12 grudnia 2011

McCoy Tyner – Real McCoy


„Real McCoy” to jedna z najważniejszych płyt McCoy Tynera, jednego z najważniejszcyh pianistów hard-bopu. Muzyka kojarzonego przez wielu przede wszystkim jako członka zaespołów Johna Coltrane’a. McCoy Tyner to jednak również autor wielu wyśmienitych płyt solowych, spośród których „Real McCoy” jest chyba najbardziej znana. To także pierwsza z serii 7 albumów nagranych w krótkim czasie niespełna 4 lat dla Blue Note w latach 1967-1970.

Powinna z pewnością znaleźć się w Kanonie Jazzu, jest genialna i zarazem po prostu zwyczajna. Z jej powstaniem nie wiąże się żadna fascynująca historia. Próżno szukać u lidera jakiś mistycznych, czy oryginalnych inspiacji. Od innych typowych produkcji Blue Note z tego samego okresu nie różni jej wiele. Co zatem sprawia, że akurat tę płytę powszechnie uważa się za genialną? Co sprawia, że tak dobrze brzmi i dzisiaj? Tego czegoś nie da się nazwać, zwykle tak jest. To unikalna kombinacja wielu szczegółów, które odróżniają płyty dobre od genialnych.

„Real McCoy” powstała wkrótce po rozstaniu lidera z Johnem Coltrane’a, kiedy ten ostatni zmienił nieco muzyczny kierunek pod wpływem mistycznych zainteresowań swojej żony. Do nagrania płyty pianista zaprosił kontrabasistę Rona Cartera i perkusistę Elvina Jonesa, który podobnie jak lider grał i nagrywał wiele z Johnem Coltrane’m. Sa saksofonie zagrał Joe Henderson, zajmując miejsce największego improwizatora współczesnej muzyki, co było niewątpliwie zadaniem niełatwym.

Siłą tego albumu jest nie tylko wyśmienita gra wszystkich muzyków oraz to, że Joe Henderson świetnie poradził sobie z faktem, że słuchacze w takim składzie oczekiwali od niego nawiedzonych improwizacji w stylu Johna Coltrane’a. Ta płyta to również wyśmienite kompozycje, napisane w całości przez lidera. To esencja jego stylu, w kompozycjach obecnego do dziś, a w stylu gry, będącego kontynuacją tego, co grał z Johnem Coltrane’m. A to musiała być niezła szkoła życia. We wszystkich bowiem ich wspólnych nagraniach McCoy Tyner musiał walczyć o miejsce w muzycznej przestrzeni z Johnem Coltrane’m, którego styl gry trudno nazwać wymarzonym dla innych solistów w zespole… To właśnie ten okres i nagranie kilkunastu płyt z Johnem Coltrane’m, w tym właściwie wszystkich jego najważniejszcyh albumów ugruntował jego unikalny styl gry oparty na bardzo mocnych akcentach lewej ręki.

„Real McCoy” to 5 kompozycji. „Passion Dance” to muzyczna wizytówka lidera i Joe Hendersona. Pianista pokrywa dźwiękową przestrzeń klasterami dźwięków, oddalając się od rytmu, melodii i podstawowej tonacji tak daleko, jak tylko się da, nie pozostawiając jednocześnie wątpliwości jaka to kompozycja. Joe Henderson tworzy muzyczny przewodnik po możliwościach kształtowania dźwięku przy pomocy saksofonu, nie pozostawiając jednak wątpliwości, że jego podstawowy dźwięk pozostaje niezwykle czysty i pewny. W sekcji tyrmicznej też dzieje się wiele. Elvin Jones podpowiada kolejne figury rytmiczne Joe Hendersonowi, komplikując rytm i nakładając na siebie kolejne jego struktury.

„Contemplation” to blues, który właściwie w świetne formalnej definicji bluesem nie jest. Zagrana w rytmie 6/8 kompozycja pozwala pokazać liderowi nieco fortepianowej wirtuozerii, jednak wolne tempo ogranicza możliwości wirtuozerskich popisów. W sumie, w kontekście pozostałych utworów na tym albumie, to rzeczywiście muzyczna kontemplacja.

„Four By Five” to muzyczna zabawa rytmem stanowiąca wielkie wyzwanie dla sekcji. Jednak Ron Carter i Elvin Jones rozwiązują te wszystkie zagadki po mistrzowsku. „Search For Peace” to piękna ballada, której punktem kulminacyjnym okazuje się w dość niepodziewany sposób krótkie solo Rona Cartera. „Blues On The Corner”… to blues a la McCoy Tyner…

To spora sztuka, grać z Johnem Coltrane’m i w ciągu kilkunastu miesięcy uwolnić się od jego stylu. To nie jest album w stylu Coltrane’a z Joe Hendersonem w zastępstwie. To definicja muzycznego stylu McCoy Tynera na kolejne 40, albo i więcej lat.

