26 sierpnia 2010

Bruce Springsteen & The E-Street Band - London Calling, Live In Hyde Park - Multikino, Warszawa

Wybrałem się wczoraj do kina na wydarzenie, które miało polegać na wyświetleniu na dużym kinowym ekranie filmu znanego z niedawno wydanej płyty DVD i Blue-Ray. Czego oczekiwałem kupując bilety do Multikina na tak szeroko reklamowane wydarzenie? Oczywiście projekcja w kinie nie może z samej definicji zastąpić koncertu na żywo. Czy może zastąpić płytę odtworzoną w domu? Teoretyzując trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Z jednej strony magia wielkiego obrazu w kinie jest trudna do przecenienia. Z drugiej strony jakość nagłośnienia kinowego nie może równać się z średniej klasy systemem domowym. Jednak i na koncercie słychać czasem lepiej, czasem gorzej, a koncert jest zawsze wartym zobaczenia wydarzeniem.

O samej muzyce pisałem tutaj:


A teraz o Multikinie i samej wczorajszej imprezie. Kupując bilet wiedziałem, że projekcja będzie elektroniczna, bo przecież nawet gdyby istniała wersja na taśmie kinowej, to z pewnością nie byłoby w Polsce tylu kopii, żeby o jednej godzinie w kilkunastu Multikinach zorganizować pokaz. To logiczny wniosek. Z drugiej strony organizator powinien zapewnić jakieś atrakcje – w końcu za cenę 3 biletów można kupić płytę DVD. W przypadku projekcji z taśmy zyskujemy lepszą jakość. A tutaj?

Uprzedzając rozwój wypadków – kino opuściłem mniej więcej w połowie 3 utworu, a i tak byłem tam za długo. Film wyświetlano moim zdaniem z płyty DVD, nawet nie z Blue-Ray. Przy ogromnym powiększeniu było widać, że użyty odtwarzacz nie radzi sobie ze skalowaniem i przetwarzaniem obrazu. Na ekranie w ujęciach publiczności – kiedy cały obraz jest ruchomy pojawiły się charakterystyczne dla słabych odtwarzaczy kłopoty z dekodowaniem w postaci schodkowych skoków obrazu i utraty płynności. Momentami widać było bardzo wyraźnie przeplot w obrazie. Brak było synchronizacji dźwięku z obrazem, dźwięk był opóźniony (przynajmniej przez pierwsze 3 utwory – dalej nie wiem, bo byłem już w domu oglądając to samo, tylko lepiej). A dźwięk – jego poziom odpowiadał temu, jaki jest jakieś 2 kilometry od stadionu, kiedy odbywa się koncert. Jakość była mniej więcej podobna do tej, jaką słychać w słuchawce, kiedy ktoś zadzwoni z dobrego koncertu, żeby pochwalić się, że jest pod sceną. No, może odrobinę lepsza, ale naprawdę niewiele.

W imieniu polskich fanów Bossa, wypada mi przeprosić artystę za to, że do takiego wydarzenia doszło. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że wyjdę z jego koncertu. Choć tak nie było do końca – nie wyszedłem, tylko przeniosłem się do domu gdzie mam to samo tylko jakieś sto razy lepiej.

Rozumiem, że w kinie głośniej zrobić nie można co najmniej z kilku powodów – po pierwsze dlatego, że system audio nie jest do tego przystosowany, po drugie dlatego, że za cienką ścianką jest kolejna sala, gdzie widzowie oglądają coś innego, a po trzecie dlatego, że jakość dźwięku byłaby totalną porażką. Po co więc organizować takie pokazy? Rozumiem jeszcze, jeśli byłby to materiał niedostępny w sklepie, lub taki, który wyświetla się z taśmy filmowej…

To była totalna porażka i ja już więcej na taki seans do Multikina nie pójdę. A sensu organizowania takich imprez nie rozumiem. Choć jeśli obraz byłby – a technologicznie jest to możliwe z płyty wysokiej jakości, lub z plików, czy z dedykowanych serwerów wytwórni – takie kina są na świecie, lepszy niż na dobrym telewizorze, może miałoby to sens. Rozumiem, że w kinie jest przede wszystkim obraz. I obrazu o jakości kinowej miałem prawo oczekiwać. A zobaczyłem coś, co przypominało szkolne seanse, w czasie których na wyeksploatowanym magnetowidzie VHS wyświetlano kopię z kopii filmu, kiedy jeszcze urządzenie VHS nie stało w każdym domu.

