05 stycznia 2012

Miles Davis - Live At The Fillmore East (March 7, 1970): It's About That Time


Nie pomylcie tego albumu z innym, dość podobnym: „At Fillmore: Live At The Fillmore East”. Dzisiejszy dwupłytowy album, wydany przez Sony po raz pierwszy w 2002 roku zawiera nagrania z 7 marca 1970 roku. Kilka miesięcy później – w czerwcu tego samego roku zarejestrowano wydany wiele lat wcześniej „At Fillmore: Live At The Fillmore East”. Co różni oba albumy? Przecież muzyka nie mogła zmienić się aż tak bardzo…

Z pozoru to bardzo podobny zespół i bardzo podobna muzyka. Jednak to tylko pozory. Dzisiejszy album jest zupełnie inny od wydanego jeszcze w 1970 roku wydawnictwa.  Pomiędzy marcem a czerwcem zmienił się nieco skład koncertowego zespołu Milesa Davisa. Obecnego na dzisiejszej (marcowej) płycie Wayne Shortera zastąpił w czerwcu Steve Grossman. Mimo całego szacunku dla jego muzycznych dokonań, daleko mu do Wayne Shortera… Z drugiej jednak strony w zespole w czerwcu pojawił się drugi, oprócz Chicka Corea muzyk obsługujący różne elektryczne klawiatury w osobie Keitha Jarretta. Jednak dźwięków klawiatur i tak sam Corea potrafił wyprodukować wiele, więc mimo, że w temacie składu mamy pozornie remis, to jednak ubytek Wayne Shortera jest większy niż zysk z dołożenia do składu Keitha Jarretta. Tak więc w składzie mamy lekkie wskazanie na koncert marcowy, czyli ten z dzisiejszej płyty.

Istnieje jednak dużo ważniejsza różnica. Istotą koncertów grupy Milesa Davisa w początkach lat siedemdziesiątych były długie, transowe, niekończące się zespołowe improwizacje. Istotą zaś wszystkich wydań tych koncertowych nagrań z lat siedemdziesiątych był wielokrotny montaż i skracanie utworów, składanie ich z kilku nagranych koncertów, czy wręcz tworzenie muzycznych kolaży ze skrawków koncertowych nagrań. Tak czynił Miles Davis wspólnie z Teo Macero, jego śladami podążali inni, choćby Frank Zappa. To nie tylko degraduje techniczną stronę rejestracji, ale też gubi wartość dokumentalną i realizm nagrania koncertowego i czyni z płyty koncertowej właściwie produkt studyjnych manipulacji. Wydany po raz pierwszy 10 lat temu album „Live At The Fillmore East (March 7, 1970): It's About That Time” to coś zupełnie innego. To prawdziwe koncertowe nagranie. Bez montażu i muzycznych przeróbek studyjnych, pomimo faktu, że w procesie jego produkcji brał również udział Teo Macero. To wydawnictwo oficjalne, jakością techniczną przewyższające chyba wszystkie nagrania koncertowe Milesa Davisa z lat siedemdziesiątych. Jako materiału wyjściowego użyto przechowywanych przez Columbię oryginalnych taśm matek z nagraniem z koncertu, poddając je zapewne masteringowi za pomocą środków dostępnych współcześnie. Utwory są tutaj jednak zdecydowanie dłuższe, prawdopodobnie w znaczącej części, jeśli nie wszystkie, umieszczone zostały na płytach albumu w całości.

Wspomnieć należy, że z tego samego okresu, ale również już ze Steve Grossmanem dostępny jest album koncertowy „Black Beauty” nagrany w kwietniu 1970 roku w Fillmore West w San Francisco.

 Trzeba też pamiętać, że koncert z którego pochodzą nagrania był symbolicznym zamknięciem ważnego okresu w karierze Milesa Davisa i Wayne Shortera. To był bowiem ich ostatni wspólny koncert w czasie którego Wayne Shorter był członkiem zespołu Milesa Davisa. Później spotykali się od czasu do czasu w studiu i na festiwalach, ale były to jedynie jednorazowe wydarzenia.

