Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The E-Street Band. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The E-Street Band. Pokaż wszystkie posty

31 maja 2012

Bruce Springsteen And The E Street Band, Olympia Stadion, Berlin, 30.05.2012


Wiem, że nie będę oryginalny. Koncerty Bruce’a Springsteena to są największe rockowe spektakle na świecie. Ten był moim 29, jeśli czegoś po drodze nie pomyliłem. Takiego wydarzenia nie można porównać właściwie z niczym innym, oprócz innych, poprzednich koncertów tego zespołu. Jednak takie porównanie nie miałoby specjalnego sensu.

Dla tych, którzy nie widzieli choćby jednego z nich… takie porównanie nie byłoby zrozumiałe. Dla tych, którzy jeżdżą po świecie w miejsca, w których uda się kupić bilety, które sprzedają się zwykle w kilka minut… to byłoby zbyt osobiste. Każdy ma przecież swoje ulubione kompozycje, a biorąc pod uwagę dorobek nagraniowy zespołu, wszystkiego na koncercie zagrać się nie da.


55 tysięcy fanów, z tego prawie połowa na płycie stadionu...

Tym razem to był jednak koncert nadzwyczajny. Sprzedany już dawno w całości zgromadził na stadionie olimpijskim w Berlinie ponad 55 tysięcy stałych bywalców. Wszyscy ubieramy się w koszulki z poprzednich tras. Wśród części z nas panuje rywalizacja, kto ma najstarszą… Wszyscy wspominamy poprzednie koncerty i miejsca na świecie, gdzie byliśmy, żeby zobaczyć ów najwspanialszy dla nas show, traktowany jak święto dające energię na kolejne miesiące czekania na kolejne koncerty Bruce’a Springsteena. Kiedy wychodzę z kolejnego koncertu pełny szczęścia, a jednocześnie nieco smutny, że kolejna okazja będzie za rok, a może nieco później, zastanawiam się czasem, dlaczego w ogóle oglądam inną muzykę na żywo… Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale wiem, że jeśli ktoś właśnie zobaczył Bossa na żywo swój pierwszy raz, to odtąd będzie dzielił swoje życie na okres przed koncertem i wszystko co potem… Taki koncert zmienia życie na zawsze, o czym pisałem już kilka razy przy okazji poprzednich koncertów artysty… I to wcale nie jest zbyt górnolotne stwierdzenie. Wielokrotnie widziałem to w oczach znajomych, którzy widzieli po raz pierwszy… Mój pierwszy raz był tak dawno temu, że już tego nie pamiętam, ale pewnie też tak było…

Koncert w Berlinie był wyjątkowy z kilku względów. Po pierwsze 55 tysięcy fanów to całkiem niezły wyczyn. Dodajmy do tego, że to publiczność, która przyszła słuchać muzyki i przyszła, płacąc spore pieniądze na jednego artystę. To nie festiwal i okazja do wypicia piwa, kiedy muzyka ludziom nie przeszkadza w zabawie. To święto fanów, którzy większość utworów znają na pamięć. To dziś nie zdarza się często.

Bruce Springsteen And The E Street Band

Koncert trwał niemal równo 3 godziny i należał do najdłuższych koncertów zespołu jakie widziałem. Oczywiście znane są opisy koncertów dłuższych o pół godziny, a nawet trochę więcej, ale zwykle to dwie godziny i 40, góra 45 minut… Dodatjmy dla tych, co nie wiedzą… To są 3 godziny absolutnie przepięknej muzyki, granej na wielkim stadionie bez jakichkolwiek efektów specjalnych, przerw na przebranie się w kolejny sceniczny kostium, czy przygotowanie kolejnej grupy tancerzy… Tu nie zobaczycie gry świateł przygotowanych specjanie do każdej kompozycji, nie zobaczycie też tańców, układów choreograficznych, wybuchów (oprócz wybuchów entuzjazmu publiczności). Nie ma też rozbudowanych scen video. Są tylko telebimy pozwalające zobaczyć więcej tym, co siedzą dalej…

Tu ważna jest muzyka i dla wielu również teksty. Co prawda wolę na koncerty Bruce’a Springsteena jeździć do Londynu, albo do innych anglojęzycznych miast… A jeśli się nie da, to do Włoch, albo Hiszpanii, bowiem tam tradycyjnie koncerty udają się jeszcze lepiej. W Wielkiej Brytanii i zapewne również w USA, ale tam nigdy na koncercie Bossa nie byłem, publiczność śpiewa więcej i lepiej zna teksty… To całkiem naturalne.

Koncert był wyjątkowy również z innego powodu. Po raz pierwszy słyszałem piosenkę, którą Boss zaśpiewał prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu, jeśli oczywiście nie liczyć prób… To było na początku koncertu – sam nie wiem, jak takie piosenki znajduje, ale to staje się powoli tradycją. Wiekowe utwory o kolejnych miastach. Koncert w londyńskim Hyde Parku, znany z płyt video zaczął się kiedyś od „London Calling”. Koncert w Berlinie rozpoczął… „When I Leave Berlin”. Ze zdziwieniem słuchałem tego muzycznego odkrycia. Myślałem bowiem, że o kompozycjach Wizza Jonesa świat już zapomniał. Mam tą płytę na półce, ale prawdę powiedziawszy ja też o niej trochę zapomniałem. A teraz przypomniał ja światu Bruce Springsteen. Prawdopodobnie ilość wejść na różne strony poświęcone temu niezbyt dziś popularnemu folkowemu muzykowi brytyjskiemu od dnia koncenrtu wzrosła wielokrotnie…

The E Street Band gra w niemal niezmienionym składzie, przynajmniej tym podstawowym już od niemal 40 lat. Śmierć Danny’ego Federici zmieniła sporo, ale obawy o tym co stanie się, kiedy zabrakło Clarence Clemmonsa były wśród fanów jeszcze większe… Jego brak czuje się na scenie… Dzielnie próbuje go zastąpić Jake Clemmons… Zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa… Big Mana zastąpić się nie da. Intuicja podpowiada mi jednak, że to nie będzie ostatnia trasa Jake Clemmonsa z The E Street Band.

Patti do Europy nie przyjeżdża od kilku lat, co jest sporą stratą dla brzmienia zespołu. Do tego trzeba się przyzwyczaić. Nikt jednak tak pięknie nie przedstawia nieobecnych jak Boss. Nikt również nie wspomina tak pięknie przyjaciół, którzy odeszli… Nikt nie potrafi tak bawić się z fanami w pierwszych rzędach. Nikt w wieku ponad 60 lat nie potrafi skoczyć z mikrofonem w ramiona publiczności. Nikt wreszcie nie potrafi dać z siebie tyle emocji i pozytywnej energii, mimo poruszania w tekstach niełatwych problemów. To jest właśnie tajemnica sunkcesu Bruce’a Springsteena. Niby łatwe, a nikt inny tak nie potrafi.

Można narzekać, że zbyt mało zagrał Steve Van Zandt… Za to kilka wyśmienitych wejść miał Nils Lofgren, który właśnie wydał sowją najnowszą solową płytę… Świetna Suzie Tyrell, chórek, którego zwykle nie lubię tym razem wypadł nadspodziewanie dobrze.

Cały dzień nad Berlinem wisiały dość ciężkie chmury. Słońce wyszło pierwszy raz, choć tylko na chwilę w czasie pierwszych kilku utworów… Który to już raz zadziałała jakaś przedziwna pogodowa magia. Jeśli sam Boss by nie wystarczył, ma swoje zaklęcie – „Who Will Stop The Rain”. Tym razem nie było potrzebne.