25 sierpnia 2010

Abbey Lincoln - A Turtle's Dream

Abbey Lincoln zmarła kilka tygodni temu w wieku 80 lat. I choć od jej ostatniej wizyty w Polsce minęło parę lat, to w Ameryce koncertowała i nagrywała do ostatnich dni…

Dziś moja ulubiona płyta Abbey Lincoln – A Turtle’s Dream. To dość nietypowa nie tylko dla jazzowej wokalistyki, ale również dla dyskografii samej Abbey Lincoln płyta. Nietypowa, budząca szalenie skrajne uczucia. Bardzo wiele osób uwielbia tę płytę i uważa ją za jedną z lepszych lub nawet najlepszą w całym dorobku Abbey Lincoln. Sam się bez wątpienia do tych osób zaliczam. Jednak cała twórczość Abbey Lincoln jest dla mnie dość dziwna. Są dni, kiedy uwielbiam słuchać jej nagrań. Są również takie, kiedy wydaje mi się, że to nie jest ciekawa muzyka. Na Abbey trzeba po prostu mieć dzień. To intymna muzyka, wymagająca odpowiedniego nastroju i skupienia. Gdyby Abbey śpiewała co wieczór w jakimś pobliskim klubie jazzowym, byłbym stałym gościem. Na żywo jest dużo, dużo lepsza. Nawet w tak niewdzięcznych warunkach jak w czasie swojego ostatniego koncertu w Sali Kongresowej kilka lat temu. Tak czy inaczej, nikt, kto słucha muzyki z uwaga nie pozostaje obojętny. Niestety na koncert już nie ma szans.

A Turtle’s Dream to wybitna płyta. Najwspanialsze są chyba jednak wczesne nagrania Abbey Lincoln z Sonny Rollinsem, jeszcze z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. No i oczywiście znakomite płyty Abbey Sings Billie w dwu częściach nagrane i wydane przez Enja w późnych latach osiemdziesiątych. A ze wszystkiego najprzyjemniejsze jest chyba fotografowanie Abbey na żywo, ale to już inna konkurencja.

Abbey Lincoln - 2001
Słuchając A Turtle’s Dream nie można pominąć znakomitego składu towarzyszących artystce instrumentalistów. Podstawowy zespół to Rodney Kendrick, stylowy i pozostający w dyskretnym tle pianista oraz doskonała sekcja rytmiczna - Charlie Haden i Victor Lewis. Jakby tego było mało, spotykamy na płycie wybornych gości - przede wszystkim Pata Metheny, doskonale wpisującego się w styl płyty z ciekawymi solówkami trąbki Roya Hargrove i zastępującego chwilami Kendricka błyskotliwego Kenny Barrona.

Na bardzo jednolitej stylistycznie, dobrej a wręcz znakomitej płycie można jednak wyróżnić kilka wyjątkowo ciekawych momentów. Wśród nich są wszystkie partie zagrane przez Pata. Jego wejścia w Avec Le Temps i Being Me to prawdziwe perełki. Wspólne muzykowanie z Abbey przypomina doskonałe, choć dużo przecież późniejsze nagrania Pata Metheny z Anną Marią Jopek. Refren Nature Boy długo pozostaje w pamięci. Większość utworów na płycie jest zresztą autorstwa Abbey.

Pisząc o ważnym udziale Pata Metheny nie sposób pominąć jeszcze jednej niespodzianki umieszczonej na płycie - doskonałego duetu wokalnego Abbey z Lucky Petersonem popartego jego ciekawym solem na gitarze. Pozostaje żałować, że ta dwójka występując na Jazz Jamboree 2001 w Warszawie jednego wieczoru na scenie, ale jednak całkiem oddzielnie nie zagrała razem. Ten jeden jedyny utwór daje jednak wyobrażenie o tym, jak ciekawa mogłaby być ich szersza współpraca. Już nigdy takiej płyty się nie doczekamy. Pozostaje tylko próbka - Hey, Lordy Mama. To jeden ze zdecydowanie ciekawszych momentów płyty.

