Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leszek Możdżer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leszek Możdżer. Pokaż wszystkie posty

04 marca 2021

Papa Was A Rolling Stone – CoverToCover Vol. 129

Utwór powstał na potrzeby muzycznego eksperymentu wytwórni Motown – dziś zapomnianego zespołu The Undisputed Truth. Piosenkę napisali Norman Whitfield i Barrett Strong. Oryginalna wersja jest utworem wokalnym rozpisanym na kilka głosów. Już w kilka tygodniu po opublikowaniu przez Motown singla The Undisputed Truth swoją wersję nagrał zespół The Temptations nagrywający wtedy do należącej do rodziny Motown wytwórni Gordy. Pełna wersja ma ponad dwanaście minut a singlowa sześć, więc dalej był to swego rodzaju eksperyment, bowiem tak długi utwór nie mógł liczyć na wielką popularność w amerykańskich stacjach radiowych. Nawet jeśli spodobałby się radiowym prezenterom, nie znalazłby zrozumienia u wydawców – długie utwory to mniej przerw na reklamy, a więc mniej reklam. Jednak dobra muzyka zawsze jakoś do słuchaczy dotrze i nagranie The Temptations, znacznie ciekawsze muzycznie szybko trafiło na szczyty list przebojów na całym świecie i było jedną z muzycznych sensacji 1972 roku.

W pełnej wersji The Temptations pierwsze słowa piosenki pojawiają się dopiero w okolicach czwartej minuty nagrania. Zespół był złożony z wokalistów i korzystał z sesyjnych muzyków – zmieniającego się ciągle składu znanego jako The Funk Brothers. Wokaliści zespołu nie chcieli nagrać tego utworu, uważali go nie tylko za niepotrzebny eksperyment, ale też za coś, co odciągnie fanów od ich głosów w związku z rozbudowanymi partiami instrumentalnymi. Trochę się pomylili. W efekcie nalegań producenta i właściciela wytwórni Berry Gordy’ego powstało nagranie, które stało się nie tylko największym hitem The Temptations i światowym przebojem, ale również wskazało drogę rozwoju muzyki soul. Inni wykonawcy śmielej sięgali po dłuższe formy instrumentalne. Soul przestał być jedynie muzyką trzyminutowych przebojów tworzonych przez doskonale zgrane zespoły wokalne. Stał się wyśmienitą muzyką. Gdyby nie „Papa Was A Rolling Stone”, nie byłoby wyśmienitych nagrań koncertowych Isaaca Hayesa, ani doskonałych albumów Sly And The Family Stone z lat siedemdziesiątych. Istotnym był również fakt, że na singlu z utworem na stronie B ukazała się wersja instrumentalna, co do dziś sprawia, że często sample The Funk Brothers używane są przez twórców neo-soulu. Aranżer, który stworzył wersję instrumentalną – Paul Riser Sr. Powiedział w jednym z wywiadów, że inspirował się muzyką Isaaca Hayesa napisaną do filmu „Shaft”. Moim zdaniem nawet bardzo się inspirował. Nie ma to dziś znaczenia, bowiem i „Shaft” i „Papa Was A Rolling Stone” to dziś klasyki soulu grane często również przez muzyków jazzowych.

Do prezentacji utworu Normana Whitfielda i Barretta Stronga wybieram wyjątkowo zróżnicowany stylistycznie zestaw nagrań – nagranie Reginy Carter z wokalem Cassandry Wilson, wersję na trzy kontrabasy zagrają mistrzowie tego instrumentu – Ray Brown, Christian McBride i John Clayton Jr. Najnowsze nagranie w tym zestawie powstało z udziałem Leszka Możdżera – zaśpiewa Caecile Norby z pomocą gwiazd ACT Music - Larsa Danielssona i Ngueyna Le.

Utwór: Papa Was A Rolling Stone
Album: All Directions (Single Edit – Classics Temptations)
Wykonawca: The Temptations
Wytwórnia: Gordy / Motown / Universal
Rok: 1972
Numer: 601215751925
Skład: Otis C. Williams – voc, Melvin Franklin – voc, Dennis Edwards – voc, Damon Harris – voc, Richard Street – voc, The Funk Brothers

Utwór: Papa Was A Rolling Stone
Album: Rhythms Of The Heart
Wykonawca: Regina Carter
Wytwórnia: Verve / Polygram
Rok: 1999
Numer: 731454717724
Skład: Regina Carter – viol, Cassandra Wilson – voc, Rodney Jones – g, Werner Vana Gierig – p, Peter Washington – b, Lewis Nash – dr, Mayra Casales – perc.

Utwór: Papa Was A Rolling Stone
Album: SuperBass 2
Wykonawca: Ray Brown, John Clayton Jr. & Christian McBride
Wytwórnia: Telarc
Rok: 2001
Numer: 089408348327
Skład: Ray Brown – b, Christian McBride – b, John Clayton Jr. – b, George Fludas – perc.

Utwór: Papa Was A Rolling Stone
Album: Silent Ways
Wykonawca: Caecilie Norby
Wytwórnia: ACT Music
Rok: 2013
Numer: ACT 9725-2
Skład: Caecilie Norby – voc, Lars Danielsson – b, cello, g, tamb, Leszek Możdżer – p, Ngueyn Le – g, effects, Robert Mehmet Ikiz – dr, perc.

14 grudnia 2020

Leszek Możdżer – Mistrzowie Polskiego Jazzu

Leszek Możdżer jest chyba pierwszym Mistrzem Polskiego Jazzu, którego sylwetkę przedstawiam w tym cyklu, który jest młodszy ode mnie, nieznacznie, ale zawsze. Z pewnością jednak zasłużył sobie na miano Mistrza swoim artystycznym dorobkiem i niezwykłą pracowitością, która sprawia, że mając ciągle przed sobą dziesięciolecia fantastycznych nagrań i kolejnych niezwykłych muzycznych pomysłów, można uznać już teraz, że jest muzykiem dla polskiego jazzu niezwykle zasłużonym.

Kariera Leszka Możdżera obfituje w wiele zaskakujących wydarzeń i niezwykłych zwrotów akcji. Tradycyjne chronologiczne podejście nie sprawdzi się za dobrze w jego wypadku, a jeśli ktoś kiedyś zechce napisać jego biografię, będzie miał niezłą łamigłówkę do rozwiązania.