Tylko tyle i aż tyle. Wyśmienite kompozycje, wybitnie zagrane przez świetnych i będących u szczytu formy muzyków… McCoy Tyner pozostaje aktywny do dziś zarówno nagrywając swoje autorskie płyty, jak i uczestnicząc w innych projektach jako sideman i kompozytor.

McCoy Tyner
Real McCoy
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 077774651226

11 grudnia 2011

Krzysztof Herdzin feat. Gregoire Maret – Looking For Balance


Całkiem niedawno, zaledwie we wrześniu ukazała się płyta „Capacity” nagrana przez Krzysztofa Herdzina w trio. Wtedy pisałem tak:

„Był kiedyś taki polski niekoniecznie ciekawy, może przez chwilę odrobinę śmieszny film – “Kiler”. W owym filmie jedną z lepszych satyr samego siebie zagrał Olaf Lubaszenko. Mam na myśli cytat, który przeszedł już do klasyki: Przepraszam bardzo, co tu się dzieje? … Film kręcą… To dlaczego ja nie gram”. To coś w rodzaju skróconego opisu kariery Krzysztofa Herdzina. Prawdopodobnie nawet sam zainteresowany nie wie, w ilu muzycznych projektach przez lata swojej kariery uczestniczył. Z jednej strony to zapewne źródło całkiem niezłych dochodów, z drugiej świadectwo wyśmienitego warsztatu muzycznego i świetnych pomysłów aranżacyjnych na każdy właściwie rodzaj muzyki. Można niektórych muzycznych dokonań lidera dzisiejszej płyty nie lubić, jednak pracowitość i kompetencje jednego z najbardziej zapracowanych polskich muzyków podziwiać należy.

Jak w tym natłoku zajęć Krzysztof Herdzin znalazł czas na skomponowanie, nagranie i wydanie płyty, która z pewnością komercyjnym sukcesem nie będzie? To pewnie nie było łatwe, ale udało się znakomicie. To w dużej mierze również zasługa pozostałych muzyków – Roberta Kubiszyna i Cezarego Konrada – równie pracowitych mistrzów zagrania wszystkiego, co klient sobie w studiu wymyśli.”

Cały tekst przeczytacie tutaj:


No i mamy kolejną płytę, potwierdzającą tezę o niezwykłej pracowitości Krzysztofa Herdzina i jednocześnie jego niezwykłej i genialnej wręcz różnorodności pomysłów. „Capacity” to był projekt zagrany w jazzowym trio, prezentujący Krzysztofa Herdzina – pianistę. „Looking For Balance” to zupełnie coś innego. Nie znajdziecie tu wiele jazzowych fraz. To jednak, powiedzmy to od razu, płyta wyśmienita. Nie patrzcie na nazwiska, nie patrzcie na nieco niepotrzebnie luksusową okładkę, czy pretensjonalne tytuły. Spróbujcie zapomnieć o tym wszystkim, a także zupełnie niesłusznej etykietce przylegającej w głowach wielu, w tym części członków naszego redakcyjnego zespołu do Krzysztofa Herdzina. On nie jest pianistą jazzowym, nie jest nawet pianistą, nie jest aranżerem, czy producentem. On jest Muzykiem. I to muzykiem przez bardzo duże M. Niezależnie od tego, czy nad każdą płytą pracuje się 5 lat pracując koncepcyjnie, czy nagrywa się miesiącami, podobno cyzelując każdy dźwięk… Często z tego wychodzi raczej studyjna przeprodukowana papka…

Krzysztof Herdzin, a to właściwość niewielu genialnych Muzyków, widzi wszystko od razu w głowie, posiada zupełnie zdumiewającą zdolność orkiestracji, kompozycji, aranżacji i wszystkich owych ulotnych talentów pozwalających malować muzyczne obrazy.

„Looking For Balance” to bowiem właśnie takie muzyczne ilustracje. To gotowy projekt światowego poziomu muzyki filmowej. Wyobraźcie sobie, że to nie Krzysztof Herdzin, a John Williams, czy Leonard Bernstein, albo Ennio Morricone. Czy ta płyta byłaby wtedy więcej warta? Pewnie dla wielu tak, bowiem nie jest łatwo nie patrzeć na okładkę słuchając muzyki. Nie jest łatwo nie sugerować się magią nazwisk. Pewnie każdy ze słuchaczy wyobrazi sobie do tej muzyki zupełnie inny film, ale z pewnością kolejne utwory posiadają bardzo czytelny nastrój związany z melodią, skokami dynamiki, wprawnym użyciem palety brzmieniowej sporej orkiestry. W sumie to trochę się boję, muzyka filmowa na światowym poziomie to wciągające i intratne zajęcie… A bardzo bym nie chciał, żeby komponowanie do światowych produkcji zabrało nam przyjemność oczekiwania na kolejne nieco bardziej improwizowane produkcje Krzysztofa Herdzina.

