Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Julian Cannonball Adderley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Julian Cannonball Adderley. Pokaż wszystkie posty

10 stycznia 2021

Julian Cannonball Adderley Sextet - Jazz Workshop Revisited

Album „Jazz Workshop Revisited” jest rejestracją koncertów grupy Juliana Cannonballa Adderleya z 22 i 23 września 1962 roku ze znanego również z innych nagrań koncertowych klubu Jazz Workshop w San Francisco. To album jakich wiele, w zasadzie nie wyróżnia się niczym szczególnym w dyskografii Cannonballa. Miejsce w historii jazzu należy mu się w równym stopniu, jak większości albumów Cannonballa z udziałem Zawinula i brata – Nata Adderleya grającego na kornecie. Ten skład był rewelacyjny, a koncertowe rejestracje zwykle są ciekawsze i przenoszą tych, którzy urodzili się za późno, żeby móc cieszyć się takim graniem na żywo, choć na chwilę do czasów, kiedy słynne amerykańskie kluby nie były atrakcją turystyczną, ale miejscem gdzie grało się wybitną muzykę.

Jeśli spojrzeć na jazzową linię czasu, to w 1962 roku styl prezentowany przez zespół Cannonballa można nazwać jazzem środka, a nawet może nieco konserwatywnym i przystępnym graniem skierowanym raczej do szerszej publiczności. Przebojowe melodie, soczyste i pełne instrumentalnej wirtuozerii solówki są przystępne i czerpią obficie z tradycji grania jazzu do tańca, choć w Jazz Workshop raczej nie było miejsca do tańca. Swoje płyty koncertowe nagrali tam między innymi Thelonious Monk, Ahmad Jamal, Kenny Dorham, Charles Mingus i Jack McDuff. To było miejsce z dobra energią i znającą się na dobrej muzyce publicznością.

Dla Juliana Cannonballa Adderleya to był powrót do miejsca, gdzie grał wielokrotnie i gdzie niemal trzy lata wcześniej nagrał doskonale przyjęty album „The Cannonball Adderley Quintet In San Francisco”. Stąd tytuł albumu odnoszący się do poprzedniego nagrania. W zespole od czasu nagrania pierwszego albumu koncertowego w Jazz Workshop zmienił się pianista – Bobby Timmonsa zastąpił Joe Zawinul. Kwintet zmienił się w sekstet, a barwne solówki na flecie Yusefa Lateefa poszerzyły paletę brzmieniową i pozwoliły w momentach, kiedy ten sięgał po tenor stworzyć doskonałą kompaktową sekcję dętą.

Lateef grał w składzie Cannonballa jedynie przez kilka miesięcy. Album „Jazz Workshop Revisited” jest najlepszym nagraniem kwintetu Adderleya, który na te kilka miesięcy stał się sekstetem. Dlatego ten album jest ciekawszy i wyróżnia się na tle innych koncertowych nagrań zespołu i dlatego również umieszczam go w Kanonie Jazzu przed poprzednim nagraniem Cannnonballa z Jazz Workshop, któremu bez wątpienia również należy się miejsce w historii muzyki improwizowanej. Lateef skłonił członków zespołu do eksperymentów brzmieniowych. Sam korzystał z różnych fletów i oboju, w jego towarzystwie Louis Hayes sięgał po nieco bardziej egzotyczne rytmy, a Sam Jones zabierał w trasę oprócz kontrabasu również wiolonczelę.

W 1963 roku Cannonball zmienił wytwórnię, po zakończeniu współpracy z Riverside podpisał bardziej atrakcyjny finansowo kontrakt z Capitolem. To oznaczało jednak zwrot w stronę trafiającego lepiej do szerszej publiczności i modnego brzmienia R&B. „Jazz Workshop Revisited” to jedna z ostatnich płyt wydanych pierwotnie przez Riverside (wznowienia należały już do Capitolu). Późniejsze produkcje dla nowej wytwórni przesunęły styl Cannonballa w stronę bardziej komercyjną, czego przykładem choćby nagranie muzyki ze spektaklu „Fiddler On The Roof”, czy płyty realizowane z orkiestrami takie jak „Domination”, czy „Great Love Themes”. Warto jednak pamiętać, że producenci Capitolu, którzy mieli niekoniecznie udane pomysły na komercyjne studyjne nagrania Cannonballa w tym samym czasie wydawali jego arcydzieła koncertowe w rodzaju „Mercy, Mercy, Mercy! Live At The Club”, czy „Cannonball in Japan”.

Julian Cannonball Adderley Sextet
Jazz Workshop Revisited
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note / Capitol / EMI
Data pierwszego wydania: 1962
Numer: 724352944125

06 grudnia 2019

Simple Songs 2019/2020 – Vol. 9 – 03.12.2019

Kolejne odcinki CoverToCover czekają na swoją premierę radiową. Jeden z najbliższych będzie poświęcony kolejnej niezwykle przebojowej jazzowej melodii. Wśród muzyków jazzowych nie ma zbyt wielu kompozytorów standardów, które napisane od razu stają się przebojami, istnieją w obiegu nie tylko w muzyce improwizowanej i wchodzą na listy przebojów. Jednym z tych największych, mających na swoim koncie najpiękniejsze jazzowe melodie był bez wątpienia Joe Zawinul, autor melodii znanych nie tylko wśród fanów jazzu, autor największego przeboju Weather Report – „Birdland”. Zanim jednak powstało Weather Report, w 1966 roku Joe Zawinul napisał dla Nata Adderleya „Mercy, Mercy, Mercy”, wpisując się od razu na listę twórców jazzowych hitów, na której jest prawdopodobnie do dziś w pierwszej piątce obok Herbie Hancocka, Sonny Rollinsa, Wayne Shortera i Dave Brubecka (za „Take Five”). Sam Adderley też zresztą napisał jeden z największych jazzowych przebojów – „Work Song”, ale to inna historia. Jeśli jazz pozbawić tych melodii, które zostały pierwotnie napsiane do spektakli teatralnych, lub filmów, zostanie cała masa genialnych kompozycji, ale przebojów wychodzących poza ramy jazz jakby mniej… Dlatego warto o nich pamiętać, a „Mercy, Mercy, Mercy” to z pewnością jeden z nich. Utwór miał premierę na płycie Juliana Cannonballa Adderleya o tym samym tytule „Mercy, Mercy, Mercy! - Live At The Club”, z udziałem Nata Adderleya i Joe Zawinula. Poza tym nie mogę się zdecydować, jaką wersję wybrać jako jedyną do CoverToCover, dlatego odcinek o tej kompozycji będzie z pewnością jednym z najdłuższych. Jamajska wersja Monty Alexandra z udziałem jednej z genialnych lokalnych sekcji w postaci Robbie Shakespeare’a i Sly Dunbara, całkiem nową Davida Helbocka i jego Random Control, czy może kameralną Bogdana Hołowni z jego trudno dziś dostępnej płyty „On The Sunny Side”? A może polską wersję z tekstem zespołu Lion Vibrations? Posłuchajmy wszystkich…

* Mercy, Mercy, Mercy – Mercy, Mercy, Mercy! - Live At The Club – Julian Cannonball Adderley
* Mercy, Mercy, Mercy – Monty Meets Sly And Robbie - Monty Alexander with Sly Dunbar And Robbie Shakespeare
* Mercy, Mercy, Mercy – Tour D'horizon (From Brubeck To Zawinul) - David Helbock’s Random Control
* Mercy, Mercy, Mercy – On The Sunny Side – Bogdan Hołownia with Dave Clark and Skip Hadden
* Mercy, Mercy, Mercy – Lion Vibrations & Friends – Lion Vibrations & Friends

Kolejny odcinek CoverToCover, czekający w kolejce na produkcję opisze historię kompozycji członków zespołu U2 „Mysterious Ways” z albumu „Achtung Baby”. Z pewnością nie zabraknie wtedy wykonania Angelique Kidjo z albumu przeróżnych wykonawców pochodzących z Afryki – „In The Name of Love: Africa Celebrates U2”.