Abbey Lincoln - 2001

Takich chwil jest jednak niezliczona ilość – tak jak trąbka Roya Hargrove w Storywise. Właściwie każdy utwór ma swoja ciekawostkę. Nad całością snuje się leniwo niepowtarzalny głos Abbey. Jeśli macie ochotę zaprosić ją do siebie na miły wieczór, żółwiowy sen jest jedna z lepszych propozycji.

Abbey Lincoln
A Turtle’s Dream
Format: CD
Wytwórnia: Gitanes/Verve
Numer: 527 382-2

24 sierpnia 2010

Ben Harper & The Innocent Criminals And The Blind Boys Of Alabama - Live At The Apollo

Ben Harper to artysta, którego trudno przypisać do jakiegoś konkretnego gatunku muzycznego. Ze swoim obecnym zespołem – Relentless 7 nagrywa rockowe płyty. Czasem śpiewa jazz, dzisiejsze nagranie to klasyka soul, choć jest w nim nieco folku, gospel, spirituals. TO wspaniały dokument współpracy Harpera z The Blind Boys Of Alabama.

Płyta jest nagraniem koncertowym z 2004 roku. Ukazała się jako DVD, a ścieżka dźwiękowa z koncertu w formie CD. Na koncercie połączone siły Bena Harpera i jego zespołu The Innocent Criminals oraz The Blind Boys Of Alabama prezentowały materiał z wielokrotnie nagradzanej (m. in. Grammy) płyty, która ukazała się w 2005 roku – There Will Be A Light.

Jednak soul i wszelkie odmiany czarnej muzyki religijnej na koncertach brzmią zwykle dużo lepiej. Dlatego też Live At The Apollo to pod każdym względem ciekawsze wydawnictwo niż There Will Be A Light. Odpowiednia publiczność wywołuje u muzyków specyficzny rodzaj emocji i energii widocznej i w tym nagraniu.

Kim są The Blind Boys Of Alabama? Jeśli ktoś nie wie, to podręczną półkę z płytami powinien natychmiast uzupełnić o kilka płyt tego niezwykłego zespołu. To działający od 1939 roku (to nie pomyłka) w prawie niezmienionym składzie i bez przerwy chór śpiewający gospel. To żywa, ciągle aktywna muzycznie historia amerykańskiej muzyki. Mimo podeszłego wieku ciągle są w świetnej formie wokalnej.

A muzyka? Innocent Criminals brzmią miękko, analogowo, nieco starodawno. Tworzą doskonały podkład dla soulowych kompozycji Bena Harpera. Sam pomysł wspólnego nagrania Bena Harpera z The Blind Boys Of Alabama wydaje się nieco ekscentryczny. To jednak nie pierwsza współpraca młodej gwiazdy soul z legendarnym zespołem. Nie ma w tym żadnego dysonansu, dobrzy muzycy zawsze znajdą wspólne środki wyrazu artystycznego. Wszystko tu do siebie pasuje. Muzycy doskonale się rozumieją, wchodząc ze sobą w interakcje. Ekstatycznym solówkom gitary Harpera towarzyszy niezwykle spontaniczny śpiew chóru. Soul w takiej postaci to rodzaj modlitwy, choć ortodoksyjny rytuał chrześcijański zapewne byłby temu przeciwny. To rodzaj ekstazy znanej z czarnych kościołów Ameryki, to sztuka połączenia słowa i muzyki w kazanie godne najbardziej znanych kaznodziejów różnych amerykańskich kościołów. To specyficzny rodzaj muzykowania spopularyzowany między innymi przez Little Richarda w jego religijnym okresie.

Miejsce nagrania wybrano nieprzypadkowo. Apollo to niezwykle ważna sala dla czarnej muzyki. Trudno zliczyć gwiazdy wielkiego formatu, które zaczynały swoje wielkie kariery w konkursach dla amatorów na scenie Apollo w Harlemie. Dlatego też publiczność jest tam wyjątkowa, ale również bardzo wymagająca.

Ben Harper sam będąc gwiazdą, jest niezwykle wzruszony słysząc pochwały z ust członków The Blind Boys Of Alabama. Potrafi wyśmienicie zaśpiewać soulową balladę, do której doskonale pasują wyśmienicie zgrane głosy chóru. Chwilę później, kiedy rytm przyspiesza, potrafi zaskoczyć bluesową solówka na gitarze, czy niezwykłymi umiejętnościami gry slide.