Trzeba przyznać, że orkiestracja dużej grupy instrumentów smyczkowych nie jest sprawą prostą. Dość łatwo popaść w być może genialny, ale jednak banał, tworząc kolejne identyczne brzmiące aranżacje światowych przebojów, czego największą ofiarą jest Claus Ogerman. Krzysztof Herdzin robi to znacznie lepiej, omijając rafy na które nadziewali się najwięksi, nagrywając płyty, które zwykle są zatytułowane „Ktośtam with Strings”, albo jakoś podobnie… Pamiętajmy jednak, że Krzysztof Herdzin w „Looking For Balance” robi to wszystko sam… Komponuje, gra na fortepianie, aranżuje, orkiestruje, produkuje i co tam jeszcze trzeba… Tak na marginesie, szczęście, że nie ma ochoty zagrać na wszystkich instrumentach, bo to się zwykle nie udaje.

Siłą jazzowych improwizacji jest nieprzewidywalność. Na „Looking For Balance” nieprzewidywalności nie znajdziemy. Nie oznacza to, jak myśli zapewne wielu nieco zamkniętych w jazzowym mainstreamie słuchaczy nieznośnego, obraźliwego dla uszu banału. To prawda, że granica między przewidywalnością i banałem bywa niebezpiecznie cienką linią. Jednak w żadnej chwili brzmienie „Looking For Balance” nie jest banalne. A przewidywalność jest według wielu podstawowym źródłem przyjemności, którą nasz mózg znajduje w odbiorze muzyki. Niektórzy piszą o tym książki, dowodząc że przewidywalność jest w muzyce najważniejsza. Czy to prawda, nie wiem, na razie nauka nie potrafi wyjaśnić co właściwie dzieje się w naszych mózgach i czemu niektóre dźwięki brzmią lepiej niż inne. Jeśli chcecie więc dowiedzieć się więcej na temat tego, dlaczego „Looking For Balance” sprawi Wam przyjemność, przeczytajcie wyśmienitą książkę Davida Hurona – „Sweet Anticipation: Music and the Psychology of Expectation”.

Możecie uznać, że gaworzące dziecko w jednym z utworów brzmi nieco pretensjonalnie, ale i tak pasuje tu lepiej, niż w nagraniach Marcusa Millera, czy Victora Wootena. Scenariusz filmu do którego napisano tą muzykę każdy napisze sobie sam, jednak z pewnością to gotowa ścieżka dźwiękowa do wystawnej amerykańskiej produkcji.

Trochę szkoda, że tak mało na tej płycie Krzysztofa Herdzina – pianisty, jednak na takie momenty warto na tej płycie poczekać, bowiem lekkość jego gry na fortepianie jest zadziwiająca. Kompozytorowi zawsze z oczywistych względów łatwiej wygospodarować sobie w złożonej aranżacji miejsce na fortepianowe solo, jednak oprócz zrobienia tego miejsca, trzeba mieć jeszcze coś w takiej przestrzeni do powiedzenia… A Krzysztof Herdzin z pewnością ma, podobnie jak Gregoire Maret i Marek Napiórkowski. Gregoire Maret potrafi zagrać w każdym zespole i w każdym stylu, zawsze proponując własny, rozpoznawalny ton. Marek Napiórkowski świetnie integruje się z brzmieniem smyczkowej orkiestry operując szeroką paletą brzmień akustycznym, a kiedy trzeba proponuje starannie przygotowane solówki. Brzmienie jego gitary w połączeniu z ze smyczkami przypomina mi nieco inną filmową, tym razem zrealizowaną do prawdziwego filmu produkcję – muzykę Marka Knopflera do filmu „The Princess Bride”. Piotr Baron grający tu więcej na sopranie niż tenorze brzmi nieco bardziej miękko niż na swoich solowych łytach, dalej pozostaje jednak rozpoznawalny właściwie w każdym dźwięku. Jak pogodzić muzyczne osobowości pozostawiając jeszcze swój własny, nieco słowiański, a na pewno lekki i brawurowy charakter kompozycji, wie tylko Krzysztof Herdzin…

Jeśli zaś chcecie zwyczajnie posłuchać wyśmienicie skomponowanych i zagranych melodii, kupcie sobie, albo najbliższym, albo komu tam chcecie „Looking For Balance”. To światowa ekstraklasa.