Mysterious Ways - In The Name of Love: Africa Celebrates U2 – Angelique Kidjo

Do odcinka o „Imagine” Johna Lennona przygotowuję się od dawna. W tym przypadku wybór też nie będzie łatwy. Nagromadzenie sław w jednym miejscu i czasie kończy się zwykle celebrycką płytą z niekoniecznie ciekawą muzyką. Jednym z nielicznych, którym udają się takie projekty jest Herbie Hancock. Jego wersja „Imagine”, to wokalistki Pink i India Arie i wokalista Seal. Na gitarze Jeff Beck i Lionel Loueke, na Hammondzie Larry Goldings, na basie Marcus Miller, na instrumentach perkusyjnych Alex Acuna. Lider na klawiaturach przeróżnych i wielu innych muzyków. I brzmi doskonale, to mistrzostwo świata przerobienia kameralnego utworu na większy skład.

* Imagine – The Imagine Project – Herbie Hancock

W planowanym odcinku o genialnej kompozycji „Witchi Tai To” niedocenianego Jima Peppera nie zabraknie Jarka Śmietany, ale znajdzie się też Jan Garbarek. Jego album o tym samym tytule z 1974 roku niedawno został wznowiony. Pospieszcie się, bo może znowu na lata zniknąć z półek. Skład wybitny – Bobo Stenson, Palle Danielsson i Jon Christensen.

* Witchi Tai To – Witchi-Tai-To - Jan Garbarek 

30 listopada 2019

Work Song – CoverToCover Vol. 18


„Work Song” to utwór napisany przez Nata Adderleya, choć znany najbardziej z albumu nagranego przez jego brata Juliana Cannonballa. Tak zresztą było zawsze. Nat pozostawał w cieniu swojego brata aż do jego śmierci w 1975 roku. Kompozytor „Work Song” przeżył brata o ćwierć wieku. Po raz pierwszy utwór ukazał się na płycie Nata Adderleya o tym samym tytule. Wkrótce po premierze albumu w 1960 roku tekst do melodii Nata dopisał Oscar Brown Jr i nagrał tak powstałą piosenkę na swoim albumie „Sin And Soul…”. Jednak, jeśli nie liczyć jego wykonania i nagrania Niny Simone, utwór jest bardziej popularny w wersji instrumentalnej.


Za wersję kompozytorską uważam nagranie jedynie kilka tygodni młodsze, niż to pierwsze. Mnie album „Work Song” nie przekonuje, choć wielu uważa go za jedną z ciekawszych płyt Nata Adderleya. Mnie przeszkadzają wiolonczele Sama Jonesa i Ketera Bettsa. Za to, kiedy Jones pozostaje przy basie, a zamiast drugiego solisty – Wesa Montgomery na gitarze, pojawia się Cannonball, „Work Song” od razu staje się jazzowym klasykiem. Dlatego właśnie dla mnie wersją kompozytorską jest nagranie z albumu „Them Dirty Blues”. W dodatku współczesne wydania tego albumu zawierają dwie wersje tego nagrania. O tej płycie przeczytacie tutaj: Julian Cannonball Adderley Quintet feat. Nat Adderley - Them Dirty Blues.

Wspomniana już Nina Simone nagrywała „Work Song” kilka razy. Utwór posiada tekst, więc trzeba o nim pamiętać, tym bardziej, że Oscar Brown Jr. po ważna postać w historii amerykańskiej muzyki, telewizji, teatru i polityki. Napisał ponad 100 piosenek, wydał kilkanaście albumów, grał w filmach i działał w ruchu na rzecz obrony praw Afroamerykanów. Napisał teksty na ważny album Maxa Roacha „We Insist!” śpiewane przez Abbey Lincoln. Napisał teksty do kilkunastu musicali oraz do „All Blues”.

Bardzo ciekawie na tle innych wersji „Work Song” wypada polskie wykonanie z 2014 roku. Zespół nazwany na okoliczność nagrania płyty Lion Vibrations gościł między innymi Piotra Barona, Jorgosa Skoliasa, Wojtka Mazolewskiego i Natalię Niemen. W ich autorskiej interpretacji „Work Song” gwiazd nie usłyszycie. Te zaszczyciły swoją obecnością inne jazzowe przeboje – „Mercy, Mercy, Mercy”, „Take Five”, „Bernie’s Tune” i „Moanin’”. Jednak nawet bez wielkich nazwisk „Work Song” brzmi w ich wykonaniu znakomicie. Szkoda, że skończyło się, przynajmniej na razie, na jednym albumie. O tej płycie możecie przeczytać tutaj: Lion Vibrations And Friends.

Utwór: Work Song
Album: Them Dirty Blues
Wykonawca: Julian Cannonball Adderley Quintet feat. Nat Adderley
Wytwórnia: Riverside / Capitol
Rok: 1960
Numer: 724349544727
Skład: Julian Cannonball Adderley – as, Nat Adderley – cornet, Barry Harris – p, Sam Jones – b, Louis Hayes – dr.

Utwór: Work Song
Album: High Priestess Of Soul
Wykonawca: Nina Simone
Wytwórnia: Mercury / Verve / Polygram
Rok: 1966
Numer: 042284689229
Skład: Nina Simone – voc, p, orchestra

Utwór: Work Song
Album: Lion Vibrations & Friends
Wykonawca: Lion Vibrations & Friends
Wytwórnia: V Records
Rok: 2014
Numer: 5903111377052
Skład: Jahga – voc, b, Magdalena Milwiw Baron – as, Adam Milwiw Baron – tp, Grzegorz Turczyński – tromb, Karol Gola – bs, Piotr Rachoń – el. p, org, Artur Kocan – g, Szymon Chudy – g, Przemysław Jarosz – dr.

06 lutego 2016

Miles Davis – Jazz Track – strona B

Oto opowieść o magicznej, choć dziś nieco zapomnianej sesji nagraniowej. 26 maja 1958 roku w studiu nagraniowym wytwórni Columbia na Wschodniej 30 Ulicy w Nowym Jorku (czyli w słynnym z wielu nagrań Kościele) spotkali się ówcześni członkowie koncertowego zespołu Milesa Davisa – Julian Cannonball Adderley, John Coltrane, Bill Evans, Paul Chambers i Jimmy Cobb. Pod kierownictwem swojego mistrza nagrali jedynie 4 utwory i dwie odrzucone i wydane dużo później wersje alternatywne.

Ta sesja dla Milesa Davisa była zupełnie typowym, kolejnym nagraniem. Dla większości zespołu również to był kolejny, zwyczajny poniedziałek, jakich wiele. Ta sesja była jednak jedną z najważniejszych w życiu dla Billa Evansa. To właśnie tego dnia świat poznał geniusza, który już wtedy miał wielki wpływ na muzykę Milesa Davisa.

Niespełna 30 letni pianista miał już na swoim koncie pierwszą ważną płytę nagraną pod własnym nazwiskiem – „New Jazz Conception”. Nagrywał też z kilkoma mniej znanymi artystami, jak choćby Lucy Reed, Sahib Shihab, czy Jimmy Knipper. Miał też na swoim koncie udział w sesji George’a Russela – „The Jazz Workshop” i nagranie z Charlesem Mingusem – „East Coasting”. Mimo tego, że od kilku miesięcy grał z Milesem Davisem, był raczej zauważany przez krytyków, którzy zdążyli mu przyznać kilka ważnych wyróżnień, niż przez słuchaczy. Po kilku miesiącach od tego nagrania miało powstać „Kind Of Blue” z jego udziałem.

Materiał z tej sesji nie miał szczęścia. Znalazł się najpierw w części bez „Love For Sale” na kompilacyjnym albumie „Jazz Track” wydanym w Stanach Zjednoczonych w zasadzie jako reedycja znanej jedynie w Europie muzyki Milesa Davisa do filmu „Ascenseur pour l’echafaud” („Windą na szafot”) nagranej we Francji w towarzystwie muzyków lokalnych i paryskiego rezydenta – Kenny’ego Clarke. Sesja z 26 maja pełniła rolę wypełniacza drugiej strony tego albumu.