Jednak dopiero, kiedy Jimmy Carter z The Blind Boys Of Alabama śpiewa solo – jak choćby w I Shall Not Walk Alone, słychać czym jest prawdziwy soul. Do tego trzeba kilkudziesięciu lat estradowego i życiowego doświadczenia. Być może trzeba być niewidomym, doświadczonym przez los wychowanym w sierocińcu geniuszem?

Ben Harper ma świetną rękę do kompozycji. Jego własne utwory nie odstają od ogranych standardów i kompozycji mistrzów gatunku, którymi przeplatany jest program koncertu. Zaśpiewana w finale koncertu A Satisfied Mind to już prawdziwe nabożeństwo z niespełna 80 letnim Jimmy Carterem w roli kaznodziei prowadzonego przez młodszego kolegę z zespołu wśród publiczności. Kiedy Jimmy Carter opuszcza na chwilę estradę schodząc w tłum rozentuzjazmowanych słuchaczy, Ben Harper zajmuje natychmiast jego krzesło jakby chciał dołączyć do zespołu.

Świetny koncert, zdecydowanie lepszy w wersji DVD niż CD, mimo niezwykle ascetycznej, pozbawionej fajerwerków realizacji obrazu. Na pewno warto rozglądać się za płytami zarówno Bena Harpera jak i ciągle ukazującymi się płytami The Blind Boys Of Alabama, którzy potrafią wiele, kilka lat temu na płycie Atomic Bomb zaśpiewali nawet cover Deamons Fatboy Slima i Macy Gray…

Ben Harper & The Innocent Criminals And The Blind Boys Of Alabama
Live At The Apollo
Format: DVD
Wytwórnia: Virgin
Numer: 724354439797

23 sierpnia 2010

Władysław Adzik Sendecki, Markus Stockhausen – Chopin i jego Europa – Palladium, Warszawa, 22.08.2010

To było ciekawe doświadczenie. Właściwie nie wiem, co można o wczorajszym koncercie napisać. W sumie nie był słaby, ale też nie wyróżniał się niczym nadzwyczajnym. Do Chopina muzyce było jednak bardzo daleko. Po obu muzykach widać było, że grają ze sobą dość często. Jednak o grze każdego z nich nie da się w zasadzie wiele powiedzieć.

Władysław Adzik Sendecki grał zarówno na fortepianie, jak i na instrumentach elektronicznych. Jego styl gry nie był w żaden sposób charakterystyczny, indywidualny. Nie przypominał również żadnego z wielkich mistrzów jazzowego fortepianu. W jego grze słychać było różne inspiracje, choć żadna z nich nie stała się dominująca. To były jakby kawałki układanki, złożone przez muzyka w całość. Może to sekret jego wieloletniej współpracy z orkiestrą NDR. Duże składy nie lubią indywidualności i charakterystycznego stylu, wymagają za to uniwersalności i muzycznej erudycji pozwalającej dopasować się do wielu różnych konwencji. Sendecki gra zdecydowanie ciekawiej na fortepianie. Fragmenty zagrane na instrumentach elektronicznych zabrzmiały nieco archaicznie, wybrane barwy nie wnosiły niczego nowego do prezentowanej muzyki. Moim zdaniem można było wczorajszego wieczora pozostać przy fortepianie.


Markus Stockhausen grał na kilku różnych trąbkach i flugerhornach, czasem pomagając sobie komputerem i efektami elektronicznymi. Ten kompetentny technicznie trębacz reprezentuje europejską szkołę instrumentu, bliższy jest jednak włoskiej tradycji w stylu Enrico Ravy niż chłodnym brzmieniom skandynawskim. Momentami jego dźwięk przypominał Cheta Bakera. To płynne, długie frazy z dobrze kontrolowanym oddechem, wysmakowaną dynamiką i kontrolowanym, wypracowanym ćwiczeniami brzmieniem.


Niezwykle melodyjnie, i chyba najbliżej Chopina zabrzmiało Scherzo h-moll nr. 1 opus 20 z rozpoznawalnymi dla wszystkich motywami kolędy Lulajże Jezuniu. Markus Stockhausen odnalazł istotę tego utworu, grając piękna melodię, jednocześnie dodając charakterystyczną dla siebie europejską jazzową nutę z odrobiną vibrata.

