21 listopada 2019

Simple Songs 2019/2020 – Vol. 7 – 17.11.2019


Przegląd nowości wypada zacząć od słowa wyjaśnienia. W zeszłym tygodniu pozwoliłem sobie bowiem na komentarz, który pojawia się w moich audycjach niezbyt często, a raczej nawet niezwykle rzadko. Otóż odradzałem Wam zakup najnowszego z dostępnych albumów Milesa Davisa – „Rubberband”. Od wielu lat trzymam się zasady, żeby polecać rzeczy dobre, a te, które mi się nie podobają zwyczajnie ignorować. To rodzaj zabezpieczenia przed subiektywnym odbiorem muzyki przez każdego z nas osobno. W końcu fakt, że coś mi się nie spodobało, nawet jeśli wsparty argumentem merytorycznym, nie musi oznaczać, że dla kogoś innego nie będzie to niezwykłe muzyczne odkrycie. W przypadku „Rubberband” jest nas co najmniej dwóch – podobnie jak mi, efekt nie spodobał się Milesowi, który projekt odesłał na półkę i zajął się z Marcusem Millerem nagraniem „Tutu”. Dalej utrzymuję, że miał rację, choć uważam, że to może być opinia odosobniona – moja i Milesa. Dlatego właśnie posłuchajcie sami i zdecydujcie, czy warto…

* Rubberband of Life – Rubberband – Miles Davis

W przypadku kolejnego nagrania prawdopodobieństwo sukcesu było dość wysokie zanim płyta trafiła do mojego odtwarzacza. Gregoire Maret co prawda zwykle ciekawiej wypada w roli gościa specjalnego, jednak przypuszczałem, że nagyrwając dla ACT Music nie pozwoli sobie na coś, czego nie będę mógł uznać za udany dodatek do moich zbiorów. Nie zawiodłem się, choć wcześniej nie słyszałem o Edmarze Castaneda. W utworze, za pomocą którego postaram się Was zachęcić do bliższego poznania zawartości albumu „Harp vs Harp”, czyli w tym przypadku w tłumaczeniu „Harfa kontra harmonijka” w roli gościa wystąpił Bela Fleck.

* No Fear – Harp vs. Harp - Edmar Castaneda & Gregoire Maret feat. Bela Fleck

Dziś Australię będzie reprezentował pianista o dwu obliczach – jazzowym i klasycznym, a raczej bliższym muzyki współczesnej – Luke Howard. Tym razem w najnowszym (chyba) projekcie, któremu bliżej jednak do jazzu – „Open Heart Story”.

* In Praise of Shadows – Open Heart Story – Luke Howard

Kolejna dzisiejsza nowość pochodzi z Polski, choć brzmi jednak dość egzotycznie. Dawno nie słyszany przeze mnie Jarosław Bester przygotował album w duecie z Jorgosem Skoliasem. Brzmi intrygująco, choć ciągle jestem w fazie oswajania się z tym albumem. Z pewnością wrócę do niego wkrótce w dłuższym formacie na naszej antenie.

* Htes To Vradhi Sto Teke Mas – Rebetico Poloniko – Skolias & Bester

Klaus Paier i Asja Valcic mają wspólnie u mnie pewne priorytetowe miejsce w kolejce albumów z którymi trzeba się zapoznać natychmiast. Co prawda jest jeszcze bardziej priorytetowy stosik płyt bardziej niż natychmiast”, ale ten zwykle ma grubość nie przekraczającą wysokości mojego domowego odtwarzacza. Ten jednak pochodzi z dawnych czasów, kiedy liczyła się solidność mechanizmu, tłumienie drgań i nadmiarowe zasilanie. W związku z tym albumy w typie „natychmiast” czasem czekają kilka miesięcy. Klasu i Asja się doczekali i mogę razem z nimi świętować pierwsze 10 lat ich wspólnego grania. Jubileusz postanowili uczcić za pomocą albumu „Vision For Two”. Czas lecie, muzyka dobra jest ponadczasowa, tylko wszyscy jesteśmy starsi.

* Vision For Two – Vision For Two – Klaus Paier & Asja Valcic

Nowość polska, zupełnie mi nieznana i zaskakująca, która dotarła do naszego radia w postaci albumu sekstetu Dariusza Petera muszę pochwalić za jakość realizacji oraz staranne przygotowanie szaty wydawniczej. Muzykę oceńcie sami. Mnie cieszy, że młodsze pokolenie muzyków nie musi zawsze zmieniać świata, może zwyczajnie zagrać fantastyczną dawkę jazzowego środka wspartego szacunkiem dla tradycji pokoleń tych, co rewolucje w jazzie wymyślali.

* Flashover – Flashover – Petera Sextet

Na koniec przygotowałem fragment ognistego soulu zachwalanego osobiście z estrady przez samego Mike Stollera, autora niezliczonej liczby przebojów Elvisa Presleya, Bena E. Kinga, The Drifters i grup produkowanych przez Phila Spectora. Osobą polecaną jest obdarzony niezwykłą energią Little Steven. Kto widział ten wie. Niedawno prezentowałem Wam fragment premierowej płyty Summer Of Sorcery” Little Svevena, czyli Steve Van Zandta. Przy okazji żaliłem się, że obszerny materiał koncertowy „Soulfire Live!” jest dostępny jedynie jako materiał video. Sytuacja się zmieniła, bowiem ukazała się również wersja audio na 3 płytach CD, warta każdych pieniędzy.

* Soulfire – Soulfire Live! – Little Steven And The Disciples Of Soul

20 listopada 2019

Jan Ptaszyn Wróblewski – Mistrzowie Polskiego Jazzu

Jan Ptaszyn Wróblewski urodził się w Kaliszu w czasie odpowiednim, żeby można było zaliczyć go do grona pionierów naszego życia jazzowego, debiutujących w Sopocie w czasie pierwszego festiwalu w 1956 roku. Przeważnie jest od wielu lat saksofonistą, głównie tenorowym, choć często sięgał po większy i cięższy saksofon barytonowy, w młodości grał też na trąbce, klarnecie i fortepianie.

Jan Ptaszyn Wróblewski jest również wybitnym kompozytorem, aranżerem, dyrygentem i liderem zespołów, tych mniejszych jakich wiele i tych największych, jakich w historii polskiej muzyki jazzowej było odpowiednio do trudności organizacyjnych, artystycznych i finansowych odpowiednio mniej. Jest również jednym z najlepszych polskich krytyków muzycznych, publicystów i pedagogów. Jego radiowe opowiadania o jazzie pozostaną już chyba na zawsze niedościgłym wzorcem erudycji, wiedzy i doświadczenia połączonych z niebywałym darem opowiadania i nieczęsto obecnym w mediach pięknem polskiego języka. Sam wielokrotnie łapałem się na tym, że muszę coś napisać, albo powiedzieć na antenie w taki sposób, żeby nie skopiować zdań Ptaszyna, co nie jest łatwe, bo one najczęściej bywają najtrafniejsze z możliwych.

Swoją muzyczną edukację rozpoczął w rodzinnym Kaliszu. Kiedy przeprowadził się do Poznania studiował Mechanizację Rolnictwa, grając jednocześnie w zespole Jerzego Miliana. Jak sam kiedyś przyznał, pierwszą osobą, która wprowadzała go w świat jazzu był poznański pianista orkiestry Jerzego Grzewińskiego – Stanisław Burchard, który podobno (to słowa samego Ptaszyna) grać nie umiał, ale wiedział o co chodzi. W roli edukatora sprawdził się znakomicie.

W roku 1956 już z saksofonem odnajduje miejsce w zespole Krzysztofa Komedy, do którego trafia też Milian z pożyczonym wibrafonem. Na pierwszym festiwalu w Sopocie Ptaszyn gra na barytonie. W sekstecie Komedy na alcie gra Stanisław Pludra, a tenoru w składzie nie było.

W 1958 roku Ptaszyn jest już w składzie Jazz Believers i przeprowadza się do Krakowa. Powstanie Jazz Believers można zresztą przewrotnie uznać za jeden z najtragiczniejszych momentów historii polskiego jazzu, bowiem powstanie grupy wiązało się z rozpadem trzech innych doskonałych składów – Sekstetu Komedy, tria Andrzeja Kurylewicza i klasycznego składu Melomanów. W zespole od początku było 4 pianistów – Krzysztof Komeda, Andrzej Trzaskowski, Andrzej Kurylewicz i Jan Ptaszyn Wróblewski. To trochę naciągane, bo Ptaszyn już dawno grał na barytonie, a Kurylewicz na melofonie, jednak konkurencja między Trzaskowskim i Komedą wciąż była spora. W tym czasie Trzaskowski również myślał o grze na trąbce, a Komeda chciał grać na alcie (są nawet dość znane zdjęcia Krzysztofa Komedy ćwiczącego na tym instrumencie). Wniosek z tej historii i paru innych, które odnajdziecie w pozostałych odcinkach cyklu Mistrzowie Polskiego Jazzu, że nasze gwiazdy były bardzo wszechstronne. Dziś wśród muzyków młodszego pokolenia panuje raczej większa specjalizacja, związana z zupełnie inną sytuacja szkół muzycznych, dostępem do materiałów szkoleniowych i wieloma innymi czynnikami.

Z zespołem Jazz Believers Ptaszyn napisał jedną z nielicznych w swojej karierze ilustracji muzycznych do filmu – ścieżkę dźwiękową do obrazu „Pan Anatol szuka miliona”. Muzykę filmową będzie później nagrywał niezliczoną ilość razy, jednak komponować będzie przede wszystkim dla swoich kameralnych składów jazzowych.

Ptaszyn wygrywa również w 1958 roku polskie eliminacje do składu młodzieżowej orkiestry festiwalu jazzowego w Newport. W wielu miejscach można spotkać komentarze, że przecież powinien tam pojechać któryś z naszych pianistów, na przykład Andrzej Trzaskowski lub Krzysztof Komeda. Taka wersja historii sugeruje, że w związku z tym, że pianista w orkiestrze jest jeden a saksofonistów kilku, poszczęściło się Ptaszynowi. Nie mogę zgodzić się z taką interpretacją. Ptaszyn nie pojechał do Newport w zastępstwie. Został wybrany, bo grał już wtedy niezwykle stylowo o doskonale czytał nuty, co w dużej, zmontowanej w międzynarodowej obsadzie orkiestrze z pewnością było umiejętnością potrzebną.

W 1959 roku po powrocie z wyprawy do USA Ptaszyn na krótko zostaje liderem Jazz Believers, który jednak wkrótce przestaje istnieć. Ptaszyn gra z Kurylewiczem w zespole Moderniści, zakłada istniejący niemal dwa lata skład znany jako Jazz Outsiders. Po krótkiej przygodzie z kwintetem Kurylewicza, z jego składu powstaje w 1963 roku Polish Jazz Quartet. Historię opowiedziałem przy okazji niedawnej prezentacji sylwetki Andrzeja Kurylewicza. Generalnie Polish Jazz Quartet powstał z zespołu Kurylewicza we Francji, dokąd pojechali bez lidera i Wandy Warskiej, którzy nie dostali na wyjazd do Antibes paszportów. Takie były czasy. Policja już nie zabraniała koncertów jazzowych, ale ciągle trzymała w szufladach paszporty. Zespół przetrwa niemal 4 lata, do czasu, kiedy jego członkowie wybiorą zarabianie rozrywkowych pieniędzy w krajach Skandynawii.