Kiedy już Bill Evans był gwiazdą największą z największych, a „Kind Of Blue” jazzowym albumem wszechczasów, okazało się, że na każdym nagraniu zespołu w tym samym składzie można zarobić sporo pieniędzy i Columbia wznowiła materiał w 1974 roku tym razem nazywając kolejny kompilacyjny album „1958 Miles” i umieszczając na jednej płycie nagrania z 26 maja (częściowo nieco inne wersje niż te z „Jazz Track”) z częścią występu promocyjnego zespołu dla oficjeli wytwórni z nowojorskiego hotelu Plaza z września tego samego roku. Ten drugi materiał w zasadzie nie powinien, ze względu na jakość techniczną rejestracji, nigdy się ukazać. Później powstała jeszcze inna kompilacja Columbii – „'58 Sessions Featuring Stella By Starlight”. Jeden utwór alternatywny upchnięto w 1975 roku na składance przeróżnych wykonawców – „Black Giants”, by wreszcie po  raz pierwszy umieścić go na kolejnej przedziwnej płycie Milesa Davisa – „Circle In The Round” w 1979 roku. Całość materiału najlepiej chronologicznie i dźwiękowo prezentuje się dziś w wersji z zestawu „The Complete Columbia Recordings 1955-1961: Miles Davis & John Coltrane” – płyty 3 i 4. Okazuje się, że ważna historycznie i muzycznie doskonała sesja musiała czekać na swoje wydanie do roku 2000, mimo tego, że całość materiału była wcześniej dostępna i nie mamy tu do czynienia z jakimś archiwalnym odkryciem. Ot taka wydawnicza ciekawostka.

Symbolicznym reprezentantem tej muzyki w naszym radiowym Kanonie Jazzu jest jednak album „Jazz Track” – pierwotne wydanie znacznej części materiału z 26 maja 1958 roku.

Bill Evans zastąpił w zespole Milesa Davisa Reda Garlanda, z którego Miles wcale nie był jakoś szczególnie niezadowolony, jednak zawsze chciał iść do przodu. Z udziałem Reda Garlanda powstały między innymi słynne „Workin’”, „Steamin’”, „Relaxin’” i „Cookin’”. Nieznanego wówczas Billa Evansa do zespołu Milesa rekomendował George Russell. Miles poszukiwał pianisty dającego mu wiele muzycznej przestrzeni, delikatnie traktującego klawiaturę o równej jemu inwencji harmonicznej.  Wersji ich pierwszego spotkania jest przynajmniej kilka. Bill Evans został regularnych członkiem zespołu w okolicach kwietnia 1958 roku, czyli zaledwie 6-7 tygodni przed nagraniem „Jazz Track”. W tygodniu poprzedzającym nagranie do zespołu dołączył Jimmy Cobb, a muzycy grali codziennie w Village Vanguard. W poniedziałki klub był zamknięty i dzięki temu właśnie możemy dziś posłuchać „Jazz Track”.

Otwierający sesję wstęp do „On Green Dolphin Street” w zasadzie definiuje styl gry Billa Evansa już na zawsze… cała reszta to historia zapisana na dziesiątkach wybitnych albumów, z których kolejnymi miały być „Kind Of Blue”, a jeszcze wcześniej w 1958 roku „Everybody Digs Bill Evans”. W przypadku tego albumu warto również docenić polski wkład w to historyczne wydarzenie. „On Green Dolphin Street” to przecież kompozycja Bronisława Kapera, a „Stella By Starlight” Victora Popular Younga, który urodził się w Stanach Zjednoczonych, ale jego matka była Polką. Sam Victor Young po śmierci matki przyjechał do Warszawy, gdzie skończył Konserwatorium by w wieku 15 lat zostać asystentem dyrygenta Filharmonii Warszawskiej. Kiedy wyjechał do USA został jednym z najlepszych i niezwykle pracowitych kompozytorów muzyki filmowej.

Jeśli chcecie posłuchać jak powstawało „Kind Of Blue” – poznajcie „Jazz Track”, to prapoczątki najpiękniejszego jazzowego albumu wszechczasów.

Miles Davis
Jazz Track
Format: CD
Wytwórnia: Columbia
Numer: 074646583326 (część zestawu „The Complete Columbia Recordings 1955-1961: Miles Davis & John Coltrane”)

11 sierpnia 2014

Julian Cannonball Adderley With Milt Jackson - Things Are Getting Better

To kolejna pozycja z cyklu pewniaków – w zasadzie skład gwarantuje sukces, choć zdaje się też niebezpieczny. Zderzenie dwu wielkich osobowości – Milta Jacksona i Cannonballa Adderleya w towarzystwie jak zawsze wyśmienitego Wyntona Kelly i wybornej sekcji. Tu łatwo o często w takich wypadkach popełniany błąd. Obaj liderzy z okładki należeli raczej do tych, którzy swoimi pomysłami byli w stanie zapełnić dziesiątki ciekawych albumów. Tym razem potrafili zagrać razem.

Julian Cannonball Adderley i Milt Jackson przy okazji nagrania tego albumu, kolejnego z wielkich nagranych w 1958 roku, spotkali się w studiu po raz pierwszy w roli współliderów. Wcześniej pracowali jedynie krótko z Quincy Jonesem („Plenty, Plenty Soul”) i bywali razem w studiu, kiedy nagrywał Ray Charles, ale to były raczej dość przypadkowe spotkania. Kto doprowadził to takiego zadziwiającego spotkania – dziś nie sposób ustalić, choć można przypuszczać, że jeden z najważniejszych producentów lat pięćdziesiątych Orrin Keepnews, który wyprodukował płytę wymyślił taki duet bazując na przekonaniu, że obu muzykom dość blisko bluesowych korzeni jazzowej tradycji. Bacznym obserwatorom jazzowej chronologii takie spotkanie może wydawać się jednak zupełnie niespodziewane – w 1958 roku kwintet Milesa Davisa (Julian Cannonball Adderley, wkrótce Wynton Kelly) od Modern Jazz Quartet (Milt Jackson i Percy Heath) dzieliło właściwie wszystko. Spotkanie jednak się udało i powstał wyśmienity, wznawiany do dziś i niezwykle wartościowy album.

Repertuar albumu – to jak często wtedy bywało – garść kompozycji obu liderów, uzupełniony o znane wszystkim kompozycje, często nagrywane, kiedy te nowe, przyniesione d studia kompozycje się już skończyły, a producent dawał znak, że brakuje jeszcze do pełnej płyty długogrającej nieco muzyki.

Album powstał, jak wiele w tamtym okresie w czasie jednej nocnej zapewne sesji nagraniowej, co oznacza spontaniczność i dobrą zabawę. To słychać do dziś, mimo niedoskonałości technicznych. Przy okazji nowszych wydań często dodawane są alternatywne wersje, które nie wnoszą wiele nowego, nie są ani gorsze, ani lepsze od tych, które pierwotnie znalazły się na płycie analogowe.

Zdaniem wielu Julian Cannonball Adderley wymyślił soul-jazz. Na swój wielki hit musiał poczekać do połowy lat sześćdziesiątych („Mercy, Mercy, Mercy”). Jeśli uznamy, że soul-jazz jest osobnym gatunkiem, który ktoś wymyślił, a nie nieco bardziej melodyjnym i przebojowym jazzowym mainstreamem, to „Things Are Getting Better” można uznać za jego prapoczątki.

Rok 1958 był dla Cannonballa jednym z ciekawszych, wtedy zbliżył się do Milesa Davisa. Był dla niego na tyle ważny, że Miles zdecydował się zagrać gościnnie na jego płycie – „Somethin’ Else” parę miesięcy przed nagraniem „Things Are Getting Better”. A to nie zdarzało się często, właściwie oprócz niewiele wartych nagrań z lat osiemdziesiątych i wczesnych archiwaliów, to jedyny sensowny album z Milesem Davisem w roli muzyka towarzyszącemu liderowi.

Nie wiem, czemu muzycy zdecydowali się umieścić na początku płyty najbardziej eksperymentalny, zdecydowanie nie ułatwiający oceny całości utwór Milta Jacksona – „Blue Oriental”? Może to taki rodzaj sprawdzianu? Dalej jest zdecydowanie bardziej przebojowo. Rok 1958 był wybitny, a „Things Are Getting Better” to kolejny na to dowód…

Julian Cannonball Adderley With Milt Jackson
Things Are Getting Better
Format: CD
Wytwórnia: Riverside / Fantasy / OJC

Numer: 02521860322

28 października 2013

Julian Cannonball Adderley - Portrait Of Cannonball

W zasadzie każdy album Juliana Cannonballa Adderleya zasługuje na miejsce w Kanonie Jazzu. „Portrait Of Cannonball”, to album, który Cannonball nagrał w towarzystwie swoich kolegów, ot takie rodzinne spotkanie. Blue Mitchella znał jeszcze z Florydy, gdzie spędził dzieciństwo. Dzięki niemu Blue Mitchell podpisał swój własny kontrakt z Riverside i niemal w tym samym czasie zarejestrował swój debiutancki album. Sama Jonesa lider poznał prawdopodobnie już w Nowym Jorku, jednak to muzyk, który również pochodził z Florydy. Philly Joe Jonesa i Billa Evansa lider poznał w zespole Milesa Davisa.