Tego wieczoru było wszystko… Sporo nowego materiału, który jak to zwykle u Bossa bywa, potrzebuje czasu… Jeszcze nie działa tak jak starsze kompozycje… Było sporo starszych przebojów w ciągle ulepszanych i coraz dłuższych wykonaniach… Była premiera – wspomniany cover „When I Leave Berlin”. Mnie zabrakło niezwykle rzadko granego w Europie „41 Shots” i niedocenianego otwarcia albumu „Working On A Dream” – przebojowego „Outlaw Pete”. W sumie 21 utworów i 7 na bis… Tylko 3 godziny…. Kiedy będzie następny raz… Nie wiem, ale wiem, że to wydarzenie warte każdych pieniędzy. Każdy z Was musi zobaczyć to choć raz, wtedy zostanie fanem na całe życie. Koncerty Bruce’a Springsteena zmieniają życie na lepsze… 

12 marca 2012

Bruce Springsteen – Wrecking Ball (Deluxe Edition)


Z tą płytą będzie tak jak z poprzednimi płytami Bruce’a Springsteena. Ta świadomość mnie uspokaja. To nie jest płyta, która powala na kolana. Raczej nie ma na niej przebojów, które będziemy nucić już po pierwszym odsłuchaniu płyty. „Wrecking Ball” nie ma tak spektakularnego otwarcia jak „Working On A Dream” w postaci monumentalnego „Outlaw Pete”. Nie ma też melodii w rodzaju „Radio Nowhere” , „Gypsy Biker”, czy „Girls In Their Summer Clothes” z „Magic”. Tak możnaby o każdej płycie Bruce’a Springsteena od połowy lat siedemdziesiątych. Właściwie jedyna płyta, która już w dniu premiery, właściwie od pierwszych dźwięków stała się moją ulubioną była „Nebraska”, ale to było 30 lat temu. Być może pojawi się jakieś wydanie jubileuszowe..? Kto wie. Jednak przebić sposób uczczenia „The Darkness On The Edge Of Town” nie będzie łatwo.

Wróćmy jednak do „Wrecking Ball”. Z tym albumem będzie tak, jak ze wszystkimi poprzednimi albumami Bruce’a Springsteena. Z każdym dniem będzie lepszy. Większość utworów z tej płyty usłyszymy z pewnością już niedługo na koncertach… Wtedy dopiero dowiemy się, jak naprawdę brzmią. Każdy z nich z pewnością będzie zamieniony na wielominutowy koncertowy przebój. I wtedy zaczniemy niespodziewanie nucić je tak, jak te z poprzednich płyt.

Sam utwór tytułowy pojawił się na koncertach już w 2009 roku, a na płycie EP (tylko w wersji analogowej i w postaci cyfrowej na iTunes) wydanej z okazji dnia sklepów płytowych w 2010 roku – o tym wydawnictwie przeczytacie tutaj:


Na tej płycie ważne są teksty, choć one są skierowane do amerykańskiego odbiorcy.  „Wrecking Ball” to album, którego styl mieści się gdzieś pomiędzy „Nebraską” i „The Ghost Of Tom Joad” z jednej strony, a „We Shall Overcome: The Seeger Sessions” z drugiej. Znajdziemy tu ballady zaśpiewane jedynie z gitarą i sporo folkowo-irlandzkich smyczków. Nie przepadam za chórkami i żeńskim wokalem w wykonaniu Michelle Moore. Ale wiem, że to minie. To album wybitny, tak jak wszystkie płyty Bruce’a Springsteena. Wybitny, ale nie widowiskowy i spektakularny… Jeśli ktoś tego dziś nie słyszy… Usłyszy na koncertach.

Jak zwykle ostatnio na płytach studyjnych nieco na „Wrecking Ball” brakuje gitar, jednak wiem, że Stevie i Nils na koncertach dołożą swoje… I będzie się działo... Z pewnością zabraknie Big Mana, ale The E-Street Band to zespół nieśmiertelny. Będzie istniał zawsze. Przetrwał stratę Danny’ego Federici, przetrwa i stratę Big Mana. Należy mieć nadzieję, że tym razem do Europy przyjedzie Patti Scialfa. A Steve i Nils z pewnością zastąpią Toma Morello. Stevie Van Zandt gra na „Wrecking Ball” tylko w jednym utworze na mandolinie, a Nilsa Lofgrena nie ma tu wcale…

Teksty są nieco bardziej polityczne niż zwykle, ale odwołują się też jak zwykle u Bossa do amerykańskich realiów politycznych i ekonomicznych, są skierowane do tamtejszego odbiorcy. To jedno ze źródeł zupełnie niezrozumiałej dla Europejczyków popularności Bruce’a Springsteena w USA.

Album, co staje się już praktycznie regułą ma kilka wersji. Tym razem na początej dostajemy 3. Ta najlepsza – analogowa – to 3 płyty LP – czekam na dobrą cenę. Pozostałe dwie to CD – wersja „zwykła” i Deluxe Edition – rozszerzona o dwa utwory w większym opakowaniu. Dla tych dwu utworów warto kupić wersję Deluxe. Oczywiście wszyscy fani bez wahania sięgną po tą wersje. Te dwa dodatki – to premierowe „Swallowed Up (In The Belly Of The Whale)” i „American Land”. Album w wersji podstawowej zawiera premierowy materiał, za wyjątkiem nowej wersji znanego wcześniej utworu tytułowego i „Land Of Hope And Dreams” grywanego na koncertach od lat i wydanego po raz pierwszy w 2001 roku na płycie „Live In New York City”. Tekst tego utworu powinien znaleźć się na tej płycie… To też, jeśli czegoś  nie przegapiłem pierwsze oficjalnie wydane nagranie studyjne tej kompozycji. A zamykający album „American Land” to ostatnie dźwięki zagrane przez Clarence Clemonsa – ten album musiał się tak kończyć…

Czy mam na tej płycie swoje ulubione momenty? Jeszcze nie, w przypadku płyt Bruce’a Springsteena to przychodzi z czasem. Z pewnością są tu kompozycje, które mogłyby znaleźć się na dowolnym poprzednim albumie, nawet na tych absolutnie najlepszych. Do moich cichych faworytów należy „Rocky Ground”. Z całym szacunkiem do niezłego głosu Michelle Moore, na koncertach poproszę w tym utworze wyższy i zdecydowanei ciekawszy wokal Patti. Przebojem koncertów i popisowym numerem dla Suzie Tyrell z pewnością staną się przypominające chyba najbardziej klimat znany z „We Shall Overcome: The Seeger Sessions” utwóry „Shackled And Drawn” i „Death To My Hometown”. Już sobie wyobrażam uderzenie 3 gitar w koncertowej introdukcji do otwierającego album „We Take Care Of Our Own”. Już myślę o przygasających światłach i wykonywanym solo z akustyczną gitarą wstępie do „We Are Alive”. To dla mnie największa zagadka. Na płycie prawie piosenka country, na koncertach może być zarówno nastrojową balladą, jak i wielkim finałem każdego z czekających nas spektakli. Wystarczy posłuchać choćby jak zmienił się „Open All Night” z „Nebraski” do „Live In Dublin”. To potrafi tylko The E-Street Band.

To tekst dla fanów Bruce’a, więc skróty myślowe i bezpośrednie odwołania do znanych nam wszystkim na pamięć płyt raczej czytelności tekstu pomagają… Dla tych, którzy jeszcze fanami nie są, mam jedną radę… Wybierzcie się na koncert, to zmieni Wasze życie… Na zawsze…

Bruce Springsteen
Wrecking Ball (Deluxe Edition)
Format: CD
Wytwórnia: Sony
Numer: 886919483628

07 marca 2011

Bruce Springsteen & The E Street Band - Blood Brothers

Blood Brothers to pełnometrażowy film dokumentalny przeznaczony głównie, a właściwie wyłącznie dla fanów Bruce’a Springsteena. Film opowiada o pracy w studiu w czasie nagrywania w 1995 roku albumu Greatest Hits. To było w zasadzie pierwsze po 11 latach przerwy spotkanie wszystkich członków zespołu w studiu nagraniowym.

Blood Brothers to dobrze zrobiony dokument. Film nie jest zbieranina przypadkowo nakręconych w różnych okolicznościach i przez różnych filmowców ujęc. Ekipa filmowa towarzyszyła muzykom w studiu prawdopodobnie od początku z myślą o zmontowaniu i wydaniu filmu.

Z muzycznego punktu widzenia film nie zawiera żadnego utworu, którego nie wydano wcześniej lub później na innych płytach. Większość prezentowanej w filmie muzyki, to szkice, urywki, lub prawie całe utwory zagrane w studiu.