Mniej więcej od 1962 roku rozpoczęła się trwająca niemal dwie dekady stała współpraca Ptaszyna z polskim radiem. Najpierw w roli aranżera w prowadzonej przez Andrzeja Kurylewicza Orkiestrze Polskiego Radia i Radiowym Studiu M-2 oraz rozrywkowej orkiestrze Bogusława Klimczuka. W tym czasie aranżacje Ptaszyna i Karolaka w wykonaniu przeróżnych składów dowodzonych przez Kurylewicza nagrywało radio w Krakowie i Warszawie. Przypuszczalnie sporo tej muzyki ciągle leży w radiowych archiwach. Warto też pamiętać, że w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych Ptaszyn wracał też do Poznania, był związany z kolejną radiową orkiestrą znaną jako Poznańska Piętnastka Radiowa.

Niemal przez całą dekadę lat siedemdziesiątych Jan Ptaszyn Wróblewski prowadzi kilka formacji nagrywających dla polskiego radia – Stowarzyszenie Popierania Prawdziwej Twórczości Chałturnik, Studio Jazzowe Polskiego Radia i Grand Standard Orchestra. Warto przypomnieć, że Chałturnik, który początkowo powstał jako zespół kabaretowy mający szydzić z błahych popowych przebojów z czasem zamienił się w całkiem ciekawy artystycznie projekt, z którego dorobku niestety niewiele zostało utrwalone na płytach dostępnych współcześnie.

Warszawskie studia Polskiego Radia były w tym czasie bezpieczną przystanią dla tych, którzy nie grali free-jazzu, a chcieli zarobić parę groszy grając dobre aranżacje. Stąd zmienne składy, właściwie brak koncertów i nieznaczna ilość wydawnictw płytowych z tego okresu. W dyskografii Ptaszyna pojawia się jednak kilka istotnych pozycji, wśród których na wyróżnienie zasługuje z pewnością album „Sprzedawcy Glonów” nagrany pomiędzy 1971 i 1973 rokiem. Na tej płycie zagrali prawie wszyscy, którzy liczyli się wtedy w polskim jazzie. Lista wykonawców przypomina encyklopedię muzyki improwizowanej. Ze względów oczywistych część muzyków nie mogła dostać odpowiedniej przestrzeni dla własnych solowych popisów. „Sprzedawcy glonów” to więc przede wszystkim pokaz sztuki kompozytorskiej i improwizatorskiej Jana Ptaszyna Wróblewskiego, Tomasza Stańko, Andrzeja Trzaskowskiego i Zbigniewa Namysłowskiego.

Album jest jednym z nielicznych przykładów jazzowego, orkiestrowego nowoczesnego, nieco nawet eksperymentalnego grania w Polsce. Już wtedy większość muzyków wymienionych na okładce to były wielkie gwiazdy.

W latach siedemdziesiątych działała również formacja znana jako Mainstream z Wojciechem Karolakiem, Markiem Blizińskim i Czesławem Dąbrowskim, z którego później powstaje kwartet Ptaszyna, który w 1978 roku nagrywa album „Flying Lady” i dwa lata później „Z lotu Ptaka”. W kolejnym składzie Ptaszyna grają między innymi Robert Majewski i Henryk Miśkiewicz. W 1983 roku powstaje album „Live”. Zespół działa jako New Presentation.

W początkach lat osiemdziesiątych Ptaszyn Wróblewski pojawia się gościnnie w składzie Extra Ball i rozpoczyna trwający w zasadzie do dziś okres, kiedy w jego zespołach grają raczej muzycy młodszego pokolenia. Tworzy między innymi skład z Kazimierzem Jonkiszem, Dariuszem Oleszkiewiczem i Kubą Stankiewiczem. W jego zespołach grają Andrzej Jagodziński, Sławomir Kurkiewicz, Michał Miśkiewicz, Marcin Jahr i wielu innych. Ptaszyn pisze również piosenki dla Andrzeja Zauchy, Ewy Bem, Maryli Rodowicz i innych. Wraca też do muzyki filmowej ilustrując w 1991 roku swoją muzyką obraz „Niech żyje miłość”.

Najnowszy projekt płytowy Jana Ptaszyna Wróblewskiego to podwójny (studyjny i koncertowy) album „Komeda. Moja słodka europejska ojczyzna”. Materiał musiał czekać niemal 5 lat na wydanie, zanim znalazł należne mu miejsce w cyklu Polish Jazz. Ptaszyn grał z Komedą wielokrotnie, choć akurat w nagraniu pierwszej wersji „Mojej słodkiej europejskiej ojczyzny” w Niemczech nie wziął udziału. Sam Komeda nie zdążył nagrać wersji tych kompozycji z polskimi tekstami. Po latach nieco zapomnianą muzykę przypomniał Ptaszyn w doborowej obsadzie. W oryginalnym nagraniu wiersze Leśmiana, Miłosza i innych polskich poetów w niemieckich tłumaczeniach recytuje Helmuth Lohner. Opracowanie Ptaszyna jest w całości instrumentalne.

Gdyby Jan Ptaszyn Wróblewski zechciał kiedyś napisać historię polskiego jazzu, powinien od razu opracować wersję mówioną. To będzie pierwszy audiobook, którego posłucham z przyjemnością i który wybiorę zamiast książki drukowanej.

18 listopada 2019

Chrissie Hynde with The Valve Bone Woe Ensemble – Valve Bone Woe


Nie jestem jakimś wytrawnym obserwatorem kariery Chrissie Hynde i The Pretenders. Album „Valve Bone Woe” pewnie zupełnie nie zwróciłby mojej uwagi, gdyby nie nazwisko liderki. Postanowiłem potraktować go jak muzyczną ciekawostkę i zobaczyć co kryje się za podobno jazzowym projektem liderki The Pretenders, zespołu, który teoretycznie ciągle istnieje.


Nie jestem do końca pewien, czy gdyby nie znane nazwisko na okładce, album miałby szanse zaistnieć. Jednak starając się jak tylko potrafię zapomnieć, że to znana postać, postanowiłem dać szansę płycie, choć w tym przypadku najlepsze byłoby przesłuchanie w ciemno. Dodatkowym impulsem do zakupu stała się intrygująca lista utworów, obejmująca kompozycje z repertuaru The Beach Boys, Franka Sinatry, Nicka Drake’a, Charlesa Mingusa, Johna Coltrane’a i The Kinks. Dawno nie widziałem podobnej muzycznej układanki ułożonej wedle trudnego do odgadnięcia klucza. Część rockową można przypisać młodości Chrissie Hynde, jednak nawet jeśli mógłbym uwierzyć, że jako dziecko słuchała Antonio Carlosa Jobima, zanim została nieco zbuntowaną gitarzystką The Pretenders, to w młodzieńczą miłość do „The King And I”, z którego pochodzi „Hello Young Lovers” trudno mi uwierzyć, choć sama Chrissie Hynde mogła usłyszeć ten utwór w wykonaniu Franka Sinatry, którego w Ameryce lubili i lubią wszyscy. Może dlatego ja w Ameryce jakoś się nie odnajduję… Jeśli mnie pamięć nie myli, Chrissie Hynde ma zresztą na swoim koncie duet z Sinatrą na jego ostatnim studyjnym albumie „Duets II”.

Muzycznie album „Valve Bone Woe” broni się zarówno za pomocą trafionych aranżacji na chwilami ogromny, kilkudziesięcioosobowy skład instrumentalistów, jak i w związku ze szlachetnie starzejącym się głosem liderki zbliżającej się wielkimi krokami do siedemdziesiątych urodzin… Czas leci.

Głos 67-letniej Chrissie Hynde pasuje do repertuaru tego albumu. Odrobina melancholii, kompletny luz, ale również pełna kontrola nad każdą melodią wyróżnia ten album na tle innych orkiestrowych produkcji wokalnych. Oczywiście ciągle nie mam pewności czy płyta obroniłaby się bez wielkiego nazwiska na okładce. Siłą tego albumu jest jego kompletność. Nie jakieś niewiarygodne popisy wokalne, solówki instrumentalne czy pomysłowe aranżacje. Ten album jest zwyczajny, nie musi się wyróżniać, może jest katalogiem ulubionych melodii dawnej buntowniczki albo wspomnieniem z dzieciństwa? Może też być spełnieniem pragnienia nagrania z dużą orkiestrą. Motywy pozostają dla mnie nieznane, ale nie żałuję wydanych na tą płytę pieniędzy, choć założę się, że album nie będzie wyznaczał na stałe nowego pola działalności muzycznej Chrissie Hynde. Z pewnością też nie będzie ulubioną płytą tych, którzy cenią liderkę za wszystkie piosenki, które napisała dla The Pretenders.

Nie potrafię wskazać żadnego z utworów z tej płyty, który wybrałbym na singiel. W zasadzie żadna kompozycja nie wyróżnia się w jakiś szczególny sposób. Gdyby zestawić wykonania Chrissie Hynde z innymi znanymi nagraniami każdej z piosenek, pewnie w każdym wypadku znajdzie się wykonanie ciekawsze. Taki jednak jest los niemal wszystkich albumów z coverami. Jednak w zaskakujący sposób „Valve Bone Woe” wraca do mojej głowy. Ciągle próbuję rozszyfrować zagadkę – dlaczego te, a nie inne utwory. To ciekawa łamigłówka. Dla fanów The Pretenders to będzie pozycja obowiązkowa. Dla każdego, kto lubi dobrze zaśpiewane piosenki na tle orkiestry „Valve Bone Woe” będzie dobrym uzupełnieniem kolekcji. To nie jest album przełomowy, jednak jest całkiem ciekawy i warto poświęcić mu kilka wieczorów.

Chrissie Hynde with The Valve Bone Woe Ensemble
Valve Bone Woe
Format: CD
Wytwórnia: Chrissie Hynde / BMG
Numer: 4050538504484

17 listopada 2019

Angie – CoverToCover Vol. 16

Piosenka nie zaczęła najlepiej. Co prawda singiel był w 1973 roku przebojem w wielu krajach, ale już album „Goats Head Soup” Rolling Stonesów nie należy dziś do najczęściej przypominanych i uznanych płyt zespołu. Album ostatecznie zakończył współpracę zespołu z producentem Jimmy Millerem, który był twórcą brzmienia The Rolling Stones od 1968 roku, czyli momentu wydania przebojowego „Beggar’s Banquet”. Podatki, a raczej chęć ich niepłacenia wygnały zespół na Jamajkę.