Często można spotkać opinię, że zespół Milesa Davisa był na tym koncercie supportem dla rockowych grup Steve Millera i Neila Younga. Tej tezie muszę stanowczo zaprzeczyć. W latach siedemdziesiątych grano takie imprezy nieco inaczej. Niezależnie od kolejności na afiszu, wszystkie występy były pełnoprawnymi elementami programu. Wszystkie zespoły grały z użyciem całego dostępnego na scenie wyposażenia i pełnego nagłośnienia oraz z użyciem wszystkich dostępnych świateł. Wszyscy dysponowali podobnym czasem, choć oczywiście ten, kto był ostatni mógł zawsze swój występ przedłużyć… Miles Davis szukał wtedy rockowej publiczności, choć raczej nie w pogoni za popularnością, czy sławą ówczesnych gwiazd rocka, ale wyczuwając, że jego muzyka lepiej trafi do młodych słuchaczy zafascynowanych Carlosem Santaną, czy rockowym wcieleniem Neila Younga, niż słuchaczy jego kwintetu z poprzedniej dekady. Fani klasycznych kwintetów potrzebowali więcej czasu na zmianę stylistyki niż ich idol. Cóż… Miles był muzycznym geniuszem, czego z pewnością nie da się powiedzieć o wszystkich jego fanach… Niektórzy okresu elektrycznego nie akceptują do dzisiaj…

Nawet młodzi słuchacze, szukający mimo wszystko, czasem podświadomie w jazz-rockowych improwizacjach wspomnianego już Carlosa Santany, czy Franka Zappy bluesowej nuty, do muzyki Milesa Davisa podeszli z ograniczonym entuzjazmem, co jednak muzykom nie przeszkodziło dać z siebie wszystkiego, co w tym dniu dać mogli i potrafili… A potrafili wiele. Jeśli popatrzeć na skład zespołu to jest on równie gwiazdorski jak najlepsze kwintety z dawnych lat… Chick Corea, Dave Holland, Wayne Shorter, Jack DeJohnette i Airto Moreira…

To były początki elektrycznego okresu Milesa Davisa. Kilka miesięcy wcześniej ukazała się płyta „In A Silent Way”, a na „Bitches Brew” trzeba było jeszcze poczekać kilka tygodni…

Dziś taką muzykę, jak grał w 1970 roku Miles Davis, pewnie nazwalibyśmy fuzją różnych gatunków. To jednak uniwersalne określenie definiujące tworzenie nowej jakości, z tego co już było… Niektóre takie pomysły działają tylko chwilę, nie wytrzymując próby czasu. To co robił Miles Davis w latach siedemdziesiątych trzyma się dobrze… W części dzięki oryginalnym, choć mocno abstrakcyjnym pomysłom harmonicznym, w części dzięki geniuszowi lidera i profesjonalizmowi pozostałych członków zespołu, którzy u boku swojego mistrza grali często dużo lepiej niż pozbawieni jego inspiracji. Ta muzyka dobrze starzeje się również dzięki dobrej proporcji pomiędzy solidną bluesową podstawą rytmiczną, której niewątpliwie pomogła zamiana Rona Cartera na Dave Hollanda (który dodatkowo grał również na gitarze basowej) oraz uproszczenie rytmów poprzez wymianę Tony Williamsa na Jacka DeJohnette. Tony Williams był geniuszem perkusji, ale z pewnością do grania prostych ósemkowych rytmów nie nadawał się najlepiej….

Miles Davis
Live At The Fillmore East (March 7, 1970): It's About That Time
Format: 2CD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: 5099708519124

03 stycznia 2012

Albert Mangelsdorff, Jaco Pastorius, Alphonse Mouzon - Trilogue – Live!


Dzisiejsza płyta to jedno z najbardziej zadziwiających zestawień personalnych w jakich znalazł się Jaco Pastorius. Rozwiewając wszelkie wątpliwości od razu na początku, Jaco Pastorius wcale tej muzyki nie zdominował. Znalazł w niej swoje miejsce w sposób niemal perfekcyjnie tym samym dając fanom kolejny dowód na to, że dobrze czuje się w każdym towarzystwie dobrych muzyków. Zarówno u boku Joni Mitchell, jak i Alberta Mangelsdorffa. A rozpiętość stylistyczna to chyba największa z możliwych, bowiem Albert Mangelsdorff to jeden z najważniejszych, dziś niesłusznie nieco zapomnianych, muzyków europejskiej awangardy lat siedemdziesiątych.