Nikt tu nie dorabia do piosenek niepotrzebnej filozofii i jakis niestworzonych historii. Tu raczej można obejrzeć nieco pracy zespołu od kuchni. To takie rodzinne migawki ze studia, stanowiące niewątpliwie łakomy kąsek dla fanów zespołu i pewnie tylko dla nich.

Ostatnio Bruce Springsteen często dodaje płytę DVD z podobnymi migawkami tworząc w ten sposób rozszerzone wydanie płyty CD. Tak było w wypadku The Seeger Sessions i Working On A Dream. The Rising i Devils & Dust zawierały z kolei na dodatkowej płycie fragmenty koncerów. Wydaje się to być lepszym pomysłem. Te filmy są krótsze, to z reguły około 30 minut materiału. To zdecydowanie wystarcza, żeby wczuć się w atmosferę pracy w studiu.

Coś przedziwnego jest jednak w Blood Brothers. Co kilka lat sięgam po tę płytę i oglądam ją z dużą przyjemnością. To pewnie entuzjazm i optymizm wylewający się wręcz strumieniami z każdej nuty i każdego spojrzenia muzyków.

Płyta dodatkowo zawiera teledyski do Murder Incorporated i Secret Garden, które są również dostępne w dwupłytowym zbiorze The Complete Video Anthology / 1978-2000.

Blood Brothers, to propozycja dla fanów Bruce’a Springsteena, czyli również dla mnie. Tym, którzy fanami nie są polecam wycieczkę osobistą na koncert, co gwarantuje, że dołączycie do grona wyznawców, albo któreś z wydawnictw koncertowych na dobry początek.

Bruce Springsteen & The E Street Band
Blood Brothers
Format: DVD
Wytwórnia: Columbia
Numer katalogowy: 5099705013953

22 grudnia 2010

Bruce Springsteen & The E Street Band - The Promise:The Lost Sessions: Darkness On The Edge Of Town

Czyżby z perspektywy minionego czasu odrzucone w czasie sesji The Darkness On The Edge Of Town utwory okazały się lepsze od wybranych wtedy na płytę? Z pewnością nie są gorsze, część z nich nie pasowałaby klimatem do całości płyty, część to mniej dopracowane szkice, które ukazały się później (na przykład na The River), lub dziś ujrzały światło dzienne po raz pierwszy. Każdy z utworów z dzisiejszej – ostatniej już porcji całego zestawu The Promise: The Darkness On The Edge Of Town Story – umieszczonej na 2 płytach CD dostępnych także osobno jako The Promise, mógłby po dopracowaniu w studiu dorównać wielkim przebojom z pierwotnie wydanej płyty.

Część z kompozycji zawartych na tych 2 płytach CD znamy z koncertów. Inne znali ci, którzy kupują i słuchają bootlegów okradając swojego ukochanego artystę.

The Promise: The Lost Sessions to album wybitny, tak jak właściwie cała muzyka nagrana przez Bruce’a Springsteena z The E Street Band.

Otwarta koncepcja kompozycji Springsteena pozwala uruchomić wyobraźnię i zobaczyć 3 godzinny koncert złożony jedynie z utworów z dzisiaj omawianego albumu. Na najbliższej trasie, na którą wszyscy czekamy, a którą sam Boss obiecał nam w felietonie otwierającym box, usłyszymy z pewnością wiele muzyki z dzisiejszej płyty.

Z utworów dla mnie nowych, których nigdy nie słyszałem na koncertach kilka zasługuje na szczególną uwagę. To te, które z pewnością mogłyby być najsilniejszymi punktami trasy koncertowej The Promise.

Outsider Looking In – to kompozycja mająca wszelkie cechy wielkiego koncertowego hitu. Już wyobrażam sobie ścianę dźwięków trzech, a może nawet czterech, tym razem również w Europie, gitar w tym utworze spadających na słuchaczy ze sceny. Takie koncertowe wykonanie tej kompozycji może potrwać dużo ponad 10 minut.

Z kolei takie kompozycje, jak Someday (We’ll Be Together), Candy’s Boy, czy The Brokenhearted – to z pozoru proste i melodyjne ballady zaśpiewane często z towarzyszeniem chórku w tle. Ich aranżacje nie pasują w tej postaci do klimatu The Darkness On The Edge Of Town. Jednak co Bruce Springsteen potrafi zrobić z prostej ballady – pokazał wielokrotnie. Jako przykład można wskazać choćby zestawienie If I Should Fall Behind z Live In Dublin z teledyskiem dostępnym na płycie DVD The Complete Video Anthology 1978—2000, czy Blinded By The Light (tu tempo nieco szybsze) z Greetings From Asbury Park N.J. z wersją z Live In Dublin. Każdy fan takich przykładów znajdzie z pewnością więcej.

Because The Night – nigdy nie znalazł miejsca na płycie studyjnej – światło dzienne ujrzał po raz pierwszy na składance koncertowej Live/ 1975-85, stając się na długo żelaznym punktem koncertów, co samo w sobie dowodzi jego jakości i tego jak ważna to dla zespołu kompozycja.

Wrong Side Of The Street to świetne gitary. To również kompozycja, której stylistycznie najbliżej do klimatu The Darkness On The Edge Of Town.

Jeśli Candy’s Boy pojawi się na koncertach, będzie z pewnością dedykowany pamięci Danny’ego Federici.

Ain’t Good Enough For You to świetny numer do tańca, mowoczesny twist z saksofonem Clarence Clemonsa i dobrym fortepianem. To kolejny kandydat do monumentalnego koncertowego bisu.

Fire to próba nawiązania do konwencji i brzmienia dobrego Elvisa Presleya pozbawionego kasynowego blichtru Las Vegas. W koszulce z podobizną Elvisa Bruce prezentuje się na jednym ze zdjęć we wkłądce do boxu.

Utwory, które znalazły się na The Darkness On The Edge Of Town wypadają w tym zestawie nieco słabiej – to przecież wersje robocze, dopracowane w studiu, a późneij wielokrotnie ulepszane w czasie kolejnych tras koncertowych. Jednak to tylko kwestia punktu odniesienia, gdyby nie porównanie do dzisiejszych wykonań, te prezentowane na The Promise większość słuchaczy uznałaby za wybitne…

Tak możnaby o każdym utworze z dzisiejszej płyty (a właściwie dwu płyt CD). Całość to wyśmienity zestaw odrzutów z sesji The Darkness On The Edge Of Town, nie wiem, czy to nie najlepsze w dziejach muzyki rockowej odrzucone utwory…

Jakość techniczna nagrań jest porównywalna do remasterowanej wersji The Darkness On The Edge Of Town z boxu The Promise – to nie są taśmy demo, czy jakieś rejestrowane amatorsko dokumentalne ścieżki audio. Słabiej jest jedynie z perkusją – w procesie nagraniowym zespół być może pozostawiał jej dopracowanie na koniec. W wielu utworach brzmi zbyt metalicznie i głucho. Ostre uderzenia czyneli nie pasują do brzmienia pozostałych instrumentów. Być może w przypadku przeznaczenia utworów do pierwotnej publikacji na The Darkness On The Edge Of Town miejsce czyneli zajęłyby bębny. Z perspektywy lat jedynie niektóre barwy instrumentów elektronicznych nieco się zestarzały i dziś nie brzmią już ciekawie.

Pozostałe elementy boxu The Promise, który jet być może najlepszym boxem w historii muzyki rockowej, zarówno pod względem jakości muzyki, obszerności prezentowanego materiału w kontekście dodatków do zaledwie jednej płyty LP, jak i jakości technicznej oraz pomysłu plastycznego poniżej:







Bruce Springsteen & The E Street Band
The Promise: The Lost Sessions: Darkness On The Edge Of Town
Format: 3CD + 3 Blue Ray
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 886977823022

14 grudnia 2010

Bruce Springsteen & The E Street Band - The Promise: The Darkness On The Edge Of Town Remastered

Cóż można napisać o płycie, którą zna się na pamięć? Może to, że to najważniejsza płyta Bruce’a Springsteena? Fani znający kontekst z pewnością przyznają rację, że nagrać coś znaczącego i ciekawego po Born To Run, to było niewykonalne zadanie wykonane przez muzyków zespołu wspaniale.

Jeśli ktoś muzyki Springsteena nie zna, kontekst muzyczny, polityczny i biograficzny nie będzie dla niego istotny. To zadanie przeznaczone dla biografów. Lepiej skupić się na muzyce.