Leszek Możdżer pochodzi z Gdańska. To właśnie tam skończył Akademię Muzyczną i stawiał pierwsze kroki, zarówno te klasycznie jazzowe, jak i inne, również licznie udokumentowane w jego dyskografii. Pianista ma za sobą praktykę w zespole jazzu tradycyjnego, prowadzonym przez klarnecistę Emila Kowalskiego. Trudno zrobić bardziej spektakularny zwrot stylistyczny niż z grania dixielandu do zespołu Miłość, a taki właśnie zrobił w początkach lat dziewięćdziesiątych Leszek Możdżer. Dołączając do Miłości Tymona Tymańskiego nie porzucił jednak grania tradycyjnego jazzu z Emilem Kowalskim, realizacji własnych projektów, ani uczestnictwa w ważnych nagraniach Quintessence Eryka Kulma i Zbigniewa Namysłowskiego. Od zawsze był bardzo zajęty. Tak pozostaje do dzisiaj, choć status gwiazdy, na który sobie zapracował sprawia, że raczej skupia się dziś bardziej na własnych projektach i występach z artystami wytwórni ACT Music, dla której nagrywa.

Przegląd najważniejszych nagrań Leszka Możdżera, który ma zmieścić się w tekście możliwym do przeczytania w ciągu kilku minut z konieczności będzie nieco subiektywny. Od zawsze uważałem i dalej się tego trzymam, że Możdżer jest najlepszy solo, bez dodatków. W tej formule dostajemy od każdego muzyka najwięcej, kłopot w tym, że nie każdy nawet wybitny muzyk radzi sobie z odpowiedzialnością za całokształt, bez pomocy innych. Leszek Możdżer radzi sobie w zasadzie od samego początku swojej kariery z solowymi występami i nagraniami doskonale.

Nie oznacza to, że jego nagrania z Larsem Danielssonem, czy duety fortepianowe z innymi wybitnymi mistrzami klawiatury uważam za nieudane. To raczej kwestia osobistych preferencji. Sprawdźcie więc sami. Tak się złożyło, że najwcześniejsze nagrania Leszka Możdżera to płyty zespołu Miłość, jednak to pierwsza płyta z nazwiskiem Możdżera jako lidera na okładce – „Chopin – Impresje” z 1994 roku wyznaczyła niezwykle wysoki standard muzyki Możdżera, jaki utrzymuje do dzisiaj. Jego luźne swobodnie improwizowane solowe interpretacje klasycznych kompozycji Fryderyka Chopina natychmiast sprawiły, że wszyscy zaczęliśmy porównywać kolejne nagrania Leszka Możdżera do dokonać Keitha Jarretta. W chwili nagrania tego solowego albumu, zarejestrowanego z niewielkim wsparciem w jednym utworze Tomasza Stańko i kolejnym Zbigniewa Namysłowskiego, Leszek Możdżer miał jedynie 23 lata i w kategorii błyskotliwych debiutów naszych jazzowych mistrzów może konkurować chyba tylko ze Stanisławem Sojką.

Chwilę później Miłość nawiązuje współpracę z legendarnym Lesterem Bowie, a Możdżer jeszcze w tym samym 1994 roku uczestniczy w nagraniu albumu „Infinity” innego Mistrza – Eryka Kulma. To było zresztą spotkanie na szczycie i skład absolutnie fenomenalny, który stworzył jedną z najlepszych płyt lat dziewięćdziesiątych w Polsce i okolicach. Eryk Kulm, Leszek Możdżer, Piotr Wojtasik, Maciej Sikała i Adam Kowalewski, to muzycy, którzy jeszcze wielokrotnie później spotkają się na scenie i w studiach nagraniowych.

Kolejny album z Leszkiem Możdżerem w roli wyłącznego lidera powstaje już dwa lata później. Na „Talk To Jesus” zagrali oprócz lidera Piotr Wojtasik, Adam Pierończyk, Maciej Sikała i Adam Kowalewski, a na perkusji znany z Miłości, Łoskotu, Kur i innych yassowych projektów Jacek Olter. Mój ulubiony Możdżer to Możdżer solo, jednak wśród płyt do których najczęściej wracam jest również moim zdaniem absolutnie genialny, choć wymagający wielkiego skupienia i uwagi, zresztą tak jak większość muzyki Leszka Możdżera album „Live In Sofia” nagrany w duecie z Adamem Pierończykiem. W końcówce lat dziewięćdziesiątych słuchałem tego albumu niemal bez przerwy. Dziś brzmi równie ciekawie, ponad 20 lat temu i z pewnością ciągle, mimo wielu kolejnych wyśmienitych albumów, jest dla mnie w pierwszej trójce najlepszych nagrań Leszka Możdżera (również w takim zestawieniu Adama Pierończyka umieszczam go bez chwili wahania). Wyprzedzając nieco chronologię tej historii, pozostałe dwa albumy to absolutnie genialny „Komeda” i równie dobry „Polska”. „Live In Sofia” i „Komeda” to miłość absolutna od pierwszego wejrzenia, z płytą „Polska” miałem na początku trochę pod górkę, ale dziś uważam, że to jedno ze szczytowych osiągnięć Możdżera. Kontynuacja „Live In Sofia” – „19-9-1999” udała się jakby trochę mniej, jednak to tylko efekt wysoko podniesionej przez poprzedni album duetu poprzeczki.

W latach dziewięćdziesiątych niemal równolegle była w życiu Leszka Możdżera kariera solowa – ta free jazzowa z Pierończykiem, mainstreamowa z sekstetem i Quintessence, i nowocześnie klasyczna z Chopinem w roli głównej. Do tego Miłość i projekty poboczne (Kury), gościnne występy na scenie popowej i jazz tradycyjny z Emilem Kowalskim. Sporo tego i to w skrajnie różnych muzycznych postaciach. W przypadku Możdżera ilość nie oznaczała spadku jakości, może czasem jego udział w przeróżnych projektach bywał dość symboliczny, jednak trudno znaleźć nuty zagrane przez Możdżera niepotrzebnie. Warto też wspomnieć o wątku związanym z muzyką filmową zarówno tą przygotowywaną w Polsce, jak i w Hollywood. Z polskich projektów trzeba przypomnieć „Pożegnanie z Marią” z całą śmietanką naszych polskich muzyków (Stańko, Szukalski i inni), „Słodko Gorzki” i już w XXI wieku „Nienasycenie”. Filmy zagraniczne to nagrodzony za muzykę „Finding Neverland”, a także inne projekty realizowane z Janem A.P. Kaczmarkiem i Zbigniewem Preisnerem, a także jedno z najnowszych nagrań Możdżera – muzykę do filmu „Ikar” opowiadającym o życiu innego naszego Mistrza – Mieczysława Kosza. Możdżer przygotował również w Gdyni jedną z lepszych adaptacji musicalu „Hair” jakie widziałem.

