Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jimi Hendrix. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jimi Hendrix. Pokaż wszystkie posty

01 lipca 2021

Hey Joe – CoverToCover Vol. 152

„Hey Joe” to przecież Jimi Hendrix, każde dziecko to wie. No może każde dziecko i owszem, ale takie, którego dzieciństwo przypadała na czasy dzieci kwiatów. Otóż to zupełnie nieprawdziwa teoria, choć słuszne skojarzenie. Na okładkach większości nagrań Hendrixa z „Hey Joe”, tych genialnych i takich, które ukazać się niekoniecznie musiały, przeczytacie, że autorem utworu jest niejaki Billy Roberts, człowiek znany właściwie tylko z faktu, że bywa wymieniany jako autor „Hey Joe”.

Roberts podobno uczył się grać na harmonijce od samego Sonny Terry’ego, podobno w początkach lat sześćdziesiątych był sensacją nowojorskiego Greenwich Village jako najbardziej prawdziwy biały grający czarnego bluesa. W życiu Billy Robertsa więcej jest podobno niż na pewno. „Hey Joe” Też napisał podobno, ale na pewno udało mu się zarejestrować tą kompozycję, jako swoją w 1962 roku. Gwiazdą kawiarni w Greenwich Village na pewno nie był, bo gdyby był, to pojawiałby się we wspomnieniach licznych artystów folkowych, którzy opisywali ten okres i specyficzną atmosferę miejsca wiele razy. Prawdopodobnie Billy Roberts grywał „Hey Joe” mniej więcej w 1962 roku, jednak na jedynej płycie, którą udało mu się nagrać tej piosenki nie znajdziecie.

Pierwsze znane nagranie „Hey Joe”. Wcześniejsze o niemal 3 lata od pierwszego singla Hendrixa z tym utworem należy do zespołu The Leaves z Los Angeles, co by się akurat zgadzało, bo wiele śladów Robertsa prowadzi raczej do LA, niż do Nowego Jorku. Niektóre źródła przypisują też autorstwo „Hey Joe” bardziej znanej postaci – muzykowi zespołu Quicksilver Messenger Service – Dino Valente, który w roli kompozytora częściej występował pod pseudonimem Jesse Oris Farrow, lub swoim prawdziwym nazwiskiem – Chet Powers. Sięgając do bluesowych korzeni utworu, możecie tez trafić na nazwisko jazzowego trębacza Gillesa Thibauta. Być może najbliższym prawdy jest podpisywanie utworu jako kompozycji tradycyjnej o nieznanym pochodzeniu. Byłoby sprawiedliwie.

Próby poszukiwania prawdy są dziś zapewne skazane na niepowodzenie, ważne jest, że kiedy Hendrix nagrał po raz pierwszy „Hey Joe” w 1966 roku na singiel, który ukazał się w Wielkiej Brytanii (z „Stone Free” na drugiej stronie), od razu, od pierwszego dźwięku został gwiazdą. Zanim nagrał „Hey Joe”, które później umieścił na płycie „Are You Experienced?” utwór nagrało jeszcze kilku całkiem znanych wykonawców, w tym między innymi The Byrds i w folkowej wersji Tim Rose i Cher. Dziś trudno w to uwierzyć, ale kiedy Hendrixowi przyszło na amerykańskich listach konkurować z nagraniem Cher przegrał z kretesem i jego genialne „Hey Joe” nie weszło nawet do pierwszej setki amerykańskiego Billboardu.

Utwór, jeśli nie jest hołdem dla Hendrixa, często bywa nagrywany pod dłuższym tytułem „Hey Joe (Where You Gonna Go)”. Oczywiście wielu gitarzystów jazzowych, rockowych i bluesowych składało hołd Hendrixowi i często na tego rodzaju płytach znajdziecie „Hey Joe”. Jeśli chcecie posłuchać kopii nagrania boga gitary – do wyboru jest całe mnóstwo nagrań – Gary Moore, Popa Chubby, Stevie Ray Vaughan, Alvin Lee, ZZ Top, Yngwie Malmsteen i nasz polski rekord Guinessa z rynku we Wrocławiu z Leszkiem Cichońskim w roli głównej. Ja jednak przewrotnie wybieram do audycji dwie wersje bez gitary – w obu przypadkach zagrają wybitne tria fortepianowe – Adrtur Dutkiewicz / Darek Oleszkiewicz / Sebastian Frankiewicz i Brad Mehldau / Larry Grenadier / Jeff Ballard.

Utwór: Hey Joe
Album: Are You Experienced?
Wykonawca: The Jimi Hendrix Experience
Wytwórnia: Polydor / Polygram
Rok: 1967
Numer: 731452103628
Skład: Jimi Hendrix – g, voc, p, Noel Redding – bg, Mitch Mitchell – dr, Margot Quantrell – b voc, Eleanor Russell – b voc, Betty Prescott – b voc, Barbara Moore – b voc.

Utwór: Hey Joe
Album: Hendrix Piano
Wykonawca: Artur Dutkiewicz
Wytwórnia: Fonografika
Rok: 2010
Numer: 5907760035028
Skład: Artur Dutkiewicz – p, Darek Oleszkiewicz – b, Sebastian Frankiewicz – dr.