A to, jak w przypadku każdej płyty Bruce’a Springsteena zadanie i łatwe i trudne. Można bowiem napisać (znowu?), że to jego najlepsza płyta. I zaraz zaczynamy sobie przypominać… A co z Born To Run, Nebraską, The Rising i wszystkimi innymi, które z pewnością również zasłużyły sobie na pierwsze miejsce? Czy można je skrzywdzić skazując na drugie, lub kolejne miejsca w klasyfikacji? Ja nie potrafię i nie podejmuję się wybrać najlepszej płyty Bossa.

Może więc inaczej. Pewnie każdy z utworów z Darkness On The Edge Of Town ma lepszą wersję koncertową. Taką z koncertu, który znamy z płyty i tę najlepszą, usłyszaną osobiście w tłumie fanów na koncercie. A wydanie w dzisiaj omawianym zestawie koncertu: Darkness On The Edge Of Town, Paramount Theatre, Asbury Park 2009 opisywanego tutaj:


sprawiło, że mamy również do dyspozycji w zasięgu ręki wybitną, koncertową wersję dzisiejszej płyty w całości.

To pułapka płyt studyjnych zespołu. Kto raz zobaczył koncert, ten wie to na zawsze… Jednak fakt, że właściwie wszystkie utwory z płyty grane są do dzisiaj na koncertach dowodzi wysokiej jakości kompozycji. W świecie jazzu takie utwory zwane są standardami, co oznacza, że oprócz wyśmienitej kompozycji łatwo poddają się modyfikacjom tempa, melodii czy sposobu aranżacji dając jednocześnie pole do harmonicznych improwizacji zespołu gitarzystów The E Street Band.

Jeśli porównywać wersje studyjne do koncertowych, to chyba tylko Nebraska obroni się w konkurencji z występami na żywo. I choć Bruce’a solo z gitarą na żywo widziałem kilka razy, Nebraska jest co najmniej tak samo dobra.

Pierwotna edycja analogowa dzisiejszej płyty brzmi zachowując odrobine szacunku dla realizatorów, nienajlepiej. Ta dzisiejsza jest już dużo lepsza, choć brzmi nieco nienaturalnie. Estetyka i koncepcja pierwotnej technicznej realizacji dźwięku zakładała stworzenie nieprzeniknionej w szczegółach ściany dźwięków zlewających się ze sobą instrumentów. Przez lata tak właśnie brzmiały kolejne wydania analogowe i cyfrowe. W dzisiejszym wydaniu, przy którego realizacji zapewne sięgnięto do oryginalnych taśm zawierających nagrania poszczególnych instrumentów, gitary stały się dużo bardziej czytelne, przez co nabrały nieco rytmu i drapieżności. Żeby to sprawdzić, wystarczy porównać choćby Badlands i Candy’s Room z poprzednimi wydaniami.

Odsłuch mojego egzemplarza został na kilka tygodni wstrzymany przez drobną awarię odtwarzacza CD. Niby można posłuchać na DVD, albo na odtwarzaczu Blue Ray, ale to duża strata dla dźwięku…

To co zyskały gitary, stracił wokal. Uwypuklenie dość sztucznego pogłosu i pozostawienie dużej ilości przestrzeni studia w tle dźwiękowym wysłało głos Bruce’a do głębokiej dźwiękowej studni bez dna pozbawiając go siły ekspresji. Dlatego też Racing In The Street wolę w wersji analogowej. To wszystko oczywiście dość subtelne różnice, jednak zauważalne na średniej klasy sprzęcie odtwarzającym (posługując się finansowym uproszczeniem nie gwarantującym dobrze grającego zestawu), od jakiś 5.000 złotych za element toru odsłuchowego. W sumie remastering się udał, ja jednak poproszę o wydanie analogowe…

Tak więc receptą na Darkness On The Edge Of Town jest słuchanie głośniej niż zwykle. Trzeba zamknąć oczy i nie starać się analizować każdego dźwięku, a cieszyć się muzyką w nadziei na kolejne występy tam, gdzie można będzie pojechać… Moje ulubione kompozycje z dzisiejszej płyty to Badlands za gitary, The Promised Land za harmonijkę, klawisze, saksofon, wokal i za wszystko inne. No i chyba najważniejsze – Streets Of Fire za bycie ogólnoświatowym i ponadczasowym niedościgłym wzorcem ostrej, punkowej a jednocześnie bardzo, bardzo wolnej i wciągającej ballady. Do tego wzorca najbliżej przez wiele lat zdołał zbliżyć się sam Springsteena w Outlaw Pete z Working On a Dream, trochę szybszym, jednak podobnym w muzycznej koncepcji utworem, ale to już temat na inny wieczór.

W sumie nie przypuszczałem, że może powstać lepsza wersja dzisiejszej płyty. A jednak powstała, to Darkness On The Edge Of Town, Paramount Theatre, Asury Park 2009, również z omawianego dzisiaj zestawu opisana tutaj:


 Niewiarygodne, jak można lepiej zagrać za jednym, lub może zaledwie kilkoma podejściami tak wybitny album, który w oryginale powstawał w studio caymi miesiącami. To potrafi tylko The E Street Band.

Opis innych płyt z zestawu The Promise: The Darkness On The Edge Of Town Story tutaj:




A same nowości z podwójnego albumu The Promise już wkrótce…

Bruce Springsteen & The E Street Band
The Promise: The Darkness On The Edge Of Town Remastered
Format: 3CD + 3 Blue Ray
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 886977823022

27 listopada 2010

Bruce Springsteen & The E Street Band - The Promise: The Darkness On The Edge Of Town Story – The Making Of Darkness On The Edge Of Town

Nie jestem fanem tego rodzaju produkcji. Najczęściej to zbiór wszystkich kawałków taśm, które zachowały się w jakiś przypadkowy sposób w archiwach. Często to materiały nakręcone przez przypadkowe osoby, a wieć nawet w chwili powstania niedoskonałe technicznie i bez jakiegoś reżyserskiego zamysłu. Chciałoby się rzec, taki muzyczny kotlet mielony…

W przypadku dzisiejszego filmu też mamy do czynienia ze zbiorem materiałów z różnych źródeł. To jednak 87 minutowy (długi jak na takie produkcje) monolog Bruce’a Springsteena przerywany wypowiedziami innych osób i materiałami archiwalnymi. Ten monolog ma swój sens i pokazuje kulisy powstania jednej z najważniejszych i najlepszych płyt Bruce;a Springsteena. To właśnie dzięki logicznemu i spójnemu komentarzowi Bossa film jest świetnym dokumentem, a nie wypełniaczem i zbędnym dodatkiem do muzycznej zawartości całego boksu.

W filmie nie ma muzyki, są jedynie jej strzępki, potraktowane ilustracyjnie kilkunastotaktowe fragmenty koncertów i nagrań ze studia. Są za to wypowiedzi członków zespołu, Jona Landaua, Mike Appela i kilku innych istotnych dla realizacji płyty osób nagrane współcześnie na potrzeby tej produkcji.

O czym jest historia powstania The Darkness On The Edge Of Town? Większość wątków jest fanom doskonale znana. A to jest właśnie film dla fanów. Bez przeczytania przynajmniej Two Hearts Dave’a Marsha i Real Life & Tall Tales Clarence Clemonsa i Dona Reo oraz oczywiście znajomości w całości i na wyrywki przynajmniej The Darkness On The Edge Of Town, Born To Run i The River ten film będzie zbitkiem niezrozumiałych komentarzy nieznanych zupełnie oderwanych od kulturowego kontekstu postaci. Tym, których film wciągnie i zainteresuje i których zaciekawi kulturowy kontekst twórczości Bossa serdecznie polecam wyjątkową, wydaną w tym roku książkę – Reading The Boss (Interdisciplinary Approaches To The Works Of Bruce Springsteen) zawierającą eseje wielu autorów opracowane przez Roxanne Harde i Irwina Streighta.

Film opisuje więc presję związaną z nagraniem płyty, która musiała dorównać Born To Run, co wydawało się zupełnie niemożliwe, a jednak się udało. Mike Appel i Bruce Springsteen opowiadają, chyba po raz pierwszy w jednym wydawnictwie o historii swojego burzliwego zakończonego w sądzie konfliktu.

