20 grudnia 2019

Gonzalo Rubalcaba - Imagine: Gonzalo Rubalcaba In The USA

Gonzalo Rubalcaba był znany amerykańskim słuchaczom już od 1990 roku, kiedy ukazał się jego pierwszy album dla Blue Note - „Discovery: Live at Montreux”. Amerykańscy bywalcy jazzowych imprez nie mogli jednak posłuchać kubańskiego pianisty na żywo w związku z sankcjami nałożonymi na artystów kubańskich przez rząd amerykański. Sytuacja zmieniła się nieco w 1994 roku i kiedy Gonzalo Rubalcaba zagrał po raz pierwszy w USA, jego występy wytwórnia zarejestrowała i natychmiast udostępniła wszystkim w postaci albumu „Imagine”. Do dziś pamiętam moment, kiedy przypadkiem trafiłem na ten album. Oby więcej takich przypadków. Oto wcześniej mi nieznany pianista z Kuby występuje w towarzystwie między innymi Charlie Hadena i Jacka DeJohnette. Podobno Gonzalo Rubalcaba był pierwszym artystą z Kuby, dla którego amerykańska administracja zrobiła wyjątek pozwalając mu na koncerty na terenie USA. Wyjątek nie dotyczył chyba kontraktów nagraniowych, bo oficjalnym wydawcą albumu była mało znana marka Somethin’ Else Records należąca do japońskiego oddziału EMI (wtedy jeszcze noszącego chyba nazwę Toshiba/EMI).


Z tym pierwszym Rubalcaba znał się już wtedy kilka lat, bowiem w 1989 roku Charlie Haden zaprosił Rubalcabę do Montrealu, gdzie będąc rezydentem jazzowego festiwalu nagrał serię doskonałych albumów „The Montreal Tapes”. Na jednym z nich gra z Rubalcabą i Paulem Motianem. Jednak w 1994 roku nie znałem tego albumu. To był jedyny z cyklu „Montreal Tapes” z którego zrezygnowałem, bo nie wiedziałem kim jest Gonzalo Rubalcaba, a wtedy płyty były relatywnie droższe niż dzisiaj, więc nie sposób było zaopatrywać się we wszystkie obiecujące premiery. Po latach tą lukę w dyskografii Hadena i Rubalcaby oczywiście uzupełniłem. Dziś mogę Wam cały cykl „Montreal Tapes” polecić. Nagrania z Paulem Bley’em i Paulem Motianem są już zresztą w naszym Kanonie Jazzu od dawna.

Teoretycznie ten album nie powinien się udać. Zawiera nagrania koncertowe solo, z sekcją na stale współpracującą wtedy z Rubalcabą i jeden utwór („First Song”) wykonany z Hadenem i DeJohnettem. Album koncertowy raczej powinien być rejestracją jednego koncertu – takie udają się najlepiej. „Imagine” jest składanką, w dodatku nagraną nie tylko w różnych miejscach i w różnym czasie, ale też w różnych składach. Specjaliści od dźwięku zrobili sporo, żeby skrócić dystans pomiędzy fortepianem i słuchaczami, jednak jeśli wsłuchacie się uważnie, usłyszycie różnicę między dużą Alice Tully Hall w Lincoln Center, studiem nagraniowym Capitolu w Hollywood i aulą uniwersytetu UCLA. Mnie to jednak nie przeszkadza. Znam albumy z większymi oszustwami, jak choćby „Mercy, Mercy, Mercy! - Live At The Club” – koncertowa płyta Juliana Cannonballa Adderleya jest fantastyczna, mimo że wcale nie jest koncertowa i nie została nagrana w The Club w Chicago, tylko w studiu (znowu Capitol) w Los Angeles. Może mogło być lepiej, ale wyszło i tak fantastycznie.