W nagraniu albumu pomagali stali w tamtych czasach współpracownicy zespołu – Nicky Hopkins, Billy Preston i Bobby Keys. Ten pierwszy zagrał na fortepianie w „Angie”. Wokół kompozycji przez lata powstało wiele niesprawdzonych i słabo potwierdzonych przez samych zainteresowanych plotek. Tekst o zakończeniu romansu umożliwiał wiele różnych interpretacji i spekulacji dotyczących źródeł inspiracji. Wspólne, jak wtedy było najczęściej w przypadku nowych kompozycji The Rolling Stones autorstwo Micka Jaggera i Keitha Richardsa otwierało wiele wątków.

Powszechnie uważano, że utwór raczej napisał w całości Keith Richards, choć nikt tego nigdy nie potwierdził. Jeśli to prawda, jak uważała część fanów zespołu, wtedy „Angie” mogła być związana z mającą się wkrótce po napisaniu i nagraniu piosenki urodzić córce muzyka, Dandelion Angelą Richards. Niektórzy utrzymywali, że w grę mógł wchodzić również romans z żoną Davida Bowie – Angelą, albo aktorką Angie Dickinson.

Sam Keith Richards po latach potwierdził najpierw wersję o córce, aby później stwierdzić w jednym z wywiadów, że imię do tekstu wybrał raczej przypadkowo, bo kiedy tekst powstawał, nie wybrał jeszcze imienia dla córki, a nawet nie znał płci mającego się urodzić dziecka.

W licznych, a nawet zbyt licznych biografiach zespołu i jego członków pojawiają się również wskazania na udział w powstawaniu tekstu Micka Jaggera przypisywany jego relacji z Marianne Faithfull. Moim zdaniem nawet jeśli źródeł inspiracji było wiele, dziś już nie uda się ustalić tego szczegółowo, jednak nie ma ten fakt wielkiego znaczenia, bowiem liczy się muzyka, a „Angie” od lat pozostaje w koncertowym repertuarze zespołu, będąc jedną z najpiękniejszych ballad Rolling Stonesów.

Wiele kompozycji Micka Jaggera i Keitha Richardsa trafiło na stałe do repertuaru innych muzyków, w tym tych improwizujących. Z „Angie” jest jednak trochę inaczej. Niezaprzeczalnie piękna melodia i pełen emocji, choć odrobinę naiwny tekst nie pojawia się zbyt często na koncertach innych wykonawców, czego osobiście żałuję, bo bardzo lubię tą melodię, którą usłyszałem po raz pierwszy za sprawą bułgarskiego wydania albumu The Rolling Stones. W czasach przed wynalezieniem internetu rutynowo przeszukiwałem berlińskie sklepy płytowe w poszukiwaniu oryginalnego albumu, którego nazwy nie znałem. Nie było jeszcze Wikipedii, ani strony internetowej zespołu, a pierwsze biografie czekały na przetłumaczenie. Książki amerykańskie były za drogie.

Po latach „Angie” trafiła na chyba najciekawszą składankę hitów The Rolling Stones – „Forty Licks”. Przy okazji – ten album warto kupić nawet tylko dla samotnej premiery dwupłytowego wydawnictwa – fantastycznej ballady „Losing My Touch” zaśpiewanej przez Keitha Richardsa schowanej na końcu drugiego krążka.

W 2002 roku podwójnym albumem „Forty Licks” zespół świętował 40 lecie działalności. Trzy lata później, podsumowując pierwszy okres trwającej do dziś współpracy z zespołem, doskonały jazzowy saksofonista Tim Ries wydał album „The Rolling Stones Project”. Wyśmienita płyta pokazuje, co mogliby grać Rolling Stonesi, gdyby występowali w małych jazzowych klubach, a nie grali dla setek tysięcy na wielkich stadionach.

Dla mnie „The Rolling Stones Project” jest jednym z najlepszych albumów The Rolling Stones, choć firmowany jest przez Tima Riese’a. Oprócz członków zespołu zagrali na tej płycie w repertuarze złożonym z przebojów The Rolling Stones między innymi John Patitucci, John Scofield, Bill Frisell i Brian Blade. Razem ze Stonesami zaśpiewały Norah Jones, Sheryl Crow i Lisa Fisher, również mająca, podobnie jak Tim Ries na koncie wspólne koncerty i nagrania z zespołem.

Kiedy minęły kolejne 3 lata, w 2008 roku ukazał się podwójny album „The Rolling Stones Project II”. Druga część projektu wypadła muzycznie odrobinę słabiej, jak to zwykle bywa z sequelami, ale „Angie”, tym razem bez udziału muzyków samego zespołu, za to z Clarence Pennem, Gregory Hutchinsonem, Johnem Patitucci i Badal Royem wyszła Timowi Ries’owi doskonale.

Niespełna dwa lata temu kameralny album z ważnymi dla siebie melodiami nagrał Bugge Wesseltoft, norweski pianista wytwórni ACT Music. Płytę „Everybody Loves Angels” wypełniają kompozycje w większości dość wiekowe, jak „Angie”. Niezwykle oszczędna płyta trafiła na długo do mojego odtwarzacza, a później jeździła ze mną w samochodzie. Dziś wracam często do tego albumu w oczekiwaniu na kolejne nagrania Wesseltofta.

Utwór: Angie
Album: Goats Head Soup
Wykonawca: The Rolling Stones
Wytwórnia: Rolling Stones Records / Atlantic / EMI / Virgin
Rok: 1973
Numer: 724383951925
Skład: Mick Jagger – voc, Keith Richards – g, Bill Wyman – bg, Charlie Watts – dr, Mick Taylor – g, Nicky Hopkins – p, unknown – strings.

Utwór: Angie
Album: Stones World - The Rolling Stones Project II (Disc 2)
Wykonawca: Tim Ries
Wytwórnia: Sunnyside / Tames
Rok: 2008
Numer: 016728410427
Skład: Tim Ries – ss, Michael Davis – tromb, Ben Monder – g, Michael Holober – p, John Patitucci – b, Gregory Hutchinson – dr, Clarence Penn – dr, Badal Roy – table.

Utwór: Angie
Album: Everybody Loves Angels
Wykonawca: Bugge Wesseltoft
Wytwórnia: ACT Music
Rok: 2017
Numer: 614427984722
Skład: Bugge Wesseltoft – p.

16 listopada 2019

People Get Ready – CoverToCover Vol. 15


Utwór „People Get Ready” po raz pierwszy został zaprezentowany słuchaczom w 1965 roku jako singiel promujący album o tym samym tytule grupy The Impressions, w której składzie śpiewał wtedy autor kompozycji – Curtis Mayfield. To nagrania odniosło raczej średni sukces, pojawiając się na krótko na amerykańskich listach przebojów. Okazało się jednak być istotnym elementem dalszej kariery solowej Curtisa Mayfielda, bowiem wyznaczyło granicę między popowymi przebojami zespołu, a późniejszymi, zaangażowanymi społecznie tekstami i wystąpieniami kompozytora „People Get Ready”.


Wkrótce Martin Luther King miał uznać piosenkę za nieoficjalny hymn ruchu obrony praw obywatelskich w USA, a sam Curtis Mayfield wielokrotnie grał na koncertach i nagrywał swoją najsłynniejszą kompozycję po latach uznaną przez wiele gremiów za jedną z najważniejszych rockowych kompozycji wszechczasów.

Ilość doskonałych wykonań utworu z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, a także późniejszych jest trudna do policzenia. Wśród najważniejszych artystów, którzy włączyli utwór do swojego stałego repertuaru z pewnością warto pamiętać o takich sławach jak Bob Marley, Rod Stewart, Sonny Terry i Brownie McGhee, Bob Dylan (istnieją co najmniej 4 nagrania studyjne i koncertowe), U2 i Paul McCartney. Wielokrotnie na koncertach wykonywał „People Get Ready” Bruce Springsteen. Utwór nagrał też George Benson na może niekoniecznie swojej najbardziej udanej płycie „Goodies”. Po „People Get Ready” sięgali również Maceo Parker, Phil Upchurch, David Sanborn i The Persuasions i wielu innych.

Tym razem zamiast pierwszego nagrania The Impressions uznałem, że ciekawsza będzie pełna emocji wersja koncertowa w wykonaniu kompozytora z 1971 roku z albumu „Curtis/Live!”. Wersję godną tytułu hymnu ruchu obywatelskiego Martina Luthera Kinga przedstawi Aretha Franklin. Soulowy puls zaproponuje wersja zespołu The Blind Boys Of Alabama w wykonaniu muzyków, którzy pamiętają niełatwe czasy dla prześladowanej społeczności afroamerykańskiej. O albumie, z którego pochodzi to nagranie, przeczytacie więcej tutaj: The Blind Boys Of Alabama - Higher Ground

Rockową stronę kompozycji pokaże niezrównany Jeff Beck, który udowodni, że w tej doskonałej kompozycji ważny jest nie tylko tekst. O płycie, z której pochodzi to nagranie przeczytacie więcej tutaj: Jeff Beck - Live And Exclusive From The Grammy Museum

Utwór: People Get Ready
Album: Curtis/Live!
Wykonawca: Curtis Mayfield
Wytwórnia: Curtom / Rhino / Warner
Rok: 1971
Numer: 081227964894
Skład: Curtis Mayfield – g, voc, Craig McMullen – g, Joseph Lucky Scott – b, Tyrone McCullen – dr, Henry Gibson – perc.

Utwór: People Get Ready
Album: Aretha: Lady Soul
Wykonawca: Aretha Franklin
Wytwórnia: Atlantic / Warner
Rok: 1968
Numer: 0081227972648
Skład: Aretha Franklin – voc, p, Bernie Glow – tp, Melvin Lastie – tp, Joe Newman – tp, Frank Wess – ts, fl, Haywood Henry – bs, King Curtis – ts, Sheldon Powell – ts, Tony Studd – b tromb, Bobby Womack – g, Spooner Oldham – org, Tommy Cogbill – bg, Roger Hawkins -dr, The Sweet Inspirations – b voc, Carolyn Franklin – b voc.

Utwór: People Get Ready
Album: Higher Ground
Wykonawca: The Blind Boys Of Alabama feat. Ben Harper
Wytwórnia: Real World Records
Rok: 2002
Numer: 724381279328
Skład: Bobby Butler – voc, Clarence Fountain – voc, George Scott – voc, Jimmy Carter – voc, Ben Harper – voc, John Ginty – hamm, p, wurlitzer, Robert Randolph – steel g, g, perc, Danyel Morgan – bg, Marcus Randolph – dr, perc, Leon Mobley – perc.

Utwór: People Get Ready
Album: Live And Exclusive From The Grammy Museum
Wykonawca: Jeff Beck
Wytwórnia: Atco / Deuce / Warner
Rok: 2010
Numer: 081227978556
Skład: Jeff Beck – g, Jason Rebello – kbd, Rhonda Smith – b, Narada Michael Walden – dr.