Utwór: Hey Joe
Album: Where Do You Start
Wykonawca: Brad Mehldau Trio
Wytwórnia: Nonesuch / Warner
Rok: 2012
Numer: 075597961058
Skład: Brad Mehldau – p, Larry Grenadier – b, Jeff Ballard – dr.

09 lutego 2021

All Along The Watchtower – CoverToCover Vol. 121

„All Along The Watchtower” jest dziś w zasadzie współwłasnością Boba Dylana i Jimi Hendrixa. Elektryczna wersja Hendrixa mogłaby sugerować, że Dylan też napisał ten utwór w okresie, kiedy podzielił świat na tych, co znienawidzili go za wzięcie do ręki gitary elektrycznej i tych, którzy uznali, że to tylko nowa twarz genialnego poety. Jak to zwykle u Dylana bywa – rzeczywistość jest inna niż nakazuje logika. Utwór miał swoją premierę na płycie „John Wesley Harding”, jednej z najbardziej akustycznych i kameralnych, jakie Dylan nagrał w drugiej połowie lat sześćdziesiątych.

Utwór znalazł się na singlu promującym album, ale i tu, jak wiele razy w przypadku Dylana, ktoś chyba popełnił spory błąd. Singiel z „All Along The Watchtower” i na stronie B, zawierającej zwykle jakiś niepotrzebny odrzut, albo coś zupełnie nieistotnego, „I’ll Be Your Baby Tonight” ukazał się niemal rok po premierze albumu. „John Wesley Harding” nie był zresztą jakimś szczególnym komercyjnym sukcesem. Pierwszy singiel zawierał parę „Drifter’s Escape” na stronie A i utwór tytułowy na stronie B. Jak można dokonać tak zupełnie bezsensownego wyboru? To nie są złe utwory, ale trudno przegapić komercyjny potencjał „I’ll Be Your Baby Tonight”, choć prosta piosenka o miłości z pewnością jest ostatnią rzeczą, jaką spodziewali się fani Dylana. O rockowym klasyku, jakim dziś jest „All Along The Watchtower” również można powiedzieć wszystko, ale nie to, że ktoś mógł nie zauważyć, że to kandydat na murowany przebój.

Od momentu wydania w 1967 roku albumu „John Wesley Harding” Dylan grał „All Along The Watchtower” na koncertach setki razy. Fani policzyli kiedyś, że to jest najczęściej grana przez niego na koncertach piosenka. Ja byłem na pięciu koncertach Dylana i na trzech z nich usłyszałem „All Along The Watchtower”. Oficjalnych nagrań koncertowych w jego dyskografii też znajdziecie kilka. Podobnie popularna jest „I’ll Be Your Baby Tonight”, o której przygotowałem dedykowany odcinek CoverToCover już wcześniej.

Drugie życie, tym razem zdecydowanie elektryczne dał piosence Jimi Hendrix, zresztą na jego wersję nie trzeba było długo czekać, bo zaczął grać „All Along The Watchtower” już w styczniu 1968 roku. Singiel z nagraniem Hendrixa ukazał się we wrześniu 1968 roku – tym razem jeszcze przed premierą albumu „Electric Ladyland”. Producenci Hendrixa wcale nie mieli łatwiej, bo też musieli trochę zgadywać. Jeśli zestawić kalendarz wydań singli Hendrixa i Dylana, to zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych, Hendrix wyprzedził Dylana o kilka tygodni. Oczywiście w momencie wydania obu wersji na singlach, na rynku był już album „John Wesley Harding”, jednak całkiem możliwe, że singiel Dylana, który ukazał się na rynku niemal rok po wydaniu albumu, był raczej reakcją na sukces wersji Hendrixa, niż chęcią promocji albumu, bo w tym czasie sam Dylan zaczynał już pracę nad następną płytą („Nashville Skyline”).

Dalsza opowieść o „All Along The Watchtower” jest w zasadzie historią tych gitarzystów, którzy wydali albumy poświęcone Hendrixowi, albo próbowali go naśladować. Z tych, którzy próbowali, wybieram U2 i Hirama Bullocka. Pamiętajcie też o polskim doskonałym tłumaczeniu Andrzeja Jakubowicza w wykonaniu Martyny Jakubowicz – „Na straży w dzień i w nocy”.

Utwór: All Along The Watchtower
Album: John Wesley Harding
Wykonawca: Bob Dylan
Wytwórnia: Sony
Rok: 1967
Numer: 5099751234760
Skład: Bob Dylan – g, voc, harm, p, Charlie McCoy – b, Kenneth A. Buttrey – dr.

Utwór: All Along The Watchtower
Album: Electric Ladyland
Wykonawca: Jimi Hendrix
Wytwórnia: Polygram
Rok: 1968
Numer: 42284723329
Skład: Jimi Hendrix – g, voc, Noel Redding – b, Mitch Mitchell – dr.