W 2004 roku Możdżer zagrał recital w duecie z Adamem Makowiczem w Carnegie Hall (album „Makowicz vs Możdżer At Carnegie Hall”). Kilka lat wcześniej nieco przypadkiem poznał Larsa Danielssona, z którym zagrał koncert na rynku w Warszawie i który doprowadził do kontraktu z wytwórnią ACT Music i nagrania kilku doskonałych albumów – „Możdżer Danielsson Fresco Live” (to jeszcze zanim Możdżer podpisał kontrakt z Siggi Lochem), a później „Tarrantela” i „Polska” a także gościnnych występów pianisty na innych płytach Danielssona i jego żony – również nagrywającej dla ACT Music – Caecilie Norby.

W przypadku Leszka Możdżera pewnym mogę być tylko jednego – jego najlepsze płyty jeszcze nie powstały i zupełnie nie potrafię przewidzieć, jakie będą jego kolejne kroki, z pewnością jednak dostarczy fanom jeszcze bardzo wielu wzruszeń i wiele razy zaskoczy nas swoimi niezwykłymi muzycznymi pomysłami.

28 sierpnia 2020

Have You Ever Seen The Rain – CoverToCover Vol. 73


Zespół Creedence Clearwater Revival jest w Stanach Zjednoczonych prawdziwą instytucją. Otoczony kultem należnym grupie, która stworzyła niezliczone przeboje, głównie dzięki talentowi kompozytorskiemu Johna Fogerty, zespół istniał w swoim podstawowym składzie z Johnem i Tomem Fogerty a także Stu Cookiem i Dougiem Cliffordem zaledwie pięć lat pomiędzy 1968 i 1972 rokiem. Później stał się królem składanek. Ilość wydawnictw typu „Greatest Hits” CCR dorównuje jedynie częstotliwości plotek o możliwej reaktywacji zespołu w składzie co najmniej zbliżonym do oryginalnego, które pojawiają się do dzisiaj. Osobiście w taką reaktywację nie wierzę, bowiem nie ma ona najmniejszego sensu dla Johna Fogerty, który doskonale potrafił zbudować sobie własną solową karierę po zakończeniu działania grupy, do dziś wykonując na koncertach od czasu do czasu największe hity CCR swojego autorstwa. Do tego nie są mu potrzebni pozostali członkowie grupy, która zresztą w całości zebrać się już nie może, bowiem Tom Fogerty zmarł dawno temu.


Ta uproszczona historia Creedence Clearwater Revival opowiadana jest często na potrzeby stworzenia mitu grypy, która od razu osiągnęła wielki sukces. Amerykanie uwielbiają takie historie. Prawdziwa historia CCR sięga jednak roku 1959, kiedy powstał zespół The Blue Velvets (i przez chwilę The Blue Violets) w dokładnie takim samym składzie jak ten, który odniósł wielki sukces jako Creedence Clearwater Revival. Grupa nagrała nawet kilka singli, które dziś mają wartość kolekcjonerską. Po podpisaniu w 1963 roku kontraktu z wytwórnią Fantasy zespół zmienił nazwę na Golliwogs, a w 1967 na CCR. Nagrania Golliwogs, The Blue Velvets i The Blue Violets nie odniosły wielkich sukcesów. W krótkim, pięcioletnim okresie sławy Creedence Clearwater Revival nagrali 7 albumów studyjnych i jeden koncertowy, a John Fogerty stworzył niewiarygodną ilość rockowych klasyków. Oprócz „Have You Ever Seen The Rain”, napisał dla zespołu „Down On The Corner”, Fortunate Son”, „Born On The Bayou”, „Who’ll Stop The Rain”, „Run Through The Jungle”, Green River”, Bad Moon Rising” i swój największy klasyk - „Proud Mary”. W cyklu CoverToCover z pewnością pojawią się wszystkie te utwory i kilka innych kompozycji Johna Fogerty z okresu CCR i późniejszej kariery solowej, bowiem większość pojawia się w jazzowym kontekście muzycznym.

Jednym z licznych przebojów Creedence Clearwater Revival jest utwór „Have You Ever Seen The Rain”, który pojawił się jako singiel promujący album „Pendulum” w 1970 roku. Tekst utworu napisanego przez Johna Fogerty według jednych traktuje o wojnie w Wietnamie, a tytułowy deszcz miałby być wtedy deszczem bomb, według innych jest metaforą zderzenia naiwnego amerykańskiego idealizmu lat sześćdziesiątych z brutalnymi wydarzeniami w Ameryce końcówki dekady, również w obszarze kultury – jak choćby przemocy na festiwalu Altamont Speedway Free Festival w 1969 roku. Sam John Fogerty powiedział w jednym z wywiadów, że tekst dotyczy jego trudnych relacji z bratem Tomem, który w zespole grał na drugiej gitarze. Kłótnie braci miały niemal rok po sukcesie komercyjnym „Have You Ever Seen The Rain” doprowadzić do rozpadu zespołu, a album „Pendulum” miał się okazać przedostatnim w dyskografii grupy.

Kompozycje John Fogerty wykonuje wielu amerykańskich wykonawców, a za „Have You Ever Seen The Rain” zabierali się między innymi Johnny Cash, R.E.M., Joan Jett, Belinda Carlisle i Cassandra Wilson. Utwór dorobił się też wersji z tekstem hiszpańskim i portugalskim, zdobywając sporą popularność w przeróżnych wykonaniach w Ameryce Południowej i Środkowej.

Oprócz oryginału, do skróconej prezentacji historii tego utworu wybieram jazzową interpretację Caecilie Norby z udziałem Leszka Możdżera. W 2019 roku amerykańska wokalistka bluesowa Janiva Magness nagrała album poświęcony w całości kompozycjom Johna Fogerty, zarówno tym napisanym dla Creedence Clearwater Revival, jak i późniejszym. Z płyty „Change In The Weather: Janiva Magness Sings John Fogerty” pochodzi doskonała wersja “Have You Ever Seen The Rain”.