15 listopada 2019

Lithium – CoverToCover Vol. 14

Fenomenu Nirvany to ja w sumie raczej nie rozumiem. Może to różnica pokoleniowa. Trudno albumowi „Nevermind” sprawnej realizacji i przebojowych kompozycji. Jednak takich albumów powstaje całkiem sporo i większość z nich, a nawet niemal wszystkie nie osiągają tak kultowego statusu, jak „Nevermind”. Album przyniósł zespołowi cztery przeboje, spośród których „Lithium” i „Smells Like Teen Spirits” są przypominane do dziś i całkiem często pojawiają się w jazzowych wykonaniach. Pozostałe dwa – „Come As You Are” i „In Bloom” raczej znikają już w publicznego obiegu. Wokół tekstu opowiadającego o religijnym nawróceniu niedoszłego samobójcy w momencie tragicznej śmierci Kurta Cobaina pojawiły się interpretacyjne niejasności. Muzycy w czasie pierwszego nagrania tego utworu podobno strasznie się pokłócili, a kolejne, podczas której nagrano wersję znaną z „Nevermind” też było sporo tarć pomiędzy członkami zespołu. Na tle innych, energetycznych kompozycji z albumu „Lithium” można uznać za balladę – kolejny dowód na to, że ballada jest najprostszym sposobem na przygotowanie hitu.


Kompozycja pojawia się w jazzowych sytuacjach całkiem często. Sięgają po ten utwór muzycy reprezentujący diametralnie różne style. Próbując znaleźć zarówno klucz do fenomenu tego utworu w wersjach alternatywnych, jak i znaleźć najciekawsze wykonania do porównania z oryginałem, sięgnąłem po metryki – Brad Mehldau – rocznik 1970, Ethan Iverson – rocznik 1973, David King – rocznik 1970, podobnie Reid Anderson. Tak więc dla wszystkich, których do prezentacji „Lithium” wybrałem, to rockowy symbol wkraczania w dorosłość. Kurt Cobain był tylko kilka lat starszy, kiedy nagrywał „Nevermind”.

Utwór: Lithium
Album: Nevermind
Wykonawca: Nirvana
Wytwórnia: Geffen / Universal
Rok: 1991
Numer: 602527779089
Skład: Kurt Cobain – g, voc, Kirst A Novoselic – bg, voc, Dave Grohl – dr, b voc.

Utwór: Lithium
Album: For All I Care (Joined By Wendy Lewis)
Wykonawca: The Bad Plus feat. Wendy Lewis
Wytwórnia: Do The Math / Emarcy
Rok: 2009
Numer: 602517821644
Skład: Reid Anderson – b, voc, Ethan Iverson – p, David King – dr, voc, Wendy Lewis – voc.

Utwór: Lithium
Album: Live In Marciac
Wykonawca: Brad Mehldau
Wytwórnia: Nonesuch / Warner
Rok: 2011
Numer: 073597981391
Skład: Brad Mehldau – p.

14 listopada 2019

Simple Songs 2019/2020 – Vol. 6 – 12.11.2019


Album Ballades” Ahmada Jamala jest w tym tygodniu naszą radiową nowością prezentowaną w moim przedpołudniowym cyklu Płyta Tygodnia. Uznałem jednak, że być może część z Was nie słucha radia przed południem, a tej płyty zwyczajmnie nie można przegapić, jest bowiem według mnie jedną z najważniejszych jazzowych płyt 2019 roku. W zasadzie to sensacyjnie pierwszy solowy (prawie, bo w 3 utworach niezwykle dyskretnie Jamalowi pomaga jego basista) i genialnie piękny album niemal 90-letniego już, choć ciągle nagrywającego i koncertującego pianisty. Tego albumu nikt nie wciśnie Wam do ręki w żadnym sklepie muzycznym, nikt nie będzie go reklamował. Ahmad Jamal niczego nie musi światu udowadniać. Jest najlepszy i tyle. Po resztę odsyłam do tekstu o tym albumie: Ahmad Jamal - Ballades

* Poinciana – Ballades – Ahmad Jamal

Projekt „Small Island Big Song” jest niezwykłym przedsięwzięciem Tima Cole’a – australijskiego producenta filmowego i muzycznego. Album jest dodatkiem do filmu o podobnym tytule, który pewnie nigdy nie zostanie pokazany w Polsce, a szkoda. Zawiera bowiem niezwykłą porcję zupełnie zdumiewającej i egzotycznej do granic możliwości muzyki wymyślonej i zagranej przez mieszkańców małych wysepek Pacyfiku. To niezwykle pierwotna, prawdziwa i oryginalna muzyka zagrana na instrumentach, których nazwy większości z nas nic nie powiedzą, zaśpiewana w językach, których nazwy potrafią wymówić prawidłowo tylko fachowcy i przygotowana przez muzyków z miejsc, o których mało kto słyszał, do których nie latają żadne rejsowe samoloty. Do tego z żadnym albumem nie dostałem nigdy w komplecie szczoteczki do zębów…

Album otwiera piosenka „Senasenai A Mapuljat” zaśpiewana w językach Paiwan i Pangcah z Tajwanu i Kayan z Borneo. W nagraniu wzięli udział artyści między innymi z Rapa Nui, Tajwanu, nowozelandzkiej Aotearoy i bezimiennych często wysepek z cieśniny Torresa między Australią i Papuą Nową Gwineą.

* Senasenai A Mapuljat – Small Island Big Song – Various Artists

Kolejny fragment albumu „Small Island Big Song” – utwór „Gasikara” posiada tekst w językach Vezo z Madagaskaru i Kalay Lagaw Ya – jednym z ciągle żywych języków plemion zamieszkujących wysepki przesmyku Torresa. Grają i śpiewają lokalni artyści oraz muzycy z wysp Solomona, Borneo, Madagaskaru i Papui Nowej Gwinei.

* Gasikara – Small Island Big Song – Various Artists

Kolejny utwór to piękny blues z wysp archipelagu Bougainville należącego do Papui Nowej Gwinei zaśpiewany w lokalnym języku Selau.

* Alie Sike – Small Island Big Song – Various Artists

Album „Bowie Revisited” pojawiał się już w moim autorskim paśmie. Pełne uroku opracowania najbardziej znanych kompozycji Davida Bowie w wydaniu na 4 ukelele i głos, najczęściej kobiecy mają wiele uroku. Widziałem ostatnio ten projekt na zywo. Oczywiście stworzony na okoliczność uczczenia Davida Bowie zespół będzie z pewnością miał sporo trudności z wymyśleniem kolejnego albumu. Jednak póki co grają wyśmienicie. Pewnie w Europie się nie pojawią. Jednak robią sporą karierę w Australii, Japonii i części Azji znającej oryginalne nagrania. O tym albumie pisałem tutaj: The Thin White Ukes - Bowe Revisited

* Space Oddity – Bowie Revisited – The Thin White Ukes

Danny Widdicombe porównuje swoją twórczość do Van Morrisona, Nicka Drake’a, Johna Martyna i Richarda Thompsona. Elementem łączącym te postaci ma być, co jest akurat prawdą, zatrudnianie muzyków jazzowych do nagrania rockowych ballad. To jednak chyba nie wystarcza do nagrania kolejnego Astral Weeks”, lub „Bryter Layter”. Jednak w głosie Danny Widdicombe’a jest coś intrygującego.

* Between The Lines – Between The Lines – Danny Widdicombe & Trichotomy

13 listopada 2019

Ahmad Jamal – Ballades

Ahmad Jamal jest jednym z największych żyjących pianistów jazzowych. Ten urodzony w 1930 roku muzyk pozostaje do dziś aktywny, nagrywa i koncertuje, choć oczywiście nie tak często jak pół wieku temu. Jego najnowszy, wydany zaledwie kilka tygodni temu album „Ballades” zawiera materiał nagrany w czasie sesji w 2016 roku, w czasie której powstała również płyta „Marseille”, która znamy już od dwóch lat.


Na nazwisko Ahmada Jamala nie traficie często w jazzowych książkach historycznych. Nie pojawiał się w znanych zespołach ani na sesjach skupiających gwiazdy lat pięćdziesiątych i kolejnych wyśmienitych jazzowych epok. Był zawsze postacią pozostającą nieco z boku. Nigdy nie zwracał uwagi na aktualne mody. Grał swoją muzykę albo po mistrzowsku interpretował piękne melodie, najczęściej solo, albo w kameralnych składach złożonych z muzyków, których zadaniem było akompaniować mistrzowi.

Dyskografia Ahmada Jamala liczy kilkadziesiąt autorskich albumów. Jedynie kilka razy wystąpił gościnnie u innych artystów. Jego nagrania nie są łatwe do zebrania, bowiem od swojego debiutu mniej więcej w 1955 roku wydawał w wielu, często małych i już dziś nieistniejących wytwórniach.

Zawsze miał i dalej ma tak wiele do opowiedzenia za pomocą fortepianu, że w jego dyskografii znajdziecie jedynie kilka nagrań, w których pojawiają się inne instrumenty solowe. Na palcach jednej ręki można policzyć wspólne nagrania Ahmada Jamala z instrumentami dętymi. Jakoś nie miał nigdy ochoty na współpracę z trębaczami i saksofonistami, choć wielu fanów jazzu dowiedziało się o istnieniu tego niezwykłego muzyka z wywiadów, jakich udzielał Miles Davis, który kilkukrotnie wspominał, że wielki wpływ na jego własną muzykę wywarł Ahmad Jamal. Miles grał również co najmniej dwie kompozycje Jamala – „Ahmad’s Blues” i „New Rhumba”.

Jeśli ktoś miał szczęście usłyszeć Ahmada Jamala na żywo wie, że on gra w zupełnie innej lidze. Jest jednym z nielicznych artystów, którzy potrafią w niezwykły sposób zaczarować publiczność, nie potrzebując na to więcej niż pół minuty pierwszego utworu. Podczas jego koncertów, przynajmniej tych, które miałem przez lata usłyszeć panowała na widowni niezwykła, przejmująca wręcz cisza.

Czas jednak płynie nieubłaganie i pewnie szans na usłyszenie Ahmada Jamala na żywo będzie już niewiele. Warto jednak sięgnąć po każdą jego płytę, bowiem większość z nich jest niezwykle magiczna. W zasadzie wydaje się, że robi coś, co powinno być łatwe – gra prosto piękne melodie, przecież to najłatwiejsze na świecie. Nikt jednak nie robi tego tak pięknie jak on. Może czasem Oscar Peterson, kiedy nie grał zbyt szybko.

„Ballades” jest wyjątkowym albumem również dlatego, że zawiera kolejne wybitne wykonanie kompozycji Nata Simona „Poinciana”, która stała się przed laty w niespodziewany sposób największym przebojem w repertuarze Ahmada Jamala. Sukces komercyjny powszechnie krytykowanego przez dziennikarzy w 1958 roku albumu „At the Pershing: But Not for Me” z „Poincianą” w roli głównej pozwolił Jamalowi otworzyć swój własny klub – słynną Alhambrę w Chicago.

„Ballades” nie jest w żaden sposób lepsza od wielu poprzednich płyt Ahmada Jamala. Nie jest wyjątkowym dziełem w jego obszernej dyskografii. Jest „tylko” kolejną płyta Ahmada Jamala – czyli jedną z najciekawszych płyt jazzowych 2019 roku. Album jest również niezwykłą częścią dyskografii artysty, jeśli mnie zbiory własne i dostępne publikacje nie wprowadzają w błąd – to pierwszy solowy album artysty w jego ponad 70 letniej karierze. Choć w trzech utworach pojawia się kontrabas, jego obecność jest zaznaczona niezwykle dyskretnie i właściwie można uznać album za dzieło solowe, co czyni go wyjątkowym w dyskografii Ahmada Jamala.