Otwierająca album „Imagine” Johna Lennona jest jedną z moich ulubionych interpretacji tego utworu, który Rubalcaba zagrał (całkiem zresztą inaczej) wcześniej na płycie „Images” z Johnem Patitucci i Jackiem DeJohnette. Przez wiele lat muzycznym mentorem Rubalcaby w świecie zachodniej muzyki był Charlie Haden. To on zaprosił Rubalcabę na koncerty do Montrealu. Obecność jego kompozycji i gościnny występ na pierwszym albumie nagranym na terytorium wtedy wrogiego Kubańczykom państwa nie jest więc zaskoczeniem.

Połączenie błyskotliwej techniki z oryginalnymi kompozycjami własnymi i śmiałymi cytatami z przeróżnych, często mocno odległych od jazzowego świata kompozycji stało się na zawsze znakiem rozpoznawczym Gonzalo Rubalcaby. Kiedy po latach usłyszałem go po raz pierwszy na żywo zrozumiałem również, dlaczego po bilety na jego koncerty zawsze ustawiają się kolejki. Jego sceniczna charyzma pozwala natychmiast skupić się jedynie na muzyce, na chwilę znaleźć się w jego świecie bezwarunkowo i zapomnieć o wszystkim co nas otacza.

Być może Rubalcaba czasem czerpie zbyt wiele z Keitha Jarretta (wyśmienite „Imagine”), a kiedy indziej przeszkadza mi zbyt agresywna i moim zdaniem niepotrzebna trąbka Reynaldo Meliana. Dizzy Gillespiemu z pewnością za to trąbka w przebojowym wykonaniu „Woody ‘N’ You” wcale by nie przeszkadzała. Będącą w pradawnych czasach całkiem poważnym przebojem kompozycję Alberto Domingueza „Perfidia” w wykonaniu Rubalcaby zestawiłem sobie kiedyś z wykonaniem Ahmada Jamala. Zróbcie to sami, ale moim zdaniem Rubalcaba zbliżył się do poziomu wielkiego mistrza.

Przez lata w katalogu nagrań Rubalcaby pojawiło się wiele ciekawych albumów. Najnowszą płytę nagrał razem z Anną Marią Jopek („Minione”). Bardzo dobrze wypadają wszystkie jego wspólne rejestracje z Charlie Hadenem i te w trio, będącym chyba jego ulubionym formatem, niezależnie od tego, czy w studiu towarzyszą mu muzycy kubańscy, czy amerykańscy. Jednak to właśnie „Imagine” uważam za najciekawszy album w jego obszernej dyskografii.

Gonzalo Rubalcaba
Imagine: Gonzalo Rubalcaba In The USA
Format: CD
Wytwórnia: Somethin' Else / Blue Note
Numer: 724383049127

19 grudnia 2019

Klaus Paier & Asja Valcic – Vision For Two: 10 Years

Albumy duetu Paier / Valcic w zasadzie biorę w ciemno. Kiedy usłyszałem ich po raz pierwszy, chyba na którejś z płyt radio.string.quartet.vienna, wiedziałem, że jeśli znajdą czas na wspólne granie, wyjdzie z tego wiele dobrego. Dziś mają na koncie 4 albumy nagrane w duecie, jeden w kwartecie, albumy zespołu radio.string.quartet.vienna i kilka koncertowych rejestracji na przeróżnych składankach ACT Music. Ich muzyka oparta jest w większości na spontanicznej improwizacji i mimo faktu, że koncertują sporo i robią to już 10 lat, czego dowodem ich najnowszy album, ciągle mają nowe pomysły.


Ostatni ich występ w Poznaniu podobno był niezwykle udany, niestety znam go jedynie z opowieści z pierwszej ręki, bowiem konflikt terminów nie pozwolił mi tego dnia dotrzeć do Blue Note. Wiem jednak od lat, że Klaus Paier i Asja Valcic potrafią stworzyć na scenie nastrój niezwykły. W dodatku, co trudne i dla wielu nieosiągalne, całkiem spora część tej niezwykłej magii i absolutnie fenomenalnego zespolenia w jedną całość dwojga artystów operujących niezwykłymi dla jazzu instrumentami, znajduje się również na ich studyjnych płytach.