Utwór: Have You Ever Seen The Rain
Album: Pendulum (Chronicle: The 20 Greatest Hits)
Wykonawca: Creedence Clearwater Revival
Wytwórnia: Fantasy / Universal
Rok: 1970
Numer: 025218000222
Skład: John Fogerty – g, voc, org, Tom Fogerty – g, Stu Cook – b, Doug Clifford – dr.

Utwór: Have You Ever Seen The Rain
Album: Silent Ways
Wykonawca: Caecilie Norby with Lars Danielsson, Leszek Możdżer and Nguyen Le
Wytwórnia: ACT Music
Rok: 2013
Numer: ACT 9725-2
Skład: Caecilie Norby – voc, Lars Danielsson – cello, b, g, tamb, Leszek Możdżer – p, Nguyen Le – g, effects, Robert Mehmet Ikiz – dr, perc.

Utwór: Have You Ever Seen The Rain
Album: Change In The Weather: Janiva Magness Sings John Fogerty
Wykonawca: Janiva Magness
Wytwórnia: Blue Elan
Rok: 2019
Numer: 193483868110
Skład: Janiva Magness – voc, Zachary Ross – g, dobro, b voc, David Tasker Darling – g, b voc, Arlan Oscar – hamm, p, Wurlitzer, Gary Davenport – b, Steve Wilson – dr, perc, Bernie Barlow – b voc.

15 maja 2020

Like A Rolling Stone – CoverToCover Vol. 45

O tej kompozycji i tylko o niej całą książkę napisał jeden z najlepszych krytyków piszących o muzyce rockowej – Greil Marcus. Wszystko co można opowiedzieć o kulisach powstania „Like A Rolling Stone”, historycznym kontekście, elektryfikacji muzyki Boba Dylana, udziale w nagraniu Mike Bloomfielda i Ala Koopera byłoby cytatem z „Like A Rolling Stone: Bob Dylan At The Crossroads” Greila Marcusa, albo którejś z licznych biografii jedynego śpiewającego laureata nagrody Nobla.


Jeśli jednak nie chcecie czytać całej książki, weźcie ją przy najbliższej okazji do ręki w księgarni i zajrzyjcie za obwolutę. Na wewnętrznej stronie okładki znajdziecie komiks ilustrujący tekst utworu znanego amerykańskiego rysownika Mike’a Brownfielda. W książce znajdziecie też fotografie z sesji, na której powstała pierwsza wersja jednej z najważniejszych rockowych kompozycji wszech czasów.

Dla tych, którzy nie znajdą czasu, albo nie poradzą sobie z nigdy niestety nie wydaną po polsku znakomitą książką Greila Marcusa, warto streścić fakty. „Like A Rolling Stone” Dylan napisał z myślą o albumie „Highway 61 Revisited”. Nagranie nie szło łatwo, a w zasadzie nie udawało się niemal przez dwa dni, dopóki początkujący wówczas gitarzysta – Al Kooper nie zaimprowizował na Hammondzie nieco przypadkiem riffu, po którym wszyscy dziś rozpoznają „Like A Rolling Stone” w wykonaniu Boba Dylana. Kilka dni po premierze singla Dylan pojawił się na scenie Newport Folf Festival i zagrał elektryczny set wygwizdany przez większość publiczności, która oczekiwała folkowego Dylana z gitarą akustyczną, zresztą nie do końca słusznie, bowiem z pewnością większość obecnych na festiwalu znała wydaną kilka miesięcy wcześniej płytę „Bringing It All Back Home”, w połowie elektryczną, pokazującą ścieżkę rozwoju muzyki Boba Dylana. Na scenie w Newport w drugiej, elektrycznej części występu Dylana, pojawili się muzycy, którzy pomagali mu nagrać w studiu „Like A Rolling Stone” – wspomniany już Al Kooper i Mike Bloomfield wspomagani przez kolegów tego drugiego z Paul Butterfield Blues Band – Jerome Arnolda i Samy Laya. Dodatkowo na fortepianie zagrał wtedy Barry Goldberg. Po skończonym elektrycznym występie, który raczej nie spodobał się publiczności, Dylan zagrał na bis dwa utwory z gitarą akustyczną i harmonijką po czym zniknął z festiwalu, którego był przez kilka lat największą gwiazdą na niemal 4 dekady.

Al Kooper wystąpił z Dylanem tylko raz – w 1965 roku w Newport. Później założył istotny, choć dziś nieco zapomniany zespół Blues Project. Zarówno Kooper z Blues Project, jak i Bloomfield z Electric Flag zagrali w Newport już dwa lata później, na Dylana festiwal czekał 37 lat.

Oryginalne studyjne nagranie „Like A Rolling Stone” ma ponad 6 minut, więc Columbia nie chciała początkowo wydać utworu na singlu, jednak naciskana przez kilku radiowych prezenterów, którym spodobał się utwór wydała singiel, który na listach amerykańskich przegrywał tylko z „Help!” The Beatles. Utwór okazał się jednym z największych przebojów Dylana, przynajmniej do dzisiaj.

Kończąc temat Boba Dylana – w 2013 roku powstał teledysk do „Like A Rolling Stone”. Opublikowany oficjalnie na stronie Dylana jest niezwykle innowacyjnym produktem – zawiera bowiem 16 kanałów telewizyjnych – stąd nie ma go na Youtube – z przeróżnych telewizji zsynchronizowanych z oryginalnym nagraniem – są prezenterzy pogody, wiadomości, amerykański teleturniej i telesklep – wszyscy ruszają ustami tak, jakby śpiewali „Like A Rolling Stone”. Podobno to nie było inscenizowane. Warto posłuchać każdego z kanałów osobno.