Jeśli ktoś z Was, co w sumie mało możliwe, nie słyszał nigdy o postaci Juliana Cannonballa Adderleya, to pozwolę sobie wspomnieć choćby fakt, że to w zasadzie jedyny muzyk, u którego w małym składzie gościnnie zagrał Miles Davis i to na parę miesięcy przed nagraniem „Portrait Of Cannonball” – mam oczywiście na myśli album „Somethin’ Else”.

„Portrait Of Cannonball” to pierwszy z serii albumów nagranych po podpisaniu przez lidera kontraktu z wytwórnią Riverside. Układ płyty jest typowy dla lat pięćdziesiątych – trochę kompozycji własnych lidera, uzupełnianych dla dopełnienia czasu i jednocześnie w celu zwiększenia sprzedaży kilkoma standardami, które gdyby była taka potrzeba, mogłyby posłużyć po skróceniu za single promujące album.

Przy okazji prezentacji albumu Juliana Cannonballa Adderleya warto opowiedzieć jazzową anegdotę związaną z przybyciem młodego wówczas, liczącego około 25 lat saksofonisty do Nowego Jorku. Jak to zwykle wtedy bywało, młody muzyk, zdobywszy już nieco lokalnej sławy w barach w Tampa na Florydzie postanowił, wierząc w swój talent, co typowe dla Amerykanów, udać się do samego serca muzycznych wydarzeń, czyli do Nowego Jorku. Jako, że nie był bogaty z domu, co zresztą w przypadku czarnoskórych muzyków było wtedy dość powszechne (nie każdy miał ojca dentystę – jak Miles Davis), nie miał tam lekko. Mieszkał kątem w różnych miejscach, co sprawiało, że najcenniejszą rzecz jaką posiadał – czyli swój saksofon altowy nosił ciągle ze sobą, nie w celu jego użycia bynajmniej, ale w celu ochrony przed kradzieżą ukochanego instrumentu pozostawionego nawet na kilka godzin w jakimś przypadkowym mieszkaniu.

Tak więc młody Cannonball szwendał się po Nowym Jorku chłonąc nowe muzyczne doświadczenia. Pewnego wieczoru znalazł się w słynnej Cafe Bohemia, gdzie grał akurat zespół Oscara Pettiforda. Dalej historia jest już dość typowe – zagrał, zdobył uznanie i już kilkanaście miesięcy później był stałym członkiem zespołu Milesa Davisa, z którym nagrał tylko kilka płyt, ale za to tych największych – w rodzaju „Kind Of Blue”, „Porgy And Bess”, czy „Milestones”. Grał oczywiście w tym samym czasie ze swoim bratem – znakomitym kornecistą Natem Adderleyem i w zespole Billa Evansa.

Na płycie oprócz nowych i już znanych kompozycji lidera znajdziecie „Nardis” Milesa Davisa – słynną kompozycję napisaną w zupełnie niejazzowowej starogreckiej skali frygijskiej. Co ciekawe sam Miles nigdy nie nagrał „Nardis”, powierzając artystycznie tą niezwykłą kompozycję Billowi Evansowi, który grał ją niemal do końca swojej kariery i wielokrotnie nagrywał na swoich studyjnych i koncertowych płytach. „Portrait Of Cannonball” to muzyczna premiera tej kompozycji, napisanej specjalnie z okazji nagrania tej płyty. To również pierwsze jej wykonanie przez Billa Evansa. Miles nie pisał wiele na zamówienie, jednak dla Canoonballa zrobił jeden z nielicznych wyjątków.

Już dla samego premierowego wykonania „Nardis” warto sięgnąć po ten album. Reszta to dodatkowy bonus. Wybitny skład, muzycy w świetnej formie i duch Milesa unoszący się nad całością.

Julian Cannonball Adderley
Portrait Of Cannonball
Format: CD
Wytwórnia: Riverside / OJC
Numer: 025218036122

25 sierpnia 2013

Julian Cannonball Adderley – Mercy, Mercy, Mercy! - Live At The Club

Ta płyta należy nie tylko do Kanonu Jazzu, ale też do jego ścisłej czołówki, czyli do Kanonu Kanonu Jazzu. To absolutna jazzowa ekstraklasa, pozycja absolutnie konieczna w każdej dobrze skomponowanej kolekcji jazzowych nagrań. To również album, który zwyczajnie wypada znać, a w dodatku taki, który jest nie tylko ważnym świadectwem historycznym, ale do dziś pozostaje aktualny i przebojowy.

Przebojowy to w wypadku płyty „Mercy, Mercy, Mercy! - Live At The Club” właściwe słowo, bowiem to właśnie na tej, pochodzącej z 1966 roku płycie premierę miała kompozycja Joe Zawinula, która dała albumowi tytuł i stała się jednym z największych jazzowych przebojów wszechczasów, melodią rozpoznawaną przez wielu, którzy na słowo jazz uciekają do drugiego pokoju. Owa łączenie świetnych melodii z niebanalnymi jazzowymi harmoniami miało wkrótce stać się znakiem rozpoznawczym Joe Zawinula, autora tak popularnych melodii, jak „Birdland”, „Black Market”, czy „In A Silent Way” i wielu innych.

Kwintet Juliana Cannonballa Adderleya w 1966 roku zainaugurował działalność odnowionego The Club w Chicago, który wcale nie był typowym muzycznym klubem, lecz raczej małą salą koncertową mogącą pomieścić przy stolikach kilkaset osób. Klub tak naprawdę nazywał się Club DeLisa, w Julian Cannonball Adderley grał w nim w towarzystwie swojego brata Nata Adderleya grającego na kornecie, coraz częściej eksperymentującego z elektrycznym fortepianem Joe Zawinula (gdyby nie Ray Charles, byłby pionierem gry na tym instrumencie), a także nieco mniej znanej w tym towarzystwie sekcji rytmicznej – basisty Victora Gaskina i perkusisty Roya McCurdy.

Pierwsze wydania płyty próbowały wmówić słuchaczom, że nagrania dokonano właśnie w The Club w Chicago. To było delikatnie ujmując nadużycie, bowiem w rzeczywistości nagranie powstało w Hollywood w studiach wytwórni Capitol. Publiczność podobno nie reagowała zbyt spontanicznie, bo została wynajęta na godziny, a moment wiwatowania pokazywał tak zwany reżyser widowni.

Muzykom jednak to nie przeszkadzało, zagrali świetny koncert. Jeśli policzyć wszystkich nabywców płyty, pewnie największy w swojej karierze. Kompozycja Joe Zawinula „Mercy, Mercy, Mercy” stała się niespodziewanie przebojem muzyki popularnej ocierając się o pierwszą dziesiątkę listy Bilboardu w kategorii ogólnej, a nie jedynie jazzowej, co dla utworu jazzowego i w dodatku pozbawionego wokalu było w czasach rockowego boomu nie lada osiągnięciem. Ta melodia do dziś pozostaje rozpoznawalna nawet wśród osób, które z jazzem nic wspólnego nie mają. Mało kto kojarzy ją dziś z tym właśnie albumem.

Nie można jednak zapominać, że płyta zawiera inne wyśmienite utwory, w tym choćby „Sack O’Woe” lidera, który nie ma być może tak chwytliwej melodii, ale jest często grywany nawet dziś, u nas choćby przez bardzo ostatnio aktywny skład Henryka Miśkiewicza znany jako Full Drive. Michael Patches Stewart zdecydowanie nie jest bratem lidera, ale rozumieją się na scenie coraz lepiej.

„Mercy, Mercy, Mercy! - Live At The Club” to album wybitny i oceniać samej muzyki w zasadzie się nie podejmuję, podkreślając jedynie, że w odróżnieniu od wielu historycznie ważnych nagrań, ten album brzmi świeżo do dziś. Sam często do niego wracam, gdyby policzyć ilość odtworzeń w ciągu ostatnich powiedzmy 20 lat, mogłoby się okazać, że to jedna z najważniejszych dla mnie płyt z lat sześćdziesiątych.