Wiolonczela i akordeon to same w sobie instrumenty dla jazzu egzotycznej a ich duetu w zasadzie żadnego innego sobie nie przypominam. Stąd po części wynika świeżość i oryginalność muzyki chorwacko-austriackiego duetu. Choćby chcieli nie mają swojego Coltrane’a, Davisa czy Tatuma. Muszą kombinować sami. Nie oznacza to jednak, że wystarczy zestawić dwa nietypowe instrumenty i już mamy zespół na światowym poziomie. To zdecydowanie za mało. Potrzeba jeszcze dwójki geniuszy improwizacji a także wymyślenia, zapisania lub przynajmniej naszkicowania kompozycji. Czyli potrzeba Asji Valcic i Klausa Paiera, duetu, który czuje się równie dobrze w repertuarze własnym (jak na najnowszej płycie wydanej z okazji 10 lat wspólnej pracy artystycznej), jak i grając kompozycje jazzowe, klasyczne czy związane z filmem. Na ich koncertach i w dorobku nagraniowym dominują jednak własne kompozycje, stanowiące platformę do wspólnego improwizowania.

Asja Valcic i Klaus Paier mają za sobą nie tylko wykształcenie, ale i praktykę w muzyce klasycznej. Poszukiwanie cytatów i inspiracji wśród melodii napisanych przed wiekami w ich własnych kompozycjach jest ciekawym pomysłem na kolejny wieczór z ich nagraniami. Niektóre inspiracje podpowiadają tytuły utworów („Dans L'Esprit De Debussy”, czy „Mozart Incognito”). Na jednej z poprzednich płyt duetu odnajdziecie kompozycje Bacha i Strawińskiego. Melodia może być dowolna. W wykonaniu Klausa Paiera i Asji Valcic staje się kolejnym muzycznym światem, wymyślonym przy pomocy prostych środków, czasem kilku zaledwie umieszczonych starannie w przestrzeni i czasie dźwięków. Ich muzyka wymaga skupienia i uwagi, nie nadaje się do słuchania w biegu i przy okazji. Takich rzeczy powstaje coraz mniej, a Klaus Paier i Asja Valcic przygotowują kolejne wyśmienite nagrania już od 10 lat i mam nadzieję, że pomysłów i energii wystarczy im co najmniej na kolejną dekadę. Ja mogę na ich nagrania wykupić abonament. Tak długo, jak będę tu, gdzie jestem, mają zapewniony tytuł Płyty Tygodnia.

Klaus Paier & Asja Valcic
Vision For Two: 10 Years
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music
Numer: ACT 9887-2

13 grudnia 2019

Simple Songs 2019/2020 – Vol. 10 – 10.12.2019

Fantastyczny album wydała robiąca karierę za Wielką Wodą Kinga Głyk. Dla mnie to powrót do lat osiemdziesiątych, specyficznych, już cyfrowych, ale jednak mających własny charakter brzmień syntezatorów i soczystego brzmienia basu, którego wtedy wszyscy chyba zazdrościli Marcusowi Millerowi. Kinga Głyk skutecznie lawiruje pomiędzy basową wirtuozerią i pomysłowymi aranżacjami. W bez wątpienia najbardziej przebojowym utworze albumu Feelings” przypomina melodię z „Super Freak” zapomnianego Ricky Jamesa. Akurat tą melodię wszyscy pamiętają z początku kolejnej dekady. Riff wykorzystał, a w zasadzie zbudował całą na nim swoją popularność niejaki MC Hammer. Ani jednego, ani drugiego Kinga Głyk pamiętać nie może. Ciekawe skąd więc obecność „Super Freak” na tym albumie?

* 5 Cookies – Feelings – Kinga Głyk - Anomalie

Cytaty z przeróżnych muzycznych epok to jedna z cech charakterystycznych tej płyty. Wczesne lata osiemdziesiąte to nie są jednak cytaty najstarsze. W nowoczesny sposób Kinga Głyk przypomina również dużo starsze kompozycje. Najstarsza na płycie jest chyba melodia napisana przez Lenniego Tristano gdzieś w okolicach roku 1940 - „Lennie’s Pennies”.