Lista wykonawców, którzy śpiewali tą piosenkę jest niezwykle rozbudowana. Na czele tych, których w audycji nie będzie, jest oczywiście zespół The Rolling Stones (istniał wcześniej, więc nie ma nazwy na cześć piosenki), Bruce Springsteen, Jeff Beck, David Bowie, Cher (była jedną z pierwszych), Nancy Sinatra, Johnny Winter i wielu innych. Tekst ma też swoje wersje w niemal wszystkich istotnych językach, w jakich mówi się na świecie. Poszukajcie „Jako Solnej Sloup” po czesku, „Comme ces pierres qui roulent” po francusku, są też wersje fińskie, niemieckie, hiszpańskie, portugalskie i wiele innych, w tym polskie – „Jak błądzący łach” Filipa Łobodzińskiego.

O możliwych interpretacjach tekstu można opowiadać godzinami. W przeróżnych historiach, których sam Dylan nigdy nie potwierdził pojawiają się takie postaci jak Andy Warhol, Joan Baez, aktorka Edie Sedgwick, Sara Lownds, która kilka miesięcy później w tajemnicy została żoną Dylana, Marianne Faithfull i menadżer artysty – Bob Neuwirth. Ktokolwiek by to nie był, z pewnością nie cieszył się uznaniem autora. Pełną literacką analizę tekstu muszę jednak zostawić na inną okazję.

W zestawieniu najlepszych wykonań „Like A Rolling Stone” nie może zabraknąć Jimi Hendrixa z Monterey Pop Festival z 1967 roku – drugiego najsłynniejszego wykonania tego utworu. Świat jazzu będzie reprezentować Caecilie Norby z pomocą Leszka Możdżera na fortepianie.

Magazyn Like A Rolling Stone – nazwany tak od tytułu piosenki, kiedy układał z udziałem olbrzymiej armii krytyków i muzyków listę znaną dziś jako „500 Greatest Songs Of All Time” kompozycję Boba Dylana umieścił na pierwszym miejscu. Cała lista jest bardzo sensowna, choć mocno zorientowana na rynek amerykański i pomija sporo znanych europejskich przebojów. Jeśli macie ochotę, zbierzcie wszystkie płyty z tej listy, nie będziecie żałowali zakupu żadnej z nich. Trzeba jednak zacząć od „Highway 61 Revisited” zawierającej zwycięzcę tej listy – „Like A Rolling Stone”.

Utwór: Like A Rolling Stone
Album: Highway 61 Revisited
Wykonawca: Bob Dylan
Wytwórnia: Columbia / Sony
Rok: 1965
Numer: 5099746095321
Skład: Bob Dylan – voc, electric g, harm, Mike Bloomfield – electric g, Al Kooper – org, Frank Owens - p, Joe Macho Jr. – b, Bobby Gregg – dr, Bruce Langhorne – tamb.

Utwór: Like A Rolling Stone
Album: The Jimi Hendrix Experience Box Set
Wykonawca: Jimi Hendrix
Wytwórnia: MCA / UMG
Rok: 1967 (2000)
Numer: 008811231620
Skład: Jimi Hendrix – g, voc, Noel Redding – bg, Mitch Mitchell – dr.

Utwór: Like A Rolling Stone
Album: Silent Ways
Wykonawca: Caecilie Norby feat. Lars Danielsson / Leszek Możdżer / Nguyen Le
Wytwórnia: ACT Music
Rok: 2013
Numer: ACT 9725-2
Skład: Caecilie Norby – voc, Lars Danielsson – cello, b, g, tamb, Leszek Możdżer – p, Nguyen Le – g, Robert Mehmet Ikiz – dr, perc.

29 stycznia 2018

Leszek Możdżer / Iiro Rantala / Michael Wollny – Jazz At Berlin Philharmonic VII – Piano Night

Czytelnicy JazzPRESSu uznali „Piano Night” za najważniejszą zagraniczną płytę jazzową 2017 roku. Muszę przyznać, że byłem tym wyborem nieco zdumiony. Album nie zdobył uznania u naszego redakcyjnego kolegium. Jesienią ubiegłego roku album równie szybko pojawił się w moim odtwarzaczu, co z niego zniknął, lądując na półce z poprzednimi częściami cyklu koncertów gwiazd wytwórni ACT Music – „Jazz At Berlin Philharmonic”. Uznałem i zanotowałem, że to z pewnością był doskonały koncert, jednak wydawcy zrobili muzykom krzywdę wyrywając skrawki ich wykonań z kontekstu. Z pewnością bowiem każdy z nich zagrał tego wieczoru więcej, co najmniej tak samo dobrej muzyki. Z pewnością również producenci zarejestrowali całość.

ACT Music niezbyt często wydaje podwójne albumy, choć ostatnio oferta wydawnictwa trochę się rozszerza – pojawiły się retrospektywne wielopłytowe wydawnictwa i pierwsze albumy z dołączonym nagraniem video z koncertu – jak choćby całkiem niezły album Andreasa Schaerera – „The Big Wig”. Dlaczego zatem „Piano Night” jest wydawnictwem jednopłytowym? To nieuczciwe, pomyślałem sobie i mimo doskonałej zawartości muzycznej postanowiłem pominąć album w długiej kolejce do tytułu Płyty Tygodnia.

Jeśli jednak nasi czytelnicy i słuchacze uznali, że to najważniejsza płyta zagraniczna w zeszłym roku, to nie mogę tego faktu ignorować. Zatem płyta, już nieco zakurzona wróciła do mojego odtwarzacza, wywołując przy okazji powracającą wewnętrzną dyskusję na temat plebiscytów i ich kategorii. Już dawno pogodziłem się z faktem, że jakieś plebiscyty muszą być, bo to kolejne narzędzie marketingowe pozwalające nam wszystkim zwrócić uwagę na istotne wydawnictwa. Mimo tego, że z muzyką spędzam dużo czasu, to niemal co roku nawet na liście zdobywców Grammy, zupełnie komercyjnej i niekoniecznie artystycznie sensownej nagrody odkrywam wydawnictwa, o których istnieniu nie miałem pojęcia. W skrócie – nadążyć nie sposób, a nagrody pomagają zwrócić uwagę na takie albumy, które inni już znają i uznali za warte uwagi.