Julian Cannonball Adderley
Mercy, Mercy, Mercy! - Live At The Club
Format: CD
Wytwórnia: Capitol / Blue Note

Numer: 724382991526

22 lipca 2012

Julian Cannonball Adderley Quintet feat. Nat Adderley - Them Dirty Blues

Wiem, wiem, prawdopodobnie w tym miejscu powinna pojawić się monumentalna płyta „Somethin’ Else”, nagrana kilkanaście miesięcy wcześniej, jeden z niewielu „gościnnych” występów Milesa Davisa w roli sidemana. Na ten album też z pewnością w Kanonie przyjdzie pora. Podobnie, jak na „Mercy, Mercy, Mercy! - Live At The Club” i może jeszcze ze dla inne albumy Cannonballa, w szczególności te z udziałem Nata Adderleya. Ale od czegoś trzeba zacząć. W przypadku Kanonu jazzu moglibyśmy spędzić całe godziny w redakcji dyskutując nad tym, która płyta ważniejsza i która powinna być wcześniej. A i tak do wniosku satysfakcjonującego wszystkich dojść by nie można.

Tak więc w tym tygodniu zajmujemy się niezależnie od historycznych okoliczności i otoczenia jeszcze znakomitszymi albumami, i tak znakomitą płytą „Them Dirty Blues”. To również jeden z najbardziej przebojowych albumów braci Adderley. Ostatnim jazzowym przebojem był chyba „Mo’ Better Blues” Branforda Marsalisa, jeśli nie liczyć jazzowych piosenek z tekstem. To było w roku 1990. Trzydzieści lat wcześniej więcej jazzowych melodii trafiało na listy przebojów, nie tylko te specjalizujące się w jazzie. Stąd też każda płyta z tych, które w owym czasie powstawały często w jeden dzień i które wydawane były w tempie dziś niewyobrażalnym, musiała posiadać co najmniej jeden przebój. Chwytliwą melodię, coś co dawało się zanucić. Ileż to powstało wtedy, choćby w studiu Rudy Van Geldera płyt z autorskimi kompozycjami, do których dokładano jakiś jazzowy standard znany z desek Broadwayu. W przypadku „Them Dirty Blues” mamy do czynienia z czymś, co dzisiaj nazwalibyśmy superprodukcją, bowiem właściwie wszystkie utwory na takie przeboje się nadają, a większość nie jest na tym albumie premierowa. Znajdziemy tu bowiem „Work Song” – utwór znany już wcześniej, premierowo zarejestrowany na płycie Nata Adderleya pod tym samym tytułem z Wesem Montgomery. Jest premierowe wykonanie często później grywanego standardu „Jeannine” Duke Pearsona. Jest też „Dat Dere” Bobby Timmonsa, ówczesny przebój koncertowy Jazz Messengers, utwór będący modyfikacją kompozycji „Dis Here” i „Which Were?”  Bobby Timmonsa, ówczesnego pianisty Arta Blakeya, który wziął również udział w jednej z dwu sesji, na których powstał album „Them Dirty Blues”.

Można sobie ponarzekać na techniczne niedoskonałości nagrania, na hałasy pałek Louisa Hayesa upadających na podłogę studia w czesie jednej z solówek Sama Jonesa. Można zastanawiać się, czemu inżynier dźwięku nie potrafił ustawić mikrofonu liderowi tak, żeby zapewnić jednakowy poziom dźwięku w czasie jego partii solowych. Mimo wszelkich niedoskonałości technicznych to jedna z najlepszych płyt kwintetu Juliana Cannonballa Adderleya, uzupełniona o wyśmienite solówki na kornecie jego brata.

Można też zastanawiać się, czy lepszym pianistą w kwintecie był Barry Harris, czy Bobby Timmons. Ja osobiście uważam, że Bobby Timmons. „Them Dirty Blues” to bowiem jak sama nazwa wskazuje album bliski bluesowi, a Bobby Timmons bluesa grać potrafił…

Czasem te mniej znane płyty okazują się równie dobre, lub tylko nieznacznie gorsze od tych najbardziej znanych. Warto je przypominać również w Kanonie Jazzu.

Julian Cannonball Adderley Quintet feat. Nat Adderley
Them Dirty Blues
Format: CD
Wytwórnia: Riverside / Capitol
Numer: 724349544727

12 stycznia 2012

Miles Davis Sextet – Jazz At The Plaza


Na pierwsze oficjalne wydanie tego koncertowego nagraniu zarejestrowanego w 1958 roku trzeba było poczekać 15 lat. W 1997 roku ukazała w Japonii zremasterowana edycja, która zawiera całkiem dobrze poprawiony dźwięk i jest do tej pory prawdopodobnie najlepszym wydaniem tej unikalnej muzyki. Dźwięk nie jest oczywiście idealny, jednak we współczesnych wydania akceptowalny i jeśli pominąć to, że dźwięk trąbki lidera czasem oddala się nieco od mikrofonu to jakość nie utrudnia kontaktu z historycznie ważną, a przede wszystkim zwyczajnie piękną muzyką. Historia jazzu zna co najmniej kilka płyt uznanych powszechnie za wybitne, których jakość dźwięku w zasadzie nie umożliwia usłyszenia tego, co grali muzycy – jak choćby nagrania Theloniousa Monka z Johnem Coltrane’a znane jako „Live At The Five Spot Discovery!”, czy „Jazz At Massey Hall” Charlie Parkera występującego pod pseudonimem i grającego na plastikowym saksofonie….

Koncert zarejestrowano pewnie dość przypadkowo, przynajmniej pierwotnie Columbia nie zamierzała tego materiału wydać w czasie jego rejestracji. Jednak taśmy spoczęły gdzieś na półkach w archiwum i doczekały się wydania wiele lat później, kiedy po jednym z najważniejszych zespołów Milesa Davisa nie było już śladu. Było też wiadomo, że skład, w którym nagrano „Kind Of Blue”, dla wielu najważniejszą płytę jazzową w kategorii absolutnej nie zarejestrował wiele muzyki. Z nagrań studyjnych to bodaj oprócz już wspomnianego albumy chyba tylko część dość enigmatycznego albumu „Jazz Track”. Oczywiście z czasem pojawiło się trochę nagrań koncertowych, a nawet znalazły się nagrania telewizyjne, które umieszczono na jubileuszowym wydaniu „Kind Of Blue”, ale to już zupełnie inna historia. Tak, czy inaczej, Sextet Milesa z przełomu 1958 i 1959 roku nie nagrał wiele i już samo to sprawia, że „Jazz At The Plaza” to płyta ważna.

Przy okazji też bardzo dobra. Nie mogło być zresztą inaczej w takim składzie muzyków, którzy w owym czasie byli w życiowej formie. Dla porządku przypomnijmy, że zespół tworzyli oprócz lidera Julian Cannonball Adderley (saksofon altowy), John Coltrane (saksofon tenorowy), Bill Evans (fortepian), Paul Chambers (kontrabas) i Jimmy Cobb (perkusja). W temacie saksofonów więc to najlepszy z możliwych składów Milesa Davisa. Co do pianisty – zdania mogą być podzielone, niektórzy wolą u jego boku Wyntona Kelly, albo Reda Garlanda. Każdy z nich grał inaczej. Jednak bez szerokich muzycznych horyzontów i klasycznej wiedzy Billa Evansa nie byłoby „Kind Of Blue”…

Pewnie gdyby w hotelu Plaza w Nowym Jorku stał lepszy fortepian, Bill Evans potrafiłby to wykorzystać. Jednak dyskusje o wyższości Reda Garlanda nad Billem Evansem pozostawmy tym, którzy koniecznie muszą ustalić kto był lepszy… Każdy z nich był inny. W tym okresie pewnie Bill Evans pasował lepiej do wizji Milesa Davisa. Nawet na niezbyt dobrze działającym fortepianie Bill Evans potrafił zagrać „My Funny Valentine” w zupełnie niezwykły sposób.

W tym czasie „Kind Of Blue” pewnie gdzieś w głowie Milesa już kiełkowało. Zespół jednak grał wypróbowany repertuar – „Oleo”, „Straight, No Chaser”, czy „My Funny Valentine”.