Ahmad Jamal
Ballades
Format: CD
Wytwórnia: Jazzbook / Jazz Village / Harmonia Mundi
Numer: 3149020933213

05 listopada 2019

Andrzej Trzaskowski – Mistrzowie Polskiego Jazzu

Andrzej Trzaskowski był przedstawicielem pierwszej generacji polskich muzyków jazzowych. Urodził się w 1933 roku w Krakowie w rodzinie szlacheckiej. Od 1952 roku studiował muzykologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wtedy nie było jeszcze żadnej szkoły uczącej jazzu, który zresztą oficjalnie w Polsce nie istniał.

Trzaskowski debiutował w roli pianisty w drugiej, łódzkiej odsłonie zespołu Melomani. Grupa powstała w Łodzi korzystając ze wsparcia lokalnego oddziału YMCA, później przeniosła się do Warszawy, a kiedy YMCA przestała w Polsce działać, zespół na krótko zawiesił swoją działalność. W 1950 roku reaktywował się w nieco zmienionym składzie ponownie w Łodzi. Właśnie wtedy w zespole znalazł się Andrzej Trzaskowski. W tym historycznym składzie grali Witold Sobociński przeważnie na perkusji – późniejszy wybitny operator filmowy i Jerzy Duduś Matuszkiewicz, człowiek z Krakowa, wtedy student słynnej łódzkiej szkoły filmowej na saksofonie. W zespole byli również wywodzący się z krakowskiego środowiska muzycznego kontrabasista Witold Kujawski i kolejny student łódzkiej filmówki – trębacz Andrzej Idon Wojciechowski. Do Melomanów wkrótce jednak dołączyli również na krótko Krzysztof Komeda i na nieco dłużej Andrzej Kurylewicz. Klęska urodzaju pianistów spowodowała chwilowy epizod gry przez Trzaskowskiego na akordeonie, a później jego odejście z zespołu.

Kiedy po raz pierwszy w Warszawie odbyło się Jazz Jamboree w 1958 roku, Andrzej Trzaskowski miał już własny skład – Jazz Believers, grający w składzie z Janem Ptaszynem Wróblewskim, Wojciechem Karolakiem (na alcie), Krzysztofem Komedą w roli drugiego pianisty, a także Janem Byrczkiem i Janem Zylberem. W zespole pojawiali się również grający na melofonie Andrzej Kurylewicz i przyzwyczajony już do roli wibrafonisty Jerzy Milian. Znowu jednak kolejka do fortepianu była długa. Zespół istniał do 1959 roku, a z jego składu powstało trio Krzysztofa Komedy.

W 1959 roku na Jazz Jamboree Trzaskowski wraca z nowym składem – The Wreckers. Grają Wojciech Karolak i Zbigniew Namysłowski na saksofonach, Alojzy Musiał na trąbce i sekcja z Dylągiem i Andrzejem Dąbrowskim. Krótko po występie na Jazz Jamboree zespół nagrywa 4 utwory dla Polskich Nagrań. Wtedy jeszcze ukazywały się płyty EP na 45 obrotów. Już wtedy Trzaskowski uważany był przez innych muzyków za niezwykle dojrzałego artystycznie lidera. Dlatego udawało mu się przekonywać do współpracy najlepszych.

W pianistyce Andrzeja Trzaskowskiego coraz silniej słychać wpływy Horace Silvera, a w jego oryginalnych aranżacjach fascynację Charlie Parkerem. Jeden z utworów nagranych w czasie pierwszej sesji Wreckersów – „Nina’s Dream” nawiązuje do kompozycji Silvera „Nica’s Dream”.

W kolejnym roku na Jazz Jamboree Trzaskowski z sekcją Wreckersów zagra ze Stanem Getzem. Muzycy zagrali razem kilka koncertów w Warszawie i Krakowie. Po jednym z koncertów doszło do nagrania płyty, co wymagało trudnych telefonicznych negocjacji z Normanem Granzem, posiadającym wówczas wyłączność na nagrania Stana Getza. Po latach wznowienia tej płyty, pierwotnie zawierającej 6 jazzowych standardów często uzupełniane są o utwory zarejestrowane podczas koncertu w tej samej Sali Filharmonii Narodowej z udziałem publiczności. Tym razem chyba już nikt Normana Granza nie pytał o zgodę.

Wreckersi wracają na scenę Jazz Jamboree w kolejnej odsłonie festiwalu w 1961 roku jako sekcja towarzysząca brytyjskiemu saksofoniście Ronniemu Rossowi. Jednak sława polskiego zespołu, który nagrał płytę ze Stanem Getzem dociera dalej, niż dystrybucja płyt Polskich Nagrań. Już wkrótce dzięki wsparciu rządu amerykańskiego Wreckersi pojadą do USA. Zanim to jednak nastąpi, Andrzej Trzaskowski zacznie pisać muzykę filmową. Jako pierwszy pojawi się obraz Stanisława Możdżeńskiego „Zuzanna i chłopcy”. Nurt filmowy pochłonie na długie lata Trzaskowskiego. Będzie nie tylko pisał muzykę, ale również grał w wielu polskich filmach.

W składzie Wreckersów, który pojechał w 1962 roku do USA zabrakło Karolaka i Andrzeja Dąbrowskiego, którzy chwilę wcześniej zmienili barwy klubowe dołączając do zespołu Andrzeja Kurylewicza. Do Ameryki The Wreckers pojechali w składzie ze Zbigniewem Namysłowskim, Michałem Urbaniakiem, Romanem Guciem Dylągiem i Adamem Jędrzejowskim. Historyczne tourne pozwoliło muzykom nie tylko zagrać na kilku amerykańskich scenach, w tym na festiwalu Newport Jazz Festival, Village Vanguard w Nowym Jorku, Blackhawk w San Francisco i Jazz Workshop w Bostonie, ale także usłyszeć na żywo swoich idoli, których znali dotychczas tylko z nagrań płytowych i audycji radiowych. Zbigniew Namysłowski po latach wspominał, że szczególne wrażenie zrobił na nim koncert Milesa Davisa z Johnem Coltrane’em w Birdland, a Roman Gucio Dyląg uznanie, jakie wyraził o jego grze sam Charles Mingus. Fotografia z tego występu przedstawia muzyków zespołu przy jednym stoliku z Johnem Coltranem i Benem Websterem a w tle na scenie gra zespół Kai Windinga.

Po tej trasie Trzaskowski nie zmieniając składu zespołu postanowił odejść od dość niefortunnej nazwy The Wreckers i zespół pojawiał się na afiszach jako Andrzej Trzaskowski Quintet, koncertując w Europie Zachodniej. Zmieniała się też muzyka zespołu, kierując się w stronę cool jazzu i trzeciego nurtu. Trzaskowski studiował kompozycję u Bogusława Schaeffera. Za sprawą warszawskiego Studia Muzyki Elektronicznej i Eugeniusza Rudnika zainteresował się też instrumentami elektronicznymi. W 1962 roku na Jazz Jamboree zespół Wojciecha Karolaka z amerykańskim trębaczem Donem Ellisem prezentuje awangardową kompozycję Trzaskowskiego „Nihil Novi”. W tej kompozycji Trzaskowski udanie połączył skalę dwunastotonową, swoje fascynacje dodekafonią i partie czysto jazzowe wsparte pomysłami Dona Ellisa. W jednej z recenzji autorytet trzecionurtowych eksperymentów Gunther Schuller uznał „Nihil Novi” za jedną z najciekawszych kompozycji tego gatunku na świecie.

W kolejnych składach Trzaskowskiego pojawiają się niemal wszyscy nasi Mistrzowie. Grają między innymi Tomasz Stańko, Michał Urbaniak, Zbigniew Namysłowski i Włodzimierz Nahorny. W 1965 roku Andrzej Trzaskowski, mając na swoim koncie muzykę do kilku filmów i amerykańskie doświadczenia, a także docenioną „Nivil Novi” nagrywa jeden ze swoich najważniejszych albumów – 4 odcinek serii Polish Jazz zatytułowany „Andrzej Trzaskowski Quintet”. W zespole, którego nagraniem Trzaskowski rozstaje się z estetyką Horace Silvera grają Stańko, Muniak, Jacek Ostaszewski i Adam Jędrzejowski. Trzaskowski eksperymentuje z formą. Do zespołu dołącza wkrótce amerykański trębacz Ted Curson, mający już wtedy na swoim koncie nagrania z Charlesem Mingusem, Erickiem Dolphy i Cecilem Taylorem. Sam fakt, że znalazł się w zespole Trzaskowskiego jest potwierdzeniem doskonałej pozycji naszego pianisty w kręgu jazzowej awangardy.

Pod numerem 11 w serii Polish Jazz Trzaskowski nagrywa swoją kolejna niezwykle ważną płytę z Tedem Cursonem – „Seant”. Eksperymentalna, skomponowana w skali 12-tonowej „Cosinusoida” zajmująca całą stronę albumu jest wybitną trzecionurtową próbą pogodzenia improwizacji i muzyki klasycznej, którą można śmiało porównywać z dorobkiem Cecila Taylora i wszystkich pianistów, wzorujących się na twórczości Horace’a Silvera, którego echa ciągle pojawiają się w twórczości Trzaskowskiego. „Wariacja na temat: oj tam u boru” to pionierska próba wprowadzenia wątku polskiej muzyki ludowej do jazzowej stylistyki. „Seant” jest albumem twórczym, poszukującym. Czasem może trafiającym w ślepe uliczki, taka jednak natura poszukiwań, które oznaczają doskonalenie twórczego warsztatu i odnajdowanie dalszej drogi do własnego stylu. Poszukiwania Andrzej Trzaskowskiego skierowały go w stronę dość odległą od jazzowego maisntreamu, jednak „Seant” to z pewnością ważny dla polskiego i światowego jazzu album genialnego muzyka, kompozytora i lidera zespołu, jakim był Andrzej Trzaskowski.

Od 1965 roku Trzaskowski jest stałym gościem warsztatów jazzowych w Hamburgu. Prowadzi tam wykłady i nagrywa, pracując między innymi z Idreesem Suliemanem, Rune Carlssonem, Dave Pike’iem, Tony Oxleyem i Palle Mikkelborgiem. Na zamówienie niemieckich orkiestr jazzowych w końcówce lat siedemdziesiątych pisze wiele pomysłowych kompozycji. Dla fanów muzyka zdobycie jego niemieckich nagrań z końcówki lat sześćdziesiątych jest dziś trudnym wyzwaniem. Działalność koncertowa Trzaskowskiego oprócz prezentacji własnego repertuaru przyniesie mu wspólne występy między innymi z Lucky Thompsonem i Phillem Woodsem.