Większość zaprezentowanego materiału stanowiły kompozycje własne obu muzyków. To wysmakowane formy, rozwijające się powoli tematy, wyciszone i nastrojowe rytmy.

Może to charakter prezentowanej muzyki spowodował, że koncert dość długo się rozkręcał. Wchodząc w środku dnia (koncert rozpoczął się o 17.00) z rozgrzanej ulicy w taką atmosferę trzeba chwili, zarówno muzykom, jak i słuchaczom, na odnalezienie właściwego nastawienia. Wejście w inny, dźwiękowo interesujący, jednak wymagający skupienia świat. I choć koncert trwał około 90 minut, ani przez chwilę nie był nużący, nudny czy monotonny. To spora sztuka – zagrać taką porcję w sumie dość jednorodnej muzyki bez znudzenia słuchaczy.


Niewielka w sumie sala Palladium nie była zapełniona nawet w połowie. Było to dla mnie zaskoczeniem. Koncert spełniał wszystkie warunki dla odniesienia komercyjnego sukcesu. Nazwisko Stockhausen powinno być magnesem dla tych, którzy chodzą właśnie na nazwiska. W końcu to syn pozostający w twórczym kontakcie z wielkim ojcem – Karlheinzem Stockhausenem. Niedzielne popołudnie, ceny biletów w miarę przystępne. Dużo reklamy – koncert był częścią festiwalu Chopin i jego Europa. Pewnie też na festiwalu są jakieś karnety, które powinny zapewnić publiczność, dla której same nazwiska muzyków nie byłyby powodem do kupienia biletu.

Jednak ci, co byli wczoraj na koncercie, mimo braku bisów nie wychodzili niezadowoleni. Nie każdy koncert musi być wybitny, Ten był dobry.

22 sierpnia 2010

Miles Davis - Ascenseur Pour L'Echafaud (Lift To The Scaffold) - Complete Recordings Original Soundtrack

Na początek kilka uwag porządkowych. Płyta o której mowa to jedno z wielu wydań tej samej muzyki. Według mojej najlepszej wiedzy, to jedno z najbogatszych wydań, zawierające oprócz 10 utworów z oryginalnej ścieżki dźwiękowej również całą sesję, a przynajmniej wszystko to co się z niej zachowało. I to jest dość ważne, bo momentami te tak zwane odrzuty są ciekawsze od wersji pierwotnych wybranych do filmu i na pierwsze wydanie LP. Na płycie zachowano porządek chronologiczny nagrań w studiu, dzięki czemu można obserwować, jak poszczególne tematy ewoluowały. Wersje odrzucone są również dłuższe, dzięki czemu zawierają ciekawsze partie solowe. W sumie na płycie umieszczone jest 16 dodatkowych utworów.
Cala muzyka wykorzystana na ścieżce dźwiękowej do filmu poddana została dziwnej edycji. Zupełnie zmieniono ton trąbki Milesa. W odrzuconych utworach dźwięk jest pełny, bezpośredni, ciekawszy. W utworach wykorzystanych w filmie jest bardzo mroczny, zamglony, jakby Miles grał za zasłoną, albo przez dziwny tłumik. Od zawsze bardziej podoba mi się jego bezpośredni ton. Myślę, że dla potrzeb filmu specjalnie zmieniono dźwięk trąbki tak, aby nie zdominował obrazu.

W czasie jednego z pobytów w Paryżu wiele lat temu udało mi się znaleźć kino wyświetlające ten film. Trudno powiedzieć o nim cokolwiek dobrego oprócz tego, ze zawiera bardzo ciekawą muzykę. To nie jest dobry film, i to jest jednocześnie dobra wiadomość. Nie trzeba szukać płyty DVD, choć przy pewnej dozie cierpliwości jest ona do zdobycia, nie trzeba tracić 2 godzin na jego oglądanie. Lepiej posłuchać muzyki. A ta jest ciekawa i zaskakującą z wielu powodów. To jedna z niewielu prób stworzenia z udziałem Milesa muzyki do filmu. To nie była jego ulubiona działalność muzyczna. Myślę, że lubił chodzić własnymi, niezależnymi ścieżkami, a nie pisać muzykę pod dyktando reżysera filmu.