Ciekawy jest również fragment opisujący zmagania zespołu z techniką nagraniową, a w zasadzie z brakiem doświadczenia w tej dziedzinie. Idea odtworzenia brzmienia koncertowego nie udała się zbyt dobrze. Pierwsze wydanie (analogowe oczywiście) brzmi delikatnie mówiąc nieszczególnie. Późniejsze edycje cyfrowe porawiły się tylko trochę. Płyta CD z boxu The Promise: The Darkness On The Edge Of Town Story brzmi już dużo lepiej. Niniejszym apeluję więc o analogową reedycję The Darkness On The Edge Of Town. Powinna wyjść jeszcze lepiej od wersji cyfrowej.

Historię napisania utworu Because The Night opowiadają wspólnie Bruce Springsteen (autor) i Patti Smith (współautorka i pierwsza wykonawczyni). Całość ilustrowana jest fragmentem archiwalnego koncertu Patti Smith (szkoda, że tak krótkim…).

Za częścią filmu tłumaczącą, czemu powstały akurat takie, a nie inne teksty nie przepadam. Z zasady tego nie lubię, to z reguły jest wydumane dorabianie teorii do istniejącej od wielu lat rzeczywistości. Moim zdaniem w większości wypadków tak już jakoś samo wyszło, a potem szuka się wydumanych motywów. Poezja powinna bronić się sama, a teksty z płyty są akurat świetne, więc nie trzeba ich wspierać pseudofilozoficznymi wywodami o mękach twórczych i rozterkach duchowych. Każdy w tych tekstach i tak odnajdzie to, co chce znaleźć dla siebie.

W sumie dokument jest ciekawy, starannie wyprodukowany i opisujący rzetelnie fakty historyczne. To jednak przygoda na jeden raz – ja nie potrafię znaleźć powodu, żeby obejrzeć go kolejny raz. Może za parę lat w celu odświeżenia pamięci… Tak więc to dobry i wartościowy dodatek do zestawu The Promise: The Darkness On The Edge Of Town Story.

Bruce Springsteen & The E Street Band
The Promise: The Darkness On The Edge Of Town Story – The Making Of Darkness On The Edge Of Town
Format: 3CD + 3 Blue Ray
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 886977823022

25 listopada 2010

Bruce Springsteen & The E Street Band - The Promise: The Darkness On The Edge Of Town Story – Thrill Hill Vault – Houston ’78 Bootleg House Cut

Tą płytę trudno pochwalić za jakość obrazu. Reszta jest za to na właściwym dla zespołu poziomie, czyli fantastyczna. Obraz wygląda nieco dziwnie zajmując jedynie środkową część ekranu, wszelkie próby jego elektronicznego przeskalowania nie wychodzą najlepiej.

Jak zwykle pierwsze kilka utworów zespół potraktował jako rozgrzewkę. Otwierający całość Badlands ma niecałe 5 minut, a czasem potrafi trwać ponad 10. Kolejny utwór to Streets Of Fire – też jest jeszcze nieco leniwie, choć zarówno solówka gitarowa Bossa, jak i wokal są już agresywniejsze, co oznacza powolne wchodzenie na właściwe dla zespołu obroty.

Jeśli dźwięk pochodzi z tego samego źródła, co obraz, to dokonano realizacyjnego cudu. Jego jakość jest niezła, oczywiście daleko do współczesnych rejestracji, a także brakuje trochę do fragmentów umieszczonych na płycie Thrill Hill Vault 1976 – 1978 z tego samego zestawu. Jednak w całości jest akceptowalna i pozwalająca w pełni cieszyć się z uczestnictwa w jednym z najlepszych koncertów z 1978 roku.

It’s Hard To Be The Saint In The City to przede wszystkim duet gitarowy Bruce’a i Steve Van Zandta. Darkness On The Edge Of Town będzie potrzebował jeszcze kilku lat scenicznej praktyki, żeby stać się jednym z kluczowych fragmentów wielu koncertów zespołu. To zresztą dla The E Street Band dość typowe – utwory z nowo wydanych płyt potrzebują nieco czasu. W czasie tras promujących ich płytowe wydania nie są kluczowymi elementami koncertów – zwykle pojawiają się na początku, w krótkich wcieleniach, przypominających nagrania studyjne. Te utwory stają się ważnymi momentami koncertów dopiero dwie lub trzy płyty i trasy później.

Spirit Of The Night to zwyczajne szaleństwo wokalne i spacer Bossa i Big Mana wśród publiczności – to pierwszy kulminacyjny moment całego wydarzenia. Independence Day – to chwila oddechu dla muzyków i publiczności. Wolniejsze tempo wcale nie oznacza zmiany nastroju, czy spadku napięcia. Dalej każde słowo brzmi, jak jadowite ociekające jadem żądło wymierzone we wroga w słusznej sprawie. Zespół sprawia wrażenie, jakby chciał już koniecznie wystartować do kolejnego szybkiego numeru, muzycy niecierpliwie poprawiają swoje pozycje w blokach startowych wypatrując szybszych, dłuższych i coraz lepszych utworów czekających na publiczność w dalszej części koncertu.

The Promised Land to jedna z lepszych partii harmonijki w wykonaniu Bruce’a Springsteena. Tutaj jest brudna, jakby niedbała, bluesowa, jednak pełna pasji i energii, ciekawsza od wersji studyjnej i wielu późniejszych nagrań koncertowych. Prove It All Night to zkolei szaleństwo gitarowe, niekończąca się i ciągle przyspieszająca solówka Bossa. To jeden z najlepszych momentów tego koncertu. Mógłby być finałem finałów. Jednak dla zespołu to dopiero jedna trzecia całego występu. To pierwsze z nagrań, po którym wielu muzyków padłoby bez tchu na deski sceny. Ale dla The E Street Band to dopiero rozgrzewka. Na tym koncercie przerwa będzie, ale nieco później…

Tak więc po kilkunastu sekundach ciszy i krótkiej zapowiedzi lidera, Roy Bittan gra już wstęp do niełatwego wokalnie dla dyszącego ze zmęczenia Bossa, Racing In The Street. Thunder Road może nieco rozczarowuje, będąc słabszym fragmentem koncertu. Temu wykonaniu dokucza nieco brak myśli przewodniej, swoisty bałagan koncepcyjny. Jest tu trochę wszystkiego, są z pewnością lepsze wykonania tej kompozycji. Próba wciągnięcia do śpiewania referenu publiczności jakoś się nie udaje, początek utworu jest niemrawy, a całość brzmi trochę tak, jakby każdy z muzyków grał swoją wersję, bez porozumienia z innymi.

Jungleland to tym razem popisowy numer Clarence Clemonsa, po którym następuje, praktykowana jeszcze wtedy na koncertach zespołu 20 minutowa przerwa.

Druga część koncertu rozpoczyna się od The Ties That Bind. Bruce w nowej koszuli i marynarce, z nieczęsto stosowaną 12 strunową gitarą elektryczną śpiewa kompozycję skazaną nieco na los otwierającego drugą część utworu rozgrzewkowego.

Koncert zarejestrowano w grudniu 1978 roku. Nie mogło więc zabraknąć Santa Claus Is Coming To Town i Big Mana w czerwonej czapce mikołaja. Mnie ten utwór już zawsze będzie przypominał wyborny koncert z Belfastu z grudnia 2007 roku, gdzie na żywo usłyszałem słynne dzwoneczki i ho ho ho.

Fever to jeden z tych utworów, które ostatnio nie pojawiają się zbyt często i jeśli są grane przez zespół, to raczej na specjalne życzenie fanów wyrażane w postaci plakatów sektorach pod sceną. Te życzenia, to zwykle w dużej części wyszukiwanie właśnie nieczęsto wykonywanych ciekawostek. Tym razem to duet wokalny Bossa i Big Mana i czas dla saksofonu tego drugiego. To soulowy numer niespecjalnie pasujący do stylu zespołu. Tym razem to również wyborne solo organowe Dannego Federici.