Krzysztof Herdzin feat. Gregoire Maret
Looking For Balance
Format: CD
Wytwórnia: Universal
Numer: 0602527877860

09 grudnia 2011

Michael Patches Stewart – Blue Patches


Historia mojej przygody z dzisiejszą płytą jest dość ciekawa i z pewnością warta opowiedzenia i być może nawet przeczytania… O muzyce będzie nieco później.

A więc to było tak….

Parę lat temu wybrałem się na małą samotną motocyklową wycieczkę do Portugalii. W kategoriach odległości motocyklowych to nie jest znowu jakoś daleko, raptem 3 dni jazdy. Będąc już na miejscu, po poranku spędzonym na odwiedzaniu dobrze znajomych zakątków okolic Lizbony i sprawdzaniu czy wszystkie dziury na malowniczych lokalnych drogach są ciągle na swoim miejscu, a także zjedzeniu kilku ciastek w nie mających sobie równych lokalnych cukierniach, postanowiłem zjeść obiad w jednej z dobrze mi znanych knajpek w miejscowości znanej chyba jedynie miejscowym mieszakańcom – Aldea Do Meco. To miejsce leżące przy wąskiej drodze do przylądka Cabo Espichel, lokalnej turystycznej atrakcji będącej dyżurną lokalizacją do kręcenia różnych filmów fabularnych. Malutka wioska Aldea Do Meco mało ma wspólnego z turystyką, jednak składa się głównie z małych domków, w których(prawie w każdym) umieszczona jest mała restauracja oferująca to, co akurat gospodarzowi, lub zaprzyjaźnionemu rybakowi wczesnym rankiem wpadło w sieć.

Tak więc około 12 w południe usiadłem przy stoliku jednej z tych restauracji, którą znałem z wcześniejszych pobytów w tych okolicach. W niewielkiej sali siedział jeszcze tylko jeden klient, ubrany w cienką surfingową piankę, okolica bowiem to znana amatorom dobrych wiatrów. Ów spalony słońcem jegomość, jak się miało później okazać, przyjechał w poszukiwaniu fali i wiatru z Kostaryki na chwilę i siedział już tak w okolicy prawie rok, bo ciągle fala była dobra…

To złożeniu zamówienia i wyjaśnieniu przy pomocy znanego na całym świecie języka migowego, że mam dużo czasu i chcę trochę posiedzieć i odpocząć, więc kuchnia nie musi się spieszyć postanowiłem dać nieco odpocząć zmęczonym hałasem motocykla uszom. Trzeba bowiem zaznaczyć, że w Portugalii poza szlakami turystycznymi mówić trzeba po portugalsku, albo przy pomocy rąk, jeśli ma się odrobinę szczęścia, można trafić na kogoś, kto zna parę słów po hiszpańsku…

Szukając muzycznego ukojenia uruchomiłem swojego iPoda wyposażonego w zewnętrzny wzmacniacz słuchawkowy i zatkałem uszy zrobionymi na zamówienie dokanałowymi monitorami. Na początek wybrałem płytę Martyny Jakubowicz – „Tylko Dylan”. O tej płycie przeczytacie tutaj:


Zamknąłem oczy i skupiłem się na muzyce i zapachach dochodzących z kuchni. Po dłuższej chwili cała reszta przebywających w restauracji klientów w osobie wspomnianego surfera z Kostaryki postanowiła się ze mną zaprzyjaźnić. Pretekstem, odmiennie od tysięcy takich sytuacji nie była rozmowa w rodzaju: Skąd jesteś, gdzie jedziesz i tak dalej. Tym razem to była wspólna dla nas obojga miłość do świeżej sałatki z małych ośmiorniczek, ale przede wszystkim fakt, którego wcześniej nie zauważyłem, interesując się raczej porannym połowem gospodarza prezentowanym na stercie lodu niż gościem przy stoliku obok….

Tu następuje właśnie moment kulminacyjny całej historii, przypomnę bowiem, że dziś dotyczy ona płyty Michaela Patches Stewarta – „Blue Patches”. To bowiem jest opowieść o globalizacji kultury i tym, że świat jest w sumie mniejszy niż nam się wszystkim wydaje.

Otóż wspomniany już surfer z Kostaryki, którego imię uciekło z mojej pamięci, miał również zatkane uszy niezłymi słuchawkami i na jego stoliku leżał podobny do mojego, mocno zmodyfikowany iPod z dodatkowym wzmacniaczem. W ramach podróżniczej ciekawości łamiącej bariery komunikacyjne, po krótkiej wymianie uprzejmości, która została mocno ograniczona barierą językową, bowiem moja znajomość hiszpańskiego dorównywała znajomości polskiego u mojego rozmówcy, który nie mówił ani słowa po angielsku mój nowo poznany przyjaciel zaproponował chwilową wymianę iPodów…

W ten oto sposób Martyna Jakubowicz zyskała być może pierwszego fana w Kostaryce. Być może, bowiem niewykluczone, żetowarzysz mojego obiadu ciągle surfuje gdzieś pomiędzy Cabo Espichel i Ericeirą po drugiej stronie ujścia Tagu do Oceanu. Ja w tych okolicznościach po raz pierwszy usłyszałem „Patches Blue” Michaela Patches Stewarta.