Utwór: All Along The Watchtower
Album: Rattle And Hum
Wykonawca: U2
Wytwórnia: Island
Rok: 1988
Numer: 042284229920
Skład: Bono – voc, g, harm, The Edge – g, kbd, b voc, Adam Clayton – bg, Larry Mullen Jr. – dr, perc.

Utwór: All Along The Watchtower
Album: Manny’s Car Wash
Wykonawca: Hiram Bullock Band
Wytwórnia: Big World Music
Rok: 1996
Numer: 736589202220
Skład: Hiram Bullock – g, voc, Will Lee – b, voc, Clint DeGanon – dr, voc.

30 stycznia 2021

Voodoo Chile / Voodoo Child (Slight Return) – CoverToCover Vol. 119

Warto zacząć od tego, że „Voodoo Chile” i „Voodoo Child (Slight Return)” to w istocie dwa różne utwory, oba napisane przez Jimi Hendrixa i w wersji studyjnej umieszczone na wydanej w 1968 roku płycie „Electric Ladyland”. Dziś często te tytuły istnieją w różnych wariantach, a muzyka w zmienionej postaci wypełnia przeróżne projekty poświęcone Hendrixowi tworzone w dużej ilości przez przeróżnych muzyków na całym świecie. Dlatego też postanowiłem w cyklu CoverToCover zająć się kompozycje łącznie, poszukując ich najlepszych wykonań wśród licznych wydawnictw typu „Tribute To Jimi Hendrix”.

Oryginalna trwająca kwadrans wersja „Voodoo Chile” to rasowy blues, wzorowany na „Rollin’ Stone” Muddy Watersa, utworze, od którego nazwę pożyczył sobie zespół The Rolling Stones i po który Hendrix sięgnął również wcześniej grając wielokrotnie „Catfish Blues”. W nagraniu oryginalnej wersji w czasie nocnej sesji nagraniowej w Nowym Jorku wziął udział Steve Winwood. Być może wyszło tak zupełnie przypadkiem, a być może taki był cel Jimi Hendrixa – „Voodoo Chile” to szybka wycieczka po historii bluesa. Na oryginalnych ścieżkach (zachowały się trzy próby nagrania, z tego ostatnia znalazła się na płycie „Electric Ladyland”) nie ma publiczności. Odgłosy imitujące występ na żywo zostały nagrane tego samego dnia później, z udziałem gości, którzy razem ze Stevem Winwoodem pojawili się tego wieczoru w Record Plant po jednym z koncertów na których jamowali razem Winwood i Hendrix. Pozostałe dwie krótsze wersje zostały po wielu latach połączone w jeden kompletny utwór i ukazały się na płycie Hendrixa „Blues”. Wśród przypadkowych nieco gości w studiu był też gitarzysta jazzowy Larry Coryell, który nie chciał brać udziału w nagraniu, ale jak później wspomina, jego głos słychać w oryginalnej wersji – odegrał rolę jednego z fikcyjnych widzów koncertu, który się nie odbył.

Dzień później zespół (już bez Winwooda) wrócił do studia i nagrał improwizację „Voodoo Child (Slight Return)”. Niektóre wersje historii powstania tego utworu, który stał się szybko znakiem rozpoznawczym Hendrixa brzmią dość niedorzecznie – według kilku autorów, a nawet świadków wydarzenia, Mitch Mitchell i Noel Redding nagrali ten utwór bez udziału Hendrixa, wykorzystując wcześniej zarejestrowane w czasie sesji do „Electric Ladyland” partie gitary. Ja w tą wersję historii nie wierzę.

Oba utwory nawet w notatkach Hendrixa czasem mają w nazwie słowo „chile”, a czasem „child”. W oficjalnych słownikach angielskich nie znajdziecie raczej słowa „chile” to fonetyczny, slangowy zapis „child”. Utwory, które w swoich autorskich wersjach nie mają ze sobą wiele wspólnego, bywają mylnie opisywane zarówno przez wydawców (nawet części reedycji Hendrixa), jak i przez muzyków. Czasem improwizacja bazująca na oryginalnym „Voodoo Child (Slight Return)” potrafi nazywać się „Voodoo Chile”. Postanowiłem zatem potraktować oba utwory łącznie i pokazać Wam ich najciekawsze wersje. Zmieszczenie w półgodzinnej audycji monografii „Voodoo Chile” jest zresztą niewykonalne, bo oryginał zająłby połowę tego czasu.

W sklepach znajdziecie wiele nagrań naśladujących Hendrixa, sporo gitarzystów uznaje w którymś momencie, że musi zmierzyć się z legendą, najlepiej wychodzą na tym ci artyści, którzy nie usiłują naśladować mistrza. Dlatego wybieram Jarka Śmietanę w wersji sporo wolniejszej od oryginału, eksperymentującego jak zwykle Nguyena Le i pozbawioną gitarowych fajerwerków, ale za to przepięknie zaśpiewaną wersję Terez Montcalm.

Utwór: Voodoo Child (Slight Return)
Album: Electric Ladyland
Wykonawca: Jimi Hendrix
Wytwórnia: Polygram / Interlit
Rok: 1968
Numer: 42284723329
Skład: Jimi Hendrix – g, voc, Noel Redding – b, Mitch Mitchell – dr.