Cóż… To był koncert w sali bankietowej dla dziennikarzy. Tamte czasy nie wrócą. Mimo wrodzonej awersji do bankietów… na tym bardzo chciałbym się znaleźć… Tym bardziej, że tego samego dnia zagrał tam również zespół Duke Ellingtona. To dlatego płyta Milesa Davisa jest oznaczona jako Volume 1. Druga część z podobną okładką zawiera nagrania orkiestry Duke Ellingtona i również ukazała się pierwszy raz w 1973 roku.       

Miles Davis Sextet
Jazz At The Plaza
Format: CD
Wytwórnia: Columbia / Sony
Numer: SRCS 9302

05 września 2011

Miles Davis - Kind Of Blue: 50th Anniversary Collector’s Edition


Ruszamy w radiu z drugą płytą tygodnia. Dotąd wybieraliśmy dla Was wartościowe nowości. Te również będą się zgodnie z tradycją pojawiać co tydzień. Druga płyta – to będzie album wybrany z kanonu jazzowych klasyków. O tych płytach trudniej przeczytać jest w mediach, często nie jest również łatwo kupić je w sklepach, przynajmniej tych polskich. Przekrojowych publikacji na temat historii jazzu i poszczególnych jego gatunków powstało w Polsce zaledwie kilka. Tak więc zamierzamy dostarczać Wam wiedzy na temat tych płyt, które budując własną kolekcję powinniście umieścić na półce. W ciągu pierwszego roku, może dwu lat to będą z pewnością płyty, bez których żaden zbiór fana jazzu obyć się nie może. Nawet jeśli któraś z płyt Wam się nie do końca spodoba, to jej znajomość jest istotna dla zrozumienia logiki rozwoju współczesnej muzki improwizowanej.

Kandydatów na pierwszą płytę z tego cyklu było około 10. To wszystko albumy, które w swoim czasie zmieniły świat jazzu, a w wielu wypadkach odwróciły bieg historii światowej muzyki. Z pewnością wszystkie pojawią się w najbliższych miesiącach w tym miejscu. Po długich dyskusjach, które toczyłem sam ze sobą wybór padł na „Kind Of Blue” Milesa Davisa. To z pewnością jeden z najlepiej sprzedających się albumów w historii ambitnej muzyki.

Czy można tą płytę nazwać muzycznym arcydziełem? Niekoniecznie. Ustalenie granicy między arcydziełem a tylko wyborną płytą nie jest łatwe. Nie jestem pewien, czy jeśli uznamy „Kind Of Blue” za arcydzieło, to kilku płyt z tego samego okresu Milesa Davisa, jako, że wcale nie są wiele gorsze, też powinny być arcydziełami. A to określenie trzeba dozować starannie. Czy wiele słabsze są choćby „58’ Session Featuring Stella By Starlight”, „Porgy And Bess”, czy „1958 Miles”, „Ascenseur Pour L'echafaud”, “At Newport 1958”, “Milestones…”, czy “Someday My Prince Will Come”. Te i jeszcze pare innych nieco mniej znanych płyt Miles zarejestrował w ciągu kilkunastu miesięcy przed i po dwu sesjach, które dały światu „Kind Of Blue”.

Miles Davis to też trochę magia nazwiska. Miles Davis był genialnym muzykiem, kreatorem muzycznych wydarzeń i osoba, która – skracając nieco jedną z dowcipnych sytuacji powtarzanych przez licznych biografów – nie zrobił w muzyce wiele, tylko 3 lub 4 razy całkowicie zmienił jej historię. Nie był wirtuozem trąbki, ale żaden z nich tego nie zrobił. Miles na zawsze pozostanie największym trębaczem historii jazzu. To też jeden z nielicznych muzyków, którzy zawłaszczyli sobie własne imie. Ileż to razy każdy z nas w rozmowie mówi… Miles to, Miles tamto, Miles zagrał, nagrał… Nikt nie ma wątpliwości o jakim Milesie mówimy. Kto jeszcze zasłużył na takie wyróżnienie (jeśli odrzucimy liczne w jazzie przydomki?). Mnie przychodzi jedynie na myśl Jaco… Jaco Pastorius.

Pewnie wielu z Was ma już w swojej kolekcji jakieś wydanie „Kind Of Blue”. Ja też mam kilka. Z pewnością ważnym wydaniem jest box Miles Davis & John Coltrane - „The Complete Columbia Recordings 1955-1961”, szczególnie w pierwotnym, książkowym wydaniu z metalowym grzbietem (numer katalogowy 074646583326). Ten box pozwala poznać muzyczny kontekst rejestracji „Kind Of Blue” oraz zawiera ciekawy wiele ciekawych tekstów uzupełniających naszą wiedzę o nagraniach z tego okresu autorstwa Jimmy Cobba (perkusista grający na płycie i jedyny z ciągle żyjących członków zespołu), George’a Avakiana, Michael Cuscuny, Boba Beldena i Boba Blumenthala. Audiofile z pewnością będą poszukiwać jednego z licznych starannie wytłoczonych współczesnych wydań winylowych. Kolekcjonerzy pierwszego wydania, szczególnie tego monofonicznego (nie warto,  jednokanałowe „Kind Of Blue” nie brzmi dobrze). Do tego dochodzą jeszcze niekończące się dyskusje na temat szybszej, lub wolniejszej wersji pierwszej strony płyty.

Jednak jeśli macie ochotę kupić sobie po raz kolejny „Kind Of Blue”, albo, co przez przypadek przecież może się zdarzyć, jeszcze tej płyty nie macie, warto kupić (póki to jeszcze możliwe), wydanie „Kind Of Blue: 50th Anniversary Collector’s Edition”. Ten box wielkości płyty analogowej zawiera wytłoczoną w przepięknym niebieskim winylu (choć dźwiękowo nienajlepszą) płytę analogową, dwie płyty CD zawierające muzykę z „Kind Of Blue”, trochę odrzutów ze studia oraz sporo muzyki dostępnej wcześniej na płytach „1958 Miles” i wspomnianym już zestawie „The Complete Columbia Recordings 1955-1961”.  W pudełku znajdziemy też płytę DVD z trwającym 81 minut świetnie zrealizowanym specjalnie na potrzeby tego wydania filmem dokumentalnym z udziałem wielu znamienitych gości opowiadających o płycie. Dostajemy też pięknie wydaną książkę i parę kolekcjonerskich gadżetów. To jednak cały czas taki box, w którym treść i zawartość muzyczna przeważa nad formą. Wydawnictwo to ukazało się w 2008 roku i ciągle jeszcze można je kupić… Warto.

Muzyka umieszczona na płycie „Kind Of Blue”? Nie wyobrażam sobie, że komuś może się nie podobać. To także jeden z tych albumów, które śmiało można puścić znajomym, którzy na hasło jazz uciekają do drugiego pokoju.

Na temat tej płyty światowe autorytety napisały całe grube książki – najlepsze z tych, ktróre czytałem to „Kind Of Blue: The Making Of The Miles Davis Masterpiece” Ashley Kahn i Jimmy Cobba, „The Blue Moment: Miles Davis’s Kind Of Blue And The Remaking Of Modern Music” Richarda Williamsa, a także “The Making Of Kind Of Blue” Miles Davis And His Masterpiece” Erica Nisensona. Autorzy książek nie są zbyt kreatywni w wymyślaniu ich tytułów, ale każda z nich ma grubo ponad 200 stron. Dlatego właśnie o muzyce wyjątkowo nie podejmę się nic napisać.

Zgadzaj się jednak ze zdaniem wielu autorów, że „Kind Of Blue” to nie tylko pewien symboliczny koniec ery be-bopu. Weźmy na przykład „So What” otwierający album – utwór oparty na pozornie surrealistycznych i rozwleczonych w czasie zmianach harmonicznych, które sugerują związki z ówczesną minimalistyczną awangardą amerykańską. Te związki unifikujące ówczesną awangardę muzyki klasycznej z jazzem są zapowiedzią trzeciego nurtu. „Kind Of Blue” zmieniło też muzyczną awangardę USA. Zaledwie kilkanaście miesięcy później jeden z najbardziej znanych amerykańskich minimalistów – Terry Riley zaoferował pracę właśnie opuszczającemu więzienie Chetowi Bakerowi sam zaproponował trębaczowi oparcie ich pierwszego wspólnego projektu – oprawy muzycznej sztuki „The Gift” Kena Deweya na harmonii septymowego akordu d-moll czasami zbaczającego w stronę es-moll – czyli tematu „So What”. Chet Baker przystał na to ochoczo, choć dużo później usłyszał pierwszy raz „Kind Of Blue”.