* Lennie’s Pennies – Feelings – Kinga Głyk

Egzotyczną nowość przygotowała wytwórnia ACT Music. Grupa muzyków z Południowej Korei ukrywająca się pod nazwą Black String. Nieznane w Europie instrumenty uzupełnione wyważoną dawką elektroniki plus gościnny udział równie egzotycznego i ekscentrycznego gitarzysty Nguyena Le gwarantują ciekawe i nieczęsto spotykane wrażenia. Ich poprzednia płyta była naszą radiową Płytą Tygodnia niecałe dwa lata temu.

* Elevation Of Light – Karma – Black String feat. Nguyen Le

Kolejny nowy album Johna Coltrane’a – Blue World” tym razem jest dziełem, na którego publikację zgodził się sam autor. Krótki album zawiera utwory wykorzystane na ścieżce dźwiękowej kanadyjskiego filmu La Chat Dans Le Sac”. Od 1964 roku nikt jakoś nie zauważył, że to nagrania zrobione specjalnie do tego filmu, a nie urywki wzięte z poprzednich sesji. W odróżnieniu od niechcianych przez samego Coltrane’a nagrań, które w zeszłym roku ukazały się pod tytułem Both Directions At Once: The Lost Album”, te akurat zyskały aprobatę mistrza do użycia w filmie i nagrane specjalnie w tym celu. Najwięksi znawcy i kronikarze poświęcający lata na śledzenie każdego kroku Coltrane’a muszą starać się bardziej. Nawet w monumentalnym dziele „The John Coltrane Reference” autorstwa Chrisa DeVito, Yasuhiro Fujioki, Wolfa Schmalera i Davida Wilda, uchodzącym za biblię dla kolekcjonerów po tej sesji nie ma najmniejszego śladu. Ciekawe, ile jeszcze takich niespodzianek nas czeka? Obie płyty nie wnoszą nic nowego do zrozumienia muzyki Johna Coltrane’a, ale nie są też jakoś specjalnie słabsze od tych wydanych zaraz po nagraniu. Ot zwyczajnie kolejna sesja najlepszego zespołu, jaki z Coltrane’em grał - McCoy Tyner, Jimmy Garrison, Elvin Jones.

* Blue World – Blue World – John Coltrane

Pora zacząć sezon świąteczny, najlepiej nagraniem premierowym – z nowego albumu Steve Van Zandta, który w tym roku wydał album studyjny i trzypłytowy koncertowy dokumentujący ostatnią trasę. Zamieniłbym bez chwili zastanowienia to wszystko na zapowiedź koncertów The E-Street Band, ale Little Steven jest w najwyższej formie.

* Merry Christmas (Don’t Want To Fight Tonight) – Soulfire Live! – Little Steven And The Disciples OF Soul

Na koniec zapowiedź kolejnego, niezwykle bogatego w przeróżne muzyczne style odcinka CoverToCover – już niedługo pojawi się w tym cyklu wielki przebój Stevie Wondera z albumu „Songs In The Key Of Life” – utwór „Pastime Paradise” – na zakończenie audycji w wykonaniu instrumentalnym Chica Corea i tym oryginalnym z 1976 roku.

* Pastime Paradise – Solo Piano: Portraits – Chick Corea
* Pastime Paradise – Songs In The Key Of Life – Stevie Wonder

11 grudnia 2019

Danny Boy – CoverToCover Vol. 20

Źródło pochodzenia melodii Danny Boy” w zasadzie nie jest znane. Kogoś ominęła całkiem niezła gotówka, bowiem ten niezwykle popularny utwór nagrywany jest w zasadzie od wynalezienia pierwszych urządzeń do rejestracji dźwięku do dzisiaj. Najczęściej wymienianym miejscem pochodzenia melodii jest Irlandia, choć spotkałem w literaturze też pomysł, że to melodia staroangielska, ale najwyraźniej dla autora wszystko, co nie amerykańskie jest angielskie. Zakładając, że teza o pochodzeniu kompozycji z irlandzkiego folkloru jest prawdziwa, pewnie nigdy nie znajdzie ostatecznego potwierdzenia, bo melodia jest być może starsza niż współczesny system zapisu nutowego.