Lidera dzisiejszej płyty znałem już wcześniej z nagrań z Marcusem Millerem i Alem Jarreau. Jednak tej płyty, mimo, że o niej słyszałem nie można było nigdzie kupić…

Po obiedzie spędzonym w miłym towarzystwie, każdy z nas ze swoim iPodem wrócił do własnego świata. Od wspomnianego surfera po kilku miesiącach dostałem radosnego maila informującego, że udało mu się kupić na Ebayu płytę Martyny Jakubowicz. Niestety ja miałem nieco mniej szczęścia i trudniejsze zadanie. „Patches Blue” to album równie wyśmienity, co niedostępny.

Płyty szukałem kilka lat w wielu miejscach i tych wirtualnych i ciągle jeszcze istniejących prawdziwych sklepach. Bez skutku. Umieściłem ją wysoko na liście poszukiwanych pozycji.

Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że za kilka lat poznam Michaela osobiście, że dostanę od niego „Patches Blue” w prezencie przy okazji audycji, którą zrobimy razem, absolutnie przypadkowo w 20 rocznicę śmierci Milesa Davisa… O tej radiowej audycji możecie przeczytać tutaj:


Siedząc w owej knajpce nie wiedziałem nawet, że będę miał okazję prowadzić radiowe audycje, a blog, który teraz czytacie pozostawał ciągle w sferze analogowych zapisków w niezliczonej ilości notesów.

Cała historia jest jak najbardziej prawdziwa i choć nie dysponuję zdjęciem owego surfera, to chwilę później wsiadłem na motocykl i przy okazji spaceru po klifie na którym zbudowano klasztor na Cabo Espichel zrobiłem to zdjęcie:


Tak jednak o muzyce pisać raczej nie wypada, szczególnie takiej, której nie kupicie w najbliższym sklepie…

„Patches Blue” to niezwykle elegancki zbiór jazzowych standardów. Trudno uciec od skojarzeń z największymi nagraniami kwintetów Milesa Davisa. Nagrać płytę z kompozycjami granymi przez wszystkich wielkich jazzowych trębaczy i zachować własny styl, to wymaga odwagi i muzycznego geniuszu. Michael gra w sposób niezwykle wyważony, stonowany, choć nie oznacza to, że nie potrafi zagrać ostrzej. Wierzcie mi, potrafi… W końcu to obywatel Nowego Orleanu… Jeśli mi nie wierzycie, przeczytajcie choćby relację ze wspólnego grania z Jarkiem Śmietaną tutaj:


Michael Patches Stewart nie rozpieszcza swoich fanów nadmiarem solowych projektów. Szkoda… A fanów ma na całym świecie. Znam jednego w Kostaryce, a to lokalizacja dla jazzu bardzo egzotyczna.

Jarosław Śmietana, Wojciech Karolak, Michael Patches Stewart

Trąbka Michaela momentami pozostaje gdzieś z boku, pełni rolę muzycznego komentatora. Kiedy indziej prowadzi temat utworu. Zawsze gra tonem pewnym, wyśmienitym technicznie, w większości z użyciem tłumika, chciałoby się powiedzieć… Podobnie jak Miles Davis, któremu płyta jest dedykowana…

Michael Patches Stewart

„Patches Blue” to także bardzo dobra sekcja rytmiczna, prowadzona pewną ręką przez zupełnie mi niznanego pianistę - Shelly Bery. W tych kompozycjach, w których to fortepian odgrywa główną rolę w prowadzeniu tematu trąbka ma rolę podobną do gitary Billa Frisella na wielu jego solowych płytach. Jest w centrum muzycznych wydarzeń, ale nie stara się zawładnąć muzyczną przestrzenią. Komentuje to, co grają inni. Takie podejście do muzycznej faktury to cecha wielkich liderów. Znowu chciałoby się powiedzieć, że tak grał ze swoimi zespołami w latach sześćdziesiątych Miles Davis. I choć Shelly Bery to z pewnością nie Herbie Hancock, ani Wynton Kelly, to gdyby „Patches Blue” powstała w owym czasie i została wydana przez Blue Note, byłaby dziś klasykiem gatunku.