Od 1974 Trzaskowski jest szefem Orkiestry Polskiego Radia i Telewizji S-1 w Warszawie. Na zamówienie Bogusława Schaeffera napisał niezwykle interesujący szkic historii jazzu wydany w Leksykonie Kompozytorów XX wieku. Napisał muzykę do wielu filmów, czasem też w nich występował, wśród nich są takie obrazy jak „Zuzanna i chłopcy”, „Ich dzień powszedni”, „Rozwodów nie będzie”, „Bardzo spokojna wieś”, „Dreszcze” „Jeszcze słychać śpiew i rżenie koni” i prawdopodobnie najczęściej dziś obecny w telewizji „Pociąg” Jerzego Kawalerowicza. Wystąpił też w filmie Andrzeja Wajdy „Niewinni czarodzieje” z muzyką Krzysztofa Komedy.

W kolejnych dekadach Andrzej Trzaskowski komponował, choć szczyt jego muzycznej aktywności przypadł na końcówkę lat sześćdziesiątych. Muzyk zmarł 16 września 1998 w Warszawie. Jego najważniejsze nagrania to „Andrzej Trzaskowski Quintet” i „Seant”.

30 października 2019

Janusz Muniak – Mistrzowie Polskiego Jazzu

Janusz Muniak – człowiek z Krakowa. Nikt w jazzowym świecie tak jak Mistrz Muniak nie był związany z Krakowem. Tam się urodził w 1941 roku. W krakowskiej szkole muzycznej w 1951 roku rozpoczął naukę gry na skrzypcach. Później był trochę przypadkowy klarnet i równie przypadkowy saksofon – jak sam opowiadał – pierwszy klarnet pożyczył od kolegi, z którym się pokłócił i stracił dostęp do instrumentu. W poszukiwaniu kolejnego klarnetu udał się do wujka, który był szefem amatorskiej orkiestry w miejskiej elektrowni. Niestety orkiestra była smyczkowa, więc klarnetów nie było, ale był niepotrzebny saksofon. Z tym saksofonem Muniak związał się na całe życie.

Kiedy był już w średniej muzycznej, też w Krakowie, zaczął poznawać jazzowe frazy. Grał jeszcze na klarnecie, uczył się u Lesława Lica, który już wtedy grał jazz z Kurylewiczem. W arkana jazzowego saksofonu wprowadzał go Alojzy Tomys, grający na alcie w Melomanach. Muniak szybko zaczął grać na saksofonie dla pieniędzy w krakowskich barach, zanim mógł legalnie napić się w nich piwa. Jego wzorami w tamtym okresie i właściwie już na zawsze pozostali Ben Webster i Coleman Hawkins.

W 1963 roku Janusza Muniaka zaprosił go współpracy, a jakże, działo się to w Krakowie, Tomasz Stańko. Wtedy Muniak dołączył do Jazz Darrings i to był jego pierwsze w pełni profesjonalny zespół. Grający free-jazzowe formy zespół Stańki nie za bardzo co prawda zwracał uwagę na piękno fraz grywanych przez Webstera i Hawkinsa, idoli Muniaka, ale pozwalał podróżować i grać ciekawą muzykę, a przecież ówczesny wzór dla Stańki – Ornette Coleman był saksofonistą i to nie byle jakim.

W 1965 roku Janusz Muniak i Tomasz Stańko trafiają do zespołu Andrzeja Trzaskowskiego. Razem nagrywają album „The Andrzej Trzaskowski Quintet”, znany szerzej jako czwarta część cyklu Polish Jazz. Najważniejszy fragment tej płyty – zajmująca niemal całą pierwszą stronę kompozycja Trzaskowskiego „Synopsis” nie ma wiele wspólnego ani z duchem Colemana Hawkinsa, ani z wolnością formy Jazz Darrings. Muniak potrafi jednak odnaleźć się również w eksperymentalnej formacji Trzaskowskiego. Już wtedy potrafił zagrać wszystko i jeszcze więcej.

Dwa lata później miejsce Stańki w zespole Trzaskowskiego zajmuje amerykański trębacz Ted Curson, skład uzupełnia Włodzimierz Nahorny grający na alcie i powstaje kolejna legendarna płyta – „Seant”.

Eksperymentalny album Trzaskowskiego z udziałem Muniaka zawiera skomponowaną w skali 12-tonowej „Cosinusoidę”. To wybitną trzecionurtową próbą pogodzenia improwizacji i muzyki klasycznej, którą można śmiało porównywać z dorobkiem Cecila Taylora i wszystkich pianistów, wzorujących się na twórczości Horace’a Silvera. Muniak potrafi zagrać wszystko i jeszcze więcej.

Z zespołem Trzaskowskiego Janusz Muniak po raz pierwszy wyjeżdża w dłuższą zagraniczną trasę koncertową do lepszego świata. W tym czasie występuje i nagrywa z zespołem Krzysztofa Komedy. Potrafi nie tylko zagrać wszystko, ale również pogodzić grę z Komedą, Trzaskowskim i Tomaszem Stańko. Z tym ostatnim będzie współpracował jeszcze w latach siedemdziesiątych. Razem nagrają „Purple Sun”, „Music for K” i „Tomasz Stańko w Pałacu Prymasowskim”, a także „Jazzmessage From Poland”. Zespół w składzie z dwoma saksofonistami – Januszem Muniakiem i Zbigniewem Seifertem wystąpił również na Newport Jazz Festival.

W końcówce lat sześćdziesiątych na chwilę Muniak opuści Kraków, doceniając stabilną posadę w Orkiestrze Polskiego Radia w Warszawie. Tutaj korzysta z możliwości kontaktów nie tylko ze środowiskiem jazzowym, ale także rodzącym się rockowym światkiem. Jako pierwszy polski muzyk jazzowy współpracuje z zespołem rockowym – nagrywa partie saksofonu na albumie „Dziwny jest ten świat” Czesława Niemena. Z orkiestrą radiową gra to co potrzeba. Znowu potrafi zagrać wszystko co trzeba i jeszcze więcej.

Trafia do jazzowej orkiestry Polskiego Radia prowadzonej przez Jana Ptaszyna Wróblewskiego. Sukces nagrań z Niemenem powoduje, że jego saksofon pojawia się na nagraniach Skaldów, Niebiesko-Czarnych, Dżambli i wielu innych rozrywkowych i rockowych przebojach.

W latach siedemdziesiątych Janusz Muniak nie mieszka już w zasadzie w Warszawie. Jego domem stają się na długo statki wycieczkowe, na których grając przeróżną muzykę zwiedza cały świat.

Kiedy trafia z powrotem do Krakowa w końcówce lat siedemdziesiątych szybko zakłada własny zespół o zmiennym składzie, będący najczęściej kwintetem. Do tych, którzy pojawiali się w zespole często należą Paweł Perliński (p) i Jerzy Bezuch (dr). Często gra też w zespole Muniaka Marek Bliziński. W 1978 roku nagrywają wyśmienity album „Question Mark”. W Krakowie Muniak często gra z Jarosławem Śmietaną. Jako Extra Ball razem nagrywają album „Go Ahead” w 1979 roku.

Janusz Muniak był muzykiem niezwykle uniwersalnym. Na Jazz Jamboree zagrał z Donem Cherry w 1980 roku i Hankiem Jonesem w 1985 roku. W czasie swoje długiej i obfitującej w długie wyjazdy kariery koncertowej grał również z innymi wielkimi postaciami światowego jazzu – Dexterem Gordonem, Freddie Hubbardem, Marsalisami, Archie Sheppem, Artem Farmerem i wielu innymi.

1989 rok w Polsce zmienił wszystko, również rynek muzyczny. Jak powiedział kiedyś sam Muniak:
„Musimy nauczyć się jak dzieci, co to znaczy pracować, co to znaczy wydawać pieniądze i nie poruszać się w krainie bajki. Życia na dotacjach układać sobie nie można. Trzeba zupełnie inaczej myśleć…” I pomyślał - w 1991 roku założył w Krakowie słynny klub „U Muniaka”, w którym występował do końca swoich dni, dając szansę zagrania z mistrzem niezliczonej ilości młodych, początkujących wtedy muzyków. Wielu z nich to dziś gwiazdy młodego i średniego pokolenia naszego jazzu. Po raz ostatni zagrał na scenie, którą sam stworzył w sylwestra 2015 roku. Miesiąc później zmarł po przejściu rozległego zawału serca.

W jego własnym klubie powstała część jego wyśmienitej dyskografii, choć album, który wybraliśmy do naszego redakcyjnego Kanonu Polskiego Jazzu powstał zanim pojawił się na krakowskiej scenie muzycznej klub Janusza Muniaka. „Placebo” to drugi chronologicznie autorski album Muniaka. Janusz Muniak był mistrzem jazzowej ballady, choć początki jego kariery, w tym współpraca z Trzaskowskim i Stańka pokazywały raczej zainteresowania formami awangardowymi.

Najlepiej jednak Muniak czuł się grając w stylu swoich mistrzów – Webstera, Hawkinsa, Getza i Lestera Younga. Grał zarówno amerykańskie standardy, jak i doskonałe kompozycje własne. Swoimi własnymi utworami zapełnił album „Placebo”. Jeśli chcecie mieć tylko jeden album Muniaka, wybierzcie właśnie ten album – poznacie wybitnego saksofonistę, lidera i doskonałego kompozytora. I zapragniecie usłyszeć, jak grał amerykańskie melodie. Lista jego autorskich albumów obejmuje około 10 płyt. Lista tych, na których zagrał jest chyba niemożliwa do sporządzenia.

Joachim E. Berendt napisał kiedyś o Muniaku, że to pierwszy europejski muzyk rozumiejący i grający jak Ornette Coleman. Grał z Krzysztofem Komedą, Tomaszem Stańko i amerykańskimi mistrzami. Grał dla Maryli Rodowicz, Łucji Prus i Stana Borysa. Doskonale wpasował się w błaznującą grupę muzyków tworzących w latach siedemdziesiątych formację Chałturnik. Przebijał tam wszystkich, nawet samego Ptaszyna podłączając swój saksofon do odkurzacza.

28 października 2019

Simple Songs 2019/2020 – Vol. 5 – 08.10.2019


Przedwczoraj zmarł Ginger Baker, jeden z najbardziej wszechstronnych rockowych i jazzowych perkusistów. Przez wielu kojarzony jedynie z działalnością w grupie Cream, jednej z pierwszych rockowych supergrup. Cream był jednym z pierwszych zespołów, które uczyniły z rockowych koncertów muzyczne spektakle pamiętane przez fanów latami. Nie odgrywali znanych z nagrań singlowych aranżacji, ograniczając z konieczności repertuarowej swoich aranżacji do trzech kwadransów, na koncertach robili znacznie więcej. Ginger Baker, Jack Bruce i Eric Clapton improwizowali. Niezwykły talent Bakera w pełni mógł zostać doceniony przez fanów jednak dopiero kiedy Cream rozpadł się i każdy z muzyków poszedł w swoją stronę (po latach mieli spotkać się jedynie na chwilę na wspominkowe koncerty). Wspomnienie wypada jednak zacząć od jednego z największych hitów Cream:

  • Sunshine Of Your Love – Disraeli Gears – Cream
Po rozpadzie Cream, podobno z powodu konfliktu osobowości Gingera Bakera i Jacka Bruce’a Baker pozostał jeszcze chwilę w muzycznej przyjaśźni z Erickiem Claptonem i jego Blind Faith, jednak w latach siedemdziesiątych postanowił zrobić rzecz dla kreatywnego perkusisty zupełnie oczywistą – spędzał czas w Afryce słuchając tamtejszych pierwotnych rytmów. Wtedy nagrał również kilka albumów z Felą Kuti i te właśnie nagrania osobiście uważam za najmniej doceniane, choć jedne z najciekawszych w jego muzycznym dorobku.