Za to autor współczesnego tekstu jest doskonale znany. To angielski prawnik, autor tekstów, poeta i pionier działalności radiowej w Wielkiej Brytanii, Frederick Edward Weatherly. Jak autor przebojów nie ma na swoim koncie jakiegoś szczególnie bogatego dorobku. Oprócz Danny Boy” w jazzowym świecie możecie jeszcze spotkać śladowe ilości rejestracji „Roses Of Picardy”. I chyba tyle. Podobno napisał ponad 3.000 piosenek, ale jakoś po pozostałych ślad zaginął. Wytrwali badacze znajdą może ślady po kilku innych utworach, ale całemu światu Weatherly i tak kojarzy się z „Danny Boy”.

W świecie komercyjnej rozrywki jako pierwsi, jeszcze w latach czterdziestych najbardziej znaną kompozycję Weatherly’ego wykonywali Judy Garland i orkiestra Glenna Millera. Moim jednak zdaniem pierwszą wartą przypomnienia wersją jest nagranie Bena Webstera z albumu King Of The Tenors” z 1953 roku. Cały album jest znakomity, a jeśli popatrzeć na listę znanych muzyków grających i śpiewających tą melodię i ułożyć ją chronologicznie, to od Bena Webstera zaczęła się światowa kariera „Danny Boy”.

Jak każdy doskonały przebój, „Danny Boy” sprawdza się w aranżacjach kameralnych i wykonaniach solowych (Art Tatum z 1953 roku solo na fortepianie), orkiestrowych, z tekstem lub bez. Dla mnie pierwszym wartym przypomnienia wykonaniem tego utworu z tekstem jest nagranie Harry’ego Belafonte. Wyśmienity album „Belafonte At Carnegie Hall” jest również cudem reżyserii dźwięku koncertowego końcówki lat pięćdziesiątych. Seria oznaczana znaczkiem „Living Stereo” wytwórni RCA brzmiała w sposób zdumiewający w momencie swojej premiery. Brzmi równie zdumiewająco dzisiaj. Dobrze zachowane pierwsze wydania z tej serii osiągają zawrotne ceny, a współczesne reedycje wydawane na ciężkim winylu przez małe audiofilskie manufaktury wcale nie muszą być w jakiś cudowny sposób od nowa przygotowywane do tłoczenia. Jak nagrywali koncerty, przeważnie dużych orkiestrowych składów, inżynierowie RCA – nikt nie wie do dzisiaj, ale udawało im się znakomicie. Może nie wszystkie pozycje z tego cyklu są równie wartościowe muzycznie, jak albumy wielkiej wtedy gwiazdy muzyki pop Harry’ego Belafonte, ale wszystkie brzmią niezwykle sugestywnie.

RCA musiała się wtedy postarać, bo późno zrozumieli, że format LP wygra z dużymi płytami na 45 obrotów i mieli trochę do nadrobienia. Znaleźli sobie najlepszy z możliwych sposobów. Dzięki temu możemy dziś posłuchać doskonałych koncertów Belafonte, Boston Symphony Orchestra pod batutą samego Aarona Coplanda, Arthura Rubinsteina, Vladimira Horowitza, ale także Pereza Prado, Tito Puente i Binga Crosby z Rosemary Clooney. Po 1960 roku „Living Stereo” było już tylko kolejnym dopiskiem na okładce albumu. Świat poszedł do przodu i inne płyty konkurencyjnych wydawców też zaczęły brzmieć lepiej.