Utwór: Voodoo Child
Album: Psychedelic - Music Of Jimi Hendrix
Wykonawca: Jarek Śmietana Band
Wytwórnia: JSR
Rok: 2009
Numer: 5901119902382
Skład: Jarosław Śmietana – g, voc, Wojciech Karolak – hamm, kbd, voc, Paweł Mąciwoda Jastrzębski – bg, Krzysztof Dziedzic – dr, Hanna Wojciak – b voc, Marta Ignatowicz – fl, Łukasz Wiśniewski – harm, Antoni Krupa – harm, DJ Przeplach – scratches.

Utwór: Voodoo Child (Slight Return)
Album: Purple - Celebrating Jimi Hendrix
Wykonawca: Nguyen Le
Wytwórnia: ACT Music
Rok: 2002
Numer: 614427941022
Skład: Nguyen Le – g, synth, Aida Khann – voc, Meshell Ndegeocello – b, Terri Lyne Carrington – dr, Karim Ziad – perc.

Utwór: Voodoo Child
Album: Voodoo
Wykonawca: Terez Montcalm
Wytwórnia: Marquis / Dreyfus / Sony
Rok: 2006
Numer: 3460503690424
Skład: Terez Montcalm – g, voc, Louis Cote – g, Carl Naud – g, Stephane Montanaro – p, Aron Doyle – tp, Francois Marion – b, Alain Bastien – dr, Luc Boivin – perc, Jose Paradis – b voc.

15 maja 2020

Like A Rolling Stone – CoverToCover Vol. 45

O tej kompozycji i tylko o niej całą książkę napisał jeden z najlepszych krytyków piszących o muzyce rockowej – Greil Marcus. Wszystko co można opowiedzieć o kulisach powstania „Like A Rolling Stone”, historycznym kontekście, elektryfikacji muzyki Boba Dylana, udziale w nagraniu Mike Bloomfielda i Ala Koopera byłoby cytatem z „Like A Rolling Stone: Bob Dylan At The Crossroads” Greila Marcusa, albo którejś z licznych biografii jedynego śpiewającego laureata nagrody Nobla.


Jeśli jednak nie chcecie czytać całej książki, weźcie ją przy najbliższej okazji do ręki w księgarni i zajrzyjcie za obwolutę. Na wewnętrznej stronie okładki znajdziecie komiks ilustrujący tekst utworu znanego amerykańskiego rysownika Mike’a Brownfielda. W książce znajdziecie też fotografie z sesji, na której powstała pierwsza wersja jednej z najważniejszych rockowych kompozycji wszech czasów.

Dla tych, którzy nie znajdą czasu, albo nie poradzą sobie z nigdy niestety nie wydaną po polsku znakomitą książką Greila Marcusa, warto streścić fakty. „Like A Rolling Stone” Dylan napisał z myślą o albumie „Highway 61 Revisited”. Nagranie nie szło łatwo, a w zasadzie nie udawało się niemal przez dwa dni, dopóki początkujący wówczas gitarzysta – Al Kooper nie zaimprowizował na Hammondzie nieco przypadkiem riffu, po którym wszyscy dziś rozpoznają „Like A Rolling Stone” w wykonaniu Boba Dylana. Kilka dni po premierze singla Dylan pojawił się na scenie Newport Folf Festival i zagrał elektryczny set wygwizdany przez większość publiczności, która oczekiwała folkowego Dylana z gitarą akustyczną, zresztą nie do końca słusznie, bowiem z pewnością większość obecnych na festiwalu znała wydaną kilka miesięcy wcześniej płytę „Bringing It All Back Home”, w połowie elektryczną, pokazującą ścieżkę rozwoju muzyki Boba Dylana. Na scenie w Newport w drugiej, elektrycznej części występu Dylana, pojawili się muzycy, którzy pomagali mu nagrać w studiu „Like A Rolling Stone” – wspomniany już Al Kooper i Mike Bloomfield wspomagani przez kolegów tego drugiego z Paul Butterfield Blues Band – Jerome Arnolda i Samy Laya. Dodatkowo na fortepianie zagrał wtedy Barry Goldberg. Po skończonym elektrycznym występie, który raczej nie spodobał się publiczności, Dylan zagrał na bis dwa utwory z gitarą akustyczną i harmonijką po czym zniknął z festiwalu, którego był przez kilka lat największą gwiazdą na niemal 4 dekady.

Al Kooper wystąpił z Dylanem tylko raz – w 1965 roku w Newport. Później założył istotny, choć dziś nieco zapomniany zespół Blues Project. Zarówno Kooper z Blues Project, jak i Bloomfield z Electric Flag zagrali w Newport już dwa lata później, na Dylana festiwal czekał 37 lat.

Oryginalne studyjne nagranie „Like A Rolling Stone” ma ponad 6 minut, więc Columbia nie chciała początkowo wydać utworu na singlu, jednak naciskana przez kilku radiowych prezenterów, którym spodobał się utwór wydała singiel, który na listach amerykańskich przegrywał tylko z „Help!” The Beatles. Utwór okazał się jednym z największych przebojów Dylana, przynajmniej do dzisiaj.

