie” sygnalizują ostateczny rozpad dawnej tradycji muzycznej. Każdy słuchacz musi sam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy „Erozje” są świetnym zapisem kreatywnego wieczoru czwórki muzyków, którzy mają za sobą sporo wspólnych koncertów, czy koncepcyjnym albumem symbolizującym rozpad cywilizacji, albo przynajmniej ekologiczną katastrofę. Jeśli ktoś przywiązuje wagę do takich historii, to „Erozje” będą z pewnością niezłą zagadką. Dla mnie to doskonały, nowocześnie brzmiący album, który w najlepszy możliwy sposób łączy współczesne myślenie o jazzowej tradycji z muzyką młodego pokolenia w sposób, który jest atrakcyjny dla wszystkich pokoleń słuchaczy. Nie obraża poczucia estetyki wielbicieli jazzowego maistreamu otwartych na nowoczesność. Jest przebojowy i atrakcyjny, stanowiąc nieco bardziej złożoną harmonicznie i atrakcyjną rytmicznie alternatywę dla miałkiej muzyki klubowej. Jeśli taki klimat będzie możliwy do odtworzenia na koncertach, to z pewnością słuchaczy i fanów na nich muzykom zespołu nie zabraknie.

Błoto
Erozje
Format: CD
Wytwórnia: Astigmatic
Data pierwszego wydania: 2020
Numer: AR013CD

23 maja 2020

Michał Ciesielski - Share Location

Na polskiej scenie muzycznej mamy co najmniej trzech Michałów Ciesielskich. Jest gitarzysta grający flamenco oraz Michał Jan Ciesielski – saksofonista grający między innymi ze Sławomirem Jaskułke. Dziś jednak o najnowszej płycie Michała Ciesielskiego – pochodzącego z Gdańska pianisty i kompozytora. Jego solowy album „Share Location” ukazał się w końcówce 2019 roku, więc ciągle zalicza się do nowości. Szczególnie, że ostatnio świat jakby trochę zwolnił.


Album złożony jest w całości z autorskich kompozycji inspirowanych podróżami autora – przynajmniej tak sugerują tytuły utworów. Michał Ciesielski jest muzykiem doświadczonym, aktywnym na międzynarodowych scenach i udzielającym się w roli pedagoga na niezwykle konkurencyjnym i największym na świecie rynku muzycznym, czyli w Chinach. Kiedy jest w Polsce, gra w wielu różnych składach, pojawiając się na scenie i w studiu między innymi z Piotrem Lemańczykiem, Maciejem Grzywaczem i Maciejem Sikałą. Jest również liderem działającego od kilku lat tria Confusion Project z Piotrem Gierszewskim i Adamem Golickim. Zarówno zespół Confusion Project, jak i sam lider i autor „Share Location” – Michał Ciesielski, mają na swoim koncie już kilka albumów, jednak dopiero najnowsza produkcja pianisty zwróciła moją uwagę. Do poprzednich nagrań wrócę w najbliższym czasie, żeby przekonać się, czy kiedy się ukazywały, utonęły w natłoku innych ciekawych nowości, czy nie okazały się wystarczająco intrygujące, żeby pojawić się w moich pasmach na antenie RadioJAZZ.FM. Powrót po latach do zapomnianych płyt to okazja nie tylko do odkurzenia zapomnianych półek, ale również możliwość obserwacji rozwoju muzycznych talentów.

Tak zupełnie przy okazji – kupujcie płyty młodych zespołów, kiedyś będziecie właścicielami unikalnych pierwszych niskonakładowych edycji nagrań wielkich gwiazd. Takiej rady udzielił mi kiedyś pewnie bardzo znany kolekcjoner sztuki nowoczesnej – nie trzeba się na niej znać, wystarczy kupić po dwa obrazy wszystkich tegorocznych absolwentów Akademii Sztuk Pięknych i poczekać 20 lat. Będą raczej niedrogie. Kupujemy hurtem i czekamy powiedzmy 20 lat. W tym czasie jeden z kilkudziesięciu absolwentów zostanie sławnym i drogim artystą, a my wyciągniemy z piwnicy jego nieznane i sporo warte dzieło z młodości. Trochę wolny, ale za to podobno pewny sposób na zarobienie dużych pieniędzy. Wśród pozostałych dzieł będą z pewnością obrazy ładne, może nawet ciekawsze, ale na rynku warte niewiele.