A tak… Nie mogę Wam nawet poradzić wycieczki do najbliższego sklepu, bowiem z pewnością dzisiejszej płyty tam nie znajdziecie. Może kiedyś zostanie wznowiona. Tą drogą mogę jedynie w imieniu międzynarodowej społeczności fanów zaapelować o to do posiadaczy praw do tej wyśmienitej muzyki. Sam kupię parę sztuk dla znajomych, bowim to płyta wyśmienita…

Michael Patches Stewart
Blue Patches
Format: CD
Wytwórnia: Hip Bop
Numer: 5014929801629

08 grudnia 2011

Simple Songs Vol. 41


Wczoraj bohaterem dwugodzinnej audycji miał być Charlie Haden. Niestety z dwugodzinnej audycji w ostatniej chwili zrobiła się godzinna. Nie umawialiśmy się z Michałem Foggiem, jakie płyty przyniesiemy do studia. Mój pomysł polegał na wyszukaniu nagrań nietypowych, mało znanych, a być może również nie figurujących w oficjalnych dyskografiach Charlie Hadena.

Większość dobrych kontrabasistów, a Charlie Haden od początku lat siedemdziesiątych należy do ścisłej światowej czołówki, nagrywa wiele, uczestnicząc w setkach sesji. To sprawia fanom kłopot, często zebranie całej dyskografii jest zwyczajnie niemożliwe, nie tylko ze względu na zasobność portfela, ale też dostępność informacji o sesjach w których muzyk brał udział, szczególnie tych starszych, umownie licząc, sprzed ery internetu…

Tak więc z prezentacji płyt najważniejszych w karierze artysty, tych nagrywanych w składzie nazywanym Quartet West, płyt z Patem Metheny, Keithem Jarrettem, czy cyklu Montreal Tapes przetykanej od czasu do czasu ciekawostkami zrobił się wczoraj zbiór samych ciekawostek. Mam nadzieję, że ciekawych…

Zacznijmy więc od dość wczesnego nagrania, o którym mało kto dziś pamięta. To płyta Johna Coltrane’a wydana po jego śmierci, a właściwie płyta Alice Coltrane (tak jest do dziś wznawiana), która użyła do jej wytworzenia wcześniej nagranej sesji swojego męża, dograło co nieco, pozmieniała i po odrobinie studyjnej obróbki wydała jako „Infinity”. Jednak skoro mają być ciekawostki, to sięgniemy po dłuższą o kilka minut wersję utworu „Joy” z tej płyty, umieszczoną w wyśmienicie przygotowanym 8 płytowym zestawie nagrań Johna Cotrane’a „The Classic Quartet - Complete Impulse! Studio Recordings”. Na płycie numer 7 znajdziemy tzw. drugą wersję kompozycji „Joy”. Zagrają oprócz lidera, McCoy Tyner na fortepianie, Elvin Jones na perkusji, Alice Coltrane na wibrafonie (trudno to w tym nagraniu usłyszeć) i instrumentach smyczkowych, a także dwu kontrabasistów – nasz dzisiejszych bohater – Charlie Haden i Jimmy Garrison. Nagranie pochodzi z 1965 roku, a jego treścią jest w zasadzie po krótkim przedstawieniu tematu skomponowanego przez Johna Coltrane’a muzyczny dialog dwu kontrabasów…

* John Coltrane – Joy - The Classic Quartet - Complete Impulse! Studio Recordings

Przenieśmy się teraz w czasy nieco nam bliższe, choć w przypadku muzyki jazzowej to niekoniecznie oznacza zmianę na lepsze… Jest rok 1994. Płyta, której fragmentu za chwilę posłuchamy brzmi dokładnie tak, jak wynika to z jej okładki, składu muzyków i wybranych kompozycji. Płytę firmuje trio Gingera Bakera, którego cały świat już chyba zawsze będzie pamiętał przede wszystkim z zespołu Cream, choć to dla niego mało sprawiedliwe… Oprócz lidera grającego na bębnach usłyszymy oczywiście Charlie Hadena i grającego na gitarze Billa Frisella. Ta muzyka brzmi właśnie tak. Dla kompozycji Theloniousa Monka „Straight, No Chaser” rockowy styl gry Gingera Bakera jest nieco zbyt ciężki. Charlie Haden jest świetny, a Bill Frisell jak zwykle pozostają gdzieś z boku komentuje całość w niezwykle charakterystyczny dla siebie oszczędny sposób…