Za kolejnym utworem – Fire zwyczajnie nie przepadam – to taka wprawka, kompozycja w stylu rockabilly, przypominająca nieco styl znany bardziej z nagrań z czasów Tunnel Of Love, a to nie był najlepszy czas Springsteena…

Po chwili jednak startuje Candy’s Room – to jeden z najlepszych przykładów tego, co zespoł potrafi zrobić z ballady, która w pierwotnej wersji możemy usłyszeć w wykonaniu Bruce’a na fortepianie na innej płycie tgo zestawu - Thrill Hill Vault 1976 – 1978. Jest krótko, bo to nowa kompozycja, ale mocno i treściwie, a także zaskakująco, jeśli porówna się to wykonanie z pierwotną wersją.

Because The Night zaczyna się nieco wolniej niż zwykle i jest bardziej melodyjny niż w wielu wykonaniach, kiedy 3 lub 4 gitarzystów tworzy w tym utworze orgię gitarowych akordów i ścianę sprzężeń, gubiąc gdzieś po drodze świetnie napisaną melodię. Wersja z Houston jest jedną z najlepszych oficjalnie wydanych. Jest bluesowa, przypominająca momentami wolniejsze solówki Jimi Hendrixa.

Point Blank – z niewydanej jeszcze płyty The River, to coś w rodzaju demo – raczej wersja nadająca się do studia niż kilkunastominutowa suita, którą wkrótce się stanie, a w jaka właściwie dowolną kompozycję potrafi zamienić zespół.

She’s The One po przydługim wstępie budzi z kilkunastominutowego letargu pozostałych muzyków, a w szczególności Maxa Weinberga i Steve Van Zandta. Dalej będzie już tylko szybciej, więcej, głośniej i ciekawiej. Nieuchronnie zbliżamy się bowiem do zakończenia, które jest początkiem bisów, które czasem potrafia trwać prawie godzinę. Tego wieczoru w Houston, to właśnie ten utwór do spółki z Backstreets i Rosalitą utworzyły zamykającą drugą część koncertu trójkę. W jakiś irracjonalny sposób, zawsze wiem, kiedy zaczyna się trzeci od końca utwór – zarówno oglądając koncert na żywo, jak i pierwszy raz z płyty, czy kiedys tśmy video. Tym razem też się sprawdziło. Czemu tak jest – zespół wtedy przyspiesza, muzycy sprawiają wrażenie, że już nic ich nie hamuje, rozpędzaja się do prędkości nieznanej żadnej innej grupie muzyków.

Monumentalne wykonanie Rotality z nieodłącznym przedstawieniem muzyków, które jest rytuałem od zawsze otwiera drogę do bisów, które zespół zaczął od Born To Run. W kategorii The E Street Band niespełna 30 minut oznacza krótki bis, dla reszty świata taki bis to czasem połowa koncertu…

Tym razem oprócz wspomnianego już Born To Run na bis zespół zagrał jeszcze wiązankę rock and rollowych coverów tradycyjnie nazwanych Detroit Medley, a także Tenth Avenue Freeze-Out, You Can’t Sit Down i Quarter To Three Gary U.S. Bonda, który często w tym czasie bywał ostatnim utworem na koncertach.

Cały koncert – świetny, choć widziałem na żywo parę lepszych setów, ale to ciężko porównywać. Być na widowni to co innego. Dla mnie ciągle najlepszą rejestracją koncertową pozostanie NYC, numerem dwa Barcelona, trzeciego miejsca wybrać nie potrafię, choć Londyn z 1975 jest coraz silniejszym kandydatem (z jubileuszowego wydania Born To Run).

W Houston był wyśmienity początek, nieco słabszy środek i wyborny koniec. Jednak to narzekanie jedynie przez pryzmat półki pełnej wszystkiego, co oficjalnie ukazało się w 40 letniej historii zespołu. To jest tak, czy inaczej najlepszy rockowy spektakl wszechczasów, jakich setki już zagrał zespół. Tylko tyle i aż tyle…

Bruce Springsteen & The E Street Band
The Promise: The Darkness On The Edge Of Town Story – Thrill Hill Vault – Houston ’78 Bootleg House Cut
Format: 3CD + 3 Blue Ray
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 886977823022

24 listopada 2010

Bruce Springsteen & The E Street Band - The Promise: The Darkness On The Edge Of Town Story – Thrill Hill Vault 1976 - 1978

Jakość dźwięku i obrazu jest tu oczywiście gorsza, niż nagranego współcześnie koncertu z Asbury Park z tej samej płyty opisywanego wczoraj tutaj:


To jednak ciekawy muzycznie i świetnie dobrany materiał pokazujący wczesne wersje utworów, które fani znają z płyty The Darkness On The Edge Of Town. W Save My Love i Candy’s Room brakuje Clarence Clemonsa. W tych utworach słychać, ile brzmienie saksofonu wnosi do nagrań zespołu.

Pierwsze 7 utworów to rejestracje ze studia z okresu prac nad płytą. Godnym podkreślenia jest fakt, ze ten fragment filmu, to niepocięte migawki z rozmów, czy fragmenty utworów, a pełne wersje robocze piosenek, nagrane od pierwszego do ostatniego taktu. Ten materiał daje niewielki wgląd w proces ewolucji nowych kompozycji umieszczonych później na płycie.

Kiedy po zagranym solo w studiu przez Bruce’a Springsteena na fortepiane demo Candy’s Room z niewiarygodną siłą spada na słuchacza lawina dźwięków Badlands z koncertu, jasnym staje się fakt oczywisty dla większości fanów zespołu – tak jak teraz, tak i w 1978 roku studio i nagrania płytowe były dla muzyków jedynie wstępem do kolejnych koncertów i okazją do popracowania nad nowymi utworami. To właśnie występy przed publicznością są esencją i sensem istnienia The E Street Band.

Jeśli ktoś myśli, że Badlands to szczyt dynamiki i energii zespołu, to szybko zmieni zdanie – dalej jest jeszcze szybciej, lepiej i głośniej. I tak przez 35 minut do wielkiego finału – ponad 10 minutowej wersji Rosality.

Na płycie umieszczono 5 utworów z koncertu w Phoenix z 1978 roku. Ten film ukazuje zespół grający najlepsze w owym czasie i najbardziej sprawdzone na wielu koncertach utwory. Badlands, The Promised Land, Prove It All Night, czy Born To Run, w rozbudowanych, często kilkunastominutowych wersjach pozostają w repertuarze zespołu do dzisiaj. A Rosalita to jeden z najlepszych obok Tenth Avenue Freeze-Out utworów zamykających koncerty zespołu.

Wersje z Phoenix z 1978 roku pełne są wyjątkowej jakości solówek gitarowych Bruce’a Springsteena i Steve Van Zandta. Świetnej jakości dźwięk – doprawdy trudno uwierzyć, że to 1978 rok – pozwala usłyszeć i cieszyć się każdą nutą. Klarowne koncertowe nagrania gitary w tym czasie należały do rzadkości. Materiał video do złożono z 2 lub 3 koncertów. W Prove It All Night w niektórych ujęciach Bruce na żółtą koszulę, a w innych białą koszulkę polo. Jak zsynchronizowano dźwięk z obrazem nie wiem, ale udało się doskonale.

Tak więc jest jak zwykle. The E Street Band zaczyna od poziomu nieosiągalnego przez innych w finałach koncertów. A Rosalita – jak każdy finał koncertu zespołu jest tak niezwykły i niepowtarzalny, że w myślach słuchacza pozostawia tylko jedną myśl – kiedy będzie następny raz. Na dziś pozostają nam płyty, o nowych koncertach póki co nikt nic nie wie. Ja stawiam na wiosnę 2012… Pewnie nowa płyta na jesieni 2011 i duże koncerty na stadionach latem 2012 w USA i na jesieni w Europie….. Oby to była prawda.

Myśl o nowych koncertach przywołuje wspomnienia:

Steve Van Zandt w roli prezentera radiowego - Dublin 2009

Podpisujący mój egzemplarz Working On A Dream - Dublin 2009

 
Bruce Springsteen & The E Street Band
The Promise: The Darkness On The Edge Of Town Story – Thrill Hill Vault 1976 - 1978
Format: 3CD + 3 Blue Ray
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 886977823022

23 listopada 2010

Bruce Springsteen & The E Street Band - The Promise: The Darkness On The Edge Of Town Story – Darkness On The Edge Of Town, Paramount Theatre, Asbury Park 2009

Wydawnictwo jest monumentalne, niewiarygodne i zachwycające. Niemożliwe do obejrzenia i wysłuchania, a także jednorazowego opisania. Fantastyczne edytorsko i oferujące wysoką, a momentami wybitna jakość dźwięku i obrazu.