Ja już nie pamiętam kiedy usłyszałem tą płytę po raz pierwszy. Zazdroszczę trochę tym z Was, którzy usłyszą te niezwykłe dźwięki pierwszy raz na naszej antenie w tym tygodniu. Pozostałych do sięgnięcia po raz kolejny po ten wyśmienity album namawiać nie muszę…

Miles Davis
Kind Of Blue: 50th Anniversary Collector’s Edition
Wytwórnia: Columbia / Sony
Format: 2CD+LP+DVD
Numer: 886973355220

20 lipca 2011

Julian Cannonball Adderley Sextet & Teddy Edwards Sextet - Jazz Scene USA

Płyt DVD dokumentujących najlepsze (albo te, które zachowały się do dziś) telewizyjne programy z cyklu Jazz Scene USA ukazało się kilka. Ta dzisiejsza warta jest jednak szczególnej uwagi. Głownie ze względu na pierwszą część – program nagrany z udziałem sekstetu Juliana Cannonballa Adderleya.

Programy Jazz Scene USA prowadzone w latach sześćdziesiątych przez piosenkarza i kompozytora Oscara Browna Jr. zapisały się w historii jazzu o wiele mocniej niż jego działalność muzyczna, choć o tekstach napisanych dla Abbey Lincoln na mocno zaangażowaną w polityczną działalność przeciw segregacji rasowej płytę „Freedom Now Suite” Maxa Roacha nie można zapominać. Zachowany zapis audycji telewizyjnych jest dziś ważnym dokumentem, a w dyskografii wielu muzyków to jedyne w ich karierze zachowane do dziś fragmenty video z ich muzyką. Tak jak w wypadku materiału z dzisiejszej płyty, to cenne i unikalne świadectwo jednego z najlepszych okresów amerykańskiego jazzu.

Programy Jazz Scene USA trwały od 20 do 25 minut. Wydanie każdego na osobnej płycie DVD byłoby z pewnością nadużyciem cierpliwości fanów. Dwa odcinki na jednej płycie mieszczą się w granicach przyzwoitości, choć trzy, a nawet cztery też dałoby się na płycie zmieścić.

Oba nagrania umieszczone na dzisiejszej płycie pochodzą z 1962 roku. Sekstet Juliana Cannonballa Adderleya wystąpił w wyśmienitym składzie i zagrał przemyślany program okrojony z konieczności do ram czasowych telewizyjnego programu. Stąd też zaplanowane wykonania utworów są krótsze niż na koncertach, a improwizacje muzycznie skoncentrowane czasem do postaci kilkutaktowych zaledwie breaków. Oprócz lidera zagrali: jego brak Nat Adderley na kornecie, Yusef Lateef na saksofonie tenorowym i flecie, młody Joe Zawinul na fortepianie, Sam Jones na kontrabasie i Louis Hayes na perkusji. W okresie nagrania programu Jazz Scene USA zespół w tym samym składzie zarejestrował sporo muzyki, w tym znakomity album „Jazz Workshop Revisited”. Bracia Adderley w tym samym okresie nagrali też z zupełnie innym zespołem album Nata Adderleya „In The Bag”, o której przeczytacie tutaj:


Na płycie „In The Bag” debiutował pianista Ellis Marsalis, w zespole Juliana Cannonballa Adderleya swoje pierwsze profesjonalne muzyczne szlify zdobywał Joe Zawinul, który co prawda nagrał w 1958 roku solowy album „To You With Love”, ale praca w sekstecie Adderleya była dla niego z pewnością szansą na zdobycie cennego muzycznego doświadczenia.

Program telewizyjny uchwycił zatem zespół w szczycie muzycznej formy. Jakość dźwięku jest przyzwoita, a obrazu zadowalająca biorąc pod uwagę czas, miejsce i sposób rejestracji. Może brak nieco atmosfery jazzowego klubu, a publiczność (jeśli była w studiu), z pewnością nie należała do tych, które zagrzewają muzyków do jeszcze ciekawszej gry, a jedynie reagowała na wskazówki kogoś, kogo do dziś stacje telewizyjne nazywają reżyserem widowni.

W programie występu znajdziemy więc kompozycję Quincy Jonesa „Jessica’s Birthday”, wczesną wersję „Jive Samba” – jeszcze wtedy nazywaną „Bossa Nova Nemo” Nata Adderleya i znany z wielu wykonań koncertowych sekstetu „Work Song”.

Absolutna sensacją tego programu jest możliwość obejrzenia w akcji i kilku świetnych solówkach młodego Joe Zawinula. Biorąc pod uwagę jego późniejszą drogę artystyczną, to naprawdę smakowita uczta dla fanów tego muzyka i lekcja historii oraz dowód na to, że te wartościowe eksperymenty muzyczne zawsze mają swoje  źródło w dobrym warsztacie i wiedzy o korzeniach muzyki. Wyraźnie słychać również, że dołożenie do składu zespołu Yusefa Lateefa dodało nieco free jazzowego pierwiastka do mainstreamowego grania braci Adderley. Szczególnie partie grane na flecie przez Yusefa Lateefa brzmią świeżo i zdecydowanie bardziej otwarcie, niż wyśmienita, choć nieco muzycznie zamknięta formuła kwintetu Juliana Cannonballa Adderleya.

Muzyka z tego programu broni się sama do dziś, nie tylko jako świadectwo historyczne. Tak mógłby zagrać dziś dobry mainstreamowy kwintet.

Druga część płyty, to program z udziałem sekstetu Teddy Edwardsa, złożonego z młodych i mało znanych wtedy muzyków. Żaden z nich nie zrobił też później jakiejś większej kariery wykraczającej poza ramy sesyjnych nagrań w dużych big – bandowych składach. Teddy Edwards był wyśmienitym saksofonistą, jednak słaby zespół i bezbarwne własne kompozycje lidera sprawiają, że szczególnie w zestawieniu z muzyką zespołu Juliana Cannonballa Adderleya na tej samej płycie, wypada blado.

Improwizacje lidera trzymają przyzwoity poziom, jednak gra sekcji rytmicznej jest co najwyżej zadowalająca. Również gra eksponowanego jako drugiego solisty w zespole, puzonisty Richarda Boone’a nie wnosi do muzyki zespołu niczego poza techniczną poprawnością. Pochwalić można jedynie za jedną krótką solówkę w „Good Gravy” kontrabasistę Stana Gilberta.

Nawet gdyby na płycie umieszczono jedynie program z udziałem zespołu Juliana Cannonballa Adderleya, wydawnictwo warte byłoby uwagi. Może nie wypada skazywać Teddy Edwardsa na rolę muzycznego wypełniacza, jednak w takim towarzystwie to nie jest wstyd.

Julian Cannonball Adderley Sextet & Teddy Edwards Sextet
Jazz Scene USA
Format: DVD
Wytwórnia: Shanache
Numer: 016351631091

06 kwietnia 2011

Nat Adderley Sextet - In The Bag

Dzisiejsza płyta została nagrana w 1962 roku i jest dość nietypowym produktem swoich czasów. Nietypowe są okoliczności jej powstania – materiał nagrano w Nowym Orleanie i to prawdopodobnie pierwsza ważna płyta nowoczesnego jazzu nagrana w kolebce minionej już wtedy epoki jazzu tradycyjnego.

Dość nietypowe jest też to, że Julian Cannonball Adderley jest tu jedynie członkiem zespołu swojego brata Nata Adderleya. Zwykle bywało odwrotnie, choć w przypadku dzisiejszej płyty, muzycznie i w związku z wkładem kompozytorskim Nata Adderleyaw zawartość albumu wybór lidera jest całkowicie usprawiedliwiony.

Ciekawostką jest również to, że od nagranie dzisiejszej płyty w 1962 roku należy historycznie uznać za początek panowania dynastii Marsalisów, to bowiem nagraniowy debiut Ellisa Marsalisa – seniora rodu i do dziś uznanego i stylowego pianisty.