Dlaczego jednak dzielimy płyty na polskie i zagraniczne? Jaka jest definicja tego podziału? Czy płyta wydana przez polskich wykonawców w zagranicznej wytwórni jest płytą polską, czy zagraniczną? A w odwrotnej sytuacji – jeśli wykonawcy z Ameryki, a wydawca z Polski? Albo jeśli zespół mieszany? Co definiuje „zagraniczność”? Wydawca, lider zespołu, a może procentowy udział Polaków w składzie? Nie chcąc wchodzić w polityczne dyskusje o polskości, pozwolę sobie jedynie na drobną uwagę – dawno temu, w czasach, które większość z nas zna tylko z płyt podział na wydawnictwa polskie i zagraniczne miał sens, bo pozwalał naszym coś wygrać, bowiem z konkurencji światowej ni e mieliby szans. Dziś jest zupełnie inaczej. Nie powinniśmy naszym ułatwiać zadania i tworzyć dla nich osobnej kategorii. Mają szansę i często wygrywają z całym światem…

Powrót po paru miesiącach do „Piano Night” oceniam doskonale. Pełna pozytywnej energii muzyka, doskonałe bisy zagrane przez trójkę pianistów, mam wrażenie, że w dużej części spontanicznie, oddają – tak myślę – ducha koncertu, a to przecież w nagraniach koncertowych najważniejsze.

Ciągle żałuję, że to tylko jeden krążek i domagam się edycji rozszerzonej, chociaż całkiem prawdopodobne, że kolejne utwory znajdą swoje miejsce na kompilacyjnych koncertowych albumach ACT Music. Jakość muzyczną gwarantuje trójka doskonałych pianistów, a każdy z nich będąc wielką gwiazdą nie tylko muzyczną, ale również komercyjną w swoim kraju, zapewnił albumowi z pewnością wyższą niż wielu innych płyt wydawnictwa sprzedaż.

Czy zgadzam się z wyborem czytelników JazzPRESSu? Nie, nie uważam, żeby „Piano Night” było najlepszą światową płytą 2017 roku. Głosowałem na inne albumy, nie dzieląc ich na polskie i zagraniczne. Jednak „Piano Night” to doskonały album, który warto mieć na półce.

Leszek Możdżer / Iiro Rantala / Michael Wollny
Jazz At Berlin Philharmonic VII – Piano Night
Format: CD
Wytwórnia: ACT Music
Numer: ACT 9842-2

18 listopada 2013

Leszek Możdżer / Lars Danielsson / Zohar Fresco - Polska

Podobno sam Leszek Możdżer sam opowiada w telewizji, że o tym albumie trudno jest recenzentom coś napisać i dlatego nie piszą, albo jakoś tak. Nie wiem ile w tym prawdy, ale jeśli to prawda, to ja jednak spróbuję, bo naprawdę warto. „Polska” to świetny album, choć od razu muszę dodać, że do moich ulubionych płyt z udziałem Leszka Możdżera trochę mu brakuje. Ten album zajmuje jednak miejsce na podium, czyli w pierwszej trójce. Uprzedzając pytania, które mogą się pojawić – pozostałe dwa albumy to „Komeda” i niemal już archiwalna pozycja – „Live In Sofia” – nagrany w duecie z Adamem Pierończykiem.

Istotnie, „Polska” nie jest albumem, o którym łatwo się pisze, jest jednak albumem którego wyśmienicie się słucha i w sumie to chyba sporo ważniejsze. O nowych albumach w zasadzie można pisać na cztery sposoby. Albo o personaliach – czyli kto z kim i dlaczego. Ta metoda sprawdza się jednak lepiej w warunkach historycznych – czyli jeśli opowiada się o nagraniach archiwalnych, albo jeśli potrzeba, lub jest okazja wskazać towarzyskie okoliczności powstania albumu. Drugi, często niezawodny i pozwalający tworzyć całkiem szybko zamówione teksty, to wariant, który na własny użytek nazywam klasyfikacyjno – stylistycznym. To nie jest pójście na łatwiznę, ale rozwiązanie pozwalające recenzentowi wykonać jedną ze swoich podstawowych funkcji społecznych – czyli wskazać uważnym czytelnikom drogę wyboru – coś w rodzaju: Jeśli podoba Wam się album o którym czytacie, to spodoba się Wam wszystko co stoi na półce dajmy na to „hard-bop”, albo „swing”, a jak w żadnym ze stylów się nie zmieści, to zawsze może zostać – jeśli łatwiejsze – mainstreamem, a jeśli trudniejsze – free jazzem. To pierwsze jednak będzie odstraszało młodszą część czytelników,  a to drugie większość tych co jeszcze nie uciekli. W sumie to zupełnie nie rozumiem dlaczego, ale tak już jest i koniec…

Jest jeszcze opcja numer trzy – można próbować zostać poetą i w jakiś wymyślny sposób opisywać własne emocje związane z kontaktem z recenzowanym albumem. To opcja najbardziej komfortowa, bowiem zupełnie subiektywna i nigdy nikt nie będzie mógł odpisać w komentarzu, że nie ma się racji, bo z emocjami polemizować raczej trudno.

No i wreszcie jest opcja numer cztery – można stworzyć referat muzykologiczny opisujący formalne aspekty kompozycji, aranżacji itp. W ten sposób stosunkowo łatwo stworzyć uczenie brzmiący tekst zrozumiały jedynie dla tych co płytę nagrali i garstki innych fachowców, którzy i tak bez trudu usłyszą z płyty to o czym się napisze.

W przypadku albumu „Polska” istotnie zadanie nie jest łatwe, bowiem muzyka wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Ne oznacza to oczywiście, że muzycy zapomnieli o swoich korzeniach. Leszek Możdżer na zawsze pozostanie słowiańskim pianistą, Lars Danielsson skandynawskim, powściągliwym kontrabasistą, a Zohar Fresco izraelskim specjalistą od dźwięków perkusyjnych. Muzycy po raz kolejny udowadniają, że ich kreatywne osobowości tworzą niezwykłe muzyczne zjawisko.

Płyta pewnie znowu sprzeda się w nieosiągalnych dla innych większości jazzowych artystów nakładach, bo Leszek Możdżer to nie tylko wybitny muzyk, ale też geniusz autopromocji, który od wielu lat potrafi w zupełnie fenomenalny sposób być muzykiem jazzowym słuchanym i kupowanym przez tych, którzy innego jazzu, niż Możdżera nie słuchają. Z tego też powodu fani jazzu zwykle uważają, że Możdżer gwiazdorzy. To prawda, ale przy okazji robi wspaniałą muzykę, a że potrafi nią zainteresować nie tylko tych, co z jazzem spędzają całe życie, to chyba nie wada…

I tak już na koniec - o albumie „Komeda" przeczytacie tutaj: Leszek Możdżer - Komeda. O „Live In Sofie" też pewnie kiedyś tu napiszę.