Kiedy kilka lat temu ukazała się jubileuszowa edycja Born To Run, wszystkim wydawało się, że nie można już lepiej i ciekawiej… A jednak można i to o kilka klas lepiej. Dziś znowu można powiedzieć, że lepiej się nie da. Jak będzie wyglądała następna reedycja ? W kolejce zapewne powinna teraz na pierwszym miejscu być Nebraska. Tak więc od dzisiaj można już rozpocząć oczekiwanie.

Jak uczcić 30 lecie wydania płyty (data jest tu mocno umowna i podyktowana jedynie kalendarzem wydawniczym Bruce’a Springsteena)? Niektórzy wykonawcy robią ponowny mix i remastering, inni grają repertuar płyty na koncercie i takie nagranie dodaja do oryginału – ostatnie dobre przykłady to Patti Smith – Horses i osobno wydane Van Morrisona – Astral Week Live At The Hollywood Bowl!. Jeszcze inni wydają repliki oryginalnych okładek, lub dorzucają koszulkę lub plakat, albo jakiś dźwiękowy śmietnik z odrzutów ze studia nagraniowego.

Co robi Bruce Springsteen ? Podsumujmy więc szybko, co dostajemy w The Promise: The Darkness On The Edge Of Town Story:

1. Oryginalna ścieżka dźwiękowa z płyty w formacie CD w mocno poprawionej dźwiękowo wersji.

2. Dwie płyty CD pełne nieznanych wcześniej utworów nagranych na sesjach do The Darkness On The Edge Of Town. Te dwie płyty wydano również jako zwykłe wydawnictwo na CD i LP pod nazwą The Promise. Zawarta na tych płytach muzyka, to nie alternatywne wersje utworów, falstarty, czy rozmowy ze studia. To pełnoprawne nagrania o jakości muzycznej i technicznej porównywalnej z doskonałą przecież płytą The Darkness On The Edge Of Town. Część z tych utworów znana jest z koncertów, bootlegów, a kilka z oficjalnych wydawnictw składankowych. Te płyty oferują jednak studyjną jakość dźwięku, do niektórych dograno na etapie przygotowania do wydania The Promise część partii instrumentalnych – zapewne tam, gdzie brakowało jakiejś części nagrania lub było ono słabe technicznie.

3. Pełnometrażowy film dokumentalny w formacie HD. Film, który nie jest zbiorem migawek ze studia, a produkcją, która była w USA wyświetlana w kinach, została pokazana w amerykańskiej edycji HBO, i objechała kilka ważnych festiwali filmowych w Europie.

4. Zremasterowany dźwiękowo 3 godzinny koncert zespołu z okresu wydania oryginalnej płyty. Jakość obrazu nie jest może tutaj zachwycająca, jednak zawartość dźwiękowa wybitna.

5. Ponad godzinę migawek ze studia i wybranych utworów z koncertów w jakości i formacie kinowym z okresu prac nad płytą i jej wydania. Tu trzeba podkreślić, że znowu to nie migawki i rozmowy muzyków, lecz pełne utwory.

6. Nagrany specjalnie do tego wydania w pełnej jakości HD godzinny koncert bez publiczności, w czasie którego zespół zagrał utwory z oryginalnej płyty w kolejności w jakiej zostały tam umieszczone.

To wszystko zostało zapakowane w genialnie wydaną replikę oryginalnego notatnika Bruce’a z czasów prac nad płytą, zawierającą rękopisy tekstów, zdjęcia, notatki aranżacyjne, naklejki ze studyjnych taśm i parę innych drobiazgów. Oryginalny zeszyt można zobaczyć w paru ujęciach ze studia.

Jeśli ktoś nie zna oryginału (choć trudno sobie wyobrazić nabywcę tego wydawnictwa, który nie ma na półce płyty The Darkness On The Edge Of Town), powinien z pewnością zacząć przygodę z tym wydawnictwem od zremasterowanej płyty audio. Większość fanów, którzy płytę oryginalna znają już od 30 lat zacznie zapewne od The Promise, lub, tak jak jak dzisiaj – od koncertu z 2009 roku z Asbury Park.

Koncert zagrany w Paramount Theatre w miejscu, gdzie powstał zespół – Asbury Park to także miasto w którym mieści się Stone Pony, odbył się bez udziału publiczności. Zapewne, gdyby słuchacze wypełnili salę, na 57 minutach muzyki nie dałoby się skończyć tego nagrania.

Dzisiejsze nagranie dowodzi, że cały zespół jest w życiowej formie. To zresztą nic nowego dla każdego, kto widział w ostatnich latach choć jeden koncert na żywo, lub choćby wydany latem tego roku na płycie DVD i Blue-Ray wyśmienity London Calling.

Koncert został zarejestrowany przez zespół w składzie ograniczonym do tego z oryginalnego nagrania, oczywiście z wyjątkiem Charliego Giordano, który zastąpił Danny’ego Federici. W tym składzie zespół ma klarowne, przemyślane i dopracowane w każdym szczególe brzmienie. W ciągu ostatnich 40 lat muzycy jedynie zyskali nowe umiejętności techniczne, nie tracąc nic z drapieżności i scenicznego awanturnictwa, zyskując za to doświadczenie i niewiarygodne wręcz wzajemne porozumienie w każdym dźwięku.

Kompozycje i aranżacje trzymają się świetnie, mimo upływu lat, a nowoczesna technika pozwala usłyszeć jeszcze więcej dźwięków, pomagając szczególnie w delektowaniu się wyborną techniką gitarzystów. A warstwa wokalna – jak zwykle każde słowo brzmi tak, jakby od poziomu ekspresji miało zależeć dalsze istnienie świata.

Czym różni się obecne wykonanie od oryginalnego – jest w nim jeszcze więcej gitar, wokal jest bardziej agresywny, a większość partii gitarowych wziął na siebie Bruce Springsteen. W oryginalnym nagraniu jest neico więcej gitary Steve Van Zandta.

W sumie całość jest na zwyczajnym dla zespołu poziomie, czyli stanowi najlepszy na świecie rockowy spektakl wszechczasów, jakim jest każdy koncert The E Street Band od 40 lat.

Bruce Springsteen & The E Street Band
The Promise: The Darkness On The Edge Of Town Story – Darkness On The Edge Of Town, Paramount Theatre, Asbury Park 2009
Format: 3CD + 3 Blue Ray
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 886977823022

26 sierpnia 2010

Bruce Springsteen & The E-Street Band - London Calling, Live In Hyde Park - Multikino, Warszawa

Wybrałem się wczoraj do kina na wydarzenie, które miało polegać na wyświetleniu na dużym kinowym ekranie filmu znanego z niedawno wydanej płyty DVD i Blue-Ray. Czego oczekiwałem kupując bilety do Multikina na tak szeroko reklamowane wydarzenie? Oczywiście projekcja w kinie nie może z samej definicji zastąpić koncertu na żywo. Czy może zastąpić płytę odtworzoną w domu? Teoretyzując trudno znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Z jednej strony magia wielkiego obrazu w kinie jest trudna do przecenienia. Z drugiej strony jakość nagłośnienia kinowego nie może równać się z średniej klasy systemem domowym. Jednak i na koncercie słychać czasem lepiej, czasem gorzej, a koncert jest zawsze wartym zobaczenia wydarzeniem.

O samej muzyce pisałem tutaj:


A teraz o Multikinie i samej wczorajszej imprezie. Kupując bilet wiedziałem, że projekcja będzie elektroniczna, bo przecież nawet gdyby istniała wersja na taśmie kinowej, to z pewnością nie byłoby w Polsce tylu kopii, żeby o jednej godzinie w kilkunastu Multikinach zorganizować pokaz. To logiczny wniosek. Z drugiej strony organizator powinien zapewnić jakieś atrakcje – w końcu za cenę 3 biletów można kupić płytę DVD. W przypadku projekcji z taśmy zyskujemy lepszą jakość. A tutaj?