Do dźwięków kornetu Nata Adderleya, trzeba przywyknąć, co wymaga od słuchacza nieco muzycznego doświadczenia. Nawet jeśli zna się już współczesne temu nagraniu produkcje innych jazzowych trębaczy, takij jak Red Rodney, Clifford Brown, czy Chet Baker, to trzeba wziąć pod uwagę, że kornet to jednak nieco inny instrument. W swoich czasach tak często jak Nat Adderley po kornet sięgał chyba tylko Thad Jones.

W rękach Nata Adderleya kornet daje bardzo ostry, operujący przede wszystkim w wysokich rejestrach tego instrumentu ton, niezwykle czysty technicznie, w pełni kontrolowany, w sposób niedostępny dla innych muzyków grających na tym instrumencie.

To nie jest płyta tak dobra, jak najlepsze płyty braci Adderley, a w szczeólności te sygnowane przez Cannonballa w roli lidera w rodzaju Domination, czy wcześniejszych Them Dirty Blues, albo At The Lighthouse. To jednak zdecydowanie ważna płyta dla fanów Nata Aderleya, który gra tu więcej swoich dźwięków niż na większości płyt brata. Jego autorstwa jest też przebojowa kompozycja tytułowa.

Wielbiciele Cannonballa też nie powinni być zawiedzeni, choćby po wysłuchaniu jego improwizacji w Mozart – In’.

Rewelacja tej płyty jet jednak gra Ellisa Marsalisa, który mimo braku studyjnego doświadczenia jest dla wielkich gwiazd – braci Adderley równorzędnym partnerem, a nawet współautorem jednej z kompozycji, która zapewne powstała w trakcie sesji nagraniowej.

Płyta ma też słabsze puinkty. Jednym z nich jest niewątpliwie słaba jakość techniczna nagrania, nawet jak na 1962 rok jest słabo. Drugim, zdecydowanie muzycznie ważniejszym słabszym punktem płyty jest zbyt schematyczna i nieco za ciężka gra mało znnego perkusisty Jamesa Blacka, prawdopodobnie zatrudnionego lokalnie w przypadkowy sposób jedynie na tą sesję.

Nat Adderley Sextet
In The Bag
Format: CD
Wytwórnia: Jazzland / Fantasy / OJC
Numer: 025218664820

28 sierpnia 2010

Julian Cannonball Adderley - Somethin' Else

Gdyby ta płyta była sygnowana nazwiskiem Milesa Davisa, z pewnością byłaby w oczach i uszach wielu krytyków jedną z najważniejszych płyt lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. A tak – jest tylko rewanżem Milesa Davisa za wkład Cannonballa w Milestones i Kind Of Blue. Takie już przedziwne meandry komercyjnej strony wydawnictw muzycznych. Z jednej strony marketing niby ma nam podpowiadać co warto wybrać z półki, jednak los czasem płata figle, a i pomysły speców od marketingu rządzą duszami tych mniej odpornych klientów.

Na szczęście jednak każdy może wybrać sobie płytę i sam ocenić. Półki każdego słuchacza pełne są przecież takich płyt, które nie znalazły uznania w oczach krytyków czy specjalistów od marketingu wielkich wytwórni. Nieważne ile gwiazdek ma płyta, ważne ile daje przyjemności.

Dzisiejsza płyta jest jedną z tych, które chyba wszyscy znają, a jeśli ktoś nie zna, trzeba to jak najszybciej nadrobić…

Miles Davis gra na tej płycie wcale nie mniej niż na swoich solowych płytach z tego okresu. Jednak liderem w oczywisty sposób jest Cannonball. I choć w każdym utworze czuć, że to jego saksofon jest najważniejszy, to płyty można słuchać na wiele sposobów. Ten najbardziej oczywisty, to solowe partie trąbki i saksofonu, a także współpraca Cannonballa z Milesem. Jest jednak jeszcze jeden ciekawy – w przypadku tych nagrań nie można zapomnieć o pozostałych muzykach. Choć pozostają w cieniu, to cień godny zauważenia. Sekcję rytmiczną tworzą Hank Jones, Sam Jones i Art. Blakey. Oni tworzą drugą, jakże jednak ważna dla całości warstwę muzyki.

To jedna z tych płyt, na których zarówno Miles jak i Cannonball grają niezwykle melodyjnie, pozostawiając sobie miejsce na długie solówki. I choć trąbka operuje w wysokich rejestrach, jej ton nie ma w sobie nic z ostrości i drapieżności znanej choćby z nagrań Clifforda Browna. To niezwykle płynne frazy. Podobnie gra Adderley, więc zapewne to była jego koncepcja stylistyczna.

W moich zbiorach mogę doliczyć się pewnie jakiś 150 wykonań Autumn Leaves. Nie wszystkie oczywiście pamiętam bardzo dokładnie, ale połowę z pewnością w sposób pozwalający zbudować jakąś wirtualną listę najlepszych i tych wzorcowych.

Standardy można w zasadzie grać na trzy sposoby. Najbardziej oczywistym dla wielu jest próbować zgodnie z oryginalnym zapisem nutowym, dbając jednocześnie o własny wkład w warstwie poszukiwania osobistego brzmienia instrumentu. To niebezpieczna strategia, to szlak usiany rafami mistrzowskich wykonań, przez który tylko niezwykle utalentowani potrafią przepłynąć pokazując swoją własną interpretację. Druga strategia – to maksymalne udziwnienie, co pozwala uciec od porównań ze znanymi nagraniami. Zwykle jednak wtedy popada się w banał, lub koncentruje się uwagę słuchacza na biegłości technicznej gry a nie na muzyce.

Jest jeszcze trzeci sposób – ten najbardziej lubię – on przypomina grę w bierki – to próba wydobycia istoty kompozycji, okrojenie jej z ozdobników. Ta gra w bierki to wyciąganie z utworu i pomijanie coraz większej ilości nut, tak, żeby pozostawić tylko te najistotniejsze, te, dzięki którym Autumn Leaves to jeszcze Autumn Leaves, a nie zbiór przypadkowych dźwięków. Taka dekonstrukcja jest z reguły domeną pianistów.

Grając na trąbce, czy saksofonie trzeba zagrać melodię, niby banalne, ale jednak dla wielu bardzo trudne. Jednak na dzisiejszej płycie mamy do czynienia z jednymi z największych mistrzów swoich instrumentów u szczytu swoich możliwości twórczych. Autumn Leaves i Love For Sale z płyty Somethin’ Else to z pewnością jedne z najdoskonalej zagranych melodii. W przypadku otwierającej płytę Autumn Leaves, ze znanych mi z nagrań płytowych jakiś 150 wykonań tego standardu, to mocna pierwsza piątka. Może kiedyś urządzę sobie długi , bardzo długi wieczór z jednym utworem, to uda się ustalić dokładniejszą kolejność. Mamy więc do czynienia z wzorcem tych dwu utworów – to są te wykonania, których powinien posłuchać każdy muzyk, zanim wpadnie na pomysł zagrania któregoś z nich.

Pozostałe utwory nie są wcale gorsze. Zmienia się tylko koncepcja nieco muzyki. W dwu otwierających płytę standardach Miles i Cannonball grają swoje partie solowe osobno. W Somethin’ Else dźwięki trąbki i saksofonu splatają się w zupełnie niewiarygodny sposób, stopniowo zagęszczając i komplikując fakturę. Obaj mają już za sobą trochę nagrań, rozumieją się więc nawet grając pewnie przyniesioną na tą sesję przez lidera kompozycję tak, jakby grali ją już setki razy na koncertach.

Dancing In The Dark to z kolei utwór dla lidera – tu króluje jego saksofon, a Miles pozostaje w cieniu. Wydanie CD uzupełnia dodatkowy utwór – Alison’s Uncle o koncepcji podobnej do tytułowego Somethin’ Else – to zespołowa, wspólna gra trąbki i saksofonu.

Ta płyta to absolutny pewniak. Nie wierzę, że komuś może się nie podobać. Jeśli ktoś chce mieć jedną płytę Juliana Cannonballa Adderleya, to właśnie tą. Choć ciężko byłoby się rozstać z Mercy, Mercy, Mercy! – Live At The Club, to jednak jeśli rzeczywiście jedna, to Somethin’ Else. Posłuchajcie koniecznie.

Julian Cannonball Adderley
Somethin’ Else
Format: CD
Wytwórnia: Blue Note
Numer: 077774633826