Leszek Możdżer / Lars Danielsson / Zohar Fresco
Polska
Format: CD
Wytwórnia: Outside Music

Numer: 5907632690119

19 czerwca 2013

Lars Danielsson & Leszek Możdżer – Pasodoble

Taka płyta musiała się wydarzyć. Nagranie powstało w 2007 roku, po tym, jak obaj muzycy w składzie uzupełnionym o perkusistę Zohara Fresco nagrali dwa, dobrze przyjęte przez rynek albumy – „The Time” i „Between Us And The Light”. Moim zdaniem duet jest lepszą formą współpracy obu muzyków, choć z tych dwu albumów mam w swoich zbiorach jedynie ten drugi. Lars Danielsson i Leszek Możdżer potrzebują w swojej muzyce dużo wolnej przestrzeni. Nie mam nic przeciwko grze Zohara Fresco, no ale to właśnie on zajmował trochę tego wolnego miejsca. Jak się okazało po nagraniu „Pasodoble” – przynajmniej w moim subiektywnym odczuciu niepotrzebnie. Mnie bowiem ten album podoba się znacznie bardziej, niż „Between Us And The Light”.

Subtelne i delikatne, choć nie pozbawione ekspresji kompozycje obu muzyków potrzebują też dobrego studia i realizatora. Ekspresyjny i głośny z natury fortepian ustawiony obok kontrabasu potrafi zdominować brzmienie. Tym razem udało się tego uniknąć, na równi za sprawą świetnych kompozycji, jak również doskonałej reżyserii dźwięku w wykonaniu Larsa Nilssona. Album nagrano w często wykorzystywanym przez ACT Music studiu Nilento w Goeteborgu w Szwecji.

Dla mnie płytą życia Leszka Możdżera dalej pozostaje „Komeda”, choć często wracam też do bardzo starego nagrania z Adamem Pierończykiem – „Live In Sofia”. Od nagrania tej płyty minęło już ponad 15 lat, a ja ciągle do niej wracam. Leszek Możdżer to wybitny improwizator, jeśli ma dobry dzień powstają nagrania wybitne, tak powstał koncert w Sofii, tak też, powstała płyta z muzyką Krzysztofa Komedy.

Płyta „Pasodoble” też jest w większości improwizowana. Lars Danielsson gra również na wiolonczeli, której brzmienie równoważy nieco bardziej ekspresyjne akordy fortepianu. Z takiego duetu wiolonczela – fortepian mogłaby powstać całkiem ciekawa płyta, czego dowodem choćby kompozycja Leszka Możdżera „It’s Easy With You”. W każdym razie, jeśli Lars Danielsson zagra kiedyś cały album na wiolonczeli, to ja kupuję w ciemno, podobnie, jak od lat większość jego płyt zagranych na kontrabasie. Basista studiował grę na wiolonczeli właśnie w Konserwatorium, zanim rozpoczął grę na kontrabasie, jest więc wśród jazzowych kontrabasistów ekspertem od tego instrumentu.

W grze Leszka Możdżera słychać wiele inspiracji klasycznych, z kolei Lars Danielsson wnosi odrobinę folkloru skandynawskiego. W programie albumu znajdziecie nawet aranżację tradycyjnej szwedzkiej melodii ludowej. W niektórych nagraniach – jak choćby w „Follow My Backlights” ma wrażenie zdublowania głosu kontrabasu poprzez użycie techniki wielośladowej i improwizowanie na tle wcześniej zagranych partii. Jeśli tak jest rzeczywiście, użyto tej techniki z wyczuciem, nie burząc poczucia uczestnictwa w żywym koncercie zagranym w studio.

Pamiętam, że w okolicach roku 2007, kiedy ukazał się album, artyści grali w Polsce w duecie kompozycje z tej płyty. Niestety na żaden z tych koncertów nie udało mi się wybrać, czego bardzo żałuję. Dziś zostaje tylko wyśmienite nagranie studyjne, do którego warto czasem powracać. To jedna z tych płyt, która chyba nigdy nie pokryje się kurzem na moich półkach.

Lars Danielsson & Leszek Możdżer
Pasodoble
Format: CD
Wytwórnia: ACT!
Numer: ACT 9458-2

09 kwietnia 2013

Caecilie Norby – Silent Ways


To nie jest zła płyta, jednak spodziewałem się po niej dużo więcej. Dlatego czuję się zawiedziony. Na papierze – czyli okładce wszystko wyglądało wyśmienicie. Gwiazdorski skład złożony z najlepszych muzyków wytwórni ACT! – na kontrabasie Lars Danielsson, na fortepianie Leszek Możdżer, a na gitarze Nguyen Le. W repertuarze bardzo znane kompozycje, w zasadzie same przeboje. Skład sugerujący możliwość twórczych interpretacji odbiegających bardzo daleko od oryginałów, choć z pewnością muzycznie najwyższej próby.

Wyszło trochę inaczej. Trochę zbyt grzecznie i klasycznie, jak dla mnie za blisko oryginałów. Pierwsze trzy utwory – dwa klasyki Leonarda Cohena – „Winter Lady” i „In My Secret Life” oraz stosunkowo w tym zestawie najmłodsza kompozycja Duffy „Stepping Stone” można od razu pominąć, to poprawnie zaśpiewane piosenki. Niczym się nie wyróżniają i po napisaniu tego tekstu natychmiast o nich zapomnę.

Album zaczyna się od „Papa Was A Rolling Stone”. Później jest już tylko lepiej, szczególnie we fragmentach gitarowych improwizacji Nguyena Le. Ten niezwykle oryginalny gitarzysta jest na tej płycie największą gwiazdą. Posłuchajcie choćby „Like A Rolling Stone”. Występ Leszka Możdżera nie jest już tak udany. Być może jego zadaniem nie było błyszczeć, a jedynie akompaniować, ale nawet do tego pozostawiono mu za mało przestrzeni. Od lat siłą muzyki Leszka Możdżera jest przestrzeń, to co dzieje się pomiędzy dźwiękami. Nawet wtedy, kiedy nasz eksportowy pianista aranżuje – jak w „Hurt” z repertuaru Nine Inch Nails, czy „Hears And Bones” Paula Simona, jest raczej niezwykle sprawnym akompaniatorem, niż solistą. Kompozycję Trenta Reznora pamiętam ze szczególnie emocjonalnego wykonania Johnny Casha. Zaśpiewana przez Caecilie Norby staje się jedynie sprawnie zaaranżowaną balladą.