Kończąc temat Boba Dylana – w 2013 roku powstał teledysk do „Like A Rolling Stone”. Opublikowany oficjalnie na stronie Dylana jest niezwykle innowacyjnym produktem – zawiera bowiem 16 kanałów telewizyjnych – stąd nie ma go na Youtube – z przeróżnych telewizji zsynchronizowanych z oryginalnym nagraniem – są prezenterzy pogody, wiadomości, amerykański teleturniej i telesklep – wszyscy ruszają ustami tak, jakby śpiewali „Like A Rolling Stone”. Podobno to nie było inscenizowane. Warto posłuchać każdego z kanałów osobno.

Lista wykonawców, którzy śpiewali tą piosenkę jest niezwykle rozbudowana. Na czele tych, których w audycji nie będzie, jest oczywiście zespół The Rolling Stones (istniał wcześniej, więc nie ma nazwy na cześć piosenki), Bruce Springsteen, Jeff Beck, David Bowie, Cher (była jedną z pierwszych), Nancy Sinatra, Johnny Winter i wielu innych. Tekst ma też swoje wersje w niemal wszystkich istotnych językach, w jakich mówi się na świecie. Poszukajcie „Jako Solnej Sloup” po czesku, „Comme ces pierres qui roulent” po francusku, są też wersje fińskie, niemieckie, hiszpańskie, portugalskie i wiele innych, w tym polskie – „Jak błądzący łach” Filipa Łobodzińskiego.

O możliwych interpretacjach tekstu można opowiadać godzinami. W przeróżnych historiach, których sam Dylan nigdy nie potwierdził pojawiają się takie postaci jak Andy Warhol, Joan Baez, aktorka Edie Sedgwick, Sara Lownds, która kilka miesięcy później w tajemnicy została żoną Dylana, Marianne Faithfull i menadżer artysty – Bob Neuwirth. Ktokolwiek by to nie był, z pewnością nie cieszył się uznaniem autora. Pełną literacką analizę tekstu muszę jednak zostawić na inną okazję.

W zestawieniu najlepszych wykonań „Like A Rolling Stone” nie może zabraknąć Jimi Hendrixa z Monterey Pop Festival z 1967 roku – drugiego najsłynniejszego wykonania tego utworu. Świat jazzu będzie reprezentować Caecilie Norby z pomocą Leszka Możdżera na fortepianie.

Magazyn Like A Rolling Stone – nazwany tak od tytułu piosenki, kiedy układał z udziałem olbrzymiej armii krytyków i muzyków listę znaną dziś jako „500 Greatest Songs Of All Time” kompozycję Boba Dylana umieścił na pierwszym miejscu. Cała lista jest bardzo sensowna, choć mocno zorientowana na rynek amerykański i pomija sporo znanych europejskich przebojów. Jeśli macie ochotę, zbierzcie wszystkie płyty z tej listy, nie będziecie żałowali zakupu żadnej z nich. Trzeba jednak zacząć od „Highway 61 Revisited” zawierającej zwycięzcę tej listy – „Like A Rolling Stone”.

Utwór: Like A Rolling Stone
Album: Highway 61 Revisited
Wykonawca: Bob Dylan
Wytwórnia: Columbia / Sony
Rok: 1965
Numer: 5099746095321
Skład: Bob Dylan – voc, electric g, harm, Mike Bloomfield – electric g, Al Kooper – org, Frank Owens - p, Joe Macho Jr. – b, Bobby Gregg – dr, Bruce Langhorne – tamb.

Utwór: Like A Rolling Stone
Album: The Jimi Hendrix Experience Box Set
Wykonawca: Jimi Hendrix
Wytwórnia: MCA / UMG
Rok: 1967 (2000)
Numer: 008811231620
Skład: Jimi Hendrix – g, voc, Noel Redding – bg, Mitch Mitchell – dr.

Utwór: Like A Rolling Stone
Album: Silent Ways
Wykonawca: Caecilie Norby feat. Lars Danielsson / Leszek Możdżer / Nguyen Le
Wytwórnia: ACT Music
Rok: 2013
Numer: ACT 9725-2
Skład: Caecilie Norby – voc, Lars Danielsson – cello, b, g, tamb, Leszek Możdżer – p, Nguyen Le – g, Robert Mehmet Ikiz – dr, perc.

08 września 2019

Little Wing – CoverToCover Vol. 3

„Little Wing”, kompozycja Jimi Hendrixa jest jednym z tych utworów, które powstawały stopniowo. Wiele gitarowych riffów owianych jest legendami o proroczych snach, narkotykowych wizjach czy olśnieniu na tyłach autobusu w trakcie trasy koncertowej. Historia „Little Wing” zdaje się być bardziej przyziemna. Inspiracją był nastrój panujący na festiwalu Monterey Pop w 1967 roku. Unikalna technika gry Hendrixa, którego nie interesowały żadne ograniczenia, ani znane wcześniej kanony gry na tym instrumencie sprawiły, że utwór stał się inspiracją dla tysięcy rockowych gitarzystów na całym świecie. Za wzorzec dla „Little Wing” posłużyła inna kompozycja Hendrixa – „Fox” grywana już w 1963 roku przez Jimi Hendrixa i Billy Coxa w zespole, który nazywał się King Kasuals. Kilkanaście miesięcy później „Fox” zamienił się w „(My Girl) She’s The Fox”, a pierwsza wersja „Little Wing” powstała na potrzeby albumu „Axis: Bold As Love”.