Współcześnie „Danny Boy” można usłyszeć najczęściej w repertuarze jazzowych wokalistek w towarzystwie dużych orkiestr. Ja jednak wolę wersje kameralne. Dlatego właśnie wybrałem Johnny Casha i po raz kolejny wybitne pod względem realizacyjnym, ale też ciekawe muzycznie wykonaniem pochodzącej z Singapuru piosenkarki i aktorki Jacinthy w towarzystwie naszego basisty Darka Oleszkiewicza. Jej nagranie pochodzi z albumu poświęconego Benowi Websterowi. W ten efektowny sposób historia „Danny Boy” zaczyna się i kończy na postaci Bena Webstera.

O albumach związanych z „Danny Boy” przeczytacie tutaj:

Utwór: Danny Boy
Album: King Of The Tenors
Wykonawca: Ben Webster
Wytwórnia: Verve / Polygram
Rok: 1953
Numer: 731451980616
Skład: Ben Webster – ts, Oscar Peterson – p, Barney Kessel – g, Ray Brown – b, J. C. Heard – dr.

Utwór: Danny Boy
Album: The Complete Pablo Solo Masterpieces (Disc 4)
Wykonawca: Art Tatum
Wytwórnia: Pablo / Fantasy
Rok: 1953
Numer: 090204037247
Skład: Art Tatum – p.

Utwór: Danny Boy
Album: Belafonte At Carnegie Hall - The Complete Concert
Wykonawca: Harry Belafonte
Wytwórnia: RCA Victor / BMG
Rok: 1959
Numer: 07863560062
Skład: Harry Belafonte – voc, Millard Thomas – g, Raphael Boguslav – g, Daniel Barrajanos – bongos, congas, Orchestra.

Utwór: Danny Boy
Album: American IV: The Man Comes Around
Wykonawca: Johnny Cash
Wytwórnia: American Recordings / Universal
Rok: 2002
Numer: 044006333922
Skład: Johnny Cash – voc, Benmont Tench – org.

Utwór: Danny Boy
Album: Here's To Ben - A Vocal Tribute To Ben Webster
Wykonawca: Jacintha
Wytwórnia: Groove Note / JVC / First Impression Music
Rok: 1998
Numer: 4892843000592
Skład: Jacintha – voc, Teddy Edwards – ts, Kei Akagi – p, Dariusz Oleszkiewicz – b, Larance Marable – dr.

10 grudnia 2019

Herb Ellis – Nothing But The Blues

Herb Ellis, fantastyczny jazzowy gitarzysta przez lata zupełnie niesłusznie uważany był za akompaniatora Oscara Petersona. Faktycznie z Petersonem nagrał wiele fantastycznych albumów, zarówno w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, jak i pod koniec dwudziestego wieku w czasie wielkiego powrotu Petersona do fantastycznego grania, wspomaganego działalnością wydawniczą audiofilskiej wytwórni Telarc.


W naszym jazzowym Kanonie Jazzu pojawiał się kilkukrotnie za sprawą płyt Oscara Petersona, zapomnianego zupełnie niesłusznie duetu z innym wybitnym gitarzystą – Freddie Greenem – Rhythm Willie”, Elli Fitzgerald i całkiem niedawno za sprawą albumu Bena Webstera „King Of The Tenors”. Z pewnością jednak Ellisowi należy się indywidualne miejsce na liście wybitnych jazzowych albumów. W jego artystycznym dorobku jest około 50 albumów obejmujących cały okres jego pracowitej kariery muzycznej. Herb Ellis jako lider zadebiutował w 1956 roku za sprawą albumu „Ellis In Wonderland”. Tytuł adekwatnie opisywał studio nagraniowe. Bowiem można poczuć się jak w tytułowej krainie czarów siedząc obok kolegów z zespołu – Oscara Petersona, Raya Browna, Harry Sweets Edisona, Charliego Mariano, Jimmy’ego Giuffre i Alvina Stollera.