Wielu uważa, że to kolejna płyta w dorobku Jaco Pastoriusa. Na kilku retrospektywnych składankach z jego muzyką można znaleźć fragmenty tego koncertu. To jednak nie on jest tu liderem i największą gwiazdą. Trzeba pamiętać, że Jaco Pastorius dołączył do pozostałej dwójki muzyków jedynie na kilka dni w związku z planowanych występem na festiwalu w Berlinie. Rok 1976 był bowiem okresem jego dużej aktywności koncertowej i nagraniowej w Weather Report. Z kolei Albert Mangelsdorff i Alphonse Mouzon mieli już za sobą trochę koncertów i wiele prób, choć w sumie cały skład można nazwać mocno okazjonalnym, co zresztą w muzyce z dzisiejszej płyty łatwo usłyszeć.

„Trilogue – Live!” to przede wszystkim autorski projekt Alberta Mangelsdorffa. To on napisał całą muzykę i wymyślił nagranie koncertowe. Autorem pomysłu dodania do składu Jaco Pastoriusa był niestrudzony propagator jazzu i producent setek, jeśli nie tysięcy płyt i koncertów – Joachim Ernst Berendt.

Mało kto potrafił ukraść show Jaco Pastoriusowi. Albert Mangelsdorff to zrobił. Pomysłem na koncert nie było z pewnością zaprezentowanie wirtuozerskich możliwości całej trójki muzyków. Kompozycje są wyrafinowane i przemyślane, co należy docenić, jednak ich charakter w połączeniu z niewielkim ograniem zespołu jako całości skupia uwagę na ocenie gry każdego z muzyków z osobna.

Nie znam innego muzyka, który w taki sposób potrafiłby posługiwać się puzonem. Albert Mangelsdorff potrafi na pozunie grać całe akordy, operując brzmieniem i barwą nieosiągalnymi dla żadnego innego puzonisty. Dodatkowo potrafi robić to z pomysłem, a nie tylko dlatego, żeby popisać się swoimi umiejętnościami. Każdy dźwięk ma tu swoje miejsce i uzasadnienie, pomimo dość luźnej struktury formalnej kompozycji. W latach swojej największej sławy koncertował i nagrywał płyty solo, co stawia przed każdym muzykiem duże wymagania. Jest jednak zdecydowanie trudniejsze z racji na techniczne możliwości instrumentu, dla puzonisty, niż dla pianisty, czy gitarzysty, a nawet dla saksofonisty. Dziś również znajdziemy puzonistów grających solo, ale Albert Mangelsdorff pozostanie dla nich wszystkich wzorem niedoścignionym.

Alphonse Mouzon wydaje się być idealnym partnerem dla pozostałych muzyków. Jego gra jest niezwykle punktualna, choć nie perfekcyjnie automatyczna. Nie pozostawia wątpliwości, że to gra żywy perkusista, zresztą automatów perkusyjnych wtedy jeszcze nie wynaleziono (płytę nagrano w 1976 roku).

Trudno byłoby pogodzić nawet w tak otwartej formie muzycznej trzech wirtuozerskich solistów. Dla dwóch miejsca jest w sam raz. Muzycy uzupełniają się wzajemnie. Kiedy Albert Mangelsdorff odlatuje ze swoim puzonem w obszary nieosiągalne dla żadnego innego puzonisty na świecie, Jaco Pastorius tworzy z Alphonse Mouzonem niespodziewanie konwencjonalnie grającą sekcję rytmiczną. W każdym z utworów na płycie, a jest ich 5, Jaco ma swoją chwilę, kiedy puzon pozostaje gdzieś w cieniu. Solówki gitary basowej nie są jednak pokazem wirtuozerii technicznej Jaco Pastoriusa, ale wyrazem jego zrozumienia dla niełatwychdo odczytania kompozycji lidera zespołu. Dopiero w ostatnim utworze możemy usłyszeć, jak zespół zagrałby, gdyby mieli więcej czasu na wspólne próby. To właśnie kończący całą płytę „Ant Step On An Elephant Toe” jest najbardziej zespołowym fragmentem tego albumu. Gdyby tak brzmiała cała płyta, byłaby wyśmienita, a tak jest tylko bardzo dobra…