W przypadku Jimi Hendrixa, najczęściej ciekawsze są nagrania koncertowe, choć wśród licznie ukazujących się archiwaliów trafiają się również takie, które ukazać się nie powinny. Dla mnie wersją wzorcową jest pochodzące z 1969 roku nagrania z Royal Albert Hall w Londynie. Bluesowe korzenie wszystkich kompozycji Hendrixa są oczywiste. Dlatego też wiele z nich znalazło swoje drugie życie w interpretacjach jazzowych. Wielki Gil Evans zarejestrował cały album z programem poświęconym Hendrixowi rozpisanym na dużą orkiestrę. Wśród gitarzystów jazzowych cały album poświęcił Hendrixowi eksperymentujący Nguyen Le. W każdym projekcie, który poświęcony jest Hendrixowi pojawia się niemal na pewno „Little Wing”.

CoverToCover poświęcony „Little Wing” będzie odcinkiem polskim. Zupełnie przypadkowo, moje trzy ulubione wersje przygotowali polscy artyści. Każda z nich oferuje coś zupełnie innego – Artur Dutkiewicz zaskakuje całkowitym brakiem gitary i skupieniem na melodii, Jorgos Skolias wybitnym wykonaniem wokalnym (sam Hendrix nie był jakimś specjalnie utalentowanym wokalistą), a Tomasz Kciuk Jaworski zapraszając do współpracy Zefira Wójcickiego i Czesława Niemena stworzył jedną z najbardziej zaskakujących wersji tego wyśmienitego utworu. W przypadku „Little Wing” nie potrafię wybrać tylko jednej – najważniejszej wersji do prezentacji razem z oryginałem.

Utwór: Little Wing
Album: The Jimi Hendrix Experience Box Set (Disc 3) – Live At Royal Albert Hall 24.02.1969
Wykonawca: Jimi Hendrix
Wytwórnia: MCA
Rok: 1969
Numer: 008811231620
Skład: Jimi Hendrix – g, voc, Noel Redding – bg, Mitch Mitchell – dr.

Utwór: Little Wing
Album: Little Wing
Wykonawca: Kciuk / Niemen
Wytwórnia: Arston
Rok: 1990
Numer: ALP-050
Skład: Tomasz Kciuk Jaworski – bg, Czesław Niemen – voc, Marek Zefir Wójcicki – g, Andrzej Przybielski -tp, Michał Kulenty – sax, Dariusz Janus – kbd, Jarosław Zawadzki – kbd, Adam Lewandowski – dr.

O tej płycie więcej dowiecie się tutaj: Kciuk, Gościnnie Niemen - Little Wing
Utwór: Little Wing
Album: Hendrix Piano
Wykonawca: Artur Dutkiewicz
Wytwórnia: Fonografika
Rok: 2010
Numer: 5907760035028
Skład: Artur Dutkiewicz – p, Dariusz Oleszkiewicz – b, Sebastian Frankiewicz – dr.

O tej płycie więcej dowiecie się tutaj: Artur Dutkiewicz - Hendrix Piano

Utwór: Little Wing
Album: ...Tales
Wykonawca: Jorgos Skolias / Bogdan Hołownia
Wytwórnia: Nautilus
Rok: 2004
Numer: NSA-V001
Skład: Jorgos Skolias – voc, Bogdan Hołownia – p.

04 lutego 2011

Jimi Hendrix - Blue Wild Angel, Jimi Hendrix Live At The Isle Of Wight, The Authorized Hendrix Family Edition

Ustalmy najpierw fakty - jest rok 1970, to bardzo dawno temu. Na szczęście mamy płyty, więc możemy w ten sposób cofnąć sobie magicznie czas. A czasami naprawde warto. Dzisiejsza muzyka nie powstała przecież z niczego, tak jak wszystko inne jest produktem naturalnej ewolucji i mieszania się kultur. Jimi Hendrix, bóg gitary, po dwu latach nieobecności przyjeżdża do Wielkiej Brytanii na słynny festiwal na wyspie Wight. Nie wiem, czy wszyscy wiedzą, co to za wydarzenie. Na dość małą wysepkę przyjeżdża jednocześnie 600 000 słuchaczy, tak, to nie pomyłka, sześćset tysięcy ludzi. Byłem kiedyś na koncercie Boba Dylana w Berlinie, wtedy jeszcze Zachodnim. W parku, którego nazwy już dziś nie pamiętam, zgromadzilo się jakieś 300 000 fanów. Sam znajdowalem się mniej więcej w połowie tego tłumu. Ktoś stojący obok powiedział mi, w którą stronę należy przeciskać się do sceny, jeśli mi na tym zależy. Odległość była znaczna i z pewnością wyrażała się w setkach metrów. Nawet więc nie próbowałem, uznając swoje miejsce za bardzo dobre, bowiem dość blisko stał olbrzymi ekran telewizyjny nazywany nieładnie telebimem, na którym wszystko było widać. Nagłośnienie też było dużo lepsze niż na większości polskich koncertów w zamkniętych salach.