Krytykę sztuki pozostawię jednak specjalistom. „Share Location” to bez wątpienia ciekawe dzieło artysty już znanego i mającego pozycję zdecydowanie bardziej docenianego twórcy, niż absolwencie Akademii. Życiowe doświadczenie, podróże, które kształcą, obserwowane obrazy i dźwięki stymulujące wyobraźnię w połączeniu z doskonałym opanowaniem instrumentu pozwoliły stworzyć kolorową, intrygującą i odważną płytę.

Za odważne uważam przygotowanie dzieła w pełni autorskiego, solista grający własną muzykę nie może bowiem mieć już do nikogo pretensji o to, że się nie udało. Założeniem albumu było przygotowanie kompozycji inspirowanych odwiedzonymi przez Michała Ciesielskiego miejscami. Mamy więc Trójmiasto, Lwów, muzyczną relację z pociągu do Karagandy, wspomnienia znad jeziora Bajkał i rzeki Angary a także motywy chińskie. Może ktoś z Was potrafi odnaleźć rzeczywiste ślady muzyki tych miejsc w kompozycjach Michała Ciesielskiego. Ja ich nie odnajduję, co w żaden sposób nie powoduje, że muzyka jest gorsza. Być może to zupełnie niemuzyczne wspomnienia z tych miejsc, raczej dziennik nastroju i osobistych wspomnień. To nie ma większego znaczenia. Do muzyki z albumu „Share Location” chce się wracać. Pianiści występujący solo powinni opowiadać historię. Ja historii opowiedzianej przez Michała Ciesielskiego jeszcze nie rozumiem, ale wracam do tego albumu jak do dobrej książki, żeby za każdym razem zrozumieć więcej i złożyć muzyczne obrazy w jedną całość, przy okazji spędzając nad tą łamigłówką kolejne przyjemnie godziny.

Michał Ciesielski
Share Location
Format: CD
Wytwórnia: Soliton
Data pierwszego wydania: 2019
Numer: 590571099866

22 maja 2020

Jerzy Małek – Black Sheep

„Black Sheep” to taka zwyczajnie normalna piękna płyta. Bez eksperymentów brzmieniowych, kompozycyjnych czy jakichkolwiek innych. Ponadczasowa, taka, która mogłaby powstać 30 lat temu i która mam nadzieję, będzie mogła powstać za kolejnych 30 lat.


Doskonały warsztat wykonawczy i świetnie wybrany zespół złożony w większości z muzyków średniego pokolenia, już bardzo doświadczonych, jednak ciągle będących u szczytu swoich twórczych możliwości. Materiał w całości autorstwa lidera daje okazję do pokazania spójności brzmienia. Małek i Nowicki współpracowali ze sobą już od lat, podobnie w zespołach Jerzego Małka pojawiają się od lat inni muzycy, którzy nagrali z nim album „Black Sheep”.

Takich płyt w Polsce powstaje za mało. Ciągle zastanawiam się przeglądając przychodzące do redakcji nowości czy fakt, że jesteśmy krajem jazzowych eksperymentów oznacza, że młodzi chcą eksperymentować, żeby się wyróżnić, czy może uznali już, że coś, co nazywam jazzowym manstreamem nadaje się tylko do muzeum? W wielu krajach wokół naszych zamkniętych granic jazzowy środem ma się dobrze, a eksperymenty młodzieży nie oznaczają całkowitego odcięcia się od tradycji poprzednich pokoleń. Nie chcę tylko narzekać, bo nie ma na co, jeśli powstają takie płyty jak „Black Sheep”, jednak wolałbym tego rodzaju produkcji widzieć więcej.