Jeśli szukacie funkowego show Jaco Pastoriusa, albo totalnie odjechanego free jazzowego grania Alberta Mangelsdorffa, lepiej sięgnąć po inne płyty. „Trilogue – Live!” to solidna dawka wyśmienitego jazzu. Tylko tyle i aż tyle…

Album ukazał się w wersji CD chyba tylko w Japonii z przeznaczeniem na lokalny rynek. Istnieje też oprócz oryginalnej płyty LP wydanej w 1977 roku przez MPS kilka lepszych lub gorszych jakościowo i niekoniecznie całkiem legalnych tłoczeń analogowych. Istnieje również zapis telewizyjny tego koncertu powtarzany od czasu do czasu przez muzyczne kanały telewizyjne.

Albert Mangelsdorff, Jaco Pastorius, Alphonse Mouzon
Trilogue – Live!
Format: LP
Wytwórnia: MPS
Numer: 15.424

02 stycznia 2012

George Benson – Shape Of Things To Come


Mam jakiś przedziwny sentyment do tej płyty. Nie jest to jakiś specjalnie ambitny projekt, ale pochodzące z 1968 roku nagrania są i tak lepsze od większości materiału proponowanego przez George’a Bensona w latach siedemdziesiątych. Problemem było wtedy w sumie nie to, że George Benson postanowił odnieść sukces komercyjny, ale to, że stylistyka tych lat wyjątkowo źle znosi próbę czasu.

Przeczytałem w ostatnich dniach autobiografię Raya Charlesa. Książka po raz pierwszy ikazała się w 1978 roku i mimo, że jak większość autobiografii muzyków, ma współautora w osobie Davida Ritza, to mam wrażenie, że jest to jedna z najprawdziwszych autobiografii muzyków, jakie znam. Jedną z najważniejszych myśli Raya Charlesa, które z tej lektury zapamiętam jest to, że jeśli ludzie płacą za koncert, czy płytę, powinni dostać to czego oczekują, a nie to, co sobie muzyk wymyślił. Tą dewizą życiową kierował się Ray Charles od początku kariery. Mniej lub bardziej świadomie w ten sam sposób swoją karierą pokierował zapewne George Benson w latach siedemdziesiątych… Dodatkowo takie biznesowe podejście do muzyki pozwala z pewnością zarobić na niej nieco więcej pieniędzy.

Zwiastunem komercjalizacji muzyki George’a Bensona jest właśnie dzisiejszy album. Nie brzmi jeszcze tak przebojowo jak „Breezin’”, ale z pewnością daleko mu do stricte jazzowych albumów, w szczególności dwu pierwszych w obszernej dyskografii gitarzysty – „The New Boss Guitar” i „It’s Uptown”. O tej pierwszej z pewnością kiedyś napiszę, a o tej drugiej możecie przeczytać tutaj:


Repertuar „Shape Of Things To Come” wygląda na dość przypadkowy. Znajdziemy to własne kompozycje lidera i przeboje różnych wykonawców, trochę nowsze i nieco starsze. Zestawienie na jednej płycie takich tytułów jak „Chattanooga Choo Choo” i „Don’t Let Me Lose This Dream” Arethy Franklin trudno uznać za celowe. Jednak w rękach George’a Bensona i aranżera odpowiedzialnego za mające wkrótce zdominować grę gitarzysty brzmienie wytwórni CTI – Dona Sebesky materiał brzmi niespodziewanie spójnie.

Zaletą tego albumu jest równowaga pomiędzy jazzowym brzmieniem gitary i organów Hammonda obsługiwanych przez Charlesa Covingtona z orkiestrą dowodzoną przez Dona Sebesky. W późniejszych realizacjach CTI było z tym trochę gorzej, właściwie była już tylko orkiestra. Don Sebesky jest aranżerem najwyższej klasy. Potrafi uczestniczyć w jazzowych projektach pozostając w ich tle. To największa sztuka. Taka jest właśnie muzyka na „Shape Of Things To Come”. Sterowana jego ręką orkiestra tworzy smyczkowe plamy dźwiękowe tam, gdzie one są potrzebne, uzupełniając, a nie dominując swoim brzmieniem całość muzycznego przekazu.