W 1970 roku ekranów telewizyjnych jeszcze nie stosowano powszechnie, więc dla 600 000 ludzi trzeba było zagrać coś naprawdę ciekawego. To musiała być muzyka przez duże M, muzyka, która obroni się sama. A była 3 rano, wystąpiło już wiele sław, ludzie byli zmęczeni, leżeli na trawie, niektórzy zasypiali. Rytualne palenie gitary, zawsze budzące emocje mogło zobaczyć przecież tylko kilka tysięcy szczęśliwców blisko sceny. Co zrobił Jimi Hendrix, żeby obudzić widzów? Na początek postawił publiczność na baczność grając hymn angielski, a potem żeby ich zaciekawić zagrał kawałek Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band właśnie rozmontowanych wewnętrznymi sporami Beatlesów. A potem zaczął się show. Jak na Hendrixa było mało śpiewania, a dużo gitary. To akurat dobrze, bowiem nikt nie zaprzeczy, że był lepszym gitarzystą niż wokalistą. Pewnie wziął pod uwage nie tylko swoje chwilowe preferencje muzyczne, ale także wielkość widowni i jakość nagłośnienia. Czytelne i jak zawsze niepowtarzalne i niemożliwe do skopiowania solówki, proste, bluesowe melodie zaczarowały tej nocy publiczność.

Wydane jakiś czas temu przez rodzinę artysty zrekonstruowane nagrania z tego koncertu w wersji jednopłytowej zawierają 6 premierowych (przynajmniej oficjalnie) utworów i 5 wcześniej znanych z innych płyt. Jakość dźwięku jest niespodziewanie dobra, może trochę za mało publiczności słychać w tle. Właściwie muzyka brzmi jak rejestracja kameralnego koncertu w studiu z udziałem małej grupki publiczności.

Płyta od początku miała zapewniony sukces komercyjny, przynajmniej w Wielkiej Brytanii. Pewnie już pierwszego dnia kupili ją wszyscy uczestnicy koncertu, a to już daje ponad pół miliona egzemplarzy. Pewnie puszczają ta muzykę swoim dzieciom, a może i wnukom tworząc mimo woli nową grupę wyznawców niezwykłosci mistrza.

Tego rodzaju nagrania, mające tak olbrzymi walor dokumentalny i emocjonalny nie powinny być rozmieniane na drobne i analizowane dźwięk po dźwięku, takt po takcie. Nie sposób przecież opisać poszczególnych solówek. Każda z nich jest niepowtarzalna, absolutnie zniewalająca, żywa, zwyczajnie najlepsza na świecie, w 1970 roku i tak samo dzisiaj.

Zawsze kiedy słucham Hendrixa wiem, że słucham najlepszego gitarzysty wszech czasów, czasów przeszłych i przyszłych. Zawsze też pozostaje mi pewne uczucie niedosytu. Może dlatego, że większość nagrań, szczególnie koncertowych jest słaba technicznie? A może dlatego, że nie zdążył w pełni pokazać światu swojego talentu? Może też dlatego, że nigdy nie nagrał dłuższych form, niż kilku lub kilkunastominutowe utwory? Coraz bardziej jednak skłaniam się ku stwierdzeniu, że przyczyn tkwi w grających z nim muzykach. Niby dobrych, precyzyjnych rzemieślników, ale jednak zwyczajnych. Jakże inaczej zagrałby mając u boku inspirujących się nawzajem muzyków jazzowych? Jakże piękna byłaby sesja z Milesem, gdyby Jimi dożył...

Na zawsze pozostaną nam więc tylko te znane nagrania. Jak już wspomniałem, Jimi Hendrixa zdecydowanie był lepszym gitarzystą niż wokalistą, więc nagrania z wyspy Wight należą do najciekawszych, bo mało tu śpiewa, a dużo i pięknie gra na gitarze, jednocześnie mało błaznując, jak to miał czasem w zwyczaju.

Dzisiejsza płyta to bardzo cenny dokument i jedna z najlepszych płyt Jimi Hendrixa. Musicie mieć ją w swojej kolekcji chociażby dla 18 minutowej wersji Machine Gun. To jeden z nielicznych przykładów w dorobku Jimiego, w którym podoba mi się gra Mitcha Mitchella na perkusji. Nareszcie próbuje odejść nieco od podstawowego rytmu i dorzucić coś od siebie.

Od wspomnianego Machine Gun nie jest gorsza 11 minutowa wersja Red House, snująca się niczym klasyczna, stylowa bluesowa ballada. Pojawiające się jak w prawdziwym czarnym bluesie nieoczekiwane dżwięki sprawiają wrażenie powstających jakby od niechcenia, płynących jednak gdzieś z głębi serca, przemyślanych i emocjonalnych a jednocześnie niezwykle trudnych technicznie. Kolejne chorusy są coraz gęstsze, narastająca emocja prowadzi nieuchronnie do często praktykowanego zniszczenia gitary. Jednak nie tym razem, gitara pozostaje w jednym kawałku, trzeba przecież jeszcze zagrać wiele utworów tego ranka.