  • Ye Ye De Smell – Fela With Ginger Baker Live! – Fela Kuti with The Africa ’70 and Ginger Baker
Biznesową katastrofą okazało się przez moment doskonale rozwijające się studio nagraniowe Bakera, które założył w Lagos, wtedy jeszcze stolicy Nigerii. Szczytowym osiągnięciem studia były nagrania Paula McCartneya. Później było już tylko gorzej, wielu uważa, że kłopoty z prądem nałożyły się na niezbyt sprzyjającą pracy twórczej atmosferę tego ogromnego miasta i słabo zorganizowane połączenia lotnicze.

W latach osiemdziesiątych Baker powrócił do Europy, a później przeprowadził się do Los Angeles z nadzieją zrobienia kariery aktorskiej. W tak zwanym międzyczasie dla przyjemności nagrywał niezwykłe jazzowe albumy w gwiazdorskiej obsadzie, najciekawiej prezentowało się trio z Billem Frisellem i Charlie Hadenem. Już sam fakt, że Haden i Frisell zdecydowali się na udział w takim projekcie świadczy o tym, jak kreatywnym muzykiem był Ginger Baker.

  • Ramblin’ – Going Back Home – Ginger Baker Trio (Ginger Baker / Bill Frisell / Charlie Haden)
  • Bemsha Swing – Falling Off The Roof - Ginger Baker Trio (Ginger Baker / Bill Frisell / Charlie Haden)
Cream spotkał się po wielu latach w 2005 roku na kilka koncertów w Royal Albert Hall, co zostało skrupulatnie udokumentowane i wydane w formie audio i video, jednak magia psychodelicznych improwizacji sprzed lat gdzieś umknęła, dlatego też warto jeszcze raz wrócić do 1968 roku:

  • Toad – Wheels Of Fire – Cream

25 października 2019

Marek Bliziński - Mistrzowie Polskiego Jazzu

Markowi Blizińskiemu przysługuje tytuł, którego nikt mu nigdy nie zabierze. Był pierwszym polskim gitarzystą jazzowym. Dla wielu był również tym największym, choć pozostawił po sobie jedynie jeden autorski album – „Wave”. Z pewnością wielu gitarzystów zawdzięcza jakiś fragment swoich umiejętności nagraniom Blizińskiego albo lekturze jego podręcznika gry na gitarze jazzowej.

Marek Bliziński urodził się w Warszawie w 1947 roku w rodzinie, która od wielu pokoleń dawała Warszawie znanych architektów i malarzy. Na gitarze zaczął grać w wieku 15 lat i w zasadzie był samoukiem. To dość oczywiste, jeśli jest się pierwszym ważnym gitarzystą w kraju, który w czasach jego dzieciństwa był dość izolowany. Technikę gry na gitarze Bliziński opanował w ciągu 3 lat w sposób, który umożliwił mu założenie pierwszego zespołu – Czterech, z którą nagrał krótką zupełnie niejazzową płytę „Śpiew wiosny” – tak zwaną czwórkę. Ten album nigdy nie doczekał się wznowienia, ale w 2016 roku wydawnictwo Kameleon zebrało wszystkie możliwe nagrania zespołu grającego w składzie dwóch gitarzystów plus bas i perkusja i wydało album „Czterech – Dziwna Historia (Nagrania Archiwalne z lat 1967-1968)”. Z perspektywy czasu, gdyby nie udział w tym przedziwnym projekcie Marka Blizińskiego, z pewnością nikt by dziś o tej formacji nie pamiętał. Nagranie w składzie 2 gitar, gitary basowej i perkusji transkrypcji kompozycji Jana Sebastiana Bacha było eksperymentem, który nie zainteresował zbyt wielu słuchaczy. Warto przypomnieć, że w tym zespole na basie grał Paweł Brodowski, późniejszy muzyk zespołu Akwarele i w zasadzie dla nas wszystkich od zawsze redaktor naczelny Jazz Forum. Wydane po latach nagranie zachowały się głównie dlatego, że przez wiele lat były używane jako tło dźwiękowe dla Polskiej Kroniki Filmowej.

W 1971 roku kolejny skład Marka Blizińskiego, już z jazzowym repertuarem, występujący jako Generacja zdobywa nagrodę na festiwalu Jazz Nad Odrą. Marek Bliziński grał wtedy również z Wandą Warską i Krzysztofem Sadowskim. W latach siedemdziesiątych Bliziński występował w wielu składach prowadzonych przez naszych jazzowych mistrzów, Zbigniewa Namysłowskiego, Tomasza Stańkę, Adama Makowicza i innych. Pojawiał się w składach radiowych orkiestr prowadzonych przez Jana Ptaszyna Wróblewskiego i Andrzeja Trzaskowskiego. Grał z Karolakiem i Muniakiem. Po raz pierwszy gra również z Ewą Bem w zespole Bemibek.

Marek Bliziński dużo gra, ale jeszcze więcej ćwiczy. Jest samoukiem, ale również perfekcjonistą. Kilka lat formalnej edukacji muzycznej w szkole nauczyło go czytania nut, jednak gry na gitarze prawdopodobnie nie uczył go nikt, choć z pewnością często słuchał Joe Passa i Jima Halla. W jednym z wywiadów powiedział kiedyś, że oczywiście słucha wszystkich wielkich gitarzystów, od Charlie Christiana po szczególnie uwielbianego Wesa Montgomery, ale słucha najczęściej saksofonistów i pianistów. Jego technika gry, szczególnie prawej ręki używającej jednocześnie kostki i palców przypominała pomysł Joe Passa, którego najciekawsze płyty powstawały w początku lat siedemdziesiątych. Do szczególnie udanych należała współpraca Joe Passa z Ella Fitzgerald. W wydanej w 1986 roku płycie duetu Blizińskiego i Ewy Bem można odnaleźć echa doskonałych płyt tego amerykańskiego duetu. Jako jeden z pierwszych w Europie docenił niezwykłe nagrania Lenny’ego Breau.

Dopiero w 1979 roku nagra swój pierwszy autorski album – „Wave”. Nie będzie z niego zadowolony. Później okaże się, że to będzie jego jedyna autorska płyta. Zanim powstanie „Wave”, w najlepiej udokumentowanym fonograficznie okresie – końcówce lat siedemdziesiątych Marek Bliziński nagrywa z Januszem Muniakiem album „Question Mark” i z Ptaszynem „Flyin’ Lady” i „Z lotu ptaka”. W zespole Ptaszyna bez fortepianu Marek Bliziński odnajduje się chyba najlepiej, może być nie tylko solistą, ale też akompaniować pozostałym muzykom. Marek Bliziński był niezwykle skupionym, profesjonalnym introwertykiem. Na scenie błyszczał, ale najczęściej nie był zadowolony z tego, co udało się zagrać.

Po nagraniu „Wave” rozpoczął budowę własnego studia nagraniowego, chcąc mieć pełną kontrolę nad brzmieniem kolejnych produkcji. W latach osiemdziesiątych współpracował z grupą Air Condition Zbigniewa Namysłowskiego, tam sięgał czasem po gitarę elektryczną. Chcąc zebrać fundusze niezbędne do budowy wymarzonego studia, pływał na statkach wycieczkowych. To właśnie podróże spowodowały najprawdopodobniej pogorszenie jego stanu zdrowia, bowiem po podobno udanej operacji raka skóry lekarze zalecili mu spokojny tryb życia i unikanie słońca. To nie było możliwe na statkach pływających po karaibskich wyspach.

„Wave” zawiera melodie grywane często przez tych gitarzystów, których muzyka inspirowała Marka Blizińskiego. Uwielbiał klasyków jazzowej gitary – Jima Halla, Wesa Montgomery i Joe Passa. Sam dużo komponował, jednak na swojej pierwszej i jak się miało później okazać ostatniej płycie postanowił sięgnąć do jazzowych klasyków. Z dwu sekcji rytmicznych towarzyszących gitarzyście zdecydowanie lepiej wypadają nagrania dokonane w towarzystwie Zbigniewa Wegehaupta i Czesława Bartkowskiego. Jednak nawet niekoniecznie genialna w klasycznym swingującym repertuarze sekcja złożona z Pawła Jarzębskiego i Janusza Stefańskiego nie przeszkadza w prezentacji niezwykłego talentu Marka Blizińskiego.

Genialne wyczucie jazzowej frazy, swoboda improwizacyjna i doskonała artykulacja osiągnięta dzięki niekończącym się ćwiczeniom wyróżniają wszystkie nagrania Marka Blizińskiego. Wrażliwość, wiedza, inwencja i pomysłowość – to wszystko zawarł na swojej jedynej autorskiej płycie – Wave”, albumie, który jest jedną z najważniejszych polskich jazzowych płyt wszechczasów, nawet jeśli miał być tylko początkiem.

Kiedy nie pływa na statkach, najczęściej gra z Ewą Bem. W 1986 roku zebrane z tych sesji nagrania tworzą album „Dla Ciebie jestem sobą” – niezwykły duet – jedną z najlepszych płyt wokalnych polskiego jazzu. Wszystkie partie gitary są tu dopracowane do perfekcji, wybór repertuaru staje się dowodem, że Wasowski i Przybora piszą jazzowe standardy światowej klasy i że język polski nadaje się do śpiewania jazzu. W 2000 roku Ewa Bem powróci do materiału z płyty „Dla Ciebie jestem sobą” realizując niezwykły koncert z udziałem elity polskich gitarzystów. Marka Blizińskiego niestety nie było już wtedy wśród nas. Rozwój jego talentu przerwała choroba, która doprowadziła do przedwczesnej śmierci muzyka w 1989 roku.

22 października 2019

Krzysztof Komeda – Mistrzowie Polskiego Jazzu

O Komedzie wszyscy napisali już wszystko. Ilość książek, monografii, artykułów i prac naukowych niekoniecznie musi oznaczać wysoką wartość dorobku artystycznego, w wypadku Komedy jednak nikt nie kwestionuje jego pozycji w historii polskiej kultury. Od lat muzyka Krzysztofa Komedy, obok Chopina jest naszym narodowym towarem eksportowym, a nazwisko muzyka jest rozpoznawane w najbardziej nawet egzotycznych miejscach.

Krzysztof Komeda przeżył 37 lat, a jego muzyczna kariera, dla wielu podzielona na okres jazzowy i filmowy, albo polski i amerykański (w obu wypadkach moim zdaniem podział nie jest słuszny), trwała mniej więcej lat 13. Za jej początek należy uznać występ sekstetu Komedy na pierwszym festiwalu w Sopocie w 1956 roku.