Uprzedzając rozwój wypadków – kino opuściłem mniej więcej w połowie 3 utworu, a i tak byłem tam za długo. Film wyświetlano moim zdaniem z płyty DVD, nawet nie z Blue-Ray. Przy ogromnym powiększeniu było widać, że użyty odtwarzacz nie radzi sobie ze skalowaniem i przetwarzaniem obrazu. Na ekranie w ujęciach publiczności – kiedy cały obraz jest ruchomy pojawiły się charakterystyczne dla słabych odtwarzaczy kłopoty z dekodowaniem w postaci schodkowych skoków obrazu i utraty płynności. Momentami widać było bardzo wyraźnie przeplot w obrazie. Brak było synchronizacji dźwięku z obrazem, dźwięk był opóźniony (przynajmniej przez pierwsze 3 utwory – dalej nie wiem, bo byłem już w domu oglądając to samo, tylko lepiej). A dźwięk – jego poziom odpowiadał temu, jaki jest jakieś 2 kilometry od stadionu, kiedy odbywa się koncert. Jakość była mniej więcej podobna do tej, jaką słychać w słuchawce, kiedy ktoś zadzwoni z dobrego koncertu, żeby pochwalić się, że jest pod sceną. No, może odrobinę lepsza, ale naprawdę niewiele.

W imieniu polskich fanów Bossa, wypada mi przeprosić artystę za to, że do takiego wydarzenia doszło. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że wyjdę z jego koncertu. Choć tak nie było do końca – nie wyszedłem, tylko przeniosłem się do domu gdzie mam to samo tylko jakieś sto razy lepiej.

Rozumiem, że w kinie głośniej zrobić nie można co najmniej z kilku powodów – po pierwsze dlatego, że system audio nie jest do tego przystosowany, po drugie dlatego, że za cienką ścianką jest kolejna sala, gdzie widzowie oglądają coś innego, a po trzecie dlatego, że jakość dźwięku byłaby totalną porażką. Po co więc organizować takie pokazy? Rozumiem jeszcze, jeśli byłby to materiał niedostępny w sklepie, lub taki, który wyświetla się z taśmy filmowej…

To była totalna porażka i ja już więcej na taki seans do Multikina nie pójdę. A sensu organizowania takich imprez nie rozumiem. Choć jeśli obraz byłby – a technologicznie jest to możliwe z płyty wysokiej jakości, lub z plików, czy z dedykowanych serwerów wytwórni – takie kina są na świecie, lepszy niż na dobrym telewizorze, może miałoby to sens. Rozumiem, że w kinie jest przede wszystkim obraz. I obrazu o jakości kinowej miałem prawo oczekiwać. A zobaczyłem coś, co przypominało szkolne seanse, w czasie których na wyeksploatowanym magnetowidzie VHS wyświetlano kopię z kopii filmu, kiedy jeszcze urządzenie VHS nie stało w każdym domu.

27 lipca 2010

Bruce Springsteen & The E-Street Band - London Calling Live In Hyde Park

Hmmmm… No tak, wreszcie wypada się do tego odnieść. W zasadzie to jest dość łatwe. Duże koncerty rockowe dzielą się na koncerty Bruce’a Springsteena i resztę świata. I tak już od 35 lat. I tak już chyba zostanie. Boss ma 60 lat i nie zamierza zwolnić. Z każdego dużego tournee wydaje DVD. To ostatnie zawiera koncert z Hyde Parku w Londynie. Z punktu widzenia weterana, a takim nazywam siebie od czasu przekroczenia jakiś czas temu 20 koncertów Springsteena na żywo, to kolejny koncert, tak samo fantastyczny jak wszystkie te, które widziałem. Można oczywiście rozmieniać rzecz na drobne i analizować. A to ponarzekać, że Patti Scialfa nie przyjeżdża od kilku lat na koncerty do Europy, a to powspominać zmarłego niedawno wieloletniego członka E-Streen Danego Federici. Podyskutować na temat tego, czy właśnie na tym koncercie zabrzmiały najważniejsze dla każdego fana piosenki. Choć w sumie to wszystko nieważne. Od jakiś 25 lat pamiętam osobiście, a wcześniej – wiem z zapisów płytowych, że każdy koncert Bruce’a to najlepszy, największy, najprawdziwszy i brzmiący tak jak jedyny i ostatni na zawsze spektakl niezwykłej grupy przyjaciół, którzy zostawiają na scenie każdego wieczora cząstkę własnego ja. Jak kiedyś powiedział w kolejce do pierwszego sektora w czasie koncertu w Londynie jeden z fanów, który przyjechał aż z Chin, to krew, pot i łzy. Czyli krew gotująca się w czasie tych nerwowych 5 minut oczekiwania, kiedy cała Europa kupuje bilety (od jakiś 10 lat, czyli od czasu wprowadzenia sprzedaży przez Internet każdy koncert sprzedaje się w 5 minut, więc trzeba pilnować godziny sprzedaży). Pot lejący się ze sceny i łzy wzruszenia, a także smutku, że kolejne koncerty pewnie za rok lub dwa.

Tylko tyle i aż tyle. Koncert w Londynie był dla trasy z 2009 roku dość nietypowy – cała trasa w Europie była grana na stadionach, a tu w parku, kto był, ten wie, że to zwyczajny kawałek łąki w samym centrum Londynu. W kategorii koncertów rockowych to absolutne mistrzostwo świata, jakieś 4 godziny (na płytach tylko 3 – dokonano skrótów) czystej energii, emocji, żadnych tańców, przerw na zmianę strojów itp., czysty rock and roll. Kartki a raczej coraz większe plakaty z życzeniami zbierane z publiczności – taki Springsteenowy koncert życzeń, ukłon w stronę lokalnej publiczności – London Calling na otwarcie. Wolno rozkręcający się zespół – to zwykle trwa 3-4 utwory, czyli jakieś pół godziny…

Bruce jak zwykle dał z siebie wszystko, jak to Bruce, reszta zespołu również. Każdy inny zespół chciałby mieć takiego frontmana i pierwszą gitarę, jak trzecia gitara w E-Street – Nils Lofgren. A przecież w odwodzie (znowu została w domu przy dzieciach) jest Patti Scialfa. Każdy twórca chciałby być tak emocjonalny, prawdziwy i wiarygodny jak Bruce. Każdy młody zespół chciałby mieć taką kondycję jak E-Street i zagrać 3, a czasem 4 godziny właściwie bez przerwy z taką energią. Każdy muzyk chciałby z taką łątwością zamieniać singlowe ballady na 20 minutowe suity ipełne energii przeboje na nastrojowe ballady dające chwilę odpoczynku - jak wystrzelenie krążka na uwolnienie. Każdy fan rocka powinien choć raz zobaczyć pierwszy z brzegu koncert Bossa, choć legendarne są takie miejsca jak Mediolan, Barcelona, Giant Stadium - taka domowa arena dla zespołu, Dublin, czy Londyn… Może kiedyś znowu w Polsce? Tym razem w pełnym składzie…

Reżyseria i montaż filmu – jakby odrobinę prawdziwszy niż poprzednie realizacje – pokazujący więcej kuchni zespołu, więcej zbliżeń, nietypowych pozycji kamery.

Co jeszcze można napisać… Kto nie widział, niech żałuje. Moim szczęściem w zeszłym roku był dość przypadkowy i podyktowany klęską w zakupie biletów do Londynu właśnie, wyjazd do Dublina, na koncert, na którym było 41 Shots – niezwykle rarytas koncertowy, szczególnie w Europie. Cóż, może w przyszłym roku – będzie płyta, to będą i koncerty. Na razie zostają wspomnienia z Londynu, Dublina, Belfastu, Paryża, Oslo, Berlina, Rzymu, Budapesztu, Warszawy i paru innych miejsc. No i DVD – New York, Dublin, Londyn, Barcelona i inne. Każde najlepsze na świecie… Kto nie był, nie wie, co to koncert rockowy

Bruce Springsteen & The E-Street Band
London Calling, Live In Hyde Park
Format: DVD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 886977240294