Autorskie albumy Herb Ellis wydawał systematycznie aż do 2003 roku, kiedy ukazał się jego wspólny projekt z Duke’em Robillardem „More Conversations in Swing Guitar with Duke Robillard”, Ostatni album firmowany nazwiskiem Ellisa to najprawdopodobniej „Blues Variations” z 1998 roku. Muzyk zmarł w 2010 roku w wieku 79 lat pozostawiając nie tylko wspomniane pół setki własnych albumów, ale też trudne do policzenia nagrania z największymi – od tych najwcześniejszych z Royem Eldridgem, Benny Carterem, Dizzy Gillespiem, poprzez wspólne nagrania z gitarzystami – Gaborem Szabo, Charlie Byrdem, Barneyem Kesselem, Joe Passem i wieloma innymi do wspomnianych nagrań z Oscarem Petersonem i innymi jazzowymi legendami – Lesterem Youngiem i Benem Websterem. Jeśli z kimś nie grał, to może dlatego, że ten ktoś nie był wystarczająco ważną postacią amerykańskiego jazzu przez ostatnie 60 lat, albo był zbyt awangardowy. Może za wyjątkiem Milesa Davisa. Z nim chyba nigdy Ellis nie grał, ale sam Davis długo stronił od towarzystwa gitarzystów.

Zatem Ellisowi należy się z pewnością miejsce w naszym radiowym Kanonie. Wybór jest trudny. W takiej sytuacji często szukam wskazania możliwie najbliżej źródła, czyli w wypowiedziach samego muzyka. Kiedy Scott Yanow opracowywał materiały do biblii wielbicieli jazzowej gitary – znakomitej publikacji „The Great Jazz Guitarists: The Ultimate Guide” zapytał samego Ellisa o jego najważniejszą płytę. Ten odparł ponoć bez chwili zawahania, że za taką uważa „Nothing But The Blues”, swój drugi autorski album z 1957 roku ze Stanem Getzem i Royem Eldridgem.

Spotkałem się w jazzowej literaturze z tezą, że wiele jazzowych albumów z bluesem w tytule i z mocno bluesową zawartością powstało w końcówce lat pięćdziesiątych w związku z rozpoczynającą się ofensywą awangardy w postaci Ornette Colemana i Cecile’a Taylora. Istotnie końcówka złotej dekady jazzu przyniosła takie albumy jak między innymi „Sonny Stitt Blows The Blues”, „Blues Groove” Colemana Hawkinsa i Tiny Grimesa i „Red Plays The Blues” Reda Norvo. Buck Clayton nagrał nawet dwa – „Buckin’ The Blues” i „Buck & Buddy Blow The Blues” z Buddy Tate’em w 1961 roku. Moim zdaniem to jednak przypadkowe potwierdzenie sztucznie wykreowanej tezy. Jazzowe albumy z bluesowo zorientowanym repertuarem powstawały wtedy i w każdym innym momencie. Poza tym w nagraniach rodzącego się free jazzu też można trochę bluesa odnaleźć, może jest trudniej. Każdy gra jak chce i co chce. Choć czasem trudniej z tego wyżyć, ale gwiazdy grające prawdziwą, rzetelną muzykę zawsze jakoś sobie radziły. Podobnie Herb Ellis. Skoro on uważa „Nothing But The Blues” za swoją najważniejszą płytę, a ja za jedną z tych co najmniej kilku wartych przypomnienia, to w zgodzie z autorem przyznaję, że to album wyśmienity. Nawet jeśli niekoniecznie dobrze zrobiło mu dodanie zupełnie innych nagrań we współczesnych cyfrowych wydaniach. Ostatnie 4 nagrania wersji cyfrowych to bonus – sesja z Paryża z 1 maja 1958 roku z udziałem wielu gwiazd. To dobra muzyka, jednak nie mająca nic wspólnego z oryginalną płytą „Nothing But The Blues”. Być może materiału było za mało na osobny album.

Tak jak w przypadku debiutu – skład wybitny i złożony z wielkich osobowości - Roy Eldridge, Stan Getz i Ray Brown. Przez całe życie Herb Ellis grał z największymi. Podobnie było w przypadku jego ulubionego albumu.

Herb Ellis
Nothing But The Blues
Format: CD
Wytwórnia: Verve / Polygram
Numer: 731452167422