Urodzony w 1931 roku pianista uczył się gry na fortepianie od czwartego roku życia. Wojenna zawierucha z pewnością nie pomogła w muzycznej edukacji. Po zakończeniu drugiej wojny światowej znalazł się w Ostrowie Wielkopolskim, a później w 1950 roku wrócił na studia medyczne do rodzinnego Poznania, gdzie miała zacząć się jego kariera, którą przez krótki czas usiłował, jak to zwykle bywa pod wpływem rodziców, łączyć ze studiami medycznymi i praktyką lekarską. Jeszcze w szkole średniej poznał Witolda Kujawskiego, starszego o kilka lat basistę, który był pierwszą osobą wprowadzająca dorastającego Komedę w świat jazzu. W początku lat pięćdziesiątych Komeda często jeździł do Krakowa, gdzie w mieszkaniu Kujawskiego odbywały się prywatne koncerty jazzowe. Na publiczne granie jazzu władza raczej nie patrzyła w tamtych czasach przychylnym okiem. Jedni pamiętają to tak, że władza zabraniała, inni, że utrudniała, albo nie patrzyła przychylnie. Na pewno jednak nie wspomagała muzyków w rozwijaniu talentów i nagraniach. Dlatego właśnie o jazzie niewiele można było dowiedzieć się w szkołach muzycznych.

W mieszkaniu u Kujawskiego najprawdopodobniej Krzysztof Komeda (wtedy jeszcze nosił nazwisko Trzciński) poznał pierwszego jazzowego pianistę – Andrzeja Trzaskowskiego. Muzycy spotykający się u Kujawskiego utworzyli zespół Melomani, z którym sekstet Komedy miał się spotkać w 1956 roku na scenie festiwalu w Sopocie, od którego zaczęła się historia jazzowego grania w Polsce.

W 1956 roku Komeda skończył studia medyczne w Poznaniu i otrzymał dobrą propozycję pracy w zawodzie (był laryngologiem). Jednak zespół, z którym wystąpił w tym samym roku w Sopocie pochłonął go już wtedy całkowicie i lekarzem ostatecznie nie został. Wydany po wielu latach zestaw trzech płyt CD z rejestracjami występów z festiwalu pokazuje dojrzały, w pełni autorski pomysł Komedy na jazzowy zespół w nietypowym składzie i nowoczesnym repertuarze. Wiele innych nagrań z festiwalu jest co najwyżej poprawnych, jednak program przygotowany przez Komedę zapowiada jego wielką światową karierę.

Już wtedy, w 1956 roku Komeda sięgał po inspiracje do muzyki klasycznej („Memories Of Bach”) oraz najnowszego jazzowego repertuaru nowoczesnego – „Django” Johna Lewisa z repertuaru The Modern Jazz Quartet. W pierwszym zespole Komedy grali: Jerzy Milian z konieczności na wibrafonie, Jan Ptaszyn Wróblewski na barytonie, Stanisław Pludra na alcie, Józef Stolarz na basie i Jan Zylber na bębnach. Zespół wrócił na festiwal w kolejnym roku prezentując jeszcze ambitniejszy program. Przez kilka kolejnych lat stale gościł na krajowych scenach. Zaczęły się też wyjazdy zagraniczne. Mnie więcej w tym samym czasie Komeda, przeprowadza się do Krakowa. Później będzie jeszcze mieszkał w Warszawie i Los Angeles. W Warszawie ma dziś swoją ulicę i neon, w Ostrowie wielki mural i parę obiektów swojego imienia.

W 1957 roku Komeda zakłada prawdopodobnie pierwszy polski zespół rock and rollowy, projekt zaplanowany trochę jako dowcip, a trochę dla pieniędzy. Latem grupa nazwana Jan Grepsor and His Boys, w której grają muzycy zespołu Komedy daje sporo koncertów. Wszyscy występują pod pseudonimami. Wokalistą jest Jerzy Milian, gra też Ptaszyn, Jan Zylber i Zdzisław Brzeszczyński. Są też gitarzyści i para tancerzy. Zapowiada wówczas już blisko związana z Komedą Zofia Tittenbrun, jego późniejsza żona. Gwiazdą zostaje Marilyn Nabiałek. Kamuflarz się udaje, grając przeboje Elvisa Presleya i Billa Haleya podobno tylko raz zostają rozpoznani. Kiedy kończy się sezon letnich koncertów, muzycy wracają do jazzu i grają jako Jazz Believers.

Jesienią 1957 roku Komeda po raz pierwszy komponuje muzykę filmową. Filmowcy z Łodzi często spotykali się z muzykami jazzowymi. Niektórzy, jak Witold Sobociński łączyli karierę jazzową z pracą w przemyśle filmowym. Pierwszym filmem, do którego Komeda napisał muzykę jest słynna etiuda Romana Polańskiego „Dwaj ludzie z szafą”. W tym samym, 1958 roku, Komeda jest jednym z tych muzyków, którzy towarzyszą Dave Brubeckowi w czasie jego tourne po Polsce i bierze udział w słynnym nagraniu dla wytwórni RCA na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Do Polski trafiło podobno 12 płyt z tej sesji, która nigdy nie została wydana. Znam osobiście posiadacza jednego z egzemplarzy, ale nigdy nie słyszałem tych nagrań.

W krótkim czasie w 1960 roku Komeda pisze muzykę do 3 wybitnych filmów, których ścieżka dźwiękowa jest równie doskonała – „Nóż w wodzie”, „Do widzenia, do jutra” i „Niewinni czarodzieje”.

Na Jazz Jamboree w 1960 roku po raz pierwszy Krzysztof Komeda prezentuje program „Jazz i poezja”. W tym czasie zespół Komedy jest już stałym gościem w ważnych klubach jazzowych w Danii i Szwecji. W składzie pojawiają się pierwsi zagraniczni muzycy. Z udziałem duńskiego trębacza Allana Botschinsky’ego, który w tym czasie grał w Kopenhadze z Oscarem Pettifordem, Komeda nagrywa swój pierwszy zagraniczny album dla Metronome rejestrując „Etiudy Baletowe”. Na tej płycie grają również Rune Carlsson, Jan Ptaszyn Wróblewski i Roman Gucio Dyląg.

Krzysztof Komeda gra „Etiudy Baletowe” na Jazz Jamboree w 1962 roku, ale w Polsce na tak nowoczesne granie jest jeszcze trochę za wcześnie. Polscy fani dopiero poznają brzmienie nowoczesnego jazzu po okresie fascynacji dixielandem. Komeda jest jak zawsze krok z przodu. W 1956 roku większość zespołów kopiowała swingowe aranże, conajwyżej sięgając po starannie spisane solówki Charlie Parkera. Komeda grał The Modern Jazz Quartet i miał w składzie wibrafon. 6 lat później był znowu przed wszystkimi.

Henning Carlsen, który słyszał Komedę w Kopenhadze zamawia u niego kolejne kompozycje do swoich filmów, z których najbardziej udaną okaże się muzyka napisana do filmu „Kattorna”. W każdym filmie z muzyką Komedy, dźwięki są istotnym elementem. Komeda nie ilustrował obrazów, on współtworzył filmy. Bez jego muzyki „Nóż w wodzie”, „Głód”, czy „Dziecko Rosemary” nie byłyby tak dobre. Wielu krytyków filmowych po latach doceni niezwykłą integrację obrazu i muzyki w filmie „Bariera” Jerzego Skolimowskiego.

Mimo wielu fantastycznych kompozycji filmowych, w 1965 (lub 1966 według innych źródeł) roku po raz drugi szacowne grono kompozytorów odmawia Komedzie członkostwa w Związku Kompozytorów Polskich. Czasy były jeszcze ciągle dla jazzu niełatwe. Komisji przewodniczył Witold Lutosławski. Może panowie kompozytorzy bali się konkurencji? Na Jazz Jamboree Komeda po raz pierwszy prezentuje na scenie „Astigmatic” i „Kattornę”. W grudniu zespół w składzie z Tomaszem Stańko, Zbigniewem Namysłowskim, Guntherem Lenzem i Rune Carlsonem nagrywa „Astigmatic”. Podobno na saksofonie miał grać Urbaniak, ale gdzieś w Szwecji ukradli mu samochód i nie zdążył przyjechać. Wielu uważa, że „Astigmatic” jest najważniejszym polskim albumem jazzowym, a w kilku poważnych i uznanych europejskich publikacjach został nawet uznany za najważniejszy album europejskiego jazzu. Ten album jest jednym z najważniejszych nagrań nie tylko Komedy, ale też Tomasza Stańko i Zbigniewa Namysłowskiego. Magiczna noc z Filharmonii Narodowej należy do tych momentów jazzu, kiedy udawało się wszystko i jeszcze więcej.

W grudniu 1967 roku roku Komeda wyjeżdża do Los Angeles na zaproszenie Romana Polańskiego. Komponuje muzykę do jego filmu „Rosemary’s Baby” w reżyserii Polańskiego i mniej dziś znanego obrazu Buzza Kulika „Riot”. Ciesząc się życiem w Los Angeles i snując plany na przyszłość spaceruje po mieście z przyjacielem – Romanem Hłasko, nieszczęśliwie upada, uderza się w głowę i po niemal 4 miesiącach nieudanego leczenia krwiaka mózgu, przewieziony w ciężkim stanie do Warszawy umiera.

Komeda nie był wirtuozem fortepianu. Według wielu relacji, nie radził sobie też jakoś specjalnie z zapisem nutowym. Potrafił jednak komponować złożone utwory o rozpoznawalnym i niepowtarzalnym stylu. Wielu twierdzi, że był z innej planety, że nawet rozmawiając z nim odnosiło się wrażenie, że mimo serdeczności i uprzejmości jego myśli są gdzieś poza realnym światem. Był doskonałym liderem, nie popisywał się, bo tego nie potrzebował. Kiedyś sam narzekałem, że na „Astigmatic” jest za mało Komedy. Dziś wiem, że jest dokładnie tyle, ile potrzeba.

Krzysztof Komeda zajmuje ważne miejsce w pamięci wszystkich tych, którzy z nim grali. Już w 1972 roku powstał pierwszy z ważnych albumów wspominających jego muzykę – „We’ll Remember Komeda” Tomasza Stańko z Michałem Urbaniakiem, Zbigniewem Seifertem i Urszulą Dudziak. Dziś Komedę grają wszyscy polscy pianiści, jest konkurs jego imienia, a młodzi przerabiają go i odkrywają na swój sposób, tak jak EABS czy Kut-O. Komedę grają i przypominają nie tylko pianiści. Swoje albumy dedykowali Komedzie Adam Pierończyk, Maria Sadowska, Leszek Żądło, Michał Urbaniak z Urszulą Dudziak, Maciej Obara i wielu innych. Jeśli chcecie zacząć od najważniejszej płyty Komedy – to oczywiście „Astigmatic”. Jeśli chcecie usłyszeć współczesne interpretacje, absolutnie magiczną, moim zdaniem najlepszą swoją płytę wypełnił kompozycjami Komedy kilka lat temu Leszek Możdżer.