* Ginger Baker Trio – Straight, No Chaser – Going Back Home

Kiedy patrzę na przedstawioną przez Wikipedię biografię artysty, którą otworzyłem sobie słuchając poprzedniego utworu, zdumiewa mnie nieco mocne stwierdzenie autora, że Charlie Haden kojarzony jest przede wszystkim z długoletnią współpracą z Ornette Colemanem. W sumie takiego stwierdzenia nie można wywieść ilości płyt, które Charlie Haden nagrał z Ornette Colemanem w stosunku choćby do swojej solowej dyskografii, ani z poziomu sprzedaży tych płyt (albumy w rodzaju „The Shape Of Jazz To Come”, czy „Free Jazz: A Collective Improvisation” raczej na sukces komercyjny szans nie miały nigdy, choć są dla rozwoju free kamieniami milowymi). Dla mnie Charlie Haden jest jednym z nielicznych kontrabasistów, który kojarzony jest przez fanów jazzu głównie ze swoich solowych projektów. To być może jedyny taki kontrabasista. A to znaczy bardzo wiele. Tego nie da się powiedzieć nawet o Rayu Brownie… Przyniosłem dziś do studia „Free Jazz”, ale to zbyt oczywisty album, jak na kolekcję muzycznych ciekawostek z obszernej dyskografii Charlie Hadena. Posłuchajmy fragmentu nieco mniej znanej, a równie ciekawej płyty w podobnej konwencji. To będzie tytułowe nagranie z albumu „Mama Too Tight” Archie Sheppa. Zagrają oprócz lidera (saksofon tenorowy) i Charlie Hadena (kontrabas) również Graham Moncur III i Roswell Rudd na puzonach, nieco mnie znany Perry Robinson na klarnecie, Tommy Turrentine na trąbce, wszędobylski Howard Johnson na tubie (jak to dobrze grać na mało popularnym instrumencie) i Beaver Harris na perkusji.

* Archie Shepp – Mama Too Tight – Mama Too Tight

Cykl albumów Montreal Tapes nagranych na żywo w czasie festiwalu w Montrealu, gdzie Charlie Haden był w 1989 roku rezydentem jest absolutnie fenomenalny. Taka ilość tak różnej muzyki zagrana w okresie zaledwie kilku festiwalowych dni… Moim ulubionym albumem  z tego festiwalu jest nagrania Charlie Hadena z Gonzalo Rubalcabą i Paulem Motianem. Gonzalo Rubalcaba i Charlie Haden rozumieją się jak mało który pianista z kontrabasistą. Ta płyta jest w związku z tym wyśmienita. Z pewnością kiedyś znajdziemy na nią czas. Jednak dziś miały być ciekawostki, więc posłuchajmy innego wspólnego nagrania na żywo tych muzyków. To będzie rejestracja pochodząca z 1993 roku utworu Charlie Hadena „First Song” umieszczona na płycie Gonzalo Rubalcaby „”Imagine: Gonzalo Rubalcaba In The USA”. Solowe wykonanie „Imagine” Johna Lennona z tej płyty jest jedną z najlepszych interpretacji tej wyśmienitej kompozycji, jaką znam. Dziś jednak ma być Charlie Haden, więc posłuchamy równie pięknego duetu.

* Gonzalo Rubalcaba & Charlie Haden – First Song - Imagine: Gonzalo Rubalcaba In The USA

Kolejne nagranie będzie pochodziło z płyty, która sama w sobie z pewnością nie jest nieznaną ciekawostką. Jednak jej pojawienie się w kontekście prezentacji nagrań Charlie Hadena z pewnością nie jest oczywiste. W związku z tym wykorzystam okazję, żeby po raz kolejny zaprezentować jedną z moich absolutnie ukochanych płyt, bez których nie wyobrażam sobie żadnej dobrej kolekcji nagrań. Wszyscy powinniście mieć tą płytę. To „A Turtle’s Dream” Abbey Lincoln. Album absolutnie przepiękny, zarejestrowany w 1995 roku. Na tej płycie zagrali razem Charlie Haden i Pat Metheny. Być może właśnie na tej sesji wpadli na pomysł nagrania kilkanaście miesięcy później „Beyond The Missouri Sky”. Album Abbey Lincoln otwiera „Throw It Away” z udziałem Charlie Hadena i Pata Metheny.

* Abbey Lincoln – Throw It Away – A Turtle’s Dream

Na koniec będzie fragment jednego z tych nagrań, które z pewnością przyniósłby do studia również Michał Fogg. Repertuar tej płyty to w większości kompozycje Django Reinhardta. Płytę otwiera kompozycja „Django” Johna Lewisa napisana dla Modern Jazz Quartet. Album nosi tytuł jedynej kompozycji Charlie Hadena umieszczonej na tej płycie – „Gitane”. Album nagrali wspólnie Charlie Haden i francuski gitarzysta Christian Escoude. Z tej płyty posłuchamy nieco mniej znanej kompozycji Django Reinhardta – „Bolero”.