Kwintet z trąbką i tenorem to przecież jeden z najbardziej klasycznych jazzowych składów, więc z jednej strony jest się od kogo uczyć, ale też i konkurencja zawiesiła poprzeczkę niezwykle wysoko. Pewną ucieczkę do przodu stanowi autorski materiał, którego przecież nie da się bezpośrednio porównać do jakiś innych nagrań sprzed lat w gwiazdorskiej obsadzie. Jednak istotą takiego grania nie jest popisywanie się i cytowanie zagrywek wielkich mistrzów, ale tworzenie klimatu, do którego słuchać będzie chciał wracać. Nie lubię, a nawet nienawidzę płyt jednorazowych. Na szczęście „Black Sheep” z pewnością do takich nie należy. Te do których wracam często, mogę podzielić na trzy kategorie – przeboje (z tych składam pracowicie kolejne odcinki CoverToCover), muzyczne łamigłówki, pozwalające za każdym razem odnaleźć coś nowego, jakiś wcześniej niedostrzeżony szczegół i najtrudniejsza kategoria, którą roboczo nazwałem sobie kiedyś nastrój, piękno i synergia, a ostatnio zmieniłem tą nazwę na znaczącą dla mnie prawie to samo – magnetyzm. Otóż, jeśli muzycy potrafią razem stworzyć coś więcej, niż tylko zbiór popisowych solówek, sprawić, że po dany album chcę sięgnąć, kiedy potrzebuję określonego nastroju (nie muszą to być koniecznie piękne ballady) i skupić moją uwagę na dłużej, to taki album należy do kategorii magnetycznych. Nazwa pochodzi od zdolności przyciągania mnie do głośników na dłużej. Do tej kategorii należy bez wątpienia wiele jazzowych arcydzieł, które umieściłem w Kanonie Jazzu, ale w tej samej lidze gra „Black Sheep” Jerzego Małka.

Muzyczna inteligencja i inwencja kompozytora muszą być połączone z wizją zespołu i perfekcyjnym opanowaniem instrumentu. Nawet jeśli to wszystko jest, to musi być jeszcze odrobina magii miejsca i momentu nagrania, wtedy powstają płyty, do których chce mi się wracać. Taki jest właśnie najnowszy album Jerzego Małka – „Black Sheep”.

Jerzy Małek
Black Sheep
Format: CD
Wytwórnia: Alina Prokopiuk Productions

16 maja 2020

What’d I Say – CoverToCover Vol. 46


W przypadku „What’d I Say” długo szukałem nagrania, którego autor potrafiłby zbliżyć się choćby trochę do genialnego pierwowzoru. Niestety to niemożliwe. Nie chcę sugerować, że Jimmy Smith, czy John Scofield nie poradzili sobie z tym utworem. Obaj są świetni, jednak Ray Charles i jego elektryczny fortepian Wurlitzer są zwyczajnie nie do podrobienia. Poza tym specyficzny puls oryginalnej wersji jest kwintesencją bluesa, choć wielu uważa, że to pierwszy przebój muzyki soul, którą w zasadzie sam wymyślił i spopularyzował Ray Charles. Nie ma lepszego „What’d I Say”, niż pierwsza, nagrana w 1959 roku wersja mistrza Raya Charlesa.


Co do pomysłu, że „What’d I Say” jest pierwszym przebojem muzyki soul – tu nie mogę się zgodzić, moim zdaniem soul zaczął się od „I Got A Woman” 5 lat wcześniej, jednak nie zmienia to faktu, że soul wymyślił Ray Charles. Z powstaniem utworu wiąże się kilka ciekawostek. Wypada wierzyć samemu autorowi kompozycji, choć ja uczy mnie doświadczenie, często rzetelnie przygotowujący swoje książki biografowie potrafią być dokładniejsi niż sami zainteresowani. Jednak autobiografia Raya Charlesa brzmi wiarygodnie („Brother Ray: Ray Charles’ Own Story” autorstwa Raya Charlesa i Davida Ritza). Otóż według Raya Charlesa w przypadku „What’d I Say” z konieczności złamał zasadę, której nie zmieniał od lat, nigdy nie grając na koncertach kompozycji, których wcześniej nie nagrał w studiu, a nawet nie wydał na płycie. „What’d I Say” zagrał co najmniej raz przed nagraniem studyjnym na koncercie, kiedy skończyły mu się pomysły, a było to po niemal 4 godzinach grania (z półgodzinną przerwą) gdzieś na środkowym zachodzie Stanów Zjednoczonych, w okolicach pierwszej w nocy w 1959 roku. Być może pomysł na utwór miał już gdzieś głęboko w głowie, ale ponoć „What’d I Say” powstał właśnie na estradzie w czasie koncertu. Ten koncert nie był rejestrowany, więc nie wiadomo, jak brzmiało to pierwsze wykonanie. Według Raya Charlesa – powiedział muzykom i wokalistkom The Raelettes – „Listen, I’m going to fool around and y’all just follow me” (w wolnym tłumaczeniu – „trochę się powygłupiam, a wy starajcie się nadążać”). Jeśli tak było i wymyślił to wszystko ad hoc na scenie, bez wcześniejszego planu i pod przymusem zagrania czegoś nowego, bo zagrał już tego wieczora wszystkie piosenki ze swojego repertuaru, to był geniuszem improwizacji. W sumie to był i bez tego muzycznym geniuszem.