Opisywany koncert ukazał się również w rozszerzonej 2 płytowej wersji, która może być jeszcze ciekawsza. Jeśli jeszcze nie macie wersji pojedyńczej, poszukajcie od razu albumu dwupłytowego.

Jimi Hendrix
Blue Wild Angel, Jimi Hendrix Live At The Isle Of Wight, The Authorized Hendrix Family Edition
Format: CD
Wytwórnia: MCA
Numer: 1130893

24 października 2010

Popa Chubby - Popa Chubby Plays The Music Of Jimi Hendrix At The File 7

Trzeba wiele odwagi by coś takiego zaryzykować. Równie wiele talentu potrzeba, żeby z tego pozornie niemożliwego zadania wybrnąć i zagrać świetny koncert.
Dzisiejsza płyta to jeden z nielicznych albumów z muzyką Jimi Hendrixa, który w interpretacjach poszczególnych utworów nie odbiega od oryginałów, a jednocześnie nie brzmi jak nędzna kopia nagrań wzorcowych. A to naprawdę duży komplement.

Popa Chubby nie próbuje szukać własnej, specjalnej odmiennej drogi interpretacji znanych wszystkim utworów granych przez Jimi Hendrixa. Nie udziwnia, nie zmienia, nie ucieka od porównań z oryginałami. Jego gra jest brudniejsza, bardziej niedbała, garażowa, co akurat temu repertuarowi nie przeszkadza.

Te nagrania stanowią wyraz istoty stylu gry Hendrixa, nie naśladują każdej nuty, raczej ogólny pomysł na każdy utwór. Tak jak w oryginalnych nagraniach koncertowych Hendrixa, najlepsze momenty to te, kiedy w długich solówkach gitarowych lider pokazuje, że z gitarą potrafi zrobić naprawdę wiele ciekawych i unikalnych rzeczy. Jego sola, to nie kliniczne, choć stylowe nagrania Stevie Ray Vaughana, czy Johnny Wintera. To raczej pasja, próba zrozumienia muzyki mistrza gatunku. Partie wokalne, jak u Hendrixa – stanowią konieczny dodatek, który właściwie możnaby pominąć.

Instrumentaliści towarzyszący liderowi tego dnia niestety są dość słabi. Chris Reddan i A. J. Pappas nie nadążają za gitarą, grają schematycznie, czasem gubiąc nieco rytm. Mało w tym rockowego pulsu, a jeszcze mniej bluesa. Na szczęście to wybronej gitarze lidera zdaje się mało przeszkadzać.

Koncert zarejestrowano w niewielkim klubie File 7 w Magny-Le-Hongre we Francji. Ten kraj jest od wielu lat muzyczną siedzibą Popa Chubby’ego. W Polsce o jego płyty dość trudno, a w każdym francuskim sklepie znajdziemy ich całą masę.

Popa Chubby potrafi zrobić użytek ze swojej wysłużonej gitary. Czasem gra nieco efekciarsko robiąc niezłe show. Tym razem zagrał jednak całkiem na poważnie. Ani przez chwilę nie grał dla innych gitarzystów, ani przez chwilę nie chciał być lepszy od mistrza. Bez zbędnych technicznych wyczynów, zagrał czystego bluesa i soul, a to istota muzyki Jimi Hendrixa.

Większość naśladowców widzi w muzyce Hendrixa przede wszystkim techniczny wyczyn wszechczasów, niemożliwą do powtórzenia wirtuozerię gitary, podczas gry on, mając korzenie w muzyce R&B i soul był w rzeczywistości grającym nieco sprawiej technicznie od innych bluesmanem. Takiego właśnie Hendrixa gra i śpiewa Popa Chubby. I dlatego włąśnie jest w tym o niebo lepszy od wszystkich samozwańczych wirtuozów gitary. On tą muzykę rozumie i przetwarza, a nie kopiuje.

Jak zwykle w przypadku spontanicznych, prawdziwych i niespecjalnie komercyjnych artystów, każde nagranie koncertowe jest lepsze od studyjnego. Ta płyta z pewnością nikomu nie sprawi zawodu, a fanom dobrego bluesa i muzyki samego Jimi Hendrixa świetnie uzupełni kolekcję.

Realizacja całości jest mocno amatorska. Jakość dźwięku jest znośna, za to obrazu co najwyżej przyzwoita. Trochę to mało, jak na oficjalne wydawnictwo artysty, szczególnie, że czasem zawodzi synchronizacja dźwięku i obrazu. Warto więc zastosować się do zaleceń samego lidera umieszczonych na okładce i słuchać naprawdę głośno.

Popa Chubby
Popa Chubby Plays The Music Of Jimi Hendrix At The File 7
Format: DVD
Wytwórnia: DixieFrog / Harmonia Mundi
Numer: 794881847198 / DFG DVD 005