To chyba jedna z najbardziej europejskich płyt Milesa. Mamy tutaj bardzo europejską sekcję rytmiczną, znaną z wielu innych nagrań jazzowych powstałych w Paryżu w późnych latach pięćdziesiątych. Na basie gra Pierre Michelot a na perkusji Kenny Clarke. Ta europejskość rytmu to coś trudnego do opisania i zdefiniowania. To się czuje, rytm jest jakby równiejszy, nie jest tak swingujący jak na przykład w wykonaniu Raya Browna z Edem Thigpenem z wielu nagrań Oscara Petersona. Gra perkusji jest bardzo subtelna, często używane są szczoteczki. To bardzo dobra sekcja rytmiczna.

Gwiazdą płyty, oprócz Milesa oczywiście, którego obecność czuje się nawet wtedy, kiedy jego trąbka milczy jest pozostający w tle Barney Wilen. Ten saksofonista znany przede wszystkim ze swoich francuskich nagrań posiada bardzo specyficzny styl. Długo będę pamiętał moment, kiedy pierwszy raz słuchałem przypadkowo kupionego albumu Barney Wilen At The Club Saint-Germain (Paris 1959), The Complete RCA Victor Recordings. Jeśli istnieje coś, co można nazwać francuskim jazzem lat pięćdziesiątych, to Barney Wilen jest jego najjaśniejszą gwiazdą. Również w towarzystwie Milesa, tam, gdzie dano mu zagrać, zrobił to znakomicie, a pamiętać należy, ze nagranie miało miejsce w czasach współpracy Milesa z Coltranem i Cannoballem Adderleyem. Szkoda, że to jedyne znane wspólne nagrania z Wilenem. Lubiącym dialog tych dwu instrumentów polecam utwór numer 14 - Le Petit Ball (take 2). Podziwiać należy tak doskonale zgranie muzyków, którzy pewnie poznali się chwilę wcześniej w studiu.

Przepiękny nostalgiczny ton trąbki - na przykład w utworach numer 6 i 7 (Assassinat take 2 i 3) przypomina nagrania Milesa z tego okresu z Gilem Evansem i płytę Milestones. Gra Milesa na płycie jest bardzo różnorodna, czasem nostalgiczna i bardzo powściągliwa, czasem bardzo żywiołowa, szybka i dynamiczna - tak jak na przykład w utworze numer 8 (Motel - Diner Au Motel). Myślę, że to charakterystyczna dla wymagań filmu potrzeba dostosowania stylu do sceny, która utwór ma ilustrować. To jedna z niewielu płyt dająca możliwość zapoznania sie z wieloma technikami gry mistrza.

Niezapomniana jest gra basu w utworze 12 - Ascenseur (Evasion De Julien). Również należy docenić jakość nagrania pochodzącego przecież z 1957 roku. Tego oczywiście nie ma w filmie, taśma filmowa lat pięćdziesiątych nie potrafiłaby przenieść takich subtelnych dźwięków.

Miles Davis i film, to chyba nie był najlepszy pomysł. Geniusz nie może czuć się skrępowany ramami scenariusza i wymogami reżysera. Siesta to właściwie muzyka Marcusa Millera z udziałem Milesa, Dingo trudno uznać tą płytę za dzieło wybitne. Jest jednak w dorobku Milesa jedna wybitna płyta z muzyka do filmu. Malo znana, ciekawa i odkrywcza w formie interakcja mistrza z Johnem Lee Hookerem - album Hot Spot. To genialny album, pokazujący, że również wielki Davis potrafił być muzykiem sesyjnym podporządkowującym się narzuconej stylistyce, która przecież tak znacznie odbiega od jego własnej. A Lift To The Scaffold to kanon klasyki. Każdy powinien znać i mieć na półce tą płytę, szczególnie w opisywanej edycji zawierającej 74 minuty niezwykłej muzyki. Szczególnie ballady dorównują mojej ulubionej The Complete Concert: 1964 My Funny Valentine + Four & More. To również jedna z nielicznych płyt, na której tzw. odrzuty są lepsze od oryginału.

Miles Davis
Ascenseur Pour L'Echafaud (Lift To The Scaffold) - Complete Recordings Original Soundtrack
Format: CD
Wytwórnia: Fontana
Numer: 836 305-2