Z tej scenicznej improwizacji wyszło „What’d I Say” o długości przekraczającej możliwości wciśnięcia utworu na singla, stąd dokonano rzeczy przedziwnej – utwór został w wersji singlowej podzielony na dwa osobne kawałki i umieszczony na dwu stronach singla, który szybko stał się przebojem. Niemal do końca kariery piosenka była najsmutniejszym fragmentem tysięcy koncertów Raya Charlesa, bowiem grał ją na koniec występu i fani wiedzieli, że trzeba iść do domu.

Rozpoznawczym sygnałem „What’d I Say” jest brzmienie Wurlitzera, którego Ray Charles zanim utwór powstał, zaczął zabierać w niekończące się trasy koncertowe, ponieważ nie ufał jakości fortepianów w salach, w których grał. Jeśli fortepian nie spełniał wymagań – Wurlitzer stał w odwodzie.

„What’d I Say” było sporym przebojem krótko po premierze singla i później albumu o tym samym tytule. Sam Ray Charles nagrał jeszcze później utwór kilka razy w wersjach koncertowych. Jak każdy dobry przebój, po kompozycję mistrza soulu sięgali inni wykonawcy. W 1963 roku na organach Hammonda wersję instrumentalną doskonale zagrał Jimmy Smith, a w 45 lat po premierze oryginału, krótko po śmierci Raya Charlesa, jego kompozycje, w tym „What’d I Say” przypomniał John Scofield. To nagranie jest ciekawe nie tylko muzycznie. Warto zauważyć, że w jego nagraniu uczestniczył legendarny, wtedy już w sile wieku saksofonista David Fathead Newman, który uczestniczył również w oryginalnym nagraniu Raya Charlesa w 1959 roku i towarzyszył Charlesowi niemal przez dekadę. U Scofielda na Wurlitzerze, bez którego nie może obyć się dobre „What’d I Say” (chyba, że jest się Jimmy Smithem – wtedy Wurlitzera zastępują organy Hammonda), gra Larry Goldings, a chórek jest tak wybitny, że więcej gwiazd w chórkach zebrały tylko przedsięwzięcia charytatywne w rodzaju „We Are The World” Michaela Jacksona, czy „Sun City” Steve Van Zandta. U Scofielda – niestety tylko skromnie w chórkach, śpiewają „What’d I Say” Dr. John, Warren Haynes, John Meyer, Aaron Neville, Mavis Staples, Larry Goldings, Steve Jordan, Manolo Badrena, Lisa Fischer i Vaneese Thomas. Pozazdrościć chórku, choć i tak The Raelettes były lepsze…

Utwór: What’d I Say
Album: What’d I Say (Pure Genius: The Complete Atlantic Recordings (1952-1959))
Wykonawca: Ray Charles
Wytwórnia: Atlantic / Rhino / Warner
Rok: 1959
Numer: 081227473129
Skład: Ray Charles – voc, Wurlitzer, Marcus Belgrave – tp, David Fathead Newman – ts, Hank Crawford – bs, Edgar Willis – b, Milt Turner – dr, Ether Darlene McCrea – b voc, Margie Hendrix – b voc, Priscilla Pat Mosley Lyles – b voc, Gwen Berry – b voc (The Raelettes).

Utwór: What’d I Say
Album: Any Number Can Win
Wykonawca: Jimmy Smith
Wytwórnia: MGM / Verve / Polygram
Rok: 1963
Numer: 731455744729
Skład: Jimmy Smith – org, Kenny Burrell – g, George Duvivier – b, Mel Lewis – dr.

Utwór: What’d I Say
Album: That's What I Say: John Scofield Plays The Music of Ray Charles
Wykonawca: John Scofield
Wytwórnia: Verve
Rok: 2005
Numer: 602498805343
Skład: John Scofield – g, b voc, Dr. John – voc, Warren Haynes – voc, John Meyer – voc, Aaron Neville – voc, Mavis Staples – voc, Earl Gardner – tp, b voc, Larry Goldings – Wurlitzer, vib, b voc, Alex Foster – ts, b voc, David Fathead Newman – ts, Howard Johnson – bs, b voc, Keith O' Quinn – tromb, b voc, Willie Weeks – b, b voc, Steve Jordan – dr, perc, b voc, Manolo Badrena – perc, timbales, b voc, Lisa Fischer – b voc, Vaneese Thomas – b voc, Meegan Vass – b voc.