* Charlie Haden & Christian Escoude – Bolero - Gitane

Ciekawostek w dyskografii Charlie Hadena jest dużo więcej. Do pomysłu wspólnej audycji z Michałem Foggiem z pewnością jeszcze wrócimy…

07 grudnia 2011

Brad Mehldau And Renee Fleming – Love Sublime


Przedziwna to płyta nawet jak na album z wyjątkowo zróżnicowanej dyskografii Brada Mehldaua. Choć gdyby to był album Renee Fleming, sprawy wyglądałyby nieco inaczej. Prawdopodobnie to dzięki temu, że Brad Mehldau napisał całą muzykę na ten album, płyta ukazała się jako ich wspólne nagranie.

W warstwie wykonawczej „Love Sublime” to przede wszystkim śpiew Renee Fleming, Brad Mehldau pełni rolę akompaniatora dla głosu wokalistki.

Gdyby w złotych czasach opery istniały technologiczne możliwości nagrywania muzyki, „Love Sublime” byłoby zapewne rodzajem płyty demo przygotowanej przez kompozytora nowej opery dla potencjalnych wydawców i managerów scen operowych. Tak właśnie brzmi ten album. Jak muzyczna wprawka, raczej prezentacja kompozycji, niż jej pełne wykonanie.

Inspiracją do powstania płyty były wiersze Rainera Marii Rilkego i Louise Bogan. Wiersze wyśpiewane przez Renee Fleming nieco bez ekspresji, w sposób właściwy dla klasycznej techniki śpiewu operowego. Całość brzmi więc tak, jakby artyści chcieli pokazać pomysł, który w towarzystwie orkiestry i wizualnych środków wyrazu stać się może pełnowartościowym spektaklem muzycznym.

„Love Sublime” nie jest pierwszym przejawem zainteresowania Brada Mehldaua twórczością Rainera Marii Rilkego. Dzisiejsza płyta została wydana w 2006 roku, kilka lat wcześniej, w 1999 rokuświatło dzienne ujrzał album instrumentalny pianisty – „Elegiac Cycle”, również inspirowany twórczością Rilkego, o którym przeczytacie tutaj:


Być może oba zabiegi zrealizowane są celowo, jednak całość nagrana jest za cicho, a fortepian został przez realizatorów dźwięku wycofany tak, że momentami jego dźwięki niemal zupełnie giną na tle mocnego głosu Renee Fleming. Również taki właśnie sposób realizacji nagrania wspiera tezę, że to powinna być płyta Renee Fleming i dodatkow podkreśla nieco warsztatowy, demonstracyjny charakter całości. Być może kiedyś powstanie nagranie tej muzyki w większym składzie instrumentalnym. Mam wrażenie, że byłoby ciekawsze…

Idea Śpiewania ambitnych wierszy zawsze pachnie mi nieco szukaniem dodatkowego rynku zbytu wśród wielbicieli poezji i dostarczaniem dodatkowego tematu, swoistego gotowna dziennikarzom piszącym o albumie.

Głos Renee Fleming brzmi czysto i technicznie poprawnie, choć nieco brakuje w nim emocji. Trzeba też pamiętać, że głosy operowe przez kilkaset lat ewolucji gatunku miały na celu przede wszystkim przebić się przez brzmienie orkiestry, a nie przekazać treść tekstu. Cała teoria i praktyka trafiania w odpowiednie przedziały pasma akustycznego stoi nieco w sprzeczności ze zrozumiałym przekazaniem treści.

W przedstawieniu operowym uciekające z klarownego przekazu słowa są uzupełniane przez scenografię, kostiumy i całość scenicznej sytuacji w której umieszczone jest wykonanie. Głos pozbawiony tego wszystkiego pozostaje nieco bezbronny. Większość tekstów śpiewanych na „Love Sublime” przez Renee Fleming jest słabo czytelna, choć oczywiście można słuchać z książeczką dołączoną do płyty w ręku, w niej bowiem umieszczono wszystkie teksty. To odczytanie śpiewanego tekstu jest samow sobie niezłą łamigłówką, nawet dla przyzwyczajonego do operowej stylistyki słuchacza.

W sumie to pozycja nietypowa, muzycznie płycie nie da się nic zarzucić, to dwoje wielkich artystów. W tym jednak przypadku mnie nie przekonują. Jestem jednak pewien, że „Love Sublime” może mieć wielu fanów, ja się jednak do nich nie zaliczam. To nie jest płyta zła, tylko nie jest moja… Znam udane projekty łączące muzyków jazzowych i śpiewaków operowych. One jednak są bardziej klasyczne, jak choćby owoce współpracy Wyntona Marsalisa z Kathleen Battle.

Brad Mehldau And Renee Fleming
Love Sublime
Format: CD
Wytwórnia: Nonesuch / Warner
Numer: 075597995220