Gra George’a Bensona w końcu lat sześćdziesiątych pozostawała wciąż pod silnym wpływem Wesa Montgomery. W tym okresie większość jazzowych gitarzystów (nawet Pat Martino) pozostawali pod wpływem stylu wielkiego mistrza, trudno taki wpływ uznać za wadę. Trzeba pamiętać, że pierwsze nagrania z Jackiem McDuffem lider zarejestrował zaledwie 5 lat wcześniej, a pierwszy solowy album 4 lata przed nagraniem dzisiejszej płyty, więc na określenie własnego stylu miał jeszcze trochę czasu. Można uznać, że to właśnie ten album, zgodnie z jego tytułem zapowiada nowe czasy w muzyce lidera. To pierwsze z nagrań George’a Bensona dla CTI. Współpraca z tą wytwórnia miała już wkrótce przynieść takie albumy jak „Body Talk”, „Beyond The Blue Horizon”, czy „White Rabbit”. O tym pierwszym przeczytacie tutaj:


Z drugiej jednak strony, najwcześniejsze nagrania z albumu zarejestrowano zaledwie trzy miesiące po zakończeniu sesji, która przyniosła światu „Miles In The Sky” Milesa Davisa… No cóż, profesjonalista zagra wszystko… Choćby „Paraphernalia” Wayne Shortera i „Chattanooga Choo Choo” Harry Warrena i Macka Gordona w ciągu kilku miesięcy… Przedziwne są koleje losu.

„Shape Of Things To Come” to jednak solidna porcja ciekawej gitary, świetnie zaaranżowana orkiestra, która pozostaje na drugim planie i jest dokładnie tam gdzie trzeba i w ilości uzasadniającej zaproszenie gromady muzyków do studia, ale jednocześnie nie dominującej brzmienia. To także świetnie zagrana autorska muzyka i jedna z najlepszych, odchodząca od utarwych dixielandowych wzorców interpretacja wspomnianego standardu :Chattanooga Choo Choo”. Dobra, pogodna i ciekawa płyta, od krórej  zupełnie przypadkowo zaczynam nowy 2012 rok…

George Benson
Shape Of Things To Come
Format: CD
Wytwórnia: CTI/A&M/Verve
Numer: 602517426672

31 grudnia 2011

Don Cherry – Complete Communion


Od czego by tu zacząć… Może od rzeczy w sumie mało ważnej, ale jednak zadziwiającej. Gdyby ktoś kiedyś zorganizował konkurs na najbrzydszą okładke jazzowego albumu, to z pewnością opakowanie „Complete Communion” byłoby w ścisłej czołówce. Nie potrafię wyobrazić sobie, że kogoś ta okładka potrafi zachęcić do kupna płyty. A może się nie znam? Mnie by nie zachęciła… To wiem na pewno.

To tyle o sprawach pozamuzycznych i w zasadzie tyle zastrzeżeń do muzyki. Jak się domyślacie, jeśli tego albumu jeszcze nie znacie, nasz radiowy Kanon jazzu to płyty wybitne i historycznie ważne. Jednak samo miejsce w historii to dla nas za mało, wszak nie można być kustoszem muzeum, jeśli nie kocha się eksponatów. A poza tym sam fakt, że płyta ukazała się 30, czy 40 lat temu nie oznacza, że jest obiektem muzealnym. Jeśli miałoby tak być ze wszystkim, to sam pownienem się zamknąć w muzealnej gablocie, jako obiekt do oglądania, a wcale nie zamierzam…

„Complete Communion” to był w 1964 roku debiut Dona Cherry w roli lidera. Z pewnością byłby to debiut sensacyjny, gdyby nie to, że sensacją był on sam już nieco wcześniej, w związku ze swoim udziałem, nie tylko symbolicznym, w nagraniach Sonny Rollinsa – „Our Man In Jazz”, Ornette Colemana – między innymi „Something Else!!!” i nieco niedocenianej płycie Steve’a Lacy – „Evidence” i paru innych zapomnianych już produkcjach. Miał też za sobą płytę której był współliderem, ale za to w towarzystwie najlepszym z możliwych – z Johnem Coltrane’m – „The Avant-Garde” i dwie płyty wydane pod swoim nazwiskiem w niszowych wytwórniach, które przeszły nieco bez echa.