To właśnie brak emocji jest problemem tego albumu. Pozbawione bluesa, bez ekspresji przedstawione teksty mnie nie przekonują, tym bardziej, że jak w przypadku każdego albumu z coverami oczekiwania są większe, bo każdy ze słuchaczy mimowolnie słuchając przypomina sobie te najlepsze wykonania. Ja takiej myśli pozbyć się nie potrafię, więc album „Silent Ways” jest dla mnie rozczarowaniem, mimo, że jest muzycznie poprawny i zawiera teoretycznie same wielkie przeboje. Każdy z nich większość słuchaczy zna z innych wykonań, wiele z nich jest ciekawszych. Niektóre są przebojowe, inne kuszą oryginalnością i zostają w pamięci na dłużej.

Album Caecilie Norby oferuje interpretacje poprawne, momentami nawet wyśmienite, jednak nie będę do niego często wracał, bo w zasadzie każdy z utworów (oczywiście oprócz dwu kompozycji autorskich napisanych na ta płytę) ma dużo lepsze wersje, a kilka wyśmienitych solówek Nguyena Le, to za mało.

Caecilie Norby
Silent Ways
Format: CD
Wytwórnia: ACT!
Numer: ACT 9725-2

25 lipca 2011

Leszek Możdżer - Komeda

Od wielu już lat moim ulubionym albumem Leszka Możdżera pozostawała płyta nagrana w duecie z Adamem Pierończykiem – „Live In Sofia”. To jednak już muzyczna prehistoria, przynajmniej z perspektywy kariery Leszka Możdżera – ta płyta powstała bowiem w 1997 roku. Późniejsze projekty jakoś do mnie nie trafiały. Leszek Możdżer był dla mnie przykładem wybitnego muzyka, który czuje się nieco zagubiony w muzycznym biznesie i szuka raczej popularności niż okazji i możliwości do zagrania czegoś naprawdę wybitnego. Przypomnijmy zatem, że ów slalom wokół bardzo różnych muzycznych pomysłów poprowadził Leszka Możdżera przez takie nagrania, jak płyty zespołu Behemoth, Ani Dąbrowskiej, czy „Nieszpory” nagrane w hołdzie Janowi Pawłowi II. Były też wspólne nagrania z muzykami ze sceny yassowej.

Zdarzały się w tym natłoku różnych nagrań pozycje lepsze i gorsze, jednak nawet słuchając tych ciekawszych miałem uczucie niedosytu i zmarnowanej szansy, a raczej rosnące poczucie zniecierpliwienia w oczekiwaniu na album fortepianowy z prawdziwego zdarzenia, który przez lata zapowiadały fragmenty zagrane na najwyższym światowym poziomie i w najlepszym z możliwych towarzystwie. Mam tu na myśli choćby nagrania z Patem Metheny’m i Anną Marią Jopek („Upojenie”), płyty Piotra Wojtasika „Hope” i „Quest”, czy niektóre fragmenty obszernego katalogu muzyki filmowej. Pewnym zwiastunem nadchodzącej sensacji był kontrakt z wytwórnią ACT Music i dwie płyty nagrane z Larsem Danielssonem oraz płyta „Piano Live!”. Nie spodziewałem się jednak, że Leszek Możdżer szykuje sensację takiego kalibru.

Zmierzyć się bowiem z muzyką Krzysztofa Komedy w projekcie przygotowanym nie tylko dla polskiego słuchacza, to jakby wyjść na otwartą konfrontację z wyśmienitą „Litanią” Tomasza Stańki. Zrobić to w kilka miesięcy po wydaniu znakomitej płyty „The Innocent Sorcerer” Adama Pierończyka – muzyka z którym Leszka Możdżera łączy wiele, a w szczególności wspólnie nagrany wiele lat temu wspominany już album „Live In Sofia” wydaje się być kolejnym utrudnieniem.

Trzeba więc było nagrać album wybitny i najlepiej taki, który uniknie porównań do powyżej wymienionych. I to się Leszkowi Możdżerowi w pełni udało. „Komeda” to bowiem nie tylko katalog najbardziej znanych melodii Krzysztofa Komedy. To także własne, ciekawe i odmienne spojrzenie na tą  muzykę. A to w Polsce sztuka nie lada. Dla Leszka Możdżera kompozycje Krzysztofa Komedy są jedynie wstępem do ciekawych improwizacji. Całość pozostaje jednak nieco po skandynawsku zimna i wyrachowana, klasycyzująca, a zarazem nie związana żadnymi muzycznymi regułami. Być może „Sleep Safe And Warm” – z filmu „Rosemary’s Baby” to kompozycja, która lepiej sprawdza się z trąbką, być może to jednak efekt pozostających gdzieś głęboko w głowie fraz wielokrotnie słyszanych na koncertach Tomasza Stańki. Jednak nieczęsto ostatnio przypominana, choć dawno temu bardzo popularna melodia z filmu „Prawo i pięść” to miniaturowe arcydzieło. Nie jest łatwo w takiej konwencji uciec od monumentalnego patosu i podniosłej atmosfery zmaganiem się z wybitnymi kompozycjami wybitnego wyniesionego na piedestał kompozytora.

Świetna realizacja nagrania w połączeniu z ostro brzmiącymi wysokimi rejestrami fortepianu stworzyła wciągającą słuchacza od pierwszych dźwięków atmosferę wykreowanego zupełnie od nowa świata pianistyki będącej syntezą klasycznych umiejętności wirtuozerskich z zupełnie autorską wizją tego, co Krzysztof Komeda zapisał w swoich partyturach. Umiejętność dozowania napięcia, wykorzystania ciszy jako elementu muzycznego przekazu i zagranie dokładnie tylu nut ile potrzeba i ani jednej więcej cechuje artystów największych. Takim jest Leszek Możdżer, jeśli mu się chce…

„Komeda” to dzieło wybitne. Prosimy o więcej takich płyt…

Leszek Możdżer
Komeda
Format: CD
Wytwórnia: ACT
Numer: 614427951625