Ciekawostką z późniejszego okresu kariery Dona Cherry związaną z naszą rodzimą sceną muzyczną jest prawdopodobnie zupełnie przypadkowa współpraca z Krzysztofem Pendereckim (tak, tak, tym Krzysztofem Pendereckim – to nie pomyłka), która przymiosła nam dziś będącą białym krukiem płytę „Actions”. I jeszcze jedna ciekawostka. Trudno w to uwierzyć, ale Neneh Cherry i Eagle-Eye Cherry to rodzina zmarłego w wieku 58 lat Dona Cherry.

Zgodnie z tytułem płyty, liderowi udało się zebrać muzyków, z którymi zintegorwał się w sposób niemal doskonały, tworząc dwie obszerne improwizowane kompozycje łączące wiele różnych muzycznych inspiracji i przyrządzając z nich w sobie tylko znany sposób coś zupełnie unikalnego. Jak bardzo odkrywczego i ważnego, to nawet dziś z perspektywy ponad 45 lat trudno ocenić. Może potrzeba jeszcze kolejnych 10 albo dwudziestu lat? Czy Don Cherry to innowator, czy muzyczny szarlatan? To samo pytanie zadaję sobie słuchając większości płyt Cecila Taylora. Wtedy myślę, że free jazz to przede wszystkim Ornette Coleman. Kiedy indziej mam wrażenie, że Don Cherry to jeden z ważniejszych muzyków XX wieku. Te wątpliwości sprawiają, że do „Complete Communion” i paru innych jego płyt dość często wracam, żeby sprawdzić, czy tą wątpliwość potrafię już rozstrzygnąć.

Zaskoczeniem jest też udział w tym nagraniu Gato Barbieriego. To pewnie najmocniejsze i najbardziej awangardowe jego nagranie i co za każdym razem mnie zadziwia, znany raczej ze zdecydowanie bardziej przystępnych produkcji saksofonista potrafi momentami dotrzymywać kroku liderowi.

Każdy sam musi ocenić, czy to płyta przełomowa, czy jedynie kolejna ważna pozycja na free jazowej scenie połowy lat sześćdziesiątych. Dla mnie to przede wszystkim powód do przemyśleń i rozważań na temat muzycznych inspiracji lidera. To jedna z tych płyt, na których za każdym razem odnajduję coś nowego i do których całkiem często wracam, a to bez wdawania się w szczegóły i muzyczne tło powstania albumu dla mnie wciąż najlepsza rekomendacja.

Don Cherry
Complete Communion
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 724352267323

30 grudnia 2011

Charles Lloyd, Maria Farantouri – Athens Concert


Celem nagrywania większości płyt, jeśli nie wszystkich, jest dotarcie przez artystów z tym, co mają do powiedzenia do jak najszerszego grona słuchaczy. To oczywiście oznacza nie tylko sławę i chwałę, ale również sukces finansowy. Z pewnością album „Athens Concert” jest w Grecji w 2011 roku jedną z najlepiej sprzedających się płyt jazzowych. Z pewnością, gdyby powstał „Warsaw Concert” z którąś z naszych sławnych na cały świat operowych śpiewaczek, też mielibyśmy wydawniczą sensację. Z pewnością też jednak ten album ma nie tylko lokalny grecki charakter. Jeśli jednak patrzeć na zjawisko przez pryzmat globalnego rynku, to zerwanie z artystyczną konwencją stricte jazzowego grania przez Charlesa Lloyda jest proszeniem się o kłopoty ze sprzedażą płyty. Każdy bowiem produkt musi mieć swoją tzw. „kategorię”, etykietkę, która pozwala nieświadomym tego co sprzedają sprzedawcom położyć towar na określonej półce, nieświadomym tego co kupują klientom kupić coś co już lubią, albo coś podobnego. To pozwala także krytykom umieścić album w określonej kategorii i napisać recenzję używając zwrotów zapożyczonych z innych tekstów, które już napisali. Fachowcy od marketingu odpowiedzialni za wspomaganie sprzedaży też mogą wtedy wykonać znane sobie od lat procedury, które mają przekonać nas, słuchaczy do tego, że warto kupić właśnie tą płytę, a nie inną.

No i jakby na złość tym wszystkim utartym procedurom pojawia się „Athens Concert”. Album łamiący wszelkie reguły gatunku, zapewne w Grecji ustawiany na półce z innymi płytami Marii Farantouri, u nas pewnie w katalogu Charlesa Lloyda. Spróbujcie jednak zapytać sprzedawcę z dużego sklepu płytowego jaka to muzyka. Ja to doświadczenie wykonałem w 3 warszawskich sklepach… Było dość zabawnie…

Dość jednak tych rynkowych dywagacji, w końcu ważna jest muzyka. A ta jest najwyższej próby, jak to ostatnimi czasy przyzwyczaił nas Charles Lloyd. Do fanów wyczekujących każdego nowego nagrania Marii Farantouri nie należę, więc być może to również kolejna wyśmienita jej płyta, ale ja tego zwyczajnie nie wiem… Do tej pory była dla mnie głosem nieodłącznie związanym z kompozycjami Mikosa Theodorakisa. Pora jednak zmienić zdanie…

Nie patrzcie na tą płytę jak na kolejny po wyśmienitej „Mirror” z 2010 roku album kwartetu Charlesa Lloyda z dodatkowym udziałem Marii Farantouri. Oczywiście zwolennicy post-bopowego grania jakim od lat raczy nas lider będą narzekali na to, że mógł powstać kolejny wyśmienity album z dobrze znanymi standardami zagranymi po raz kolejny w wyśmienity sposób. A tu czas i odrobinę muzycznej przestrzeni zajmuje nam grecka nuta… Tak potrafi bez eksperymentów od dziesięcioleci na przykład Keith Jarrett. Inni poszukują, ekspolorują nowe obszary, jeszcze dotąd nieodkryte. Inspirują się nawzajem, szukając, czasem nieco pod prąd oczekiwań słuchaczy, nowych ciekawych brzmień.

Album dokumentuje niezwykły koncert, trzeba jednak pamiętać, że współpraca obu artystów trwa już ponad 15 lat, bowiem pierwsze, nigdy niewydane w formie zapisu fonograficznego wspólne przedsięwzięcie Marii Farantouri i Charlesa Lloyda miało miejsce w 1993 roku.

Są muzycy, którzy nie poszukują, tylko doskonalą i tak już doskonałą formę. Inni szukają, co udaje się czasem wyśmienicie, kiedy indziej powstają muzyczne potworki. Są słuchacze, którzy poszukiwań nie lubią i tacy, którzy poszukują razem ze swoimi idolami. Albo tacy, którzy na etykietki nie patrzą i słuchają po prostu dobrej muzyki. To właśnie dla tych ostatnich powstał „Athens Concert”. Porzućcie stare przyzwyczajenia i naturalną tendencję do porządkowania rzeczywistości. Cieszcie się muzyką, w której niby wszystko już było, a jednak najwięksi potrafią nas ciągle zaskoczyć.

To jeden z najlepszych projektów łączących świat muzyki klasycznej i jazzu jaki znam. Częściowo dlatego, że Maria Farantouri nie jest klasyczną operową divą. Jej znakomicie brzmiący kontralt jest warsztatowo perfekcyjny, a jednocześnie pełen greckiej tradycji muzycznej, która z ariami operowymi wiele wspólnego nie ma, za to zakłada emocjonalne zaangażowanie  obejmujące ekspresję nieznaną włoskim twórcom operowym. Częściowo dlatego, że Charles Lloyd jest niezwykle otwarty na nowe pomysły. Również dlatego, że grecki folklor, którego w kompozycjach powstałych specjalnie na tą płytę znajdziemy całkiem sporo, nie przysłużył się wiele rozwojowi klasycznego śpiewu operowego. W związku z tym mamy więc doskonały technicznie głos bez staroświeckiej maniery wykonawczej, znanej choćby z nagrań okołojazzowych Kathleen Battle, gdzie jazzowy kwartet  sobie, a głos sobie….

Charles Lloyd, Maria Farantouri
Athens Concert
Format: 2CD
Wytwórnia: ECM
